Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JESTEŚ TERAZ W ARMII

Manifestacja, która odbyła się prawidłowo, nie jest żadnym przekleństwem. Opuszczasz swoje miejsce w starym ładzie społecznym i zajmujesz pozycję w mechanizmie, który pozostaje gotów do jego obrony. Życie w armii nie jest łatwe, nikt nie twierdzi, że tak jest. Jednak dar w postaci czegoś tak potężnego sprawia, że stajesz się nagle częścią czegoś dużo większego od ciebie samego. Magowie z armii wiedzą to i w pełni akceptują. To ich największa duma, a zarazem najcięższe brzemię. To właśnie czyni was, buntowników, tak odrażającymi. Pokazujecie środkowy palec całemu światu. Twierdzicie, że wasze interesy są ważniejsze od interesów każdej społeczności, z jaką wchodzicie w kontakt. Czy czuję się źle, kiedy eliminuję buntownika? Tylko z powodu zużycia mojej broni.

— major „Lawina” (pseudonim) zespół ogniowy Whiskey,

KON Oddział Wsparcia Wymiaru Sprawiedliwości Nowy Jork

Rozdział 9.
Umowa

Wola korzystania z magii w sektorze prywatnym jest prawdopodobnie największą przewagą ekonomiczną, jaką mają nad nami Chińczycy. Zakrawa na ironię, że ten komunistyczny gigant zezwala swoim obywatelom na używanie mocy zabronionej w naszym tak zwanym wolnym kraju. Owszem, jest ona ściśle kontrolowana, ale wystarczy tylko spojrzeć na przewagę, jaką pozwoliła im osiągnąć inżynieria terramantyczna w sektorze przemysłu ciężkiego. Podczas gdy my musimy składać wnioski, których Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych nigdy nie rozpatruje, oni realizują swoje główne zamówienia publiczne w ciągu tygodnia. To komercyjne samobójstwo.

— Lee Thomson, gospodarz radia WQXR audycja Piątkowe walki wieczoru

Britton się ocknął. Poczuł, że uderza plecami o metalowe nosze. Zamrugał, próbując dostrzec coś w ciemności, ale czerń zdawała się do niego ciasno przytulać. Napiął mięśnie, aż nabrał pewności, że ma otwarte powieki, po czym poczuł swój oddech, kwaśny i bliski, odbijający się od zakrywającego jego twarz materiału. Na głowie miał kaptur. Spróbował podnieść rękę, żeby go ściągnąć, ale poczuł ostre ukłucie plastikowych kajdanek na nadgarstkach. Pierś wciąż mu pulsowała, jakby dostał w nią młotem. Miał mokry i płytki oddech, choć czuł dziwne ciepło, które przenikało jego tors. Tłumiło ból, promieniowało na zewnątrz, łagodziło zmęczone mięśnie. Skóra go łaskotała, a przyjemne ciepło eliminowało pieczenie.

Pomimo kaptura na głowie Britton czuł znajome zapachy — oliwy, starych butów, suchego błota. Słyszał kręcących się w pobliżu ludzi, odgłosy zamykanych z trzaskiem drzwi. Nosze ugięły się lekko pod jego ciałem, kiedy gdzieś pod spodem silnik nabrał obrotów.

— Co, do… — wymamrotał. Miał spierzchnięte wargi. Odwrócił głowę, próbując strząsnąć kaptur, ale nic to nie dało.

— Z pewnością wiesz, co będzie dalej — odezwał się głos Arlekina. — Dokładnie jak w filmach.

Czyjaś dłoń podsunęła mu rękaw do góry i po chwili poczuł ukłucie igły. Wewnątrz kaptura ciemność w polu widzenia Brittona zaczynała ustępować miejsca bieli, jednak krótko potem znów zrobiło mu się ciemno przed oczami i pojawiły się wirujące gwiazdki.

Kiedy otworzył oczy, kaptur został już zdjęty, a on siedział wyprostowany. Zamrugał oczami. Wciąż widział nieostro i bolała go głowa, jednak oprócz tego bólu nie czuł żadnego innego. Oddychał normalnie, a obolałe mięśnie i podrapana skóra nie były już przyczyną dyskomfortu.

Słyszał równomierny warkot dużego silnika, napędzającego autobus lub ciężarówkę. Siedział na ławce ciągnącej się wzdłuż burty pojazdu, aż do metalowych prętów, przez które widział kierowcę w wojskowym mundurze. Tuż przed przegrodą stał rząd komputerów, przed którymi siedziała młoda sierżant z upiętymi w elegancki kok blond włosami. Po przeciwnej stronie znajdowała się kolejna ławka i cały szereg szafek — każda z nich zamknięta była drucianą siatką, a wewnątrz znajdowała się zbrojownia, która przyprawiłaby każdego amatora militariów o ślinotok. Rozpoznał pojazd jako mobilne centrum dowodzenia.

