Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nic. Fala płynęła w nim, wirując bezużytecznie. Brama otworzyła się niespodziewanie obok jego matki, ale zamknęła się, zanim zdążył na nią spojrzeć.

— Gdzie on jest? — zapytała Desda.

Britton potrząsnął głową, połykając łzy.

— Nie wiem, mamo.

Kolana ugięły się pod matką. Usiadła ciężko, nie zmieniając położenia rąk — jedna nadal zakrywała usta, druga celowała w pustkę.

— Musisz… musisz sprowadzić go z powrotem — wyszeptała. W kącikach oczu zamigotały jej łzy.

— Sprowadź go tutaj!

— Nie mogę — odpowiedział głucho.

— Jak to nie możesz? — zapytała, opuszczając w końcu dłonie. — Otwórz to i zabierz go stamtąd!

Pokręcił głową, wykonując rękami bezużyteczne koła.

— Nie wiem jak. Nie potrafię tego kontrolować.

Siedziała przez chwilę w milczeniu, aż w końcu wydała z siebie dźwięk plasujący się gdzieś między krzykiem i warknięciem.

— Mamo? — Przykląkł obok niej i dotknął jej ramion. Patrzyła w miejsce, w którym zamknęła się brama, potrząsając lekko głową.

Wstał i wyciągnął rękę.

— Mamo?

Podniosła ostro głowę. Jej oczy pozostawały bez wyrazu. W końcu zareagowała tak, jakby wszystko do niej dotarło: odskoczyła od niego i wierzgnęła nogami.

— Zabieraj się stąd!

Jego ojciec zniknął. Britton nie potrafił go uratować.

Desda krzyczała.

Potrzeba ucieczki stała się silniejsza od wszystkiego innego. Poddał się jej i nogi zabrały go z dala od oskarżycielskiego spojrzenia matki.

Rozdział 5.
Lot

… Obdarzenie jest dla Amerykanów i świata problemem nie mniejszym i nie mniej niebezpiecznym niż bomba atomowa. Reprezentuje ono największą szansę, ale i największe zagrożenie, z jakim mieliśmy do czynienia jako naród od pierwszego testu broni jądrowej w 1945 roku. Czy się to nam podoba czy nie — magia jest nową bronią masowej zagłady.

— senator Nancy Whalen

prezes Podkomitetu Senatu ds. Wielkiego Przebudzenia

Zakrwawione stopy Oscara Brittona ślizgały się w butach, kiedy przemierzał drogę z czasów swojego dzieciństwa.

Jeśli czegokolwiek nauczył się w wojsku, to na pewno było to bieganie i robił to skutecznie pomimo bólu w zranionej łydce. Gdzieś za swoimi plecami pozostawił coś strasznego, coś o czym w ogóle nie chciał myśleć. Miał wrażenie, że jeśli pobiegnie wystarczająco szybko, tamto nie zdoła go dopaść.

Magiczne fale podążały z nim. Bramy otwierały się, kusząc go perspektywą ratowania ojca, ale nigdy nie pozostawały otwarte na tyle długo, by mógł się na to zdecydować.

Usłyszał odgłos zbliżających się policyjnych syren. Wskoczył do przydrożnego rowu i wyjrzał zza wzniesienia w tym samym momencie, kiedy minęły go dwa policyjne wozy jadące w stronę domu jego rodziców. Wrócił na ulicę i znów pobiegł.

Zatrzymał się skuszony blaskiem neonów sklepu wielobranżowego. Znał ten parking. Jego przyjaciel, Rob Dausman nauczył go tutaj palić skręty. Chowali się za ciężarówką z pieczywem i udawali, że narkotyk działa na nich silniej, niż działo się to w rzeczywistości.

Dla Brittona był to jednorazowy wybryk, dla Roba stało się to stylem życia. Ten styl życia przywiązał go do tego miejsca, choć przeniósł się do sklepu i pracował za ladą. Britton widział go przez okno. Przeczesywał dłonią kręcone jasne włosy, rozmawiając ze śmiechem z klientką. Ujrzawszy to, Britton poczuł dużą ulgę. Robowi nigdy nie przeszkadzało, że Oscar był czarny, dwa razy większy od niego czy lepszy w szkole. Britton wiedział już, dlaczego nogi przywiodły go w to miejsce. Jeśli na tym świecie pozostał ktokolwiek, kto nie będzie go oceniał, to tylko Rob.

