Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7.
Upadek

Tak to już jest z wami, lewicowcami. Ronicie rzęsiste łzy za Apaczami. Opłakujecie utratę pierwotnych zachowań, które mają więcej wspólnego z piciem i hazardem, niż sobie wyobrażacie. Chcecie dla nich zwolnienia z ustawy McGauera-Lindena, ale niczego nie rozumiecie. Przebijałem się przez barykady z płonących opon w Mescalero. Walczyłem z buntownikami i ich „Bogami z Gór” na przełęczy Chiricahua. Myślicie, że magia Apaczów to tylko konie, miejsca widokowe i rozwiane czarne włosy. Tak nie jest — to ogień, krew i wybite zęby. Chcecie ją zachować, ale nie przetrwalibyście trzydziestu sekund w odległości mili od niej. Jesteście jak ludzie podziwiający tygrysa w klatce. Same achy i ochy w odniesieniu do istoty, która chce was zabić.

— major „Lodołamacz” (pseudonim) oficer łącznikowy Korpusu Operacji Nadzmysłowych

— Biuro ds. Indian, Oddział Specjalny z Rezerwatu w Mescalero*

Britton usłyszał jęk metalu, kiedy nierówne podłoże zaczęło wyrywać kawałki podwozia. Radiowóz zatrzymał się z hukiem.

Po drugiej stronie również już świtało. Równina ożyła — wśród traw widoczne były maleńkie czerwone i żółte kwiatki, których wcześniej nie widział w ciemności. Ich połacie ciągnęły się przez całe kilometry, kończąc się u stóp skalistych wzgórz. Wokół Brittona falowała magiczna energia. Wychylił się przez roztrzaskane okno radiowozu. Brama nadal migotała. Gliniarz patrzył na niego z przeciwnej strony, nie kryjąc zdumienia.

— Chcesz magii? — krzyknął w jego kierunku Britton. — To chodź tu po nią, sukinsynu!

Jeśli policjant cokolwiek usłyszał, nie dał po sobie tego poznać.

— Suksyyynuu… Chośtupoonią..? — rozległ się głos.

Trzy konie-demony węszyły w pobliżu samochodu. Jeden z nich stuknął rogiem w drzwi po stronie pasażera i odskoczył, zaskoczony kontaktem z twardą powierzchnią.

Frustracja Brittona przerodziła się w gniew.

— Czy ja mogę mieć odrobinę spokoju? — zawołał.

Magiczna fala znów go owionęła, dużo silniejsza po tej stronie bramy. Zanim się zorientował w sytuacji, prąd wychynął na drugą stronę i owinął się wokół gliniarza, pociągając go za sobą.

Światło bramy oświetliło go, kiedy wpadł do środka, potykając się i wytrzeszczając oczy w przerażeniu. Stado stłoczone w pobliżu radiowozu skierowało się ku łatwiejszemu celowi.

— O, Boże, nie — wyszeptał Britton.

Policjant wrzasnął, wyszarpnął pistolet i wystrzelił na oślep, choć nie miał szansy w nic trafić.

— Trzymaj się! — zawołał Britton. — Już idę!

Wcisnął pedał gazu i szarpnął kierownicą, potrącając jednego z koni-demonów. Istota obróciła się, naśladując odgłos silnika i uderzyła w osłonę chłodnicy. Żebra stworzenia trzasnęły jak gałązki, kiedy padło na maskę i rozbiło przednią szybę. Pozbawiony oczu koński łeb zbliżył się do niego. Z pojedynczego rogu kapała krew. Britton pchnął go na tyle mocno, że stwór zsunął się z maski. Samochód zadrżał, gdy koła przejechały się po cielsku.

Pozostałe dwa konie-demony odskoczyły na bok, kiedy radiowóz potoczył się w kierunku gliniarza. Britton otworzył drzwi po stronie pasażera.

— Wsiadaj!

Mężczyzna cofnął się, przerażony do granic. Mechanicznie wymienił magazynek i uniósł pistolet.

Britton skulił się, kiedy kula świsnęła przez otwór po przedniej szybie i uderzyła o kuloodporną płytę oddzielającą przednie fotele od tylnej kanapy.

— Niech cię szlag! Próbuję ci pomóc!

Gliniarz odpowiedział kolejnym strzałem, trafiając w blok silnika.

Konie-demony okrążyły radiowóz i ruszyły w stronę policjanta. Britton zakręcił kierownicą i odjechał. Zanim tamten zauważył nacierające stado, zdążył jeszcze raz wystrzelić. Kula zrykoszetowała od dachu pojazdu.

Britton ponownie zakręcił kierownicą, zawracając, ale tuż obok niego przeleciał ze świstem następny pocisk — policjant strzelał na oślep w stronę stworów. Britton usłyszał szczeknięcie, najlepszą imitację odgłosu strzału, jaką wydało z siebie pięć kolejnych nacierających koni-demonów.

Nie przydasz mu się z kulką w głowie, pomyślał Britton. Zabieraj się stąd.

Zaklął i wcisnął gaz do dechy, podskakując na równinie i oddalając się od gliniarza i koni-demonów. Zakładając, że gliniarz dysponował magazynkiem na siedemnaście nabojów i wystrzelił już przynajmniej dziesięć, i zważywszy na to, jak marnym strzelcem się okazał, nie było mowy, żeby zdołał wybić całe stado.

Jest tak samo martwy, jak twój ojciec.

Kolejna brama stanęła otworem. Po drugiej stronie zobaczył gęsty las i biegnący przez niego zarośnięty trakt.

Diabeł, którego znasz, jest lepszy od tego, którego nie znasz. Przejechał przez bramę.

Radiowóz zadygotał na starym trakcie, którym przewożono kiedyś pnie drzew. Spód pojazdu uderzał o kamienie i korzenie. Po kilkunastu metrach przednie opony pękły i Britton uderzył nosem w na wpół otwartą poduszkę powietrzną. Siedział oparty o nią, odrętwiały i wyczerpany.

Podniósł głowę, kiedy wiatr przywiał parę z chłodnicy przez otwór po roztrzaskanej szybie. Metr nad ziemią kołysała się następna brama. Otworzyła się na tę część obcego świata, która znajdowała się pod wodą. Zieloną głębinę penetrowały promienie słońca, a wodę gdzieniegdzie mąciły ospałe, wielkie cielska. Przez bramę nie przedostała się ani jedna kropla wody.

— Czego ode mnie chcesz? — jęknął, uderzając pięściami o kierownicę. Oparł się o zagłówek fotela, łkając. — Nie chcę, żebyście… chcę tylko… — Chcę wrócić do domu.

A gdzie ten dom miałby się teraz znajdować?, zapytał jego umysł.

— Przestań — powiedział. — Przestań. Weź się w garść.

Przeszukał wnętrze samochodu. Znalazł odblokowany futerał pod fotelem pasażera, ale był on pusty, podobnie jak tylne siedzenia. W schowku na rękawiczki znajdował się zestaw pierwszej pomocy, trzy świecące pałeczki chemiczne, nóż kieszonkowy i paczka chusteczek. Zabrał zdobycz, upchnął ją w futerale na broń i wysiadł z samochodu. Brama zamknęła się i woda znikła.

Co dokładnie planował zrobić? Zdołał wyprzedzić o pół kroku swoich prześladowców, ale to nie mogło trwać wiecznie. A nawet jeśli zdoła utrzymać ich za sobą, to co dalej?

Musisz sam do tego dojść, odpowiedział sobie. Być może zdołasz dotrzeć do Nowego Meksyku, dołączyć do powstania Apaczów. Może znajdziesz jedną z grup buntowników ukrywających się w Nowym Jorku.

I mam walczyć z rządem, któremu służyłem?

Z rządem, który pozwolił zamordować niewinną dziewczynę. Z rządem, który próbuje cię zabić. Żyj lub umieraj, Oscar, twój wybór.