Potrząsnął głową, wciąż oszołomiony. Przesunął językiem po podniebieniu, które wydawało się pokryte kurzem. Po przeciwnej stronie siedzieli Arlekin, towarzyszący mu Azjata w kredowoszarym garniturze, o krótko przyciętych, siwiejących na skroniach włosach i surowej twarzy, oraz młoda czarnoskóra kobieta o głowie ogolonej podobnie jak u Brittona. Miała duże, sympatyczne oczy. Na piersi jej mundurowej bluzy w cyfrowym kamuflażu wyszyto czarnym ściegiem paski kapitana, a na klapie widniał stylizowany symbol krzyża wpisanego w serce — symbol fizjomanty KON. Pozostałą część ławki zajmowali różni żołnierze. Na udach trzymali pistolety maszynowe z lufami skierowanymi w stronę Brittona.

— Jak się czujesz? — zapytał Arlekin i podał mu butelkę wody. — Przepraszam za tę suchość w ustach. Nieszczęśliwy skutek uboczny.

Britton instynktownie sięgnął po magiczną falę, ale już znał rezultat — blokada ze strony innej mocy. Przekrzywił głowę w lewo i zobaczył zagłuszacza z KON. Na klapie mężczyzny widniał znak przedstawiający pięść zaciśniętą na wiązce piorunów. Mężczyzna pokiwał ręką i się uśmiechnął.

Britton spróbował się napić, ale rozkaszlał się i woda spłynęła mu po podbródku.

— Spokojnie — powiedział Arlekin. — Rozjaśni ci się w głowie, ale to chwilę potrwa.

Britton już czuł się nieco lepiej, lecz słowa nadal docierały do niego jak przez mgłę. Uniósł rękę i zobaczył, że nie ma już kajdanek. Przebrano go w pomarańczowy jednoczęściowy kombinezon, a stopy marzły mu w białych skarpetach. Skóra była nietknięta, jakby wydarzenia z ostatnich dni w ogóle nie miały miejsca. Poruszył na próbę ramionami. Stawy w żaden sposób nie zaprotestowały. Nie odczuwał żadnego bólu. Nie licząc mgły i tępego pulsowania w głowie, był w niezłym stanie.

— Dokąd mnie zabieracie? — zaskrzeczał.

— To zależy od ciebie — odparł Arlekin. — Masz możliwość wyboru i musisz dokonać go właśnie teraz.

Britton odchylił się do tyłu, zamknął oczy i popił więcej wody, aż wirowanie ustąpiło. Kiedy ponownie je otworzył, fizjomantka przyglądała mu się uważnie. Ogolona głowa i kwadratowa szczęka psuły nieco jej urodę.

— To ty mnie połatałaś? — zapytał ją.

— Miałeś szczęście, że strzelba była załadowana nabojem — odpowiedziała niskim, przyjemnie brzmiącym głosem. — Gdybyś oberwał z breneki, byłbyś martwy, zanim bym się pojawiła. To na pewno mocno boli, ale dłużej się człowiek wykrwawia. Jesteś młody i twoje ciało dobrze zareagowało na magię. Twój stan nie budzi teraz żadnych zastrzeżeń.

— Fizjomantka — powiedział Britton do Arlekina. — Dla mnie? Muszę być ważniejszy, niż mi się wydawało.

Arlekin uśmiechnął się i pochylił do przodu. Trzymał w dłoni niewielki metalowy cylinder, niewiele większy od gumki do mazania. Wewnątrz pulsowało światło.

— Kapitan Bloodbreaker nie tylko cię uzdrowiła, Oscar. Umieściła również takie urządzenie w pobliżu zastawki pnia płucnego w twoim sercu. To UMEZ, Urządzenie do Monitorowania i Eliminowania Zasobów. Dzięki temu wiemy, gdzie jesteś, a na dodatek działa to jak bomba. Zawsze będziemy mogli cię znaleźć i zawsze będziemy mogli cię wyeliminować po drugiej stronie bramy. Nasza pani kapitan to jedna z lepszych fizjomantek, ale nawet z jej umiejętnościami zabieg byłby wyjątkowo bolesny. Miałeś zatem szczęście, że nie byłeś wtedy przytomny.

Britton niemal czuł małą, metalową rurkę w swoim sercu. Jego umysł zaczynał już pracować na wyższych obrotach, przypominając sobie kolejne wydarzenia z ostatnich kilku godzin i pozbywając się pozostałych skutków działania narkotyku.

— Dlaczego mnie uratowałeś? — zapytał. — Uciekałem. Jestem zakazańcem. Zaatakowałem agentów rządowych. Zgodnie z obowiązującymi regułami wejścia do walki powinienem już być martwy. Przecież tym właśnie się zajmujesz, prawda? Zabijaniem zakazańców.

Arlekin wzruszył ramionami.

— Czasami i owszem. Zabiłem wiele osób, Oscar, a śpię jak dziecko. Wiesz dlaczego?

Britton nie odpowiedział.

— Śpię spokojnie w nocy, bo w przeciwieństwie do ciebie wiem, że na odebranie każdego życia mam formalną zgodę — ciągnął Arlekin. — Są ludzie, którzy nie zginęli po to, by ochronić kogoś innego. Ich śmierci nie usprawiedliwia żadne rozporządzenie, ani cywilne, ani wojskowe. Do tych ludzi można zaliczyć twojego ojca i zastępcę szeryfa z Shelburne. Wiesz, jakie przestępstwo popełnił ten funkcjonariusz, Oscar? Wykonywał swoją robotę. A twój ojciec próbował tylko chronić swoją żonę.

— Nie zamierzam się przed tobą tłumaczyć — warknął Britton. — Opierasz się na głupich i arbitralnych zasadach, żeby usprawiedliwić zabijanie ludzi. Być może i śpisz w nocy bez żadnych koszmarów, ale to nie dlatego, że to, co robisz, jest właściwe. Charlie Manson też dobrze sypiał. Hitler również. Nie można mieszać prawa do tego, co jest dobre, a co złe.

Arlekin się uśmiechnął.

— To może dotyczyć was, mądrali. Ale mnie? Ja jestem tylko głupim urzędnikiem publicznym. Jestem jak Adam przed ugryzieniem jabłka. Nie odróżniam dobra od zła. Pozostawiony swojej mocy, mogę narobić dużo zła. Ale Bóg w swojej mądrości dał nam konstytucję oraz wykształconych mężczyzn i kobiety, których wybieramy jako jej interpretatorów. Do tego dołożył Jednolity Kodeks o Sądownictwie Wojskowym i Nowy Testament. Dzięki tym dokumentom mogę działać, nie robiąc zbytniego bałaganu. Ale jedno ci powiem, Oscar, zazdroszczę ci błyskotliwości, która pozwala człowiekowi samodzielnie podejmować takie decyzje.

Britton dostrzegł pewność siebie w oczach Arlekina.

— Chcę mojego adwokata JAG1. Nie chcę więcej z tobą rozmawiać.

 

Arlekin potrząsnął głową i zachichotał.

— Nic z tego, Oscar! Nie dostaniesz swojego zasranego adwokata! I z całą pewnością nie zostaniesz również osądzony. — Uniósł dłoń i zaczął prostować kolejne palce. — Zamanifestowałeś w zakazanej szkole. Uciekłeś. Użyłeś swojej nielegalnej mocy do zabicia lub zranienia przynajmniej jednego cywila i dwóch funkcjonariuszy policji. Być może trafiła ci się rzadka i cenna szkoła, ale mam prawo wyeliminować cię tu i teraz.

— No i? — parsknął Britton. — Zastrzel mnie tak, jak tę dziewczynę na dachu szkoły. Reguły wejścia do walki są jasne, sam mówiłeś. Zakazańcy, którzy atakują agentów rządowych, są żarciem dla psów.

— No właśnie, i tu mamy problem — powiedział aeromanta, odchylając się do tyłu i zakładając ręce na piersi. — Nie dociera do ciebie to, że wcale nie podoba mi się zabijanie ludzi, Oscar. Pomimo tego nieszczęśliwego obrotu sprawy, byłeś dobrym żołnierzem. Twój zespół zawsze wypowiadał się o tobie z najwyższym uznaniem. Twój chorąży praktycznie mnie błagał, żebym nie zrobił ci krzywdy. Wspomniał, że powiedziałeś mu kiedyś, że kochasz być żołnierzem.

— Tak było — odparł Britton. — Armia była moim domem.

Przypomniał sobie dom z kiepsko zamontowanymi drzwiami siatkowymi. Nie zagrzewasz zbyt długo miejsca w żadnym domu, co?

— Mam w związku z tym dobre i złe wieści — oświadczył Arlekin. — Najpierw te złe.

Podał Brittonowi dokument przeniesienia do rezerwy.

— Zostałeś zaocznie osądzony przez sąd wojskowy — dodał. — Szkoda, że cię tam nie było i że nie mogłeś wygłosić tej samej przemowy o różnicy między prawem a moralnością, którą wygłosiłeś przede mną. Być może zaimponowałbyś sędziemu przewodniczącemu. Ale rozkaz przyszedł z góry, od samego prezydenta. Pozbawiono cię rangi. Sąd wojskowy uznał cię za winnego używania niedozwolonej magii, poważnej niesubordynacji i morderstwa. Zostałeś skazany na śmierć.