Kiedy automatyczne drzwi się rozsunęły, poczuł powiew ciepłego powietrza. Z głośników sączyła się nienachalna muzyka. Światło jarzeniowe rzucało blask na rzędy opakowań kropli do oczu, zup w puszce i szamponów.

Klientka, kobieta w średnim wieku z krótkimi włosami i sporą talią, kupowała lody i żartowała z Robem. Britton popatrzył na nich. Świat trwał dalej, ślepy na trzęsienie ziemi w jego życiu.

Przeniósł wzrok na telewizor zawieszony pod sufitem w rogu. W wiadomościach wyświetlano właśnie wypisany wielkimi literami nagłówek: ZAMIESZKI W DZIELNICY MONTMARTRE W PARYŻU. BUNTOWNICY WALCZĄ Z POLICJĄ KALIFATU EUROPEJSKIEGO.

Surowe islamskie prawo szariatu obowiązujące w KE zabraniało praktykowania magii nietłumiącej, co jednak nie powstrzymywało ludzi przed próbami. Na ekranie pokazano Narodzonych z Dżinna buntowników stojących na spalonym policyjnym pojeździe opancerzonym z napisem Supresion Magique na burcie. Wokół tłoczyła się francuska policja i islamska policja religijna Mutawaeen. Narodzeni z Dżinna byli rozebrani do pasa, a ich ciała pokrywały wijące się tatuaże z napisami w języku arabskim. Jeden z nich pluł ogniem w stronę policjantów. Drugi zamroził dotykiem funkcjonariusza Mutawaeen, po czym kopniakiem rozbił jego krystaliczną postać na kawałki.

Kiedy Britton oderwał wzrok od telewizora, zobaczył, że Rob i klientka wpatrują się w niego ze zdumieniem.

— Stary — wyszeptał Rob.

Kobieta ruszyła z miejsca. Britton uniósł dłonie, ale ona tylko odepchnęła go i przebiegła przez rozsuwane drzwi, uderzając w nie w pośpiechu ramieniem. Usłyszał trzaśnięcie drzwi i odgłos uruchamianego silnika. Spojrzał ponownie na telewizor, kiedy odjeżdżała z piskiem opon z parkingu przed sklepem.

W wiadomościach pokazywano właśnie zdjęcie poszukiwanej osoby. Britton rozpoznał swoje zdjęcie z wojskowej karty identyfikacyjnej. ALERT WIADOMOŚCI ACTION 6! — przeczytał na pasku — 100 000 USD NAGRODY ZA INFORMACJE MOGĄCE DOPROWADZIĆ DO SCHWYTANIA POSZUKIWANEGO BUNTOWNIKA. OSCAR BRITTON ZBIEGŁ Z WOJSKOWEGO ARESZTU I JEST OBECNIE NA WOLNOŚCI. KTOKOLWIEK ROZPOZNA TĘ OSOBĘ, PROSZONY JEST O NATYCHMIASTOWY KONTAKT Z WŁADZAMI. CZARNA MAGIA TEGO BUNTOWNIKA JEST NIEKONTROLOWANA, PRZEZ CO UZNAJE SIĘ GO ZA OSOBĘ WYJĄTKOWO NIEBEZPIECZNĄ! NIE WOLNO PODEJMOWAĆ ŻADNYCH PRÓB SAMODZIELNEGO POJMANIA ŚCIGANEGO!

I bezpłatny numer kontaktowy.

Britton popatrzył na Roba, który odwrócił wzrok, czerwieniąc się na twarzy.

— Puszczają to przez cały czas — powiedział mężczyzna, po czym wytrzeszczył oczy.

Britton podążył za spojrzeniem Roba i zerknął przez ramię. Przy wejściu do sklepu migotała otwarta brama.

— Stary — powtórzył Rob. — To nie wygląda dobrze.

— Rob — rzucił uspokajająco Britton. — Proszę.

— Musisz do kogoś zadzwonić. Mamy tu naprawdę poważny syf. Stary, nie wiedziałem, że jesteś… ja pierdzielę…

Britton zrobił krok do przodu i skrzywił się, kiedy jego przyjaciel wykonał idealnie zsynchronizowany krok do tyłu, uderzając plecami o półkę i zrzucając na podłogę lawinę paczek papierosów.

— Rob, to ja, bracie. Oscar.

Rob pokiwał głową, siląc się na uśmiech.

— Wiem, stary, wiem. To nic takiego. Tak tylko mówię. Musisz do kogoś zadzwonić. — Wycelował drżący palec w stronę czarnego telefonu zawieszonego na ścianie pod telewizorem.

Dłoń Roba powędrowała pod ladę. Britton pomyślał, że tamten wyjmie za chwilę dubeltówkę z odpiłowanymi lufami, ale Rob położył na podstawce dwie dwudziestopięciocentówki.

— Proszę, stary — powiedział zachęcająco. — Ja płacę za połączenie. Nie krępuj się. — Spojrzał na niego z poczuciem winy. — Nie chcę nawet tej nagrody.

Ale Britton go nie słuchał.

Nie marnuj więcej czasu, powiedział sobie. Zostałeś sam.

Poczuł przytłaczające osłabienie. Ramiona opadły mu w poczuciu bezradności. Po raz pierwszy w swoim życiu Britton nie miał pewności, czy nadal chce żyć.

Zgarnął monety i cisnął je w stronę Roba. Ten wyrzucił ręce w górę i przykucnął, ale Britton zdążył już sięgnąć po telefon. Wbił wzrok w słuchawkę.

Rob miał rację. Britton musiał zadzwonić. Czy oni go zabiją? Pewnie tak. Ale może tak właśnie miało się stać. Ojciec zginął z jego własnej ręki. Nie potrafił kontrolować czegoś, co wyraźnie stało się niebezpieczną bronią. Dlaczego stawiał swoje życie ponad życiem innych osób? Kto dał mu takie prawo? To dlatego takich jak on nazywano buntownikami.

Widział twarz ojca przed zamknięciem się bramy, słyszał jego krzyki oraz odgłosy koni-demonów. Nie potrafił stawić temu czoła, zamiast tego wziął tylko głęboki oddech i spróbował odbudować swój świat.

Powoli do celu, pomyślał. Stoisz w sklepie wielobranżowym. Gapisz się na słuchawkę telefonu.

Nawet tego było zbyt wiele, więc skoncentrował się na drobniejszych szczegółach.

Słuchawka telefonu cuchnie starym piwem. Przez szczeliny w nawierzchni parkingu za oknem wyrastają chwasty.

Ale rzeczywistości nie sposób było zaprzeczyć.

Jesteś obdarzonym. Jesteś zakazańcem. Nie kontrolujesz swojej magii. Armia wyparła się ciebie. Zabiłeś swojego ojca. Matka się ciebie boi. Nawet Rob się boi. Jesteś poszukiwany. Twoje życie zmieniło się już na zawsze.

I co najważniejsze: jesteś sam.

Kolana ugięły się pod nim, kiedy zrozumiał znaczenie tych słów.

W słuchawce rozległo się kliknięcie i usłyszał głos kobiety.

— Operator.

— Baza lotnicza Gwardii Narodowej w South Burlington — powiedział. — Biuro oficera łącznikowego KON — jego własny głos brzmiał obco w głośniku. Do operatorki mówił ktoś inny, ktoś dużo bardziej opanowany niż Oscar Britton — buntownik, zakazaniec i morderca. Ta myśl go uspokoiła. Ten ktoś inny powinien poradzić sobie w tej sytuacji. On będzie tylko słuchał.

— Gwardia Narodowa w South Burlington? — zapytała operatorka. — Mam tutaj numer ogólny.

 

— Potrzebny mi numer do oficera łącznikowego Korpusu Operacji Nadzmysłowych — odparł. — Doszło do wypadku. To sytuacja wyjątkowa.

W słuchawce zapadła cisza. Już miał zapytać, czy kobieta nadal tam jest, kiedy usłyszał jej głos:

— Powinien pan zadzwonić na policję.

— Nie zadzwoniłem. Rozmawiam z panią.

Kolejne kliknięcie i dźwięk sygnału oczekiwania.

Usłyszał głos innej kobiety, dużo czystszy niż ostatni.

— KON, kapitan Nereid.

Zamilkł. Instynkt samozachowawczy krzyczał do niego, by odwiesił słuchawkę i zaczął uciekać. Zmęczenie okryło go jednak niczym gruby koc.

— Mówi porucznik Britton, 158. Jednostka Operacji Wsparcia.

Po chwili, podczas której dało się słyszeć stukanie w klawiaturę, usłyszał chłodne, pełne profesjonalizmu słowa.

— Poruczniku Britton, bardzo się o pana niepokoiliśmy. Cieszę się, że pan zadzwonił.

Przypomniał sobie krzyki Stanleya Brittona.

— Tak — rzucił łamiącym się głosem.

W głosie Nereid zagościła nutka współczucia.

— Wiemy, co się wydarzyło, Oscar. Nic się panu nie stało?

Pokiwał głową, zalewając się łzami, nieświadom tego, że nie jest widziany.

— Oscar — powiedziała z nieco większym napięciem. — Musi pan tylko pozostać na miejscu. Wszystko będzie dobrze. Słyszy mnie pan? Przyjedziemy po pana i pomożemy. Proszę się stamtąd nie ruszać, a nic złego się nie stanie. Rozumie mnie pan?

— Tak mi przykro — załkał. — Nie chciałem nikogo skrzywdzić. Próbuję sobie z tym poradzić.

Skrzywił się, słysząc rozpaczliwy ton swojego głosu.

— Musi się pan tylko uspokoić i czekać przy telefonie, dobrze? Cokolwiek pan zrobi, proszę się nie oddawać w ręce policji. Zabierzemy pana stamtąd. Policja może nie być tak wyrozumiała jak my w kwestii pańskiego postępowania. Jeśli zobaczy pan radiowozy, proszę się ukryć i czekać na nas. Zrozumiał pan? Halo? Halo?

Instynkt samozachowawczy zaczynał zwyciężać. Ujrzał przed oczami opadającego Arlekina siejącego błyskawice z palców. Dziewczynę leżącą na dachu w rosnącej kałuży krwi.

Oscar Britton mógł dysponować niebezpieczną, niekontrolowaną mocą, ale armia mordowała dziewczynki.

Co ty, do cholery, wyprawiasz? — wrzeszczał na niego jego własny umysł. Ty skończony idioto! Uciekaj stąd!

Puścił słuchawkę, która zakołysała się na kablu.

Odwrócił się i zobaczył dwa policyjne radiowozy, które z piskiem opon zajechały na parking przed sklepem. Rob znikł.

Czterech umundurowanych funkcjonariuszy wysiadło z pojazdów, wyciągnęło broń i pobiegło w stronę drzwi.

Rozdział 6.
Ucieczka

… magia? Pieprzyć to. Mam tutaj pięć przecinek pięćdziesiąt sześć milimetra magii. Kiedy nacisnę ten spust, żadne zaklęcie na świecie nie ochroni twojego mózgu przed rozpryśnięciem się na tej ścianie, którą masz za plecami. Tak, nastąpiło ponowne przebudzenie. Obudziliśmy nasze wojownicze serca. Pamiętamy Guadalcanal. Pamiętamy Faludżę. Pamiętamy, co znaczy być żołnierzem piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych.

— starszy szeregowy Jimmy „Gonzo” Gonzalez

2/. Korpus Ekspedycyjny Marines, 13. Lanca Zagłuszania*

Britton zanurkował za ladą i wylądował twarzą na gumowej macie. Usłyszał zbliżające się głosy. Podniósł się na kolana i otarł nosem o zamykany na kod sejf.

Obok leżała strzelba z odciętą lufą. Broń była przełamana i w obu lufach tkwiły naboje. Wystarczyło tylko ją zatrzasnąć, wstać i walczyć.

Nie mógł wiecznie uciekać. Dlaczego kapitan Nereid ostrzegała go, żeby nie poddawał się policji? Żeby Arlekin miał wystarczającą satysfakcję z zabicia go lub zawleczenia przed sąd wojskowy, żeby załatwić sprawę oficjalnie?

Wyjrzał zza lady. Policjanci zbliżali się, nisko pochyleni. Dwa wycelowane przed siebie pistolety. Pozostali dwaj trzymali w dłoniach strzelby.

Jeszcze kilka godzin temu był po ich stronie. Przestępstwo wymagało motywu. Wszystkim, czego zawsze pragnął, była sprawiedliwość. Gniew i przerażenie toczyły walkę w jego brzuchu.

Gniew wychodził na prowadzenie. Magia rosła. Tym razem powitał ją z radością.

Chrzanić broń. Nie potrzebował jej.

Zamknął oczy i pozwolił fali przypłynąć. Czuł, jak prąd oddala się w stronę gliniarzy. Wstał i rozłożył szeroko ręce. Powietrze za plecami policjantów zadrżało. Mężczyźni odwrócili się na pięcie z krzykiem.

Zawahał się, usłyszawszy ten dźwięk. Musiała być jakaś różnica między nim a tym, czego zawsze uczono o buntownikach. Nie zabiłeś swojego ojca celowo, przypomniał sobie. To był wypadek. Ty nie robisz krzywdy niewinnym ludziom. Jeśli o tym zapomnisz, z pewnością staniesz się buntownikiem.

Zaczął walczyć z magiczną falą. Jeden z policjantów odwrócił się w kierunku Brittona i wystrzelił. Kula zrobiła dziurę w przesuwanych drzwiach i utkwiła w ladzie.

Britton nawet się nie skulił, przytłoczony przepływającą przez niego magią. Miał wrażenie, że zaraz eksplodują mu żyły, że komórki ciała zostaną rozerwane. Rozpaczliwie próbował odepchnąć od siebie falę, ale nie był w stanie jej pokonać.

Za plecami policjantów powietrze zamigotało i po chwili otworzyła się lśniąca brama.

Drugi z gliniarzy skierował czarną strzelbę w stronę okna wystawowego.

— Ty zbuntowany sukinsynu! Wyłącz to!

Próbuję, pomyślał Britton. Ale nie potrafię jej zamknąć. Wyczuł obecność pasm magii, które wysunęły się z bramy.

Strzelba huknęła i zmieniła okno w deszcz szklanych odłamków.

Magia odnalazła to, czego szukała i przerzuciła to przez bramę.

Portal rozciągnął się gwałtownie i wypchnął do ich świata coś wysokiego i dziwnego. Gliniarze odwrócili się, w jednej chwili zapominając o Brittonie.

Istota z bramy miała ponad dwa metry wzrostu, pokrywały ją pióra tak ciemne, że pochłaniały światło, a każde z nich mieniło się na krawędziach jasną czerwienią, która przypominała fosforyzującą krew. Z głowy sterczał płaski niczym łopata czub w tym samym kolorze. Stwór zrobił niepewny krok do przodu na chropowatej nodze pokrytej ciemnopurpurową skórą. W powietrzu kołysał się jeden pazur. Głowa kołysała się na prawo i lewo, czarne oczy wpatrywały się w policjantów, a ciemnoczerwony, ostry jak miecz dziób lekko się poruszał.

— Chryste — jęknął jeden z policjantów i uniósł pistolet.

Gigantyczny ptak szarpnął głową, a jego wąska gardziel napełniła się powietrzem, powiększając ją do rozmiarów piłki do koszykówki. Małe, czarne piórka tak się rozciągnęły, że Britton widział pod nimi naciągniętą, czerwoną skórę.

Wypełnione gardło uwolniło swój ładunek, wydając dźwięk tak niski, że Britton bardziej go poczuł, niż usłyszał. Towarzyszyło mu dobrze widoczne falowanie powietrza. Fala uderzeniowa roztrzaskała pozostałe okna. Niski żywopłot rosnący przed sklepem położył się płasko, a drzwi zostały wysadzone z prowadnic i powoli opadły do środka. Gliniarze zostali powaleni na ziemię. Krwawili z uszu.

Britton schował się za ladą, którą zasypało potłuczone szkło. Kiedy się podniósł, fala zaczęła ponownie napływać. Gliniarze leżeli na ziemi, jęcząc. Ptak spacerował po parkingu.

Brittonowi dzwoniło w uszach, a w oczach czuł suchość od powiewu. Odwrócił się i pobiegł w kierunku magazynu. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki z siatki drucianej zastawione kartonami wypełnionymi papierowymi ręcznikami, żywnością w puszkach i lekami bez recepty.

Uderzył barkiem w tylne drzwi, otwierając je na oścież, po czym wypadł na zewnątrz, na nagrzewające się o świcie powietrze.

Stanął jak wryty, kiedy ujrzał przed sobą Arlekina, który wyskoczył zza drzwi ładunkowych nieoznakowanej białej furgonetki.

Cyfrowy mundur kamuflujący kapitana został starannie wyprasowany, a w wypastowanych butach odbijały się promienie słońca. Tuż obok stał pobladły na twarzy Dan Cheatham, uzbrojony w karabinek.

Zawsze byłem twoim przyjacielem, pomyślał Britton, wbijając wzrok w Cheathama. Stanowiliśmy zespół.

Cheatham opuścił wzrok.

— Ja nie… Sir, ja nie…

— Widzisz, i tu mamy problem — wtrącił Arlekin. — Uciekłeś, Oscar. Chorąży Cheatham dobrze ci radził, żebyś się do mnie zgłosił. Ty postąpiłeś inaczej.

Britton wyczuwał wirującą magię Arlekina. Wiatr krążący wokół aeromanty uformował się w lej, porywając ze sobą piasek i kamienie.

Fala magii wypełniła również Brittona. Pomóż mi, wyszeptał, czując, jak jego ciało wręcz płonie od kotłującej się w środku energii. Opadł na kolana. Nie potrafię tego powstrzymać. To mnie zabija.

Arlekin zmarszczył czoło, a wirujący lejek rozsypał się.

Britton poczuł, że fala się cofa i przewrócił się na ziemię, łapiąc ciężko powietrze. Oddychał łapczywie, zaskoczony tym, że jego magiczna fala znikła, zetknąwszy się wcześniej z magią Arlekina. Szkolenie nauczyło Brittona spodziewać się tego typu sytuacji. Stosowano to na marines w Lancach Zagłuszania oraz na cywilach, których wprowadzono do programu monitorowania Narodowych Instytutów Zdrowia. Zagłuszanie Magii.

Cheatham wycelował w niego broń i zbliżył się szybkim krokiem.

Britton wstał z trudem i wskazał karabinek.

— To nie będzie ci potrzebne.

— Obawiam się, że jednak tak — powiedział Arlekin. — Użyłem mojej magii do zagłuszenia twojej, więc muszę mieć cię na oku.

— Nie — zaprotestował Britton. — Zadzwoniłem. Poddałem się.

Arlekin pokręcił głową.

— Dan powiedział, że to wszystko się zaczęło około drugiej w nocy. Teraz dochodzi ósma. Jesteś bardzo daleko od bazy. Uciekłeś.

— A czego, do jasnej cholery, się spodziewałeś? Jestem zakazańcem. Zabijesz mnie tak czy siak. Chciałem się zobaczyć z rodzicami.

— Tak, i świetnie wyszło, co? — parsknął Arlekin. — Mamy tu do czynienia z kolejnym incydentem, tym razem z morderstwem. Wiem, co zrobiłeś ze swoim ojcem.

— To nie była moja wina! On mnie zaatakował… nie potrafiłem tego kontrolować…

Arlekin założył ręce na piersi.

— Dlatego zawsze wypełniamy rozkazy. To coś, czego wy, wielcy panowie z armii, nigdy nie zrozumiecie. W KON żyjemy w oparciu o rozkazy. A dlaczego? Bo kiedy tego nie robimy, giną ludzie. Ty uznałeś, że wiesz lepiej. W rezultacie zginął twój ojciec. Takie rzeczy się dzieją, kiedy się ucieka, Oscar.

— Zadzwoniłem do KON w South Burlington! — zawołał Britton, cofając się. — Rozmawiałem z Nereid! Chciałem się poddać! Porozmawiajcie z nią!

Arlekin sięgnął do kieszeni spodni i wyjął parę plastikowych kajdanek.

— Zgłosiła się przez radio, Oscar. Wiem, że dzwoniłeś. To jedyny powód, dla którego jeszcze żyjesz. Twoje obdarzenie przejawiło się w zakazanej szkole magii. Uciekłeś. Zabiłeś swojego ojca. Zachowaj się jak żołnierz i weź to na siebie.

Britton wiedział, że nie zdołałby zrobić trzech kroków w żadnym kierunku, zanim Cheatham nie wpakowałby mu kulki w plecy.

— Zabijesz mnie — powiedział. — Może nie tutaj, ale zrobisz to.

Arlekin wzruszył ramionami.

— O tym zadecyduje sąd wojskowy. Póki co jesteś aresztowany. Na kolana i załóż ręce na głowę.

— Nie ruszać się! — Przez drzwi z plecami Brittona wypadło dwóch policjantów, którzy natychmiast w niego wycelowali. — Ręce do góry!

— Dajcie spokój, do cholery! — krzyknął Arlekin. — Jestem z Korpusu Operacji Nadzmysłowych! Zabieram tego człowieka!

— On zranił funkcjonariusza policji — rzucił jeden z gliniarzy. Drugi niepewnie opuścił broń.

Zaskoczony Cheatham wycelował broń w policjantów. Ten, który trzymał uniesiony pistolet, natychmiast skierował go w stronę żołnierza.

Jeśli z nim odejdziesz, to już po tobie, pomyślał Britton. Przedstawił ci to jasno: twoje obdarzenie przejawiło się z zakazanej szkole, uciekłeś, zabiłeś ojca. Żaden sąd wojskowy w kraju nie puści ci tego płazem.

Przypomniał sobie uchwyt dłoni Cheathama na łokciu, opadające pięści ojca, rzucającego monety na ladę Roba, ciało dziewczyny na dachu. Wojsko było jedynym domem, jaki miał poza tym rodzinnym w Shelburne. Wszystko przepadło. Ruszaj się, szybko!

Britton cofnął się, zrównał z policjantem trzymającym pistolet i uderzył go oburącz w nadgarstki, posyłając broń na ziemię. Ułamek sekundy później zniknął za narożnikiem budynku.

Arlekin zaklął i po raz kolejny wyczarował piaskowego diabła. Britton poczuł, jak wraca do niego magiczna fala, kiedy znikło zagłuszanie. Usłyszał trzask kuli wbijającej się w narożnik sklepu. Wiedział dobrze, że Cheatham potrafił dużo lepiej strzelać.

 

Pobiegł na parking, zaskakując dwóch pozostałych gliniarzy. Jeden z nich kucał za drugim wśród połamanych azalii, bandażując swoją zakrwawioną głowę.

Jego partner zauważył Brittona i krzyknął. Drugi gliniarz się odwrócił, rzucił bandaż i zaczął gmerać przy kaburze u pasa. Magiczna fala zareagowała i otworzyła między nimi bramę w tym samym momencie, kiedy tamten wystrzelił. Kula pomknęła do drugiego świata. Widziana od tyłu brama była migoczącym prostokątem powietrza. Britton nie widział ani telewizyjnego śnieżenia, ani krajobrazu po tamtej stronie. Wszystko wskazywało na to, że bramy miały dwie strony — przednią i tylną.

Pobiegł w stronę radiowozu, którego światła wciąż się obracały, a silnik pracował przy otwartych drzwiach po stronie pasażera. Środkową konsolę zakrywała komputerowa klawiatura z ekranem. Obok sterczała pusta kabura na strzelbę, która zniweczyła plan Brittona polegający na wskoczeniu do auta i przemieszczeniu się na fotel kierowcy. Pozostawało mu obiec pojazd.

Zatrzymał go suchy trzask gromu.

— I ty twierdzisz, że się poddałeś — powiedział Arlekin. Kapitan lewitował nad krytym dachówką dachem sklepu. Wiatr wirował wokół niego, zrywając liście z drzew. Nad głową Arlekina wisiała czarna chmura, zupełnie niepasująca do czystego nieba. W jej ciemnym zagłębieniu migotało światło.

Z chmury lunął deszcz, który zmoczył twarz Brittona i pozostawił suchą ziemię już w odległości trzydziestu centymetrów od niego. Gliniarze stali pod wypolerowanymi butami Arlekina, spