Narzeczona SchulzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Podziękowania

Źródła cytatów i inspiracji

Spis ilustracji

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: LUCYNA KOWALIK, BARBARA GÓRSKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ANITA KASPEREK, KRZYSZTOF LISOWSKI

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Na okładce wykorzystano rysunek Brunona Schulza Kobieta i mężczyzna na spacerze, ok. 1936, ołówek. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie.

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Agata Tuszyńska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2015

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05785-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Józefina Szelińska, Juna, w latach 1933–1937 była narzeczoną Brunona Schulza – genialnego pisarza, malarza, autora Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą.

Ukrywała to przez niemal pół wieku. W powojennych ankietach podawała stan cywilny: samotna.

Wszystko inne jest grą pamięci i wyobraźni.

I

Ta fotografia jest jego dziełem. To ja. „Juna”. Długie smoliste włosy gładko zebrane do tyłu. Czarna jedwabna suknia na ramiączkach. Niewielki naszyjnik z pereł. I zmysłowa, rozchylona róża z prawej strony. Ale przede wszystkim duży dekolt i nagie ramiona. Sam mnie tak usadził, upozował. Prosił, żebym odsłoniła nogi. Na chwilę, do zdjęcia. Rozłożył mi ręce w szerokim geście. Otwieram się... Pokazuję coś więcej niż pończochy, o wiele dalej niż zwykle, niż nauczyła mnie matka, niż trzeba.

(Jeszcze nie wiedziałam, że i za tę frywolność przyjdzie mi zapłacić).

Kanapa przypomina tron, a ja władczynię. Patrzę, jak nie patrzyłam dotąd na nikogo. Kusząco, wabiąco. Ale też z pewnością siebie, trochę nawet surowo. Jakbym za chwilę miała karcić poddanych...

Ta fotografia jest jego dziełem.

Nie wiem, czy to on sprawił, że tak wyglądam. Ale na pewno on wyreżyserował takie ujęcie. Taką mnie stworzył. Czy to więc jemu wtedy chciałam się podobać? Oczy spod przymkniętych lekko powiek wydają się pewne odpowiedzi.

Tego kadru nie powtórzył w żadnym swoim rysunku. Nie naszkicował nigdy mojego oddania. Ani pożądania.


Tę historię powtarzała sobie latami. W wielu wariantach i różnych odsłonach. Realistycznie albo z „młodopolską falbaną”. Na chłodno i ze łzami w oczach. W gorsecie lub z rozpuszczonymi włosami. Bliżej rzeczywistości lub bliżej swojej duszy. Wtedy, kiedy modliła się o żar. I później, kiedy prosiła już tylko o spokój.


Dramat zwykle zaczyna się mimochodem. Jakoś tak... albo wręcz „byle jak”. Bez fanfar. Na przykład na ulicy.

Tego mężczyznę, myślała o nim manierą matki: „młodego człowieka”, zauważyła kilkakrotnie na Mickiewicza. Zatrzymywał się przed nią w pewnej odległości, jakby ustępując miejsca. Cofał się, nieznacznie pochylając głowę, by ją przepuścić. Zapamiętała ten gest, wyraz adoracji w oczach i pokory w postawie. Niewiele jednak zostawało z lekkości machnięcia kapeluszem. Raczej upór i jakaś intensywna przewrotność. Dziwak, ale intrygujący.

Uczyła wtedy literatury w żeńskiej szkole w Drohobyczu. Miała do pracy kawałek ze stancji. Nie lubiła się spieszyć, wychodziła wcześniej, w drodze nabierała oddechu. Z powrotem to samo, jakieś niespieszne zakupy, może czasem spacer z koleżanką, choćby ze Stefą Czarnecką, ale niewiele było tych przyjemności. Mieszkała i żyła sama.

Widywała go później na nauczycielskich konferencjach czy naukowych spotkaniach. Wiedziała, że też jest nauczycielem, że w najlepszym w mieście męskim gimnazjum uczy rysunku. Patrzył zawsze z boku, jakby podpatrywał. Szukał okazji do osobliwych czołobitności. Jego pokora, uniżoność ponad miarę i te przenikliwe oczy odpychały ją. Prowokowały rezerwę. Milczała. Dobrze by zabrzmiało: milczała wyzywająco. Nauczyła się patrzeć na niego niby bez wyrazu, jak zza szyby, a przecież pytająco... Kobiety to umieją. Szczególnie wtedy. I szczególnie kobiety w małych miasteczkach, wolne, a już, zdaniem otoczenia – nie najmłodsze. Nie znała jeszcze przez jakiś czas jego nazwiska.