— A jednak jestem tutaj, żywy — zauważył Britton.

— I w dobrym stanie! — przyznał Arlekin. — A to dlatego, że dowódca KON zgadza się z moją oceną twoich wcześniejszych osiągnięć.

— I tutaj właśnie pojawiam się ja — powiedział Azjata, przesiadając się na ławkę Brittona. Położył sobie na kolanach skórzaną walizeczkę i otworzył mosiężne zatrzaski. — Jestem Howard Kwan z Biura Radcy Generalnego. Prezydent podziela opinię dowódcy KON. Nie chce, żeby ktoś z tak cennymi umiejętnościami został wyeliminowany za pomocą śmiertelnego zastrzyku. Upoważnił mnie, żebym ci to przekazał.

Podał Brittonowi kolejny dokument. Na górze widniał napis wykonany dużymi wytłaczanymi złotymi literami: NADANIE WARUNKOWEGO UŁASKAWIENIA DLA OSCARA BRITTONA PRZEZ PREZYDENTA STANÓW ZJEDNOCZONYCH. ORZECZENIE.

— Warunkowego? — zapytał Britton. — Tego typu sprawy mają charakter warunkowy?

Azjata skinął głową.

— W rzadkich przypadkach i owszem.

— Niech zgadnę. Warunkiem jest moje wstąpienie do KON.

Arlekin się skrzywił.

— Nie ma mowy, Oscar! Zostałeś odwołany przez prezydenta i skazany przez sąd wojskowy! Już nigdy nie będziesz mógł służyć w siłach zbrojnych. Nie możesz nawet objąć stanowiska wymagającego zaufania publicznego, co oznacza, że rząd nie może cię wynająć jako pracownika cywilnego.

— Co… co w takim razie mam robić? — zapytał Britton.

Kwan uśmiechnął się i wyjął z walizki białą, kredową teczkę wypchaną papierami.

— Omówiłem twój przypadek z jednym z naszych partnerów. Korporacja Entertech jest od dwudziestu pięciu lat jednym z wiodących dostawców rozwiązań technologicznych i kadrowych. W pakiecie znajdziesz warunkową ofertę zatrudnienia.

Britton niemal wybuchnął śmiechem.

— Mam zostać pracownikiem korporacji?

Kwan popatrzył na niego z pełną powagą.

— Zgadza się, Oscar. Przyjęcie oferty Entertechu i związanych z tym obowiązków spełnia warunki twojego ułaskawienia. Twój wyrok zostanie anulowany. Będziesz mógł powrócić do służby krajowi i spłacić dług wobec społeczeństwa. To rozwiązanie jest z korzyścią dla wszystkich.

— Warunkowe ułaskawienie, warunkowa oferta pracy. Wszędzie tkwi jakiś haczyk — uznał Britton.

— Naturalnie — przyznał Kwan. — W tym przypadku haczykiem jest prosta umowa o zachowaniu poufności. Oczywiście z racji tego, że jesteś przestępcą, nawet takim z anulowanym wyrokiem, nie możesz otrzymać poświadczenia bezpieczeństwa. Firma Entertech ujawni ci jednak poufne informacje, które są tajne nawet dla wielu jej pracowników.

— To znaczy, że nie gadam o tym, co widzę.

— W rzeczy samej — zgodził się Kwan. — Jeśli stanie się inaczej, twoje ułaskawienie zostanie cofnięte, a wyrok przywrócony. — Podał Brittonowi następny dokument.

— To obowiązuje przez dziewięćdziesiąt dziewięć lat! — wykrzyknął Britton. — A jeśli odmówię?

— Wtedy będę mógł wyciągnąć zawleczkę z tego draństwa w twojej piersi — odpowiedział mu Arlekin. — Ciało przekażemy naszemu laboratorium medycznemu, może zdołają coś ciekawego odkryć w twoich tkankach. Pomożesz nam zatem w taki czy inny sposób.

— Bzdura — mruknął Britton. — Nie zabijesz mnie. Sam dowódca powiedział ci przecież, że moje umiejętności są zbyt rzadko spotykane i cenne, żeby je utracić. Umieszczasz w mojej piersi drogi sprzęt. Sprowadzasz najlepszego ze swoich uzdrowicieli, żeby mnie połatać. Nie inwestuje się aż tyle w kogoś, kogo zamierza się usmażyć.

Arlekin pochylił się do przodu i zacisnął usta.

— Sprawdź mnie. Proszę cię, Oscar. Działam zgodnie z przepisami, ale to nie oznacza, że nie mogę czerpać osobistej przyjemności z rozpieprzenia gościa, który zabił własnego ojca. No dalej, przekonaj się.

Wykonał gest ręką w stronę blondynki siedzącej przed komputerami. Skinęła głową, odrzuciła plastikową osłonkę z przełącznika i spojrzała pytająco na Arlekina, kołysząc nad nim palcem.

Britton starał się ocenić, na ile tamten może blefować. W oczach aeromanty panował chłód. Britton popatrzył na plik dokumentów.

— Ile będę zarabiał? — zapytał, chcąc zyskać trochę czasu na przemyślenia.

— Firma oferuje tobie osiemdziesiąt pięć dolarów za godzinę — odparł Kwan — do potrącenia w stu procentach na rzecz grzywny w wysokości dwustu pięćdziesięciu milionów dolarów, którą zasądzono podczas wyroku.

— A jeśli mnie zwolnią?

— Bum — Arlekin wyszczerzył zęby.

— W takim razie jestem niewolnikiem.

— Jesteś żywy, Oscar — rzucił Kwan. — Niewolnicy nie mają prawa wyboru.

— Nie nazwałbym wyborem sytuacji z rodzaju „zrób to, bo umrzesz”.

Kwan wzruszył tylko ramionami.

Britton pogrążył się w myślach. Powietrze w klimatyzowanym wnętrzu przyczepy wydawało się gęste i ciężkie. Czy naprawdę miał jeszcze po co żyć? Jego dom w 158. skrzydle był tak samo stracony, jak dom w Shelburne.

Po co żyć dalej? Może dlatego, że zasługiwał, by żyć? Przypomniał sobie swoją wewnętrzną dyskusję, którą przeprowadził przy skradzionym wozie policyjnym.

Sam fakt, że dysponują władzą i upoważnieniami nie oznacza, że mają rację. Nie zdołają cię zabić, a już na pewno nie bez walki.

W każdej chwili mógł uciec. Śmierć na własnych nogach byłaby dużo lepsza od rozpieprzonego serca na tyłach tej cholernej ciężarówki.

— Czy ktoś ma coś do pisania? — zapytał.

Kwan wyjął z kieszeni płaszcza cienki złoty długopis. Britton wziął go do ręki, westchnął i się podpisał.

I jeszcze raz.

I następny.

Kiedy skończył umieszczać swoje nazwisko w każdym wskazanym przez Kwana miejscu, miał już zdrętwiały nadgarstek.

Kwan potrząsnął dłonią Brittona.

— W imieniu Entertechu witam na pokładzie.

Britton spojrzał na Arlekina.

— Co się stanie z moją mamą?

— Zaopiekujemy się Desdą Britton — obiecał Arlekin. — Mamy do niej kilka pytań dotyczących skłonności i wychowania jej syna, ale jestem przekonany, że będzie chętnie współpracować, kiedy już otrząśnie się z szoku.

— Ty sukinsynu. Jeśli coś jej zrobicie…

Arlekin przerwał mu machnięciem ręki.

— Daj spokój, Oscar. Wparowałeś do jej domu i zabiłeś jej męża. Coś mi mówi, że nie jesteś już chyba najlepszym adwokatem jej interesów. Nic się jej nie stanie. Widziałem już parę osób, które przez ciebie cierpiały przez jakiś czas.

— Co jej zrobicie? — spytał Britton.

— Nic. Będziemy ją mieli na oku. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak z umową, którą właśnie podpisałeś, będziemy zmuszeni wezwać ją na dodatkowe przesłuchanie, być może dla jej własnego dobra. Rozumiemy się?

Arlekin pozwolił groźbie zawisnąć w powietrzu.

Och, oczywiście, że się rozumiemy, pomyślał Britton, ale tylko tak długo, jak to konieczne i ani sekundę dłużej.

1 Wojskowe Biuro Śledcze (przyp. tłum.). [wróć]

Rozdział 10.
Przeniesienie

Zazen odgrywa bardzo ważną rolę w procesie szkolenia. Tylko jeśli zdołasz odnaleźć w sobie spokój i równowagę ducha, będziesz potrafił kontrolować żywioły. Kensei powiedział nam, że droga wiedzie przez naukę. Jest to stwierdzenie tak samo prawdziwe, jak w przypadku Shukenja i Senshi.

— z podręcznika Japońskich Sił Samoobrony,

4.677 Polityka i procedury Korpusu Shukenja

Pojazd zatrzymał się z dygotem i syczeniem hydraulicznych hamulców. Otwarto drzwi i dwóch żołnierzy opuściło składane schodki. Kwan zamknął swoją walizeczkę i wyszedł bez słowa.

— Czas rozpocząć nową karierę — powiedział Arlekin, wskazując w kierunku wyjścia.

Nad wierzchołkami sosen i żwirową drogą rozciągało się gwieździste niebo. Kawałek dalej stał śmigłowiec Little Bird z obracającymi się wirnikami.

Britton wraz z Arlekinem, zagłuszaczem i jednym szturmowcem udał się w stronę maszyny. Kwan znajdował się już na pokładzie. Zapięli pasy i Arlekin wyciągnął rękę z kapturem.

— Zakładasz to już po raz ostatni, obiecuję.

Britton wzruszył ramionami i założył kaptur. Śmigłowiec wzbił się w powietrze.

Nie był w stanie śledzić długości lotu, ale oceniał ją na kilka godzin. Ciszę przerywał jedynie łoskot silnika i okazjonalne, niezrozumiałe trzaski w radio. Wloty powietrza znajdujące się w odległości kilkudziesięciu centymetrów od jego głowy tłumiły odpowiedzi pilotów.

W końcu śmigłowiec zaczął obniżać lot. Arlekin zdjął Brittonowi kaptur i wyprowadził go na zewnątrz.

Wirniki wzbiły w powietrze tuman kurzu, kiedy śmigłowiec poderwał się w górę natychmiast po wysadzeniu ostatniego pasażera. Pył w końcu opadł i Britton mógł się zorientować w otoczeniu.

W blasku gwiazd dostrzegł pierścień wysokich drzew okalających trzy stare stodoły do tytoniu. Przypomniał sobie farmę Nelsona i zacisnął zęby.

Nie licząc dwóch sfatygowanych pickupów, nie stało tam nic więcej. O tył jednego z nich opierało się dwóch uzbrojonych w karabiny mężczyzn. Ubrali się tak, by pasować do stereotypu farmerów z Nowej Anglii — mieli na sobie drelichowe kombinezony, flanelowe koszule i zużyte czapeczki baseballowe z postrzępionymi daszkami — ale ich oczy pozostawały czujne jak u zawodowców. Zaczęli swój patrol — poświecili latarkami na Brittona i ruszyli dalej w poszukiwaniu zagrożeń. Karabiny mieli skierowane lufami ku ziemi, na wojskową modłę, zamiast przewiesić je przez ramię. Wielkie lunety i czarne plastikowe kolby nie kojarzyły się z żadną bronią myśliwską, z jaką miał do tej pory do czynienia. Przy ich nogach kręcił się sprawiający wrażenie czujnego owczarek niemiecki, który powarkiwał cicho, gardłowo.

Blask gwiazd pozbawił wszystko wokół kolorów, zakrywając wszystko szarością, ale Britton dostrzegł wyraźnie listwy wentylacyjne na dachach, które pozamykano na mroźną noc. Dopiero po chwili zorientował się, że ze stodołami jest coś nie tak. Strome dachy wznosiły się poza korony drzew, ciągnąc się poza pole jego widzenia. Nie pochodził z rodziny farmerów, ale wystarczająco długo przebywał na obszarach wiejskich Vermontu, żeby wiedzieć, że żadna stodoła nie powinna być tak wielka.

Arlekin zaprowadził go do pierwszej z nich. Między łopatkami poczuł chłód końcówki w kształcie diamentu. Aeromanta otworzył panel, z kieszeni na piersi wyjął odznakę, przesunął nią przed czytnikiem i wstukał kod. Rozległ się krótki sygnał dźwiękowy, kliknięcie i syk powietrza.

Drzwi stodoły otworzyły się bezgłośnie do środka, po czym zamknęły za ich plecami, pozostawiając ich w całkowitej ciemności aż do chwili, kiedy zamigotały jarzeniowe światła. Znajdowali się w pozbawionym jakichkolwiek charakterystycznych cech, białym pomieszczeniu. Przed sobą mieli podwójne, szare, metalowe drzwi. Arlekin położył dłoń na klamce i odczekał, aż rozległo się kolejne kliknięcie i drzwi stanęły otworem.

 

Weszli do zatłoczonej przestronnej sali, oświetlonej przez jarzeniowe kule zwisające z sufitu. Przy przeciwległej ścianie znajdowały się rzędy pryczy i szafek oraz prysznic. Z boku mieściła się niewielka kuchenka i miejsce do odpoczynku, nad którym górował telewizor z płaskim ekranem. Na kanapach siedzieli żołnierze grający w gry wideo i drzemiący.

Z sufitu zwisały dwie wielkie flagi — amerykańska i KON, obszyta złotym ściegiem. W poprzek flagi narodowej wyhaftowane zostały słowa: TWIERDZA — OBSZAR ZGRUPOWANIA LOGISTYCZNEGO US ARMY. Nieopodal drzwi stało szerokie biurko zastawione komputerami, przed którymi siedziała kobieta. Britton uznał, że mogłaby być siostrą bliźniaczką operatorki, która jechała z nim w ciężarówce.

— Witam, sir — rzuciła.

— Specjalistko — odparł ostro Arlekin. — Czy mogłabyś przywołać tutaj Dona? Musimy przygotować naszego gościa i ruszać dalej.

— Oczywiście, sir — powiedziała szybko, po czym podniosła z blatu czarną krótkofalówkę i wcisnęła przycisk z boku obudowy.

Po chwili otworzyły się drzwi po przeciwległej stronie pomieszczenia i do środka wszedł młody, rudowłosy mężczyzna, niosąc podkładkę pod notatnik z uśmiechem na twarzy. Miał na sobie bojówki khaki oraz buty wojskowe i szeroki pas. Czarną koszulkę zdobiło logo firmy Entertech z podpisem OFICER LOGISTYCZNY.

— Oscar Britton, tak? — zapytał, wyciągając dłoń i produkując jeden z najbardziej nieszczerych „firmowych” uśmiechów, z jakimi Britton spotkał się do tej pory. — Jestem Don, oficer logistyczny w OZL Twierdza. Jestem również specjalistą do spraw administracji we wszystkich kwestiach wewnętrznych Entertechu. Zakładam jednak, że dział kadr już się tobą zajął i jesteś gotów, tak?

Klepnął Brittona w ramię i wyszczerzył zęby. Britton spojrzał tylko na niego, nie wypowiedziawszy ani słowa.

— Don, może mógłbyś podarować sobie formalności — zasugerował Arlekin. — Chcę, żeby podpisał oświadczenie. Góra chce, żeby się przebrał i jak najszybciej opuścił Płaszczyznę Ojczystą.

Młody mężczyzna zerknął na zegarek i odwrócił się do zagłuszacza stojącego za Brittonem.

— Hej, Śruba. Przyda ci się trochę przerwy.

Śruba się uśmiechnął i przesunął palcem po kołnierzu munduru.

— Znasz mnie dobrze, Don. Wstąpiłem do wojska ze względu na kasę za nadgodziny.

Don zachichotał.

— Szaniec! Czy byłbyś tak miły i zmienił swojego kolegę, zanim padnie trupem?

Żaden z pochłoniętych zabawą przy konsoli mężczyzn nawet się nie ruszył. Po cyfrowym wzniesieniu w rytm tandetnej muzyki rockowej mknęły żółte samochody.

— Do cholery, poruczniku! — warknął Arlekin.

Barczysty mężczyzna o krótko przystrzyżonych brązowych włosach zesztywniał i podniósł się z kanapy, upuszczając na podłogę kontroler. Odwrócił się, nadąsany. Ubrany był podobnie jak Don, choć jego spodnie miały cyfrowy kamuflaż, a na koszulce widniało logo KON, a nie Entertechu. Pod skrótem znajdowało się słowo ZAGŁUSZACZ i symbol pięści zaciśniętej na piorunach. Gwiazdka widniejąca nad znakiem wskazywała, że właściciel koszulki jest specjalistą w swojej klasie.

Szaniec podszedł bliżej i skinął głową Śrubie. Britton poczuł delikatną ulgę w uścisku blokującym jego magię. Magiczny prąd przez krótką chwilę wyczuł wolność, ale został znów stłumiony.

— Trzymam go — oznajmił Szaniec, zakładając ręce i ustawiając się za jego plecami.

— Najwyższa pora — mruknął Śruba. Wyciągnął na wierzch bluzę mundurową i ruszył w kierunku pryszniców.

Arlekin skinął głową.

— Bierzmy się do roboty i wyprowadźmy go stąd.

Don przeprowadził Brittona, Szańca i Arlekina przez drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia, a następnie do innego, większego. Na jego końcu znajdowała się nieduża strzelnica. Na jednej ze ścian zorganizowano zbrojownię — Britton dostrzegł szafki wypełnione bronią, amunicją, lunetami, trójnogami i innym wyposażeniem taktycznym. Przy stojącym w pobliżu stole jeden z żołnierzy czyścił karabinek. Na piersi nosił emblemat KON i podpis ZBROJMISTRZ. Wielka głowa mężczyzny wydawała się osadzona bezpośrednio na masywnych ramionach. Pracował z wyraźną rutyną, którą Britton kojarzył z doświadczonymi żołnierzami.

