Willa w HiszpaniiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dani Collins
Willa w Hiszpanii

Tłumaczenie:

Barbara Bryła

PROLOG

Osiem miesięcy wcześniej…

Sorcha Kelly zdecydowanym krokiem wkroczyła do szpitala. To trwało już blisko trzy tygodnie. Musieli jej pozwolić się z nim zobaczyć. Zwłaszcza teraz, kiedy wiedziała. Nie tylko podejrzewała, ale wiedziała już na pewno, że jest w ciąży.

Wcześniej rodzina Cesara Montera widziała w niej tylko jego asystentkę. Całkowicie oddaną. Wszyscy doceniali jej poświęcenie. Bez niej nie byliby w stanie przekazać prowadzenia międzynarodowej firmy z powrotem w doświadczone ręce jego ojca. W tych pierwszych dniach po wypadku była wprost nieoceniona. Ale była tylko jego asystentką, a on leżał nieprzytomny i odwiedzać mogli go wyłącznie członkowie najbliższej rodziny. Oraz narzeczona, oczywiście.

W jaki sposób nieprzytomny mężczyzna mógł się zaręczyć? Sorcha właśnie tego chciała się dowiedzieć. Oprócz spotkań na kilku rodzinnych uroczystościach, Cesar nawet Diegi nie widywał. Porozumienie między rodzinami dotyczące połączenia aktywów na drodze małżeństwa było wprawdzie oczekiwane, ale nie zostało oficjalnie potwierdzone. To matka Cesara naciskała na sformalizowanie zaręczyn. Cesar tamtego dnia wyznał, że nie chciał tego robić.

Oczywiście jego rodzina nie wiedziała, że opuścił ją tego wieczoru, kiedy wydarzył się wypadek, aby udać się do Diegi i odwołać ślub. Widział się z nią. Kobieta zeznała oficjalnie, że był w jej domu i potem odjechał. Dlaczego więc zachowywała się tak, jak gdyby małżeństwo miało zostać zawarte? Jak gdyby tamte plany z prawdopodobnych stały się pewne? W jaki sposób w chwili, gdy Cesar leżał u podnóża klifu w zniszczonym samochodzie, przyjaciółka rodziny zamieniła się w narzeczoną?

To pytanie dręczyło Sorchę nieustannie. Cesar pozostawał bardzo długo w śpiączce i zaczynała już myśleć, że jeśli zaszła w ciążę, dziecko będzie pociechą dla jego rodziny. A potem się obudził i czekała, aż wyjaśni, że to ona powinna być u jego boku, a nie Diega. Tylko że tak się nie stało. Jego ojciec, el Excelentísimo señor Montero powiedział jej z irytacją, że Cesar utracił częściowo pamięć i wspomnienia z całego tygodnia poprzedzającego wypadek. Wpatrywała się w diuka prowincji Castellón oniemiała. Tamto magiczne popołudnie w Walencji odmieniło ich życie. A Cesar miałby nic z tego nie pamiętać? Jak ma się uporać z takimi wieściami?

Przełknęła gulę w gardle i spytała, czy mogłaby go zobaczyć.

– Niekoniecznie – odparł jego ojciec.

Jednak to było naprawdę konieczne. Sorcha nie uwierzy w utratę pamięci u Cesara, dopóki on sam jej tego nie powie, zwłaszcza teraz, kiedy dowód na to, że ze sobą spali, znalazł potwierdzenie w postaci różowego paska. Z pewnością na jej widok wszystko sobie przypomni.

Kiedy drzwi prywatnej kliniki zamknęły się za jej plecami, miała spieczone wargi i ciało całe odrętwiałe po trzech tygodniach nieustającego napięcia. Szorstkie traktowanie, jakiego doświadczyła jako nastolatka, nauczyło ją jednak przyoblekać maskę obojętności. Praca z Cesarem przez minione trzy lata przyznawała jej w końcu pewne przywileje. Podeszła z miną, jak gdyby miała pełne prawo tam wejść.

– Señorita? – zawołała pielęgniarka w recepcji, zatrzymując ją.

– Bon dia - odezwała się Sorcha w dialekcie walenckim, który opanowała przy Cesarze, bo jej nieskazitelny hiszpański mógł zdradzić ją jako osobę z zewnątrz. Dodała z szacunkiem: – Siostro – i przedstawiła się: – Sorcha Kelly do Cesara Montera.

Kobieta nacisnęła klawisz na komputerze i uśmiechnęła się łagodnie.

– Nie ma pani na liście.

– Proszę zadzwonić, na pewno potwierdzi, że chce się ze mną zobaczyć.

Siostra podniosła słuchawkę, żeby wybrać numer, a wtedy drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem i pojawiła się Diega Fuentes. A dokładnie – Diega Fuentes y Losa de Mateu, córka markiza de los Jardines de Las Salinas. Wyglądała na wystarczająco zamożną, aby nosić więcej imion, niż mogła używać. Jej wysoką, smukłą sylwetkę otaczała aureola designerskich metek, a wyimaginowane strzałki wskazywały na jej torebkę, kolczyki, szminkę i sandały na wysokim obcasie. Miała na sobie zwiewną, chabrową sukienkę w białe kropki. Lśniące, proste czarne włosy pięknie okalały wytworne rysy jej twarzy, delikatnie złocistą cerę i przepastne oczy.

Sorcha miała cienie pod oczami i strój, jaki nosiła do pracy – szarą spódnicę ołówkową z kamizelką do kompletu i biały top. Zważywszy na trapiące ją troski i poranne mdłości, jej cera musiała być bardziej zielona niż oczy.

„Narzeczona” Cesara rzuciła w jej stronę ukradkowe spojrzenie i podeszła. Sorcha jej nienawidziła. Nie z powodu jej rzekomych zaręczyn z Cesarem, ale ponieważ wszystko w niej wydawało się sztuczne i wyrachowane. Potrafiąc jednak ukryć swoje uczucia, uśmiechnęła się ciepło i ruszyła na spotkanie z Diegą.

– Señorita Fuentes. Dzięki Bogu. Pójdę z panią na górę, żeby zobaczyć Cesara.

– Dzwonił do ciebie? – spytała Diega z lekkim niepokojem.

Sorcha była bardzo prawdomówna, ale kiedy gra szło o tak wysoką stawkę, zrobiła unik.

– Jego ojciec powiedział, że chce nadrobić zaległości w pracy.

Diega uśmiechnęła się kwaśno, przygotowując się do trudnej rozmowy. Zerknęła na siostrę.

– Czy możemy porozmawiać na osobności? Doskonale – wymamrotała, kiedy wskazano im poczekalnię.

Pomieszczenie było jasne, z oknami wychodzącymi na ulicę. Przy ścianie stały ławki w kolorze bakłażanu, a w rogu wisiał telewizor. Sorcha czuła upokorzenie, jak wtedy przed laty, gdy po śmierci ojca dramatycznie zmieniła się sytuacja jej matki w irlandzkim miasteczku, gdzie mieszkały. Opanowując panikę, przybrała minę wyrażającą umiarkowane zainteresowanie, gdy Diega starannie zamykała za nimi drzwi.

– Rozumiesz, że on stracił częściowo pamięć – odezwała się Diega tonem powiedz-jej-to-delikatnie.

– Pracowałam z nim prawie trzy lata. Tego chyba nie zapomniał?

– Nie, oczywiście. Ale nie jest gotowy do powrotu do pracy. Doktor sugeruje, żeby odłożył to na kilka miesięcy. Jeśli masz jakieś problemy w biurze, zwrócić się z tym do Javiera. – Była z ojcem Cesara po imieniu.

– Jest dla mnie kimś więcej niż tylko pracodawcą. Chciałabym, żeby wiedział, że wszyscy dobrze mu życzymy – odparła Sorcha. Jej stanowczy ton mówił „zamknij się i przepuść mnie przez te drzwi”. Trzy tygodnie bez widoku rozbawionych ust Cesara, otoczonych niedogolonym zarostem, bez jego oczu o barwie wody, były wiecznością.

Diega usiadła na skraju ławki. Groteskowo protekcjonalnym gestem wskazała Sorchy miejsce naprzeciw.

– Nie, dziękuję – odparła.

Diega spuściła oczy, dając do zrozumienia, że potrafi zachowywać się z godnością, nawet jeśli spotyka się z impertynencją, więc Sorcha przycupnęła obok.

– Tak?

– Rozumiem, dlaczego tak się martwisz, dlaczego myślisz, że między wami istnieje rodzaj zażyłości. – Podniosła na Sorchę smoliste oczy. – Czuł się winny, kiedy przyjechał do mnie tamtego wieczoru.

– Doprawdy? – wychrypiała Sorcha.

Cesar mógł nie kochać Diegi, ale był człowiekiem honoru.

– Nie powinienem tego robić – powiedział Sorchy na chwilę przed tym, jak przekroczyli punkt, od którego nie było już odwrotu. Wyszedł, kiedy spała, wysyłając jej esemes „Poszedłem zobaczyć się z Diegą”. Zabolało ją, że obudziła się sama, ale była przekonana, że poszedł, by zerwać z tamtą. Wtedy jednak pojawiła się Diega, twierdząc, że się zaręczyli.