Nie chciałeś nikogo zabić. Oni nigdy w to nie uwierzą, ale ty dobrze o tym wiesz. Britton uczepił się tej myśli, powtarzając ją sobie raz za razem. To jedna z rzeczy, która czyni cię innym. To powód, dla którego nie jesteś buntownikiem, a przynajmniej nie według ich definicji.

Dokonaj zatem wyboru. Na co zasługujesz?

Britton zdławił łzy ulgi, kiedy zrozumiał, że zasługuje na to, by żyć. Podjął decyzję. Będzie uciekać.

Krok pierwszyznaleźć sobie kryjówkę, odpocząć. Krok drugiznaleźć kogoś, kto pomoże ci opanować magię. Park Narodowy Green Mountain znajdował się wiele kilometrów stąd, ale wydawał się wystarczająco duży, by się w nim zgubić. Wystarczająco duży, by niezauważonym znaleźć drogę na południe. Plan był mizerny, wręcz żałosny w obliczu tego, co z pewnością okaże się polowaniem prowadzonym przez najsilniejszą armię na świecie.

Ale takie było życie, a póki co, innego nie miał.

— Trzeba ukryć ten samochód — powiedział do siebie. Policja dysponuje zapewne jakimś systemem namierzania swoich pojazdów. Nie miał pewności, gdzie jest, ale uznał, że odległość po drugiej stronie odpowiadała mniej więcej odległości w tym świecie. Nie mógł znajdować się daleko od miejsca, w którym ukradł samochód. Na ziemi zalegał gruby dywan z brunatnożółtych, sosnowych igieł, ale tym nie zdoła zakryć radiowozu.

Wraz z frustracją przebudziła się w nim magiczna fala. Otworzyła się następna brama, która przecięła przednią część samochodu. Zamigotała, po czym znikła, odcinając koło, zderzak i reflektor. Pod przeciętą chłodnicą utworzyła się kałuża wody. Popatrzył zaskoczony, zastanawiając się, do czego by doszło, gdyby brama pojawiła się w środku człowieka, aż zadrżał.

— W porządku — powiedział. — Chcesz pomóc? Dobra, możesz pomóc.

— Magio? — rzucił, czując się idiotycznie. — Słyszysz mnie? Masz się otworzyć i wessać ten samochód. — Wykonał gest przypominający kleszcze, wymachując rękami nad głową.

Na plecach poczuł powiew wiatru, który osuszył mu pot na karku i przypomniał o chłodzie.

— No dalej — powiedział zachęcająco. — Zrób to. Rozkazuję ci, połknij ten samochód.

Wykonał kolejny gest. Nic. Westchnął, rozglądając się wśród drzew na wietrze. Gdzieś pośród gałęzi odezwała się wiewiórka.

Odrzucił głowę do tyłu i się roześmiał.

— O, Boże! Nie mam zielonego pojęcia, co w ogóle wyrabiam! — Znów się roześmiał. Śmiech brzmiał dość dziwnie w jego uszach, ale poczuł się odrobinę lepiej. Wszedł do lasu.

Kiedy opuścił szlak, opatrzył sobie rany za pomocą apteczki, zużywając całą jej zawartość. Niemal całe jego ciało pokrywała gaza, bandaże i maść z antybiotykiem. Nie dysponował wodą, którą mógłby przemyć rany, użył więc nadtlenku, pocierał je lekko gazą i zdumiewająco czystym skrawkiem swojej poszarpanej koszulki.

Dzwoniło mu w uszach, ale bębenki były nietknięte. Popatrzył na swoje odbicie w plastikowej obudowie i nie wypatrzył żadnej płynącej z nich krwi. Łydka pulsowała tępym bólem. Skarpetka zamknęła ranę, choć krew nadal sączyła się przez czarną skorupę, w którą zmieniła się tkanina. Ramiona bolały go od zderzenia z samochodem.

 

Opatrzenie ran przywróciło mu poczucie człowieczeństwa, ale przypomniało zarazem o otoczeniu i braku zapasów. Drżał w chłodnym powietrzu, głodny, spragniony i wyczerpany. Koc z opadłych igieł okazał się wystarczająco miękki, nie mógł ich jednak zjeść i wątpił też, żeby zdołały zapewnić mu ciepło.

