Killer T

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Killer T rodzaj krwinek białych, które niszczą uszkodzone komórki, szczególnie rakotwórcze lub zainfekowane wirusem.

Część I


1

Przecięte opony


Deion Powell był królem ogólniaka. Miał twarz pokrytą zarostem i paradował dumnym krokiem. Na plecach jego piłkarskiej koszulki widniał napis: „Powell 03”, a rozkraczony chód był wymuszony przez monstrualne uda. Pierwszy rozgrywający toczył się pustym korytarzem, trzymając w ręku żółtawe usprawiedliwienie spóźnienia na lekcję i rozgniatając podeszwami pustynny żwir przywleczony z parkingu.

– Na co się gapisz? – warknął odruchowo na widok chudego ucznia dziewiątej klasy, który wyszedł z pustej sali. Musiał zamknąć drzwi nogą, bo trzymał stos podręczników sięgający brody.

Dzieciak podskoczył ze strachu i oparł się barkiem o framugę, a później czmychnął jak szczur na widok zaciśniętej pięści Deiona, omal nie upuszczając książek podpisanych Algebra 2S.

Powell miał zbyt dużo na głowie, żeby się cieszyć upokorzeniem gówniarza. W poniedziałek po wieczornym treningu doszło do bójki w szatni. To, że trenerzy się nie dowiedzieli, zakrawało na mały cud. Do tego ostatni ranek. Młodsza siostra Deiona wyszła, żeby zdążyć na szkolny autobus, ale zawróciła, nie dotarłszy do końca podjazdu. Zdenerwowana dziewięciolatka wybałuszyła oczy i wybełkotała, że ktoś przedziurawił przednie opony jego bryki.

W zaistniałych okolicznościach rozgrywający musiał pojechać szkolnym autobusem, a później puścić się piętnastominutowym biegiem, by na koniec wysłuchać kazania wytatuowanego pracownika szkolnej administracji, który z kolei wysłuchał już tylu usprawiedliwień, że przestał się przejmować tym, czy są prawdziwe, czy nie. „Trzecie spóźnienie od końca letnich wakacji. Nie możesz przychodzić i wychodzić ze szkoły, kiedy chcesz, jakby nie obowiązywały cię żadne zasady”.

Żyły Deiona nabrzmiały pod wpływem stresu. Jego brązowa skóra lśniła od potu. „Powinienem był zrobić zdjęcie opon, żeby udowodnić, że nie jestem kłamcą. Za nowe wybulę pięćset dolców. To na pewno sprawa JJ-a. Czy wszystko zacznie się od nowa? A gdybyśmy tak dokopali jego paczce? Nie, nie udałoby się tego ukryć, nie to co w szatni…”

Szafka Deiona została ozdobiona przez kibiców przeciwników. Ktoś namalował na niej szablonem „Powell 03”, ponaklejał nalepki „Rock Spring Rockets” i przymocował nylonowe kokardki taśmą samoprzylepną. Z drzwiczek wystawało zaproszenie na Pianowe przyjęcie z okazji osiemnastki Aishy. Przekręcając zamek szyfrowy, starał się skojarzyć imię z twarzą.

„Osiemnaście, sześć, dwadzieścia dwa”.

Jęknął, gdy coś sobie przypomniał, zdejmując plecak z ramienia. Zwykle trzymał rzeczy do futbolu w wozie, na szkolnym parkingu. Szafka była wypchana po brzegi. Książki, korki do bejsbolu, torebki z koktajlem białkowym w proszku i głośnik na Bluetooth, który próbował opylić kumplowi z zespołu, ale ziomek nie przyszedł z pieniędzmi.

Może istniał łatwiejszy sposób przechowywania gratów. „Wrzucić wszystko do volkswagena Terence’a podczas przerwy”. Ale wówczas wyprawa do szafki okazałaby się kolejną stratą czasu, na dodatek w dzień, gdy wszystko było do bani.

„Uspokój się. Myśl trzeźwo. Nie pozwól, żeby cię to dotknęło”.

– Wszystko jest do dupy! – warknął, uderzając dłonią o szafkę i wymierzając jej kopniaka butem w rozmiarze trzynaście.

Myślał zbyt gorączkowo, żeby usłyszeć dziewczynę, która wyszła na korytarz za jego plecami. Bawełniane różowe tenisówki, bluzka gimnastyczna z napisem „Rock Spring High” i mleczne, poznaczone żyłkami nogi. Spojrzał na nią i chciał przeprosić, kiedy…

Rozległ się huk. Tak silny, że poczuł ukłucie w uszach. Oślepiło go światło. Uderzyła fala gorąca. Dziewczyna krzyknęła. Żółte drzwi szafki wyleciały z zawiasów i uderzyły Deiona w twarz. Zachwiał się i zalał krwią. Potknął się o coś. Z ustami pełnymi kurzu patrzył, jak z sufitu odpadają kafelki i lecą na ziemię niczym monstrualne konfetti.

2

To nie Harry Potter


Dwustu czterdziestu uczniów ogólniaka stłoczyło się na spalonym słońcem żwirze w temperaturze trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza. Wybiegli drzwiami pożarowymi i pognali na dół, stukając po metalowych schodach. Kilku wygramoliło się przez okna na parterze. Z dobudówki Strefy C wydobywały się kłęby dymu, syreny alarmowe wyły.

Zdezorientowany szkolny ochroniarz oparł czujną dłoń na taserze. Nastolatki czuły piekący chodnik pod stopami, a nauczyciel matematyki pchał jakiegoś dzieciaka na wózku inwalidzkim obok kaktusów rosnących przy głównym wejściu do szkoły Rock Spring High.

– To nie są ćwiczenia przeciwpożarowe! – darł się zastępca dyrektora, pokazując uczniom, żeby się oddalili od zabudowań. – Nie gromadźcie się w punktach zbiórki. Odejdźcie jak najdalej od budynku.

– Czy ktoś strzela? – spytał któryś z uczniów, niemal wpadając na innego dzieciaka, który się cofał, filmując dym.

– Jestem pewny, że słyszałem strzały – odpowiedział ktoś stojący obok Harry’ego Smirnova. – Pięć lub sześć.

Harry ruszył za tłumem, oddalając się od szkoły żwirową ścieżką. Zwolnił trucht, gdy ciała zaczęły się przeciskać przez drzwi w ogrodzeniu z drucianej siatki. Chodził do dziewiątej klasy. Miał czternaście lat, chude kończyny, równo przyciętą czarną grzywkę opadającą na oczy i nadal bardziej przypominał chłopca niż mężczyznę. Zamieszkał w Las Vegas zaledwie osiem miesięcy temu, kiedy przeprowadził się z Anglii razem z ciotką.

Przed wyjazdem z Londynu dwaj najlepsi koledzy Harry’ego robili mu makabryczne żarty nawiązujące do strzelanin w amerykańskich szkołach średnich. Jeden z nich napisał nawet „pamiętaj o kulach” na pożegnalnej karcie i narysował ludzika grzejącego z uzi. Teraz jego dowcip wydawał się kiepski.

– Dym wydobywa się z warsztatu stolarskiego – zauważył ktoś za plecami Harry’ego, gdy szkolny pedagog polecił nastolatkom, aby nie tłoczyli się przy furtce. – Mój stary jest stolarzem. W jednym zakładzie, gdzie pracował, z systemu odpylania poleciała iskra i cała buda poszła z dymem.

– Dokąd idziesz, Harry Potterze? – prychnęła Lupita, koleżanka z godziny wychowawczej, gdy zszedł ze ścieżki. – Nie ma innej furtki.

Jego imię, ciemna czupryna i angielski akcent powodowały, że nadanie mu tego przezwiska było nieuchronne. Używał go nawet opiekun klasy.

Choć Vegas nie uskarżało się na dużą ilość opadów, w razie burzy spieczona jak kamień ziemia oznaczała gwałtowną powódź. Druciana siatka otaczająca teren Rock Spring High biegła równolegle do betonowego kanału odwadniającego szerokości ośmiu stóp i i głębokości pół stopy. Harry zszedł do rowu, ocierając się o chwasty rosnące w szczelinach, a później przykucnął i zaczął biec w kierunku dymu.

Obejrzał się za siebie, ale ewakuowani koledzy nie widzieli niczego oprócz tyłu głów kolegów i szurających nóg. Ściany kanału odpływowego były pokryte graffiti, a dno zaśmiecone stosem stopionych nylonowych plecaków i podręczników o poczerniałych brzegach. Uczniowie ostatniej klasy, udający się do college’u, polali je paliwem do zapalniczek i podpalili przed letnią przerwą wakacyjną.

Harry schylił się instynktownie, gdy karetka przejechała drogą dojazdową przecinającą ogrodzenie. Światła migały, ale syrena była wyłączona. Chwilę później skręciła w bramę dla samochodów, osiemdziesiąt metrów dalej. Kanał odpływowy przebiegał pod drogą dojazdową, ale Harry pomyślał o wężach przyczajonych w ciemności i po plecach przeszedł mu zimny dreszcz. Zamiast się przebijać kanałem na drugą stronę, przywarł do lekko pochylonej ściany i śledził sytuację, podczas gdy słońce piekło mu kark.

Ekipa strażacka tłumiła dym, a stojąca w kałużach woda parowała, tworząc tęczową mgiełkę. Ta część szkoły miała jedno piętro z klasami oraz wyższą aulę, za którą znajdowała się jadalnia. Panele ze szkła bezodpryskowego powyginały się w ramach, a aluminiowe fragmenty poszycia dachu odstawały w górę.

Mimo to Harry poczuł spokój. Dwaj wyluzowani gliniarze pilnowali drogi dojazdowej prowadzącej do szkoły, a pani ze stołówki, w białym kuchennym fartuchu, prowadziła strażaka wokół budynku w poszukiwaniu zaworu zamykającego dopływ wody. Chłopak przyłożył rękę do ucha i nasłuchiwał porucznika policji zdającego raport świeżo przybyłej załodze karetki pogotowia.

– To jakiś materiał wybuchowy. Oczyściliśmy i odgrodziliśmy teren. Nie zaglądajcie do środka. Dopóki wszystkiego nie sprawdzimy, nie będzie wiadomo, czy nie ma innych ładunków.

Mama Harry’ego była fotografką i reporterką. Została postrzelona na Ukrainie i otrzymała kilka nagród za wideoblogi z kongijskiego Brazzaville w okresie trzeciej wojny domowej. Życie w strefie objętej działaniami wojennymi sprawiło, że jej śmierć wydawała się ironiczna. Zmarła z powodu niezdiagnozowanej wady serca, kiedy biegała w londyńskim Hyde Parku.

 

Harry miał wtedy siedem lat. Śmierć matki wywołała w nim paraliżujący lęk, że jego serce eksploduje. Spowodowała także, że zaczął się pasjonować stronami informacyjnymi w internecie i pragnął podążyć w jej ślady.

Czytał biografie sławnych korespondentów wojennych i fotoreporterów. Lubił dokumenty o wojnie i miał obsesję na punkcie takich filmów, jak Spotlight i Wszyscy ludzie prezydenta – z dziennikarzami, którzy odnoszą wielki sukces. Gdy jego koledzy pasjonowali się Gwiezdnymi wojnami i konsolami do gier, na pierwszym miejscu bożonarodzeniowych życzeń Harry’ego znajdował się odlotowy aparat marki Nikon.

Dotychczasowe dziennikarskie doświadczenia czternastolatka ograniczały się do nagrody fotograficznej Under 12S, dla młodzieży do dwunastego roku życia, doniesień z meczów rugby i krykieta z dawnej szkoły w Londynie oraz bloga „Rock Spring Neighbourhood News”, który założył podczas letniego obozu Digital Arts. Teraz jednak wydarzyło się coś naprawdę wielkiego, a Harry był pierwszą osobą z aparatem na miejscu zdarzenia.

Jego drogi nikon został w domu, więc musiał mu wystarczyć telefon komórkowy. Harry otworzył smartfona za pomocą skanu tęczówki i nastawił zaawansowany tryb aparatu. Promienie słońca powodowały, że obraz na ekranie był niewidoczny, więc pstrykając zdjęcia, liczył na to, że zdoła zarejestrować bladą tęczę i wygięty dach.

Gliniarze stojący przy drzwiach mogli zobaczyć, jak biegnie od kanału burzowego na bok budynku. Harry nie był człowiekiem, który lubi łamać zasady, ale pół życia czekał na taką historię. Każde zgrzytnięcie żwiru było słyszalne, ale on dobrze wszystko zaplanował i uśmiechnął się z podniecenia, kiedy przywarł plecami do ściany obok otwartego okna.

„A jeśli w środku jest więcej bomb? Albo jakiś czubek wyskoczy z magazynu z karabinem maszynowym? To bardzo ekscytujące… Dlatego mama tak to uwielbiała”.

Harry otarł czoło rękawem T-shirtu, skoczył na parapet przesuwanego okna, a później dał susa na krzesło, którego kwadrans wcześniej uczniowie używali jako stopnia, żeby opuścić budynek.

Świetlówki zgasły. Chłodne powietrze w klimatyzowanym wnętrzu szkoły uległo nagrzaniu, w środku było tyle dymu, że Harry’ego szczypały oczy. Większość uczniów zabrała plecaki, ale na biurkach pozostały książki i długopisy, a na oparciach krzeseł wisiały ubrania. Ładowały się też sfatygowane porzucone telefony.

Drzwi do klasy były zamknięte, a dołem ciekła woda. Harry zrobił cztery zdjęcia, przytknął ucho do drzwi, a później nacisnął klamkę i wyjrzał na zewnątrz. Wzdłuż szkolnego korytarza stał rząd żółtych szafek uczniów starszych klas.

Z wyłączonego zraszacza kapały pojedyncze krople, a miniaturowe góry lodowej piany gaśniczej unosiły się na powierzchni płynącej powolnym strumieniem wody. Harry wkroczył do pogrążonego w ciemności korytarza, stawiając kroki tak cicho, jak pozwalały na to jego przemoczone buty marki Nike.

Sytuacja z prawej strony wróciła do normy. Na podłodze leżało kilka płytek, które odpadły od sufitu, a woda wpływała wąskimi strugami do sal. Dalsza część – tam, gdzie dobudówka stykała się z głównym gmachem szkoły – była oświetlona promieniami wpadającymi przez świetliki.

Z kolei z lewej strony rozciągało się istne piekło. Woda kapała z góry, a wolno sunąca piana przeciwpożarowa zbierała się wokół kawałków podwieszanego sufitu, w którym tkwiły kiedyś lampy i płytki sufitowe. Drzwi niektórych szafek zostały wgniecione, a inne otwarły się na oścież pod wpływem wybuchu. Harry przykucnął, żeby sfotografować zabitego szczura, z czarnym futrem i otwartymi ranami. Stał przez chwilę zafascynowany, nie zważając na to, że jego noga pogrążyła się w pianie do kostki. Później przez kapanie instalacji przeciwpożarowej i dźwięk płynącej wody doleciał go jęk, a po nim okrzyk bólu.

– Zostawcie mnie! Zostawcie! Zostawcie!

Głos był młody, głęboki i dolatywał zza zwalonego podwieszanego sufitu. Harry przysunął się do szafek, gdzie kałuża była najpłytsza, a następnie wdrapał się po powyginanych kawałkach metalu i fragmentach oświetlenia, które blokowały korytarz. Przez rozdarty dach do pogrążonego w mroku korytarza wpadały promienie słońca.

– Zróbmy jej zastrzyk z morfiny – powiedział koledze ratownik w odblaskowej kamizelce, a po chwili dodał łagodnie: – Musimy cię przenieść na nosze, dziecko.

Harry odsunął izolację rury dyndającą mu przed nosem, dzięki czemu mógł zajrzeć do środka. Mroczne ściany i promienie słońca prześwitujące przez otwory w suficie to koszmar każdego fotografa. Chłopak zaczął majstrować przy ustawieniach, próbując tak naświetlić zdjęcia, aby się do czegoś nadawały, a następnie stuknął ekran palcem.

Do eksplozji doszło sześć metrów za zawalonym podwieszanym sufitem. Kilkanaście szafek z jednej strony zostało sprasowanych jak naleśniki. Po drugiej stronie wybuch sprawił, że szafki przebiły gipsowo-kartonową płytę, odsłaniając betonowe pustaki. Podłogę między nimi wyścielały książki i sprzęt sportowy, umazane pianą przeciwpożarową.

Ofiary przeniesiono do dalszej części korytarza. Kiedy Harry wsunął się głębiej pod zwalony strop, poczuł krople wody na głowie. Przełączył aparat w tryb wideo. Po zrobieniu zbliżenia sfilmował policjanta pomagającego załodze karetki ułożyć dziewczynę na noszach. Jej ciało było bezwładne i zakrwawione, ale maska tlenowa wskazywała, że żyje.

Druga ofiara leżała kilka metrów dalej, z głową opartą na nadmuchiwanej poduszce, a jeden z ratowników robił jej zastrzyk. Ubranie Deiona Powella było spalone, a twarz zakrwawiona. Harry dobrze znał jego przykre usposobienie. Podczas zgromadzeń całej szkoły Powell wygłaszał płomienne przemówienia zachęcające do przyjścia na mecz i kibicowania Rocketsom.

– Nie ruszajcie mnie! – jęknął Deion.

Harry wyobraził sobie, jak od tyłu zachodzi go nauczyciel lub policjant, ale zachował zimną krew, koncentrując się na stabilnym trzymaniu telefonu.

– Musimy cię zawieźć do szpitala – powiedział łagodnie ratownik, podając mu morfinę. – Teraz cię podniesiemy. Powoli, ostrożnie.

– Strasznie boli!

Harry wstrzymał oddech i sfilmował nadejście załogi drugiej karetki, czując, jak krople wody spadają mu na plecy.

– Zróbcie mi jeszcze jeden zastrzyk – zajęczał Deion, kiedy otoczyli go czterej ratownicy.

– Podnieśmy go. Trzy, dwa…

Krzyk Deiona przypominał wybuch granatu, gdy dwaj sanitariusze unieśli jego ramiona, a dwaj pozostali nogi, żeby go położyć na noszach.

– Dzielnie się spisałeś, rozgrywający – pochwalił chłopaka jeden z ratowników. – Ta część była najtrudniejsza. Teraz umieścimy nosze na wózku.

– Twoja mama jest już w drodze do szpitala, kolego – pocieszył go stojący za ratownikiem policjant. – Będzie na ciebie czekać.

– Nie dam rady! – krzyknął Deion, chwytając bok noszy śliską, zakrwawioną ręką.

– Jeszcze raz, na trzy.

Kiedy ratownicy unieśli nosze z Deionem, sanitariusz z tyłu poślizgnął się na pokrytej pianą podłodze.

W przypadku pacjenta normalnej wielkości nie miałoby to pewnie większego znaczenia, ale ciało Deiona zwisało ze wszystkich stron. Gdy ratownik trzymający tył noszy wykonał zamach, aby umieścić je na wózku, kolega z tyłu, ten, który przed chwilą się poślizgnął, nie nadążył. Przeniesienie pacjenta miało być płynne i bezbolesne, ale gwałtowne szarpnięcie sprawiło, że kawałki spalonej skóry Deiona przykleiły się do noszy i zerwały, a rozgrywający zwinął się z bólu.

Gliniarze zaklęli i pospieszyli z pomocą, kiedy Deion stoczył się na bok, uderzył o brzeg noszy i upadł na mokrą podłogę. Zawył z bólu, wściekle młócąc rękami i powalając mężczyznę, który próbował go podnieść. Harry wiedział, że sfilmował coś wielkiego.

– Uważaj, co robisz! – ryknął Deion, kiedy przestał wymachiwać rękami i pozwolił ratownikom podejść do siebie z maską tlenową. – Pozwę was wszystkich, gnoje!

– Staramy się, jak możemy, synu – odrzekł któryś z nich.

– Oddychaj głęboko – uspokoił go ratownik, przykładając mu maskę tlenową do twarzy. – Oddychaj spokojnie i głęboko.

3

Tysiąc dolców


Na stołówce pachniało niezjedzonym lunchem. Harry szedł między stolikami. Jego wilgotne buty piszczały na lśniącej podłodze, a telefon stukał jak sztabka drogocennego metalu.

– Dlaczego się nie ewakuowałeś?! – doleciał głos kuchmistrza z głębi kuchni.

– Właśnie wychodzę, proszę pana! – odkrzyknął posłusznie Harry.

Jednak zamiast wyjść, wszedł podwójnymi drzwiami do głównego gmachu szkoły i ruszył schodami na górę, sadząc po dwa stopnie. Korytarz na piętrze był ciemny i pusty. Drugie drzwi, które zamierzał sforsować, okazały się otwarte. Znalazł się w sali przyrodniczej, która nie nosiła żadnego śladu, że opuszczono ją w pośpiechu.

– Wporzo – mruknął do siebie i wziął głęboki oddech. – Myśl.

Wiedział, co chce osiągnąć, ale trzeba było wykonać wiele kroków, więc musiał ułożyć sobie wszystko w głowie. Zamknął drzwi nogą i przeszedł do tylnej części pomieszczenia. Gdyby usiadł przy biurku, mógłby zostać dostrzeżony przez drzwi lub wypatrzony z zewnątrz. Jeśli ktoś wejdzie, uda przerażonego i powie, że się schował w sali.

Oparł się plecami o ścianę poniżej okna, ustawił telefon pod kątem, aby zapobiec odbiciom, i zaczął przeglądać fotografie. Pierwsze zdjęcia z tęczą wyglądały spoko, ale nie miały dramatyzmu. Obrazy opuszczonej w pośpiechu klasy były przejmujące, lecz i one nie zapierały tchu – brakowało im efektu „wow”, który mógłby zachęcić webmastera zarządzającego stroną internetową wiadomości lub wydawcę lokalnej stacji telewizyjnej.

Jego najlepsze zdjęcia przedstawiały wynoszenie Deiona – makabryczne ujęcie podłogi, na której leżał, i fotografia szafki, która wyglądała, jakby…

Harry zrobił zbliżenie. Obawa, że gliniarze wrócą i go dorwą, sprawiła, że robił zdjęcia w pośpiechu. Na szczęście fotka wyświetlona na ekranie była doskonała: wgnieciony i zakrwawiony hełm futbolowy Deiona przed odkształconymi drzwiami szafki, na której ktoś sprejem napisał jego imię.

Wykadrował fotografię i użył filtru dla zwiększenia kontrastu, żeby zdjęcie robiło większe wrażenie, a następnie zapisał rezultat. Później obejrzał film wideo. Chociaż dźwięk był marny, a obraz pełen długich cieni z powodu ostrego światła wpadającego przez dziurawy dach, można było odgadnąć, co się dzieje, i wyraźnie zobaczyć, jak Deion zsuwa się z przechylonych noszy.

Kiedy klip dobiegł końca, Harry uruchomił program do edycji filmów wideo. Jego palce poruszały się zręcznie, wprawione przez lata edytowania nagrań. Zwiększył jasność i użył algorytmu zapobiegającego drżeniu obrazu.

Większym problem był dźwięk, ale udało mu się stłumić echo słyszalne w korytarzu, a później dostosować częstotliwość, żeby ludzkie głosy stały się wyraźniejsze i można było usłyszeć upiorne kapanie wody obok mikrofonu. Aby nie zostać okradzionym, dodał półprzezroczystą grafikę z napisem „© Harry Smirnov” w prawym górnym rogu kadru.

Usłyszawszy kroki w korytarzu, wystawił głowę ponad biurko, ale nikt nie wszedł do sali. Ponownie utkwił wzrok w ekranie, by obejrzeć trzyminutowy materiał – ulepszony i pozbawiony drgań. Wideo było całkiem niezłe, ale niewielu ludzi zdołałoby obejrzeć film trwający trzy minuty, więc zrobił z niego dwa klipy.

Pierwszy zawierał sensacyjny materiał ze skręcającym się z bólu Deionem – podnoszonym z podłogi, a później upuszczanym – zakończony groźbą pozwania ratowników. Drugi, trwający osiem sekund, pokazywał Deiona zsuwającego się z noszy, a później kopiącego sanitariusza swoją ogromną nogą. Zbliżenie sprawiło, że obraz był zamazany, ale światło odbite od oparzeń na ciele poszkodowanego dawało piorunujący efekt.

Następnie Harry renderował filmy i umieścił dwa krótsze klipy na YouTubie. Anteny telefoniczne w okolicy był przeciążone, więc wskaźnik przesyłania poruszał się wolno, mimo dobrego sygnału 5G. Kiedy wideoklipy znalazły się w internecie, napisał krótki wstęp na stronie „Rock Spring Neighbourhood News”: Sensacyjny materiał filmowy po wybuchu. Niebawem kolejne! Potem przesłał wideoklipy do Reddit, na Facebooka i w kilka innych miejsc, gdzie mogły wzbudzić zainteresowanie.

Natychmiast otworzyło je kilkunastu użytkowników. Harry przestał dygotać i zaczął się uśmiechać, surfując po internecie i zapamiętując adresy mailowe trzech lokalnych stacji telewizyjnych w Las Vegas oraz głównych portali informacyjnych i turystycznych w mieście. Później uruchomił usługę głosową i szeptem podyktował maila.

 

Zamieściłem w internecie materiał wideo nakręcony po wybuchu, do którego doszło w ogólniaku Rock Spring High. Możecie wykorzystać klipy, jeśli zaznaczycie, że je wykonałem, i nie usuniecie mojego nazwiska. Mam również zdjęcia o wysokiej rozdzielczości wykonane po eksplozji i pełny trzyminutowy materiał. Przekażę wyłączne prawo do ich wykorzystania pierwszej organizacji, która się do mnie zgłosi i zapłaci tysiąc dolarów…

Harry spojrzał na słowa „tysiąc dolarów”. Nigdy wcześniej tego nie robił, więc zastanawiał się, czy nie żąda za dużo lub za mało. Zmienił kwotę na tysiąc pięćset, ponownie rzucił okiem i poprawił na tysiąc, a następnie wcisnął „wyślij”.

Odświeżył stronę YouTube i stwierdził, że jego trzydziestosekundowy klip miał już sto pięćdziesiąt odsłon i siedem komentarzy.

To sfabrykowany materiał!!!

Poznaję nogę Deiona! Jak ktoś zdołałby tak szybko sfabrykować klip?

Harry Smirnov to nakręcił? Ten Angol? Dzieciak, który wygląda jak Harry Potter?

Tak.

Deion pozwie tych dupków ratowników! A to dobre!

Gdzie jest teraz wasz rozgrywający, pedały z Rock Spring?

JJ Janssen i tak jest lepszy! W piątek skopie ziomali z Mountain Creek.

Kiedy Harry wsuwał telefon do siatkowanej kieszeni szortów, filmik obejrzano prawie dwieście razy. Renderowanie wideoklipów mocno obciążyło procesor, więc komórka była ciepła jak grzanka. Chwycił plecak i ruszył do drzwi.

– Cholera – jęknął, wyjrzawszy na korytarz. Panował tam półmrok, ale Harry zauważył przy schodach gliniarza i kobietę w jasnopomarańczowym kombinezonie z napisem „straż pożarna”.

Wrócił do okna. Na brukowanym dziedzińcu zastawionym drewnianymi stolikami piknikowymi nie było żywej duszy. Znajdował się na wysokości pierwszego piętra. Pomyślał, że mógłby się uczepić solidnie wyglądającej skrzynkowej rynny i zeskoczyć. Jednak pomysł upadł, gdy się przyczołgał do przesuwanego okna i stwierdził, że nie otwiera się ono całkowicie, jak okna na parterze.

Postanowił przeczekać. Teraz, kiedy jego wideo znajdowało się w internecie, a kopie materiałów na jego koncie Google, mniej się martwił tym, że jakiś nauczyciel zmusi go do ich oddania, traktując je jako dowód w sprawie.

– Co tu robisz, u licha? – usłyszał w chwili, gdy otworzył drzwi na korytarz.

Przed nim stała nauczycielka w obcisłych brązowych legginsach. Przed chwilą znajdowała się na szczycie schodów, podążając za policjantem i kobietą ze straży.

– Musiałem wrócić po torbę – wyjaśnił, odwracając się, żeby ją pokazać.

– Wróciłeś jakby nigdy nic na miejsce popełnienia przestępstwa, żeby ją odzyskać?! – wrzasnęła, opierając ręce na biodrach. – A gdyby w szkole była druga bomba? Rozumu nie masz?!

Gliniarz wydawał się bardziej podejrzliwy. Harry rozpoznał porucznika, którego podsłuchał przy bramie. Zauważył, że policjant ma krew na rękawie koszuli. Najprawdopodobniej była to krew Deiona.

– Jak się nazywasz, synu?

– Harry Smirnov.

– SMIRNOFF? – przeliterował funkcjonariusz, zapisując nazwisko w notatniku. – Jak ta wódka?

Chłopak pokręcił głową.

– Po rosyjsku jest jedno „V”, a nie dwa „F”.

– Uhm – mruknął policjant, przekreślając dwie litery.

– Znasz Deiona Powella?

– Osobiście nie – odpowiedział Harry.

– Wiesz coś o tym wybuchu?

– Myślę, że ten, kto to zrobił, trzymałby się w bezpiecznej odległości – zasugerował Harry.

– Nie wymądrzaj się – zbeształ go porucznik, ale wygiął wąsy w nieznacznym uśmiechu, po czym odwrócił się do nauczycielki. – Mogłaby pani wyprowadzić pana Smirnova z budynku?

Harry ruszył za zdyszaną, stąpającą kaczym chodem nauczycielką w kierunku utwardzonej ścieżki, a później głównego wejścia do szkoły. Karetki pogotowia odjechały, ale na poboczu drogi dojazdowej za szkolnym ogrodzeniem stały radiowozy i pojazdy dowodzenia używane w sytuacjach wyjątkowych.

– Czekają na psy tropiące wyszkolone w wykrywaniu materiałów wybuchowych. – Z tym wyjaśnieniem kobieta odprowadzająca Harry’ego zwróciła się do innej nauczycielki, zmierzającej w przeciwną stronę. – Później osobiście przeszukają teren.

– JJ-a nie było dzisiaj w szkole – odpowiedziała tamta, zasłaniając usta ręką, jakby zdradzała wielką tajemnicę, choć Harry stał tuż obok.

Trzy telewizyjne wozy transmisyjne zaparkowały na dużym kolistym podjeździe przed głównym wejściem do szkoły. Parking dla uczniów niemal opustoszał, a żółta strefa, gdzie zwykle przystawały szkolne autobusy, była pełna zaniepokojonych rodziców, machających z samochodów i zabierających dzieci, które były zbyt młode, żeby prowadzić.

– Będę mieć cię na oku – zapowiedziała Harry’emu Brązowa Legginsówa. – A teraz zmiataj!

Kiedy nauczycielka zniknęła z pola widzenia, Harry sprawdził telefon. Trzy minuty temu dostał wiadomość od Matta, kumpla, z którym biegał.

Niesamowite wideo! Jesteś czubek! Podwieźć Cię do domu?

Harry nie odpowiedział od razu, ale odświeżył stronę YouTube. W ciągu jedenastu minut od umieszczenia klipu w internecie obejrzano go niemal pięćset razy, było też pod nim wiele komentarzy. Opuściwszy wirtualną rzeczywistość, Harry znalazł się w ożywionym tłumie kibicującym trzem dziewczynom udzielającym wywiadu reporterowi lokalnych wiadomości Vegas Thirteen.

Producent wybrał ładne dziewczęta, a cała trójka odegrała niezwykle dramatyczne przedstawienie, trzymając się za ręce ze łzami w oczach. Jedna oświadczyła prezenterce, że z przerażenia myślała, że umrze, a ci idioci z dziesiątej klasy robili miny w tle.

– Harry, chłopie! – zawołał Matt Silver.

Harry spojrzał w lewo i zobaczył swojego najlepszego – i jak dotąd jedynego – amerykańskiego przyjaciela.

Matt miał śmiesznie potargane jasne włosy i krępą budowę ciała. Balansował na skraju subkultury gotyckiej, w rozchodzonych butach All Stars, postrzępionych, workowatych czarnych szortach i koszulce z zombie wyhaftowanymi na plecach.

Matt i Harry chodzili razem tylko na kilka przedmiotów, ale lubili wspólnie biegać i mieszkali w odległości trzech przecznic od siebie. Trenowali przynajmniej dwa razy w tygodniu. Obaj byli wystarczająco szybcy, aby się dostać do drużyny Rockets Athletic Team, ale Harry biegał, żeby oczyścić umysł, a nie rywalizować, Matta zaś usunięto, kiedy oblał jeden przedmiot i został przyłapany z dziewczyną na paleniu jointa.

– Niezły z ciebie czub, bracie! – oświadczył z podziwem Matt. – Powrócić w takim stylu! W szkole się wściekną…

– Tak myślisz? – spytał zaniepokojony Harry.

– Nie opuściłeś budynku, użyłeś telefonu na terenie szkoły i pogwałciłeś uczniowską tajemnicę.

Harry przesunął ręką po spoconych włosach, uświadamiając sobie, że nie wziął pod uwagę możliwych konsekwencji.

– Dałem się ponieść atmosferze chwili. Moja ciotka Kirsten też nie będzie zachwycona…

Matt wycelował kciukiem w stronę parkingu dla uczniów.

– Moja siostrzyczka proponuje ci podwózkę do domu, ale nie będzie czekać cały dzień.

– Na YouTubie zamieszczono wideo – usłyszeli, wchodząc przez bramę parkingu dla uczniów. – To Deion Powell. Wygląda, że został ciężko poparzony.

– Co za jeden ten Harry Smirnov? – zapytała niska dziewczyna, oglądając jego klip na ekranie telefonu.

Harry stłumił uśmieszek, kiedy Matt klepnął go czule po plecach i wyszeptał:

– To supergwiazda.