– Nie chciałam tego wywlekać. Przy nikim – ciągnęła Diega. – Jaki ma sens szarganie czyjejś reputacji czy wskazywanie palcem, zwłaszcza kiedy zapewnił mnie, że był to po prostu jego ostatni skok w bok – skrzywiła się z niesmakiem.

Tak ją nazwał? Skokiem w bok?

– To nie było…

– Nie zaprzeczaj. Doceniam, że próbujesz nie ranić moich uczuć.

Czy Diega miała jakieś uczucia? Jej twarz wykrzywiała tylko irytacja. Skinęła lekko głową, dając Sorchy odczuć bezmiar swojej pogardy.

– Miałam nadzieję, że ta rozmowa zostanie nam obu oszczędzona, ale… Zamierzałaś zrezygnować z pracy, kiedy weźmiemy ślub, czy to prawda?

Sorcha badawczo patrzyła jej w oczy, wietrząc w tym podstęp.

– Powiedziałaś mu, że cię nie obchodzę.

– Nie ujęłam tak tego. – Powiedziała wtedy Cesarowi, że czymś innym było odpowiadanie na telefony od stewardes czy modelek, z którymi spędzał noce, a czym innym stawanie pomiędzy żoną a mężem. Potencjalną narzeczoną w tym przypadku. Diega była uprzejma i elegancka, ale nie bała się nadużywać swego stanowiska.

– Jakkolwiek to powiedziałaś, kiedy uświadomił sobie, że odchodzisz, zrobił to, co zrobił. Czyż nie?

– To nie było tak – wymamrotała Sorcha, z sercem wpadającym w poślizg i wypadającym przez własną barierkę drogową, by spaść ze skarpy. Nie była przecież dla niego tylko kolejnym podbojem? Ale czy naprawdę myślała, że się pobiorą i będą żyli długo i szczęśliwie? Poszli do łóżka pod wpływem impulsu, ale to było nieuniknione. Poddała się pragnieniom, które zrodziły się w niej, jak tylko go ujrzała. W głębi serca wiedziała, że nie jest kobietą, którą mężczyzna taki jak Cesar poślubia. Myślała jednak, że są przynajmniej przyjaciółmi! Że mu na niej zależy.

– Wiesz, stałaś się w jego kręgach legendą – dodała Diega kpiąco. – Tą asystentką, która mu się oparła, i dlatego utrzymała posadę przez całe trzy lata.

Sorcha zacisnęła usta. Nawet jeśli jej reputacji nic nie zarzucano, nie znosiła, kiedy się o niej mówiło.

 

– Po naszym ślubie ufałabym ci – powiedziała Diega wyniośle. – W nadchodzących latach twoja kariera mogła się wspaniale rozwijać. Oczywiście teraz nie możemy się już cofnąć. Przykro mi, że do tego doszło… Był pełen skruchy. Przepraszał, że zrobił to, gdy byliśmy już tak blisko ogłoszenia zaręczyn. Uwiódł cię, choć wcześniej miał dla ciebie tak wiele szacunku.

Stracił dla niej szacunek? Serce Sorchy stanęło, w uszach dzwoniło jej tak głośno, że z trudem słyszała resztę wypowiedzi Diegi. Nękały ją mdłości. W gardle czuła piekącą żółć.

– Cesara pokonało jego własne ego. Wiesz, jaki on jest. Ty miałaś odejść. To smutne, prawda? – Przechyliła głowę na bok. – Obiecał mi wierność, kiedy już się zaręczymy i pobierzemy, ale chciał mi o tym powiedzieć.

– Nie zamierzam jej zdradzać – wyznał Sorchy tamtego dnia Cesar. Czy widział w niej swoją ostatnią szansę nacieszenia się wolnością?

– Przyznał się, bo pracujesz z nim i nie jesteś jednym z jego przelotnych kaprysów. Nie byłam gotowa rozpoczynać naszego związku z tobą w tle. Zażądałam, by zwolnił cię możliwie najszybciej, nie czekając na nasz ślub. Będę musiała dalej z tym żyć, bo kazałam mu wtedy wyjść. Gdyby nie spieszył się tak bardzo, żeby ratować nasz związek, nie znalazłby się na drodze tego wieczoru, próbując wyminąć ciężarówkę…

Sorcha potrząsnęła głową. Nie. To nie było tak.

– Cesar i ja rozmawialiśmy tego dnia… – nie chciała poddawać się bez walki, ale powstrzymała się. Cesar jej ufał. Nigdy nie powtarzała tego, co jej mówił.

– O jego wątpliwościach? Przecież próbował cię nakłonić, żebyś poszła z nim do łóżka. Nie przywiązywałabym zbyt dużej wagi do jego słów w tych okolicznościach.

Połączenie jego rodziny z rodziną Fuentesów było interesem na wielką skalę. Tego rodzaju transakcje nie były zrywane po to, by mężczyzna mógł się przespać ze swoją sekretarką. Wiedziała to, ale… jednak poprosił ją, żeby została.

– Najlepiej będzie – ciągnęła Diega – jeśli odejdziesz. Pomówię z Javierem, żeby wystawił ci najlepsze referencje. Mając na uwadze stan Cesara, nikt z nas nie chce skandalu. Czeka go długa i trudna rekonwalescencja. Nie chcesz przecież jej zakłócać, prawda? Wierzę, że ci na nim zależy.

Jestem w ciąży, Sorcha pomyślała, czując fale gorąca i chłód upokorzenia. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Cesar wydawał się szczery tamtego dnia.

– On nawet tego nie pamięta. Cieszę się i sama zamierzam o tym zapomnieć. Pobierzemy się – dodała z dumą. – Wszyscy wiemy, jakie życie prowadzi i jakiej żony potrzebuje.

Sorcha wstrzymała oddech. Tamtego dnia wyznała Cesarowi, z jakiego środowiska pochodzi. Czyżby wspomniał o tym Diedze?

– Nie twierdzę, że nie cenił twojej pracy, ale chyba nie myślałaś, że jest w tobie zakochany?

Sorcha spojrzała na swoje obgryzione z niepokoju paznokcie. Jestem w ciąży, pomyślała znowu i wyobraziła sobie, co się stanie: Cesar zaprzeczy, że to w ogóle było możliwe, a jego rodzice oskarżą ją o wyrachowanie. Testy na ojcostwo. Wywlekanie jej pochodzenia. Nie mogła tego zrobić swojej matce. Wyjawienie ciąży wywoła gorycz i nawet jeśli mogłaby udowodnić, że mówi prawdę, to co dalej? Czy myślała, że ją poślubi? Uzna to dziecko? W najlepszym razie ujrzy ugodę, ale ona i jej siostry stanowiły dowód, że bogacze nie zawsze zapewniali wsparcie finansowe swoim dzieciom. Prawdziwym źródłem wstydu towarzyszącemu jej dorastaniu było to, że ojciec pozostawił ich z niczym. Wszystkie szykany ze strony miasteczka łącznie nie były tak dotkliwe, jak to poczucie odrzucenia, kiedy ojciec niczego im nie zostawił. Nawet prawa, by trzymały wysoko głowy.

Jej matka utrzymywała, że ojciec je kochał, a Sorcha nie dostała od Cesara nawet deklaracji miłości. Równie dobrze mógł ją wykorzystać, odhaczając swój ostatni podbój. Czy naprawdę chciała przechodzić przez to wszystko dla comiesięcznego czeku, przez który czułaby się jak prostytutka? Wolała darować sobie upokorzenie błagania o ochłapy.

– Planowałaś złożenie rezygnacji – powtórzyła Diega. – Więc zrób to. Zanim jego ojciec będzie musiał się o tym dowiedzieć.

– Chcę go zobaczyć! – Oczy Sorchy zapłonęły.

– Jestem o wiele bardziej uprzejma, niż ktokolwiek mógłby po mnie tego oczekiwać. Okaż, że masz dosyć skruchy i klasy, by nie pogarszać sytuacji.

Czy Diega znała jej pochodzenie? Nienawidzę cię, powiedziała Sorcha bezgłośnie, wstając. Za oknami dostrzegła Walencję w słońcu, błękitne niebo i kalejdoskop kolorów letnich kwiatów.

– On ma mój numer.

Diega prychnęła, dając jej do zrozumienia, że Cesar na pewno nie wybierze tego numeru. Po czym ukryła swój triumf za eleganckimi manierami, wstając i otwierając drzwi.

Sorcha nie podała jej ręki. Była przekonana, że Cesar jednak się z nią skontaktuje. Przecież musiał. Ona nie narazi się na wstyd, jak kiedyś jej matka, żeby błagać o przychylność rodziny ojca dziecka, co i tak było daremne. Skoro Cesar nie pamiętał, jak i dlaczego doszło do zbliżenia, pomyśli, że była, jak to ujęła Diega, po prostu jeszcze jedną jego zdobyczą.

Nie. Jeśli do niej zadzwoni, to dlatego, że za nią tęskni, a nie z poczucia obowiązku. Nikt nie oskarży jej o próbę złapania go na dziecko.

Tymczasem jednak pozostawało jej jedno wyjście: jechać do domu i powiedzieć matce, że popełniła ten sam błąd, z którym dorastała.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Obecnie…

Sorcha skończyła rozmawiać przez komórkę i chwyciła za chusteczkę, żeby dać upust łzom. Tęskniła za domem i litowała się nad sobą, ale nie chciała, żeby jej mama to słyszała.

Mama prawdopodobnie także się rozpłakała. Obie udawały, że sytuacja, w jakiej Sorcha się znalazła, nie była katastrofą, ale cesarskie cięcie ze wskazań nagłych przeprowadzone w Londynie stanowiło wisienkę na torcie. Sprawy naprawdę nie mogły przyjąć gorszego obrotu.

Tak bardzo żałowała, że nie zdołała dotrzeć do domu przed porodem. W Londynie znalazła dobrą posadę po tym, jak zrezygnowała z pracy po koszmarnej rozmowie z Diegą. Skoro jej syn nie mógł być uznany za Hiszpana, którym był jego ojciec, chciała przynajmniej, by urodził się w Irlandii. Tak się jednak nie stało.

Opiekująca się nią pielęgniarka Hannah pojawiła się z fotelem na kółkach i radośnie zaproponowała jej przejażdżkę na dół, żeby mogła zobaczyć dziecko. Nareszcie. Uśmiech rozjaśnił twarz Sorchy. Była tu wprawdzie całkiem sama, ale teraz miała już syna. Mieli pozostać w szpitalu tylko kilka dni, a potem Sorcha wsiądzie na prom i wkrótce znajdzie się wśród ludzi, którzy ją kochali. Rodzina będzie uwielbiać jej synka. Drobiazgi takie jak to, że był nieślubnym dzieckiem, czyniło go tylko bardziej jednym z nich.

Hannah spytała ją, jak się czuje, i Sorcha zaczęła wyjaśniać, że pragnęła rodzić siłami natury, ale poród zaczął się przedwcześnie, więc musieli ją odesłać na cesarskie cięcie. Wszystko miało dość dramatyczny przebieg, bo przywieziono ją do szpitala tuż po wypadku autokaru z turystami. W tym samym czasie jakaś inna kobieta wymagała cesarskiego cięcia na sali porodowej tuż obok.

W sali noworodków zastały płaczące niemowlęta oraz drugą mamę z poprzedniej nocy. Sorcha wcześniej nie miała okazji poznać tej olśniewającej Włoszki. Mignął jej tylko mężczyzna, którego uważała za męża tej kobiety. Słyszała, jak rozmawiał przez telefon po włosku.

– Dzień dobry. Podobno rywalizowałyśmy o względy pani chirurg wczoraj wieczorem – uśmiechnęła się. – Nazywam się Sorcha Kelly.

Ale chwileczkę. To nie był mężczyzna, którego widziała tu wczoraj. Ten był bardziej elegancki, pomimo kilkudniowego zarostu, i miał zdecydowanie krótsze włosy. Skłonił uprzejmie głowę.

– Alessandro Ferrante. To moja żona, Octavia, i nasz syn, Lorenzo. – Zerknął na żonę. – Takie wybraliśmy mu imię, prawda?

Tamta kobieta zdawała się… wstrząśnięta. Wymieniła znaczące spojrzenia z mężem, których Sorcha nie próbowała rozumieć, bo pielęgniarka właśnie wzięła na ręce i owinęła jej syna. Wściekle płakał.

– Pozwoli pan, panie Ferrente? – Hannah dała mężczyźnie znak, żeby się odsunął. Przeprosił i odwrócił się z wyższości, jaką mężczyźni okazują, kiedy kobiety wymagają od nich grzeczności.

Sorcha uśmiechnęła się. Przypominał jej Cesara. Może nie tyle wyglądem, chociaż obaj byli przystojnymi brunetami, ale emanującą witalnością i charyzmą. Cesar, znowu ogarnęła ją tęsknota. W ten weekend miał się odbyć jego ślub…

Mrucząc czułe powitanie, objęła ramionami rozkoszny ciężar opatulonego niemowlęcia. Był jej, pomyślała. Żaden z niego Montero, tak jak ona nigdy nie nosiła nazwiska Shelby.

– Enrique – szepnęła. Tak miał na drugie Cesar. Będzie do niego mówić Ricky…

Zaraz, coś było nie tak. Płakał tak rozdzierająco, że ten dźwięk łamał jej serce. Instynktownie chciała go ze wszystkich sił uspokoić, tylko że… Z oddali usłyszała zdławiony głos drugiej kobiety:

– To jest…

– Octavio – mąż przerwał jej ostro.

Sorchy nie obchodzili obecni w pokoju ludzie. Zdumiona przechyliła głowę, próbując pojąć, dlaczego jej uczucia wobec tego malucha, choć opiekuńcze, nie były matczyne.

– Po prostu przystaw go do piersi. Zacznie ssać. One wiedzą, co robić – namawiała ją Hannah.

– Nie wydaje mi się… – Sorcha nie umiała nawet wypowiedzieć swoich myśli, tak były dziwaczne. Mimowolnie uniosła głowę i spojrzała na dziecko, które Octavia usiłowała uspokoić. Jego płacz sprawiał, że Sorcha czuła dreszcze. Poruszał w niej struny, których nie potrafiła nawet nazwać.

Widząc jej spojrzenie, kobieta przechyliła dziecko tak, żeby Sorcha mogła zobaczyć jego buzię. Brewki marszczył w znajomy sposób, grymas niezadowolenia przypominał jej Cesara, a malutkie usta stanowiły wierną kopię ust, jakie widywała w lustrze. Ogarnęło ją przerażenie.

– Co się stało? – spytała Hannah. Sorcha tego nie słyszała.

– W jaki sposób..? – narastało w niej podejrzenie. Zamilkła. To było niepojęte. Jak z psychologicznego thrillera.

Odsłoniła stópkę dziecka, sprawdzając nalepkę identyfikacyjną na jego kostce. Ujrzała nazwisko Kelly. Ale to nie było jej dziecko. To tamten chłopiec był jej synem. Tamta kobieta trzymała jej dziecko. Spojrzała na nią w panice.

Dolna warga Octavii dygotała.

– Nie uwierzą mi – powiedziała cicho.

– Nie uwierzą w co? – spytała Hannah.

– Żona jest zdezorientowana. – Alessandro stanął pomiędzy Sorchą i jej dzieckiem, żeby wziąć na ręce niemowlę trzymane przez Octavię.

– Nie – zawołała Sorcha. – Nie dotykaj go!

Trzymane przez nią niemowlę darło się wniebogłosy. Chciała je uspokoić, ale tam obok było przecież jej własne dziecko. Tamto. Skoczyła na nogi i podeszła do Octavii. Łzy płynęły jej po policzkach.

– Nikt mi nie wierzy – powtórzyła Octavia. – Chciałam go nakarmić, ale on potrzebuje swojej mamy, a oni nie dadzą mi mojego…

Przez niedbalstwo zamieniono dzieci. Obezwładniająca panika osłabła i Sorcha zaczęła się uspokajać. Serce nadal jej waliło.

– Ja ci wierzę – powiedziała z drżącym uśmiechem, gdy słodka woń jej dziecka wypełniła jej nozdrza. Pocałowała go w policzek i przytuliła do piersi, wiedząc z niewytłumaczalną pewnością, że to jest jej syn. Syn Cesara. – Przecież potrafimy rozpoznać własne dzieci.

Dzieląc emocje, jakie odczuwała Sorcha, Octavia przytaknęła, z zamkniętymi oczami pochylając się nad główką dziecka, które najwyraźniej kochała i strasznie chciała wziąć w objęcia. Jak długo siedziała tu udręczona z Enrique w ramionach, próbując ich przekonać, by podali jej właściwe dziecko? Zabawna więź wytworzyła się między nimi, kiedy Sorcha usiadła i przystawiła Enrique do piersi. Obaj chłopcy dostali w końcu to, czego tak bardzo chcieli, i ucichli. Ciągle jeszcze oszołomiona Sorcha wymieniła z Octavią załzawione uśmiechy. W sali zapanowała głęboka cisza.

– Co ty wyprawiasz? – zawołał Alessandro.

– Naprawdę nie widzisz, że ich zamienili? Spójrz na niego – odpowiedziała Octavia.

– To niemożliwe – odezwała się Hannah. – Skrupulatnie przestrzegamy procedur. Dzieci nie mogły zostać zamienione. Nie powinna pani tego robić. – Obróciła nalepkę na kostce Enrique. Było napisane „Ferrante, chłopiec”. – Obie panie się mylicie.

Teraz, kiedy jej dziecko przestało płakać, Sorcha czuła rosnące oburzenie. Jak w szpitalu mogło dojść do takiego zaniedbania?

– To pani jest w błędzie. – Odsunęła rękę Hannah od swojego dziecka, gotowa na rozlew krwi. Tylko świadomość, że miała w ramionach kruchego noworodka, kazała jej myśleć racjonalnie. – Zróbcie badania. Zobaczycie, że mamy rację.

 

Zapanował chaos, bo pielęgniarki próbowały przekonać obie matki, że się mylą. Na szczęście Octavia była równie nieugięta jak Sorcha. W końcu pojawiła się doktor Reynolds, która przeprowadzała operacje. Niezwłocznie zawiadomiła dyrekcję szpitala, zapewniając je przez cały czas, że zamiana dzieci była wysoce nieprawdopodobne. Chciała przeprowadzić testy DNA i poleciła niezwłocznie pobrać próbki krwi.

– Nie będą rozstrzygające, ale z pewnością wykażą, jeśli dziecko nie jest z prawdziwymi rodzicami.

W końcu wszyscy wyszli, mężczyźni udali się, by obejrzeć nagrania z monitoringu, a jedna z pielęgniarek podała im nosidełka do przytulenia drzemiących niemowląt. Żadna nie chciała wypuścić z objęć dziecka, które trzymała. Sorcha próbowała się uspokoić, ale jej myśli uporczywie wracały do tego, że wpisała w formularzu przyjęcia do szpitala nazwisko Cesara. To był dramatyczny poród. Matkę wymieniła jako dalszą rodzinę, bo na wypadek najgorszego podała jako ojca Cesara. Ale przecież nie skontaktowaliby się z nim, nie informując jej o tym wcześniej?

Cesar Montero delikatnie uciskał grzbiet nosa, walcząc z tępym bólem głowy i chęcią powiedzenia swojej narzeczonej, jak niewiele go obchodzi to, kto gdzie będzie siedział podczas ich przyjęcia weselnego. Organizacja imprez towarzyskich była domeną jego matki. Gdyby nadal miał do pomocy Sorchę, to ona by się tym zajęła, pozwalając mu wrócić do o wiele ważniejszych spraw. Najpierw oczywiście zaoponowałaby, mówiąc: „A co może być ważniejsze od twojego ślubu?”. Zawsze stawiała na pierwszym planie rodzinę, drocząc się z nim i nazywając go uzależnionym od logiki naukowcem. Jednak wiedziała doskonale, kiedy mogła mu dogryźć, a kiedy odpuścić, i jak dryfować między drobiazgami, więc nigdy się z nią nie nudził ani nie tracił do niej cierpliwości. A co najważniejsze, umiała samodzielnie podejmować decyzje.

Tylko że Sorcha odeszła, niech ją diabli. Bez uprzedzenia czy wyjaśnienia. Zwolniła się z pracy, kiedy leżał jeszcze w szpitalu, ledwo co wybudzony ze śpiączki. W pierwszych tygodniach po wypadku był nieprzytomny, a jego ojciec miał własną asystentkę, potrafił więc sobie wyobrazić, że mogła się poczuć zbędna. Ale ojciec mógł dla niej znaleźć czasowe zatrudnienie w firmie lub zaproponować płatny urlop. Miała mnóstwo wolnych dni do odbioru.

Uciekła jak szczur z tonącego okrętu. Gdyby ojciec nie wystawił jej wcześniej wspaniałych referencji, Cesar by jej ich odmówił. W pierwszych miesiącach po powrocie do pracy potrzebował jej bardziej niż kiedykolwiek, przychodząc do biura o kulach. Przejmował przecież właśnie z rąk ojca rodzinne przedsiębiorstwo. Był poirytowany, że tak bardzo złościło go jej odejście. Owszem, brakowało mu jej efektywności, ale nie był przecież sentymentalny. Choć czasem pozwalała sobie wobec niego na większą szczerość, niż mu to odpowiadało, ich relacja była czysto zawodowa. On wydawał polecenia, ona je wykonywała. Nie dąsał się przecież o to, że nie grywała z nim w karty, kiedy leżał w szpitalu. Przynajmniej rozumiała proste polecenia, pomyślał zerkając na zegarek, który zaczął mu pulsować na ręku. Diega to zauważyła i spojrzała na niego takim wzrokiem, jak gdyby kopnął właśnie jej syjamskiego kota. Nie umknęło to uwadze jego matce, która prychnęła poirytowana.

– Prosiłem, żeby mi nie przeszkadzano – poinformował obie kobiety, upewniając się, że jego nowa asystentka słyszy ton niezadowolenia w jego głosie. Dotknął tarczy swego zintegrowanego z komórką zegarka. – Dzwonią ze szpitala w Londynie. – Rozległ się głos jego nowej asystentki. – Twierdzą, że to pilne.

Natychmiast przyszła mu na myśl Sorcha. Wyśledził ją na portalu społecznościowym i wiedział, że pracowała w Londynie. Ale dlaczego podała go jako osobę kontaktową? Miała przecież w Irlandii rodzinę.

Un momento - powiedział, odchodząc na bok. – Mówi Cesar Montero.

– Cesar Montero y Rosales? – usłyszał kobiecy głos.

– Si. – Na dźwięk swego pełnego nazwiska zrobił się czujny. – Kto mówi?

Kobieta przedstawiła się jako oficjalny przedstawiciel szpitala.

– Czy pani Kelly uprzedziła pana, że będę telefonować?

– Nie. – Zmarszczył brwi, bo sprawa rzeczywiście dotyczyła Sorchy.

– Taką informację podała w formularzu przyjęcia do szpitala. Czy rozmawiam z właściwą osobą? Pozwoli pan, że zweryfikuję pańskie dane?