Ogarnął go spokój i magiczna fala ustąpiła. Kiedy zamknął oczy, stwierdził, że jest mu bardzo trudno otworzyć je ponownie. Wyczerpanie pokonało głód, zagrzebał się więc głęboko w miękkich sosnowych igłach. Drzewa blokowały powiewy wiatru, dzięki czemu podmuchy nie zrzucały igliwia z jego ciała.

Zasnął, zanim zdążył o czymkolwiek pomyśleć.

Obudził się w samym środku nocy, brudny, wygłodzony i zmarznięty.

Nocne powietrze kłuło go boleśnie i szybko zaczął szczękać zębami.

Muszę się stąd ruszyć, tylko w ten sposób zdołam się rozgrzać.

Złamał jedną z pałeczek chemicznych i potrząsnął ją. W neonowej, zielonej poświacie dostrzegł zarysy drzew. Wstał ciężko, krzywiąc się z bólu i z trudem ruszył w mrok.

Kluczył w ciemnościach przez wiele godzin. Kiedy chemiczne światło w końcu zgasło, nie zapalił następnego. Zamiast tego macał pnie drzew i uderzał butami w kamienie, których nie czuł już pod zmarzniętymi stopami. Na niebie pojawił się srebrny księżyc, ale jego blask, przefiltrowany przez korony drzew, nie wystarczał do bezpiecznej nawigacji. Britton szedł po omacku, świadom tego, że może zataczać kręgi. Nie miało to jednak większego znaczenia, liczyło się tylko rozgrzanie organizmu.

Nagle poczuł na piersi ostry ból, który błyskawicznie przywrócił go do rzeczywistości. Rozciągał się przed nim na wpół skruszały rząd słupków ogrodzenia. Na górze ciągnął się zardzewiały drut kolczasty, który teraz wplątał się w skrawki jego koszulki. Po drugiej stronie drzewa rozciągało się przerośnięte, cętkowane pole.

Na jego środku dostrzegł niską, drewnianą stodołę na tytoń. Spiczasty dach wspierały listwy na zawiasach impregnowane kreozotem, teraz odchylone, by wpuszczać powietrze. Nieco dalej stał mały dom z pozbawionymi światła oknami i poobijany pickup.

Zamrugał, dostrzegłszy szansę na schronienie, może nawet coś do jedzenia i picia. Wyplątał się z drutu kolczastego i potruchtał w kierunku stodoły, której masywne drzwi okazały się otwarte. Skrzywił się, kiedy zajęczały na zawiasach, ale nic nie mógł na to poradzić. Wybór był prosty: to miejsce lub las, a nie miał już pewności, czy zdoła przetrwać następną noc bez czegoś do picia. Gdzieś w pobliżu domu rozszczekał się pies. Zignorował go, modląc się, by właściciel uznał za przyczynę tego zbliżające się zwierzę.

We wnętrzu stodoły nie było wcale cieplej, ale chroniła ona przed wiatrem zdecydowanie lepiej niż drzewa. Owionął go silny zapach tytoniu. Wyjął następną pałeczkę chemiczną, przełamał ją i potrząsnął, posyłając dookoła przerażające cienie. Dziwne światło nie zdołało spenetrować mroku panującego pod krokwiami, zdołał jednak dostrzec zarysy poddasza. Podłoże pokrywała równa warstwa słomy. Długie pęta tytoniu zwisały rzędami, które ciągnęły się wzdłuż całej długości stodoły. Po prawej stronie stał śmierdzący benzyną ciągnik.

Obrócił się w lewo i niemal krzyknął. Pod zgniłą częścią dachu stała drewniana beczka spięta pordzewiałymi obręczami, wypełniona wodą.

Uchwycił ją za brzegi i zanurzył głowę, pijąc chciwie. Woda była stara, ale nie potrafił przestać. W końcu odsunął się od niej, czując, jak chłodna ciecz spływa mu po piersi i kłuje w rany. Na chwilę pociemniało mu przed oczami. Opadł na kolana i oparł policzek na obręczy beczki.

Tuż przed nim przysiadł tłusty czarny labrador. Pies przechylił łeb na jedną stronę i wyrzucił wesoło język. Ze sfatygowanej obroży zwisały srebrne tabliczki. Pragnienie znów dało o sobie znać, ale wraz z nim pojawiły się potężne nudności.

— Dobry piesek — wymamrotał Britton. Wyciągnął rękę, chcąc podrapać go w głowę, ale nie trafił. W jednej chwili zgiął się w pół i zwymiotował, po czym upadł twarzą w zawartość swojego żołądka.

Leżał tak, ledwie świadom, że pies liże tył jego głowy.

— Dziękuję… Dzięki — stęknął.

— Witam w imieniu Jake’a — powiedział mężczyzna z silnym akcentem z Nowej Anglii. — Kiedy już dojdziesz do siebie, chciałbym, żebyś wstał i trzymał ręce tak, bym je widział.

Britton powoli podniósł się na nogi i otrzepał ubranie, kiedy usłyszał znajomy klekot przeładowywanej strzelby.

Rozdział 8.
Intruz

Pogłoski o istnieniu tajnej rządowej bazy są absolutnie bezpodstawne. Chcę raz na zawsze uciąć te bezsensowne spekulacje. Samowolni użytkownicy magii, w szczególności tej z obrębu zakazanych szkół, są traktowani zgodnie z przepisami ustawy McGauera-Lindena, Konwencji Genewskiej oraz Jednolitego Kodeksu o Sądownictwie Wojskowym. Nie wywozimy ich, nie szkolimy i nie ma oraz nie było żadnej „Gildii Cieni”.

— generał broni Alexander Gatanas — Korpus Operacji Nadzmysłowych,

fragment konferencji prasowej dotyczącej domniemanego artykułu mówiącego o tajnym programie KON związanym z zakazaną magią

Jake powąchał łokieć Brittona, który oparł się o kark dużego psa, próbując utrzymać równowagę między zwierzęciem a beczką.

W wejściu stał sześćdziesięcioletni na oko mężczyzna ubrany w kapcie, brudny drelich i spłowiałą czapkę. Miał solidny brzuch, szeroką, pyzatą twarz, małe oczy i lekko zadarty nos. Celował ze strzelby prosto w pierś Brittona.

— Do nogi, Jake! — zawołał. — Odsuń się od niego.

Pies odwrócił się w stronę właściciela, dysząc. Powąchał rękę Brittona, trącając beczkę i rozlewając trochę wody. Mężczyzna wywrócił oczami.

— Bezużyteczny, przeklęty pies — mruknął.

Jake odsunął się i zjeżył sierść, kiedy w reakcji na obecność broni otworzyła się między nimi brama, ustawiona tyłem do Brittona. Nie widać było krajobrazu skierowanego w stronę farmera, ale wyraźnie było słychać zawodzenie koni-demonów.

Mężczyzna zrobił krok w bok i uniósł wyżej strzelbę, mierząc do Brittona wzdłuż lufy.

— Odłóż to, natychmiast — powiedział. — Cokolwiek tam knujesz, zapewniam cię, że nacisnę spust, zanim zdążysz to zrobić.

Britton walczył z magią, ale nadal czuł jej macki, wciskające się do bramy i sięgające w kierunku stada. Pojękiwanie koni-demonów przybrało na sile, kiedy istoty zaczęły stawiać opór, przerażone obecnością migoczącego portalu.

— No dalej, cholerny głupcze — rzucił mężczyzna. — Nie rób tego. Nie chcesz tego zrobić. — Jego palec dotknął mocniej spustu.

— Nie potrafię tego kontrolować — sapnął Britton. — Kiedy jestem w stresie, jest jeszcze gorzej. Jestem ranny i głodny, a pan celuje mi prosto w twarz.

Farmer popatrzył na swojego psa i ponownie na Brittona. Powoli opuścił strzelbę.

— Dobrze, synu. Opuszczam broń. Zamknij to, a ja cię nakarmię i opatrzę twoje rany. Słowo skauta.

Britton rozpaczliwie szamotał się z magią, ale jak mógł walczyć z czymś, czego nie widział ani nie dotykał? Zawodzenie przybrało na sile. Brama zakołysała się, kiedy jeden z koni-demonów zaczął przechodzić na drugą stronę.

Mężczyzna otworzył szeroko oczy i wycelował strzelbę w stronę bramy.

— Dalej, synu. Nie chcę cię skrzywdzić. Musisz mi zaufać. Wiem, że to trudne, ale dasz radę.

Britton poczuł, że magia zaczyna ustępować w reakcji na pierwsze miłe słowa, jakie usłyszał od momentu przebudzenia przy łóżku Dawesa. Skoncentrował się na ciszy panującej dookoła — na dachu nad głową, ślinie Jake’a na karku i głosie mężczyzny.

Pies opuścił głowę i szczeknął cicho, kiedy brama zamigotała i zamknęła się, oddając panowanie półmrokowi.

Mężczyzna westchnął i potarł kark grubą, stwardniałą dłonią.

— No, to naprawdę wielka ulga — powiedział.

— Jestem Oscar — przedstawił się Britton. — Mam na imię Oscar.

Farmer dotknął daszka czapki.

— Nelson.

Stali przez chwilę w ciszy przerywanej dyszeniem Jake’a, który ponownie podłożył łeb pod dłoń Brittona.

— Cóż, niech nikt nigdy nie powie, że nie dotrzymuję słowa — powiedział w końcu Nelson. — Zostań tutaj, a ja przyniosę coś do jedzenia i apteczkę. — Popatrzył na swoje buty, nieco zmieszany, aż w końcu odwrócił się do wyjścia. Umysł Brittona krzyczał, zachęcając go do ucieczki, ale zignorował to. Nie miał dokąd uciekać, nie miał w tej chwili żadnego celu. Musiał coś zjeść i odpocząć. Pozostawało mu zaufać obcemu. Tamten mógł przecież go zastrzelić, a jednak tego nie zrobił. Póki co musiało mu to wystarczyć.

Stary farmer zrobił kilka kroków, po czym odwrócił się i gwizdnął na Jake’a, nie patrząc Brittonowi w oczy. Duży pies zamerdał wesoło ogonem i nie ruszył nawet łapą. Nelson zawołał go ponownie, po czym westchnął.

— Najbardziej bezużyteczny pies obronny w historii.

Britton opadł ciężko na podłogę. Wyczerpanie mieszało się z poczuciem ulgi. Jake polizał go z entuzjazmem. Britton nieudolnie poklepał psa i podrapał za uszami, próbując uniknąć wysuwanego co chwilę języka.

Po chwili był tak zaangażowany w pieszczoty z psem, że nie zauważył prawie Nelsona, który zamknął drzwi od stodoły. Britton zesztywniał, kiedy usłyszał lekkie uderzenie po drugiej stronie — odgłos zakładanego na drzwi łomu.

— Nelson? — zawołał, wstając powoli i odpychając Jake’a do tyłu.

Cisza. Nagły przypływ paniki błyskawicznie usunął poczucie wyczerpania. Podbiegł do drzwi i pchnął.

Ustąpiły na kilka centymetrów, ale były zablokowane.

Britton załomotał w drzwi. Pomalowane na szaro drewno zagrzechotało pod jego pięściami.

— Do cholery, Nelson! Obiecałeś mi pomóc!

Choć dzieliły ich drzwi stodoły, głos farmera brzmiał bojaźliwie.

— Siedź tam spokojnie, Oscar. Zadzwoniłem do KON. Są już w drodze.

Britton rozejrzał się szybko, przyglądając się wnętrzu stodoły, wciąż delikatnie rozświetlonemu przez chemiczną pałeczkę. Jake siedział, dysząc cierpliwie tam, gdzie zostawił go Britton. Wśród cieni na ścianach nie sposób było dostrzec drugiego wyjścia.

— Okłamałeś mnie! — krzyknął Britton. — Wypuść mnie stąd!

— Nie jestem fanem kłamstwa — odezwał się Nelson — ale mam tutaj żonę, dom i całe swoje życie. A jeśli małe kłamstwo pozwoli mi to wszystko zachować w spokoju, to Pan przebaczy mi to przewinienie. Celuję teraz prosto w drzwi, Oscar. Nie próbuj robić niczego głupiego, bo wywiercę w tobie mnóstwo dziur.

Britton odwrócił się i obiegł dookoła całą stodołę, przesuwając palcami po deskach, rozpaczliwie szukając wyjścia. W wyobraźni słyszał już pisk opon białej furgonetki i zbliżającego się ukradkiem Arlekina. Jake truchtał za nim, poszczekując entuzjastycznie.

— Mam twojego pieprzonego psa! — krzyknął Britton. Nelson nie odpowiedział. Britton popatrzył na Jake’a, który wydał z siebie długą serię szczeknięć, niemal tworzących jeden dźwięk. Co miał zrobić? Skrzywdzić zwierzę? Potrząsnął głową.

— Przykro mi, kolego — wymamrotał do psa, próbując opanować panikę.

Popatrzył w stronę poddasza, ale tam też nie dostrzegł wyjścia. Panika przybrała na sile, przynosząc ze sobą magię. Jake odsunął się, warcząc gardłowo, jeżąc sierść i kładąc uszy po sobie. Przed psem otworzyła się brama, na co zwierzę zareagowało piskiem i ucieczką pod ścianę. Brama zamknęła się i otworzyła ponownie na środku ciągnika, przecinając maszynę na pół i sypiąc kaskadą opiłków metalu.

— Do cholery, Oscar! — krzyknął z zewnątrz Nelson. — Mówiłem ci, żebyś się nie ruszał! Nie rób niczego głupiego!

Brama zamigotała, znikła i otworzyła się jeszcze raz, ustawiona ukośnie w ścianie stodoły.

Kiedy i ta znikła, pozostawiła po sobie czyste cięcie w drewnie. Krawędzie były tak gładkie, jakby użyto lasera. Przez szparę Britton dostrzegł blask gwiazd i poczuł zimny podmuch powietrza. Nie zastanawiając się dłużej, skoczył w tamtą stronę.

Uderzenie wypchnęło mu powietrze z płuc, a ramię zareagowało przenikliwym bólem. Głowa odskoczyła mu na chwilę do tyłu i zdążył pomyśleć, że właśnie zrobił najgłupszą rzecz w życiu. Ale w tej samej chwili osłabiona ściana eksplodowała, a postrzępione krawędzie poszarpały mu skórę. Poleciał w ciemność, czując się, jakby wskoczył w ogień, kiedy zimne powietrze zawibrowało w szczelinach jego skóry.

 

Zakołysał się, upadł na jedno kolano i pośliznął się na zmrożonej trawie, wymachując rękami w poszukiwaniu równowagi. Słyszał szczekającego za plecami Jake’a i dyszącego ciężko Nelsona, który obiegał stodołę. W domu zapaliły się światła, na werandzie pojawiła się ściskająca telefon drobna postać, zapewne kobieta.

— Połóż się na ziemi, Oscar! — zawołał farmer. — Kładź się i pokaż mi ręce!

Britton zakołysał się, podniósł na nogi i spojrzał farmerowi w oczy.

Nelson wycelował broń w jego pierś.

— Stój tam, gdzie stoisz. Nie bądź głupcem.

Magia miała jednak inny pomysł. Przepłynęła przez Brittona, zrodzona w poczuciu zdrady i desperacji.

Tuż przed Nelsonem otworzyła się brama. Farmer obszedł ją jednak i chwycił mocniej broń.

— Do cholery, synu, ostrzegałem cię.

Strzelba huknęła. Britton poczuł w piersi przeraźliwy ból, po czym ogarnęła go łaskawa ciemność.

Inne książki tego autora