Te pierwsze przypadkowe spotkania dwojga nieznających się ludzi musiały być pod koniec 1932 roku. Zapamiętała ciepły wrzesień, spadające kasztany, wieczorny cień chłodu w powietrzu. Ciągle nie nosiła płaszcza. Wieści ze świata nie zakłócały jeszcze codziennego życia. Horyzontu nie barwiła rozpacz.

Kilka miesięcy później, na początku wiosny 1933 roku odwiedził ją w szkole nauczyciel fizyki, w którego towarzystwie widywała czasem tamtego mężczyznę. Profesor Aleksy Kuszczak przyszedł jako wysłannik kolegi, na tyle zawstydzonego, że sam nie ośmielił się pojawić. A prosił o jej zgodę na pozowanie do portretu.

Któraż Madame Bovary odmówiłaby artyście? – pomyślała, mile zaskoczona brawurą tej propozycji. Zgodziła się. Desperacki gest występnej żony prowincjonalnego lekarza nie zaprzątał jej uwagi. Wkrótce potem przyszedł już sam Schulz. Wyjął pastele. Szkicował szybko, popatrując na nią z jakiejś głębi, do której nie miała dostępu. Peszyło ją to nieco. Ale tylko na początku.

Zaczęły się seanse, w których często odkładał ołówki i kredki i rozmawialiśmy. W pamięci mam bardziej aurę niż szczegóły tych rozmów. O księdze blasku, płodności chwastów i labiryncie odzwierciedlającym mapę ludzkiej duszy. Niezwykłość, wzajemne zauroczenie. Jakbyśmy byli związani tajemnym paktem, grą spod półprzymkniętych powiek. Czułam w tym smak zakazanego owocu, choć nie do końca wiedziałam dlaczego. Miałam nagie ramiona. Zbyt nagie. Chciałam zniknąć, a jednocześnie być, bardziej i bardziej. Ktoś mnie tworzył, podziwiał, dopełniał. Sprawiał, że czułam się dla mężczyzny królową, którą nigdy nie byłam. W domu rodzinnym nie miałam na to szansy. Otaczali mnie bracia, ojciec, widywaliśmy się w bieliźnie w drodze do łazienki. Tutaj rozpływałam się w jakiejś mgle uwielbienia, na którą przecież nie zasługiwałam. Nie doświadczyłam wcześniej podobnego stanu.

Szkicował. Patrzył na mnie uważnie. Chyba nie tylko z uwagą rysownika. Pamiętam te oczy. Niewielkie i błyszczące. Ciemne i przenikliwe. Głęboko osadzone pod niewysokim, mocno sklepionym czołem. Czy widział mój semicki nos? A oczywiście, że widział, sam miał podobny, choć nie tak wydatny jak mój. Ale wiedział pewnie, że chodzę do kościoła, nie do synagogi. Sama się tym chętnie chwaliłam. Jakby to było bardzo ważne. Wtedy wierzyłam, że jest. Czy wiedział już, że topnieję pod tym jego spojrzeniem? Że gotowa jestem na więcej niż dotychczas z jakimkolwiek innym mężczyzną? Jak i kiedy to odkrył?

Pastelami wydobywał szczegóły i charakter twarzy.

Te pierwsze szkicowe portrety nie zachowały się. Nie była zresztą pewna, czy chodziło o nie, czy o nią. Niewiele wtedy wiedziała o ich autorze. Dopiero później zwróciła uwagę na dwa jego obrazy w lwowskim muzeum: Autoportret, już znajomy, artysty z magnetycznym wzrokiem, i rodzajową scenę – z dwiema kobietami adorowanymi przez mężczyznę. Drobnego, zgiętego w geście poddania. O rysach i sylwetce również znajomych. Nieoczekiwane powtórzenie i zwielokrotnienie jej własnego doświadczenia z drohobyckiej ulicy.

Wydawał jej się młody, znacznie młodszy od niej, a miała wówczas dwadzieścia osiem lat, i była szczerze zdumiona, gdy oświadczył, że on sam skończył czterdzieści jeden. Trudno jej było w to uwierzyć. Bo przecież uważała się za osobę trzeźwo oceniającą ludzi. Tak szybko ją zaczarował? Ją, chłodną prymuskę dojrzałą ponad swój wiek? Tym rysowaniem czy może opowieściami o książce, która miała się niedługo ukazać?

 

Wstydziła się adoracji, którą ją otaczał, ale i pragnęła jej. Wkrótce – jak niczego innego na świecie. Choć koleżanka z pracy, której wymieniła z błyskiem w oku jego nazwisko, powiedziała: Lepiej uważaj. Różnie o nim mówią. No, to akurat nie była wielka nowina, o kim nie mówią różnie? Dopytywana, wykręcała się od odpowiedzi, w końcu bąknęła, że go widują z miejscowymi latawicami. Jakimi latawicami? No, dziwkami. Ale to chyba nie on...

Wzruszyłam ramionami – pewnie że nie. Chociaż kiedy zobaczyłam więcej jego rysunków...

Autoportret artysty z magnetycznym wzrokiem.

Przyznaję, od tej chwili chodziłam po Drohobyczu z otwartymi oczami. Zwłaszcza wieczorami, koło rynku, podpatrywałam te pannice kręcące się zalotnie pod arkadami i wystające u wylotu uliczek. Aż mi się nie chciało wierzyć, że zajmują się... tym. Bo jak to w ogóle tak można, z obcym, od razu, nago? I w ogóle... Gdzie zabierały tych swoich klientów? Tam w głębi były tylko same rudery.

Niektóre dziewczyny były nawet ładne, jedna wydała mi się piękna, w rozkloszowanej sukni i w strojnym kapeluszu wcale nie wyglądała na „taką”. Inne na wysokich obcasach chodziły niezgrabnie jak manekiny. Nieobyczajnie świeciły łydkami. A mężczyzn wkoło nich nie brakowało. Jedni się skradali, inni, podpici, ryczeli swoje chęci na całą ulicę. Raz czy dwa i mnie próbowali zaczepiać. Więc przestałam zapuszczać się tam, gdzie nie trzeba. Bruno jest artystą, tłumaczyłam sobie, musi wiedzieć i widzieć więcej niż inni, chodzić wszędzie i przeżywać wszystko, byle nauczycielka nie będzie mu mówić, co jest dobre, a co złe. Szczególnie że nic takiego przecież nie robi. Nie on. Jest przecież nauczycielem. Jakiś inny ktoś – to tak. Może nawet inny Schulz. Na pewno.

Spotykaliśmy się u mnie, najczęściej wieczorami. Wynajmowałam pokój u Zarembów, czekałam na jego wizyty. Już nie tylko kolegi nauczyciela, magicznego rysownika, ale i pisarza. Wieczorami piliśmy herbatę, koniecznie z konfiturą!, i zatapialiśmy się w wierszach Rilkego. Albo w nieprzebranych feeriach jego wyobraźni. Zaludniały ją wielobarwne motyle i metafory. Jak nigdy z nikim. Przez pierwsze miesiące to był najważniejszy sens naszego związku. Dla obojga. Dziwkami z rynku już się nie przejmowałam.

Niemal od razu powiedział, jakoś tak cicho i nieśmiało, że ma niedługo wydać książkę, zbiór opowiadań zatytułowanych dziwnie, ale pięknie – Sklepy cynamonowe. I że pomogła mu w tym Zofia Nałkowska. Jeździł w tej sprawie do Warszawy, chyba nawet do niej. Dodał, że brat Izydor finansuje jego debiut. Był tym trochę zażenowany, ale bardziej podbudowany. Przeświadczeniem, że brat, prawdziwy przedsiębiorca, dyrektor firmy naftowej Galicja, wspiera go z przekonania, że wierzy w jego pisarski talent. Ale ja byłam ciekawa czegoś innego.

To „ta” Nałkowska, spytałam? Tak. To jego „tak” było ledwie słyszalne. Wielka Nałkowska, myślałam, czy on – taki wrażliwy, taki oczytany – nie zna jej literackiej potęgi? Potem już nie byłam taka niemądra, ale na początku, owszem – tak. Nie domyśliłam się, że łączy ich coś więcej. Dlatego był taki zdawkowy. Ale skąd miałam wiedzieć? Tym bardziej że, jak myślałam, coś więcej zaczyna łączyć go przecież ze mną...


Najczęściej chodziliśmy na spacery po łąkach za domem. Albo do brzozowego lasu. Ja byłam od dzieciństwa fanatyczką pieszych wycieczek. (Zdzierałam w sezonie kilka par butów na płaskim obcasie!) Ale i on wcześniej spacerował regularnie. Zwykle po lekcjach. Deptak wiódł przez szpalery jarzębin i kalin ulicy Sienkiewicza, poprzez park do drohobyckiego corsa ulicy Mickiewicza, obok szkoły św. Jadwigi...

Banał? Nie z Brunem.

Rozmawiali o wszystkim, choć głównie o literaturze. Oboje wielbili twórczość Rilkego i Tomasza Manna. Ale lubił też dyskutować o Freudzie i Einsteinie. O wszystkim, co czytał. Wierszem i prozą.

O różnościach.

Narzekał na kurz w Warszawie. O modlitwach mówił, że to śliczne wiersze mistyczne. Łakomie o lodach w Ziemiańskiej. O kolorach powietrza namiętnie dywagował. I tureckim alfabecie wron, których mowę próbował rozszyfrować. Monotonnie o egzaminie z geometrii wykreślnej, który zdawał w młodości, kiedy jeszcze miał być inżynierem. Ciszej o górach, gdzie jeździł dla zdrowia, choć trochę się ich majestatu obawiał.

O sobie.

W domu, póki żył ojciec, mówił po polsku i niemiecku. Jego rzeźbę nagrodzono w szóstej klasie i wydano w formie pocztówki. Przed maturą wyróżniono go za baśniowe wypracowanie o koniu. Studia w Wiedniu przekonały go, że malarstwu powinien się poświęcić, a nie inżynierii lądowej.

Gorliwie studiował rozkłady jazdy, z upodobania. Magię pociągów odczuwał od dziecka. Buchalteria cyfr najwyraźniej go uspokajała.

Trochę filozofował. Pamiętam opowieść o twarzy ludzkiej jako punkcie wyjścia powieści, indywidualności, jaką jest każdy człowiek, i braku wspólnego mianownika ziemskich istot. Może ta niemożność porozumienia powinna mnie wtedy zastanowić, ale za chwilę uwodził apostrofą o muzycznej ciszy, jej uspokojonym wahadle kołyszącym go ku sztuce samej.

Już nie próbowałam zrozumieć tych wywodów. Poddawałam się im jak życiodajnej wodzie w jeziorze w moim miasteczku, jak niebu, którego oddech – dzięki jego słowom – stawał się barwny. I już tylko kręciło mi się w głowie. Mieszały się proporcje rzeczywistości i fikcji. W tej drugiej czułam się niezwykłym i chcianym gościem.

A kiedy już było po wszystkim i seans się kończył, zostawało jedynie sedno, jak sam mówił, „porzucone torso rozmowy”... Myśl wracała do pasty do butów, zalet czosnku i stawek dodatku wyrównawczego dla naszych mizernych szkolnych grup uposażenia. Wstępowaliśmy w życie. On tym przyziemnym padołem gardził. Ja rozumiałam, że nie ma przed nim ucieczki. Obecność Bruna dodawała mi odwagi. I sił.

Przesadnie do siebie nie zachęcał. Jak na samotnika i dziwaka przystało opowiadał o chorobach, o tym, jak w młodości miesiącami leżał w łóżku, o zapaleniu okostnej lub opłucnej (słowotwórczo się nimi bawił!), o nocnych potach. Wspominał, że zdarzało mu się bardzo długo nie wychodzić z pokoju, kiedy tworzył. Posiłki musiano mu podstawiać pod drzwi. Takiego skupienia wymagał. Znał chyba wszystkich drohobyckich lekarzy i wszystkie sześć aptek. Narzekał na kierat szkolny, na hałas przejeżdżających wozów, na swoją nieśmiałość.

Ale też wspomniał o tym, co pisze. Raz tylko. O Mesjaszu, o swoim najważniejszym dziele. Że zaczął, że próbuje nanizać wątki, że chyba będzie to, podobnie jak pierwsza książka, zbiór różnych opowieści. Potem nie chciał już o tym mówić. Milczał albo skarżył się, że mu nie idzie, że jest z tym coraz gorzej i gorzej...

Był pisarzem przed debiutem, nie wiedział, co go czeka. Kim będzie niedługo – Brunonem Schulzem, autorem wspaniałej książki czy przemilczanego przez wszystkich tomiku, porastającego kurzem w najciemniejszym kącie księgarni? I to mimo rekomendacji Nałkowskiej! I mimo własnego, rozdętego czasem do absurdu, zmysłu krytycznego... Może również rysunki powinny mu dodawać pewności, ale to było jednak co innego...

Więc pewien niepokój musiał być... I był. Wybuchał w niespodziewanych miejscach, nawet najbardziej idyllicznych. Bruno ciągle mnie zaskakiwał. Ale najpierw usypiał pozorną zwyczajnością... Jakby rzeczywiście był tylko prowincjonalnym nauczycielem flirtującym z przystojną koleżanką...

A kiedy nastała wiosna, oprawa naszych spacerów zrobiła się wspaniała. Spoza murów klasztoru bazylianów pachniały bzy. Pęczniały secesyjne magnolie, pachniały żółtodziobe forsycje. Tyle zieleni nie widziałam nigdy później. Te ledwo pokryte listkami brzeziny, jak panienki na balu debiutantek albo na ślubnym kobiercu... Zachwycałam się tym wszystkim, tymi zmysłowymi obrazami jak pensjonarka. Ja, układna polonistka po szacownej lwowskiej uczelni. Od dziecka żyłam w krajobrazie, za oknem rodzinnego domu miałam jezioro, niedaleko las. A był jeszcze sad... Drzewa, deszcze, wiatr to dla mnie coś oczywistego, poranki i zmierzchy odliczały dni, rytuały kwitnienia i więdnięcia określały mój świat.

Bruno odczuwał to inaczej. Nie miał duszy podróżnika jak ja. Spacerami po Drohobyczu obłaskawiał potrzebę ruchu i zmian pejzażu. Czasem po prostu chodziliśmy zatopieni w rozmowie, zupełnie nie zauważając mijanych miejsc. Lubiliśmy oboje drewnianą cerkiewkę św. Jura podobną do wielkiej zabawki. Niekiedy zwracał moją uwagę na szyldy miejscowych akuszerek z bocianami trzymającymi niemowlęta w falbaniastych poduszkach. Albo wskazywał na aptekę Pod Opatrznością Gorgoniusza Tobiaszka, obracając na języku to wspaniałe imię jak dzieło sztuki. Tam na wystawie można było zobaczyć wielki słój z syropem malinowym dobrym na wszystko. Widziałam, że Bruno patrzy na ten słój specjalnie, a mówi o nim z czułością dziecka przyłapanego na marzeniach. Byłam pewna, że baniak z sokiem malinowym pojawi się kiedyś w jego opowiadaniach. Nie wiedziałam tylko, że tak szybko. I że nieraz.

On widział naturę mniej zmysłowo. Zawsze przez filtr lektur, obrazów, skojarzeń. A najchętniej jako literacki temat. Brzozowy lasek? To dopiero początek całego łańcucha wyobrażeń i wątków. Jakby podnosił przyrodę do wyższej rangi, dając jej rolę w snuciu i odgadywaniu metafizycznych zagadek. Nie liczyło się właściwie nic, czego nie uznał za przydatne w swojej sztuce. Pejzaż, scena, kadr. Ślimak na drodze, poburzowy rój motyli, skłębione chmury pędzące nad drzewami, cień pod arkadami zajazdu, wszystko mogło się nadawać do użycia. I mogło wkrótce odżyć w jego rysunku czy opowiadaniu. Zwierzenie, mgnienie, potknięcie, profil akacji... Biały puch topoli, niezdarność kapusty... Wolał czasem spacerować w milczeniu. Czuła, że tak musi czuć i zachowywać się artysta.

Tym bardziej przeraził ją na Łanie, w dzielnicy żydowskiej biedoty, gdzie zawędrowali któregoś wieczora. Chyba przypadkiem. Tak myślała, niekoniecznie zadowolona z nędznej scenerii ich romantycznego spaceru. Chociaż i tu można się było dopatrzeć malowniczości. Te chatynki z rozpadającymi się dachami, kępy ostów i łopianów, jakieś urokliwe śmietniska.

Ale jemu nie chodziło o malowniczość. Przystanął nieoczekiwanie i cicho powiedział: „I tutaj zginę”.

Usłyszała to, ale chyba nie zrozumiała, nadal zdawkowo uśmiechnięta do krzywych płotów i biedaków wyglądających zza przesłoniętych kawałkami tektury okien. Więc powtórzył te słowa, pokazując ręką wokoło, na zapadnięte uliczki, śmietniki, brudne, zarośnięte podwórka: „Tu zginę!”. I dodał jeszcze, że będzie kiedyś żebrakiem, brudnym, głodnym, kalekim... A ona się od niego odwróci.

Dopiero wtedy się obruszyła, a on próbował się zaśmiać i zamienić wszystko w żart. Nie potrafił, twarz miał dalej uroczyście ponurą. I chyba zwilgotniałe oczy. Ale jej to wystarczyło. Też mi żartowniś! Jak można, co to za makabryczne poczucie humoru? Nie drążyła jednak sprawy. Lepiej było uznać wszystko za stylistyczną prowokację, za artystyczny popis szanownego pana pisarza. Nie za proroctwo. Od ponurego proroka wolała teraz uroczego gawędziarza i erudytę. Później jeszcze nieraz zaskoczy ją taką przepowiednią swojego losu. Lecz wtedy ona już zacznie zwracać na to uwagę...

A kobiety? Były tematem tych spacerów? Przy niej, postawnej, dużej, wpatrzonej w niego ufnie, Bruno nie ośmielał się pewnie rozglądać zbyt uważnie. A może zza jej pleców łatwiej mu było szukać ich ciał i twarzy? Wiedziała przecież, że szkicował te swoje rysunki i z pamięci, i z modelek. Służące i ulicznice, żony adwokatów i kupców – wszystkie były mu na papierze absolutnie posłuszne. Szanowne panie mecenasowe i dziwki, zarabiające po podwórzach i w miejscowych burdelikach, odzierał z sukien, czasem zostawiał ślady bielizny i pantofle na wysokich obcasach. Piersi, biodra, nogi... Nagim ciałom nakładał twarze zapamiętane z ulicy czy ze sklepu. Mnożył je, udoskonalał, powielał. Przebierał, zmieniał tożsamość. Sam, przycupnięty blisko ziemi, podpatrywał, gotów na przyjmowanie razów. I na rozkosz. Kto miał oczy – ten widział. Kto miał rozum – kojarzył.

Ale już to powiedzieć, nazwać – to inna sprawa. Licentia poetica? Zabawa konwencją? Stylistyczny chichot następcy Beardsley’a i Kubina? Może.

Junie musiało być jednak nie do śmiechu, kiedy te rysunki, ich obsesyjną jednorodność i mnogość, oglądała. Albo gdy pokazał jej kiedyś dziewczynę z zadartym noskiem, córkę ukraińskiego adwokata, istotnie niezwykle podobną do pewnego typu kobiet z jego rysunków. Juna emancypantka i to musiała przełknąć. A wkrótce pewnie i więcej.

 

Bruno szukał w ludziach podobieństwa do zwierząt. Czasem dla żartu, czasem dla głębszych skojarzeń. Nie zawahał się, gdy zapytałam, kogo mu przypominam.

– Pani? Antylopę!

– A pan? Kogo?

– Psa!

Śmiałam się z tego porównania mnie do długonogiej gazeli. Ale pochlebiało mi, że tak mnie widział. Wolną, niezależną, piękną i daleką.

On za to nie miał nic z psa, choć sądził zapewne, że jest inaczej. Ani wierności, ani czułości, ani bezwzględnego oddania. Jego pokora była udana. Uległość pozorna. A podnóżkiem bywał tylko w pewnych okolicznościach...


Józefina? To było imię cesarzowych, władczych i intryganckich. Wolał ją nazywać Juną, od Junony – prawdziwej, nie-ziemskiej bogini. A ona zauważyła zaraz, kto był męskim odbiciem mitycznej Junony – Genius, no tak, wszystko było tak jak trzeba. Ona i On. Juna i Geniusz. Tylko w pewnych chwilach degradował Junę do zwyczajnej Józi. Ona go później do Brunia, domowego niedorajdy, mazgaja niezdolnego do żadnej decyzji. A ta jego Józia miała być zwykłą mieszczką, nudną panią nauczycielką, banalną służebnicą codzienności. Myślała, że nazywa ją tak żartem. Z czasem zaczęła mieć wątpliwości, czy to tylko żart.

Koleżankom imponowała wytworną elegancją. Nosiła się klasycznie, z pełną wdzięku prostotą. Grafitowe lub beżowe garsonki. Żakiet plus spódnica do pół łydki. Bez biżuterii. Uczennice patrzyły w nią jak w obraz. Chciały być jak ona. Zadbana, gustowna, błyskotliwa. Budziła respekt. Ujmowała je też uwagą i cierpliwością.

Ktoś mu powtórzył, że nie jestem tylko milutka dla uczennic w szkole, że je strofuję, że na przykład nie pozwalam krzyczeć przez okno do chłopców przechodzących ulicą. Radzę też nie nosić dekoltów i nie umawiać się na spacery po zmroku. Że uczę je dobrych manier. Takie drobiazgi, ale jemu się to nie podobało. Na moment jakbym przejrzała się w lustrze jego rysunków. Czy nadaję się na muzę prawdziwego artysty? I to muzę z małej, a Artysty z dużej litery? Jednak te jego rysunki wcale mnie tak nie odpychały, jak najpierw myślałam. Szukałam ich podobieństw u włoskich mistrzów, nagiej Wenus Tycjana czy Botticellego... Co powiedziałabym moim, wiedzionym do przyzwoitości i doskonałości, uczennicom, gdyby mnie o nie spytały? Na szczęście nic jeszcze o nas nie wiedziały. A sztuka uwzniośla...

Ona też szybko zaczęła nazywać go Bruno. Nie Brunon, co byłoby zgodne z regułami gramatyki, w której oboje byli biegli. I nie Brunio, jak nazywali go w domu, z odrobiną drażniącej ją jednak ironii. Brunio to przecież ktoś mały i mało ważny. Jak zabawka albo żałosny człowieczek z potarganymi nerwami. Wiedziała, że i za takiego go mieli. W szkole, w rodzinie. Sam jej opowiadał o reakcjach na jego artystyczne próby. „Brunio, ty mnie nie maluj, bo sąsiedzi się będą śmieli...”. Matka biegała po kumach skarżąc się, że szkicował prawie nagą służącą. „Co z tego, że artysta? Rozbiera służącą! W moim własnym domu!”.

W rodzinie traktowano go z uwielbieniem, ale i z pewnym rodzajem pobłażania. Jak artystę, jak dziecko? Mieszkał z siostrą, siostrzeńcem i dalszą kuzynką. W niewielkiej kamienicy przy Floriańskiej 10. Od kilku lat nie żyła matka. Ojciec zmarł jeszcze w czasie wojny. Mag, fechmistrz wyobraźni, prestidigitator. To była najważniejsza postać w życiu i twórczości Bruna. Właściciel sklepu bławatnego i nieprzebranej spiżarni synowskiej imaginacji. Bruno obdarzył go niezwykłą artystyczną mocą. Badacz Księgi był mędrcem i wyrocznią, potrafił stać się też i ptakiem, i karaluchem... Nie lubiłam go. Zabierał mi Bruna.

Kobiety były zwyklejsze. Przede wszystkim matka, siostra Hania, kuzynki. Do obsługi codzienności. I do wielbienia. Strażniczki kuchni i pracowni. Były jeszcze służące. Te kojarzyły mu się z młodością, nie obejmowało ich rodzinne tabu – więc i z erotyzmem. Były obiektem pierwszych jego zmysłowych marzeń. Tych, które rozkwitły później tak obficie w rysunkach Bruna. I które, przyznaję, tak mnie na początku szokowały.

Matka bolała nad dziwacznymi, artystycznymi skłonnościami syna. Dumna była ze starszego, Izydora, dyrektora w wielkim przedsiębiorstwie naftowym, który stał się po śmierci ojca głową rodziny i główną jej finansową podporą. Nie przypuszczała, że i Bruna czeka kiedyś ta rola. Bo on taki nie do końca poważny... Niby nauczyciel na państwowej posadzie, ale czasem narażał ją na wstyd i gadanie na targu. A że portretuje sąsiadki w samej tylko bieliźnie, a że jakiś z niego „masoch”. Nie rozumiała, co mu zarzucano, ale była pewna, że to nie komplement. I że nie pojawiał się bez powodu. Bo też „Brunio” żenić się nie chciał. Rysował te swoje dziwaczne szkice. Znikał wieczorami. I listów dostawał za dużo.

Miał być inżynierem, studiował coś nawet, ale budownictwo lądowe przegrało w walce z jego mizerną posturą. Stale chorował. Gorączkował. Z powodu zębów, oskrzeli, pęcherza. Skończyło się na leżeniu w łóżku. Długo. Za długo. Pewnie tam się namnażały te chorobliwe myśli. Przy stałym pisaniu. I rysowaniu. Co prawda, gryzmolił już jako dziecko. Próbował rysować na brzegach gazet i kawałkach toreb, w które sypano na targu kaszę i rodzynki. Najczęściej powozy z końmi. Albo dorożkę z nastawioną budą. Z płonącymi latarniami wyjeżdżała z nocnego lasu. Dziwne, jak na dziecko, obrazy.

Potem rysował dziecięce główki bratanków. Odwiedzał ich we Lwowie, bo Izydor rzadko bywał z rodziną w Drohobyczu. Zamożny brat wolał, żeby dzieci omijały tamten ponury, jakby skażony chorobą, dom. Bruno lubił z nimi przesiadywać, sam niewielki i przywiązany do bajek. Razem fantazjowali o życiu na bezludnej wyspie...


Dwukrotnie tylko odwiedziłam Bruna w domu. Raz, by zobaczyć jego „pracownię” – spartański pokój bez specjalnego wyposażenia, drugi raz podejmowana przez siostrę Hanię. Tę, która po śmierci matki przejęła z czasem jej rolę. W obu przypadkach przeżyłam to mocno. Ciemne wnętrze pełne antycznych mebli. Dziwne książki hebrajskie, modlitewniki, wieloramienne świeczniki. Ściany pokryte portretami, pochodem zjaw o wykrzywionych obliczach i zniekształconych ciałach. Byłam pod wrażeniem ciszy i spokoju panujących w tym miejscu, ale była to cisza chorobliwa, podkreślająca jakby tutejsze bytowanie na marginesie życia. I te osobliwe postacie: dziwaczny, niepracujący siostrzeniec, jakaś kuzynka, ktoś w rodzaju rezydentki, starsza siostra wdowa... A wszyscy oni uzależnieni z czasem od nauczycielskiej pensji Bruna.

Tam najczęściej wracały jego opowieści o czarnych gąsienicach, karakanach i złych motylach. Na zewnątrz nie robiły na mnie takiego wrażenia. W tamtej przestrzeni kompletnie mnie obezwładniały. Usidlały bez nadziei. Pozbawiały ratunku.

Ten dom był tajemniczy, jak z okrutnej bajki. Albo – jak się niedługo mogłam przekonać – z prozy Bruna.

Między kuchnią a pokojem ciągnął się dość obszerny zagracony korytarz. Stała tam szafa z fotograficznym sprzętem Bruna, z tymi jego kliszami, których używał do swoich grafik. Ale wtedy prawie nikt nie wiedział – co to takiego. Opowiadali mi uczniowie, że „pan Schulz” chodził do fotografów, załatwiał jakieś zużyte szkła i skrobał coś na nich. To były prace do późniejszej Xięgi Bałwochwalczej. Rysunki, na które oni z ciekawością, ale i odrobiną lęku spoglądali. Pomagali mu na jego prośbę. Nie zachęcał ich do oglądania, niczego też nie zabraniał.

Mnie pokazał tę technikę dokładniej. Rysował igłą na warstwie czarnej żelatyny pokrywającej szkło, poprawiał, odsyłał wszystko z powrotem do fotografa. Rysunek stawał się negatywem, jak na fotografii. Bruno naświetlał światłoczuły papier, wywoływał i żmudnie poprawiał szczegóły. Jeśli nie był pewien rezultatu, korygował kreskę i grę świateł na roboczym stole pod oknem, znowu prosił, by odnosić do pracowni. I tak wiele razy, przy wielu grafikach. Odbijanych w małych seriach na różnych rodzajach papieru (bromo-srebrny, o podłożu kremowym, matowej powierzchni). To były te jego słynne cliché-verre. Prawdziwe rękodzieło. Ostatnie chyba takie w sztuce XX wieku...

Z jednej strony korytarz, gdzie upchnięto jeszcze maszynę do szycia i składane łóżka, prowadził do oszklonej werandy, z drugiej do ciemnego pokoiku – komory, który był niegdyś sypialnią matki. Niewiele o niej mówił, ale póki żyła, pilnowała domowych rytuałów, prania, kąpieli, sezonowych gotowań czy wypieków. Starała się scalać rodzinę. Niech się zjeżdżają, choćby tylko na święta, jedzą wspólnie jak należy w stołowym pokoju, poznają się trochę. Rodzeństwo to rodzeństwo. Hania, biedna jak Brunio, żona samobójcy, z chorym synkiem, ale Izydor – wielki nafciarz, ustawiony życiowo, przystojny mężczyzna, niech pomoże reszcie! Pomagał. Przysyłał podobno trzysta złotych miesięcznie.

No i był pokój Bruna. Tylko do niego zajrzałam. Zwykłe łóżko, krzesło, stół, mnóstwo rysunków na ścianach. Kłębiące się, często nagie, postacie. Aż świeciły w półmroku ich lubieżne ciała. Nieznanymi pragnieniami, poniżeniem, błaganiem o litość. Ręce z biczami. I on jak podnóżek. Coś chciał mi jeszcze pokazywać, jakiś portret namalowany przez przyjaciela, ale widziałam tylko ogniste zygzaki. I tę piękną dziwkę z rynku w rozkloszowanej sukni i kapeluszu w centrum kilku rysunków. Więc jednak!

Nie rozumiałam, że chce mnie prowadzić do okna, że coś bąka o górach, o Karpatach, które można zobaczyć w prześwicie domów naprzeciwko. Niczego nie słyszałam, niczego nie widziałam. Wybiegłam jak rażona prądem. Jak przystało na dystyngowaną panią nauczycielkę. Może nie Józię. Ale na pewno praktyczną Józefinę!