Po przeciwnej stronie znajdowało się dwoje podwójnych białych drzwi z ukośnymi czerwonymi pasami. Nad każdym z nich zamontowano żółte, obrotowe światło, teraz zgaszone. Britton przeczytał napis: OBSZAR ZASTRZEŻONY — WYMAGANA WZROKOWA KONTROLA UPRAWNIEŃ — PRZESTRZEGA SIĘ SIEDMIOMETROWEJ STREFY BEZPIECZEŃSTWA. WYRAŻA SIĘ ZGODĘ NA UŻYCIE BRONI. PONOSISZ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA WŁASNE BEZPIECZEŃSTWO!

Drzwi pilnowało dwóch piromantów KON. Rozglądali się uważnie, a na piersiach zawieszone mieli pistolety maszynowe. Na pancerzu, pod symbolami płomieni, nosili napisy JEDNOSTKA STACJONARNA — PIRO. Britton był szczerze zaskoczony siłą ognia, jaką dysponowali wartownicy pilnujący drzwi.

Zbrojmistrz podniósł wzrok i zaraz powrócił do pracy.

— Hej, James — rzucił z uśmiechem Don. — Czy mógłbyś przygotować nasz nowy nabytek do natychmiastowego wyjazdu?

— A dokąd się wybiera? — zapytał tamten znudzonym głosem.

— Pełen rynsztunek — wtrącił ostro Arlekin. — Jak wysiądzie, ma być gotów do akcji.

James zerknął z ukosa i podniósł świeżo złożony karabinek. Sprawdził gniazdo magazynka i komorę, po czym zwolnił rygiel.

— Jest przeszkolony?

— Nasz przyjaciel to były żołnierz z solidnymi osiągnięciami — uśmiechnął się Arlekin. — Wyszkolony. Pistolety, broń długa i granaty. Nie odnotowano przypadków przemocy w rodzinie. Załatwię dokumenty z jego jednostki.

— To powinno mu przypasować — rzucił James, podając Brittonowi karabinek. — Weź sobie z szafki broń osobistą i kamizelkę. Magazynki są napełnione. Zabierz sześć do karabinka i dwa do pistoletu. Dwa granaty, jeden dymny, jeden odłamkowy. Plecak powinien być już załadowany i leżeć przy kamizelce.

Kiedy Britton wybierał sprzęt, zbrojmistrz narzekał na mundury polowe, mamrocząc coś o facetach zbyt dużych, żeby byli przydatni. Jego burkliwy ton skojarzył się Brittonowi z ojcem i Nelsonem, przez co z kolei przypomniał sobie Jake’a. Pokręcił głową. Teraz mógł już tylko podążać przed siebie. Czuł maleńkie urządzenie spoczywające w sercu, nadające mu jeden, nakazany kurs.

Niedługo potem Britton ubrany był już w bojówki i czarną koszulkę z logo Entertechu. Strój uzupełniała czapeczka z amerykańską flagą i wzmocnione okulary przeciwsłoneczne na jej daszku. Na całość założył pancerz osobisty. Sądząc po jego wadze, była to najcięższa wersja, zdolna oprzeć się nawet pociskom przeciwpancernym. Na to zarzucił jeszcze kamizelkę taktyczną, obwieszoną osprzętem i zapasami medycznymi. Na obu nogach zapiął kabury — jedną do pistoletu, drugą do dokumentów i narzędzi. Britton był wyszkolonym pilotem, nie piechurem, i cały ten ładunek wywoływał u niego brak poczucia równowagi.

Wyzerowanie broni zajęło mu niemal godzinę. Kiedy w końcu zdołał umieścić trzy pociski w centrum tarczy, zarzucił sobie pasek z karabinkiem i odwrócił się do Arlekina i Dona, którzy rozmawiali przyciszonym tonem za jego plecami.

— Gotów? — zapytał Arlekin.

— Jestem gotów, żeby się zdrzemnąć, wziąć prysznic i zrzucić z siebie to cholerstwo.

Arlekin się uśmiechnął.

— Narzeka jak prawdziwy żołnierz. Świetnie. Umyjesz się i zrzucisz sprzęt na nowym posterunku.

— A gdzie on się mieści? — zapytał Britton.

Don podszedł bliżej i podał mu podkładkę wraz z długopisem.

— Najpierw musisz podpisać umowę o nieujawnianiu informacji. To, co zobaczysz, można określić mianem procesów firmowych i…

Britton machnął ręką i złożył podpis. Pozostawało przeć naprzód.

Don podał mu plastikową odznakę.

— Przyłóż tutaj kciuk.

Britton wykonał polecenie, czując, jak powierzchnia się nagrzewa. Don odebrał odznakę i umieścił ją w uchwycie na przedzie jego kamizelki. Widniało na niej stare wojskowe zdjęcie Brittona i odcisk kciuka, wciąż mieniący się lekko na plastiku. Pod spodem znajdował się napis: OZL TWIERDZA — DOSTĘP DO WEJŚCIA.

Inne książki tego autora