– Si - odparł i podał na jej prośbę swoją datę urodzenia oraz adres. Potarł brew w miejscu, gdzie ból się nasilał. – O co chodzi?

– Więc nie rozmawiał pan dzisiaj z panią Kelly? – Kobieta najwyraźniej była zaskoczona.

– Byłem zajęty – odparł ostrożnie. – Zostawiła mi wiadomość, ale jeszcze jej nie odsłuchałem.

– Ale wie pan, że została wczoraj wieczorem przyjęta do szpitala?

– Tak – skłamał, zaniepokojony. – Czekałem niecierpliwie na wieści. – Umiejętności manipulacji nauczył się już jako dziecko na kolanach u matki. – Co może mi pani powiedzieć?

– Cóż, obawiam się, że nie mam najlepszych wiadomości. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że dzieci zostały zamienione – zamilkła, dając mu czas na reakcję.

Ale nie zareagował. Poczuł kompletny mętlik w głowie, z czym nie chciał się zdradzić ani przed swoją rozmówczynią, ani przed dwiema kobietami stojącymi za nim.

– Oczywiście przeprowadzimy testy DNA, ale mamy nadzieję, że już badanie krwi przyniesie rozwiązanie. Jak szybko mógłby pan się mu poddać? Nasz szpital pokryje wszystkie koszty.

Cesar roześmiał się.

– Czy pani…? – uświadomił sobie jednak, gdzie się znajdował.

Narzeczona i matka gapiły się na niego, niecierpliwie wskazując na plan rozsadzenia gości rozłożony na stole. Zrobiło mu się duszno. Wyszedł przez oszklone drzwi na balkon, zamykając za sobą drzwi. Ostrożnie ściszył głos, upewniając się, że na podwórku nikt go nie usłyszy. Niewidzącym wzrokiem ogarniał znajome widoki: pięknie utrzymane ogrody, ciągnące się hektarami winnice i odległą linię brzegową Morza Śródziemnego.

– Mówi mi pani, że chce, żebym dostarczył próbkę do testu na ojcostwo? – spytał z niedowierzaniem.

– Proszę nie zrozumieć mnie opacznie. Nie mamy powodu wątpić, że Sorcha Kelly trafnie podała pana jako ojca dziecka. Wątpliwość dotyczy tego, czy rzeczywiście jest matką dziecka, którym się teraz opiekuje. Jak pan się domyśla, czekamy niecierpliwie na wyjaśnienie tej kwestii.

Zaniemówił. W głowie miał kompletną pustkę. Czy nadal odczuwał skutki wstrząśnięcia mózgu? Nie. W czymś takim nikt nie mógłby się dopatrzeć jakiegokolwiek sensu. Wziął gwałtowny wdech.

– Z mojej strony mogę wyjaśnić sprawy bardzo szybko. Pamiętałbym, gdybym… – umilkł, bo sięgając do schowka pamięci, gdzie gromadzone były wspomnienia, znalazł tam tylko pustą półkę. To było niewyobrażalnie frustrujące. Jak gdyby go obrabowano, a jeśli czegoś nienawidził najbardziej, to złodziei.

– Panie Montero?

Może i nie pamiętał, że przespał się ze swoją sekretarką, ale to nie znaczyło, że tego nie zrobił. Jego uszkodzony mózg był przynajmniej na tyle lotny, by radzić sobie logicznie z obecną sytuacją. Jedynym sposobem na ustalenie, czy spłodził dziecko w tamtym tajemniczym tygodniu, który utracił z pamięci, było dostarczenie próbki krwi. Ten logiczny wniosek nie zmieniał faktu, że jego umysł eksplodował od pytań. Sorcha złożyła obietnicę, przysięgając uroczyście, niczym ślubująca przed ołtarzem panna młoda, że nigdy nie pójdzie z nim do łóżka.

Uwierzył jej wtedy. Długo trwało, zanim jej zaufał. Niełatwo obdarzał innych zaufaniem, od czasu gdy przemysłowe szpiegostwo niemal doprowadziło jego rodzinę do bankructwa. Doskonale wiedziała, że nie tolerował kłamstwa. Ale chciał się z nią przespać. Czyżby więc złamała swoją obietnicę i poszła z nim do łóżka? A może ten test udowodni, że błędnie zidentyfikowała ojca dziecka? Być może opuściła Hiszpanię, gdy się dowiedziała, że jest w ciąży i z jakiegoś powodu nie chciała wyjawić, kto jest prawdziwym ojcem? Była bardzo prawdomówną osobą. Jeśli skłamała, musiała mieć bardzo ważne powody. Czy coś jej groziło? Czy to dlatego uciekła? I co to była za idiotyczna historia z zamianą niemowląt? To wszystko przypominało jakąś telenowelę. Nic tu nie miało sensu, ale szybko przywróci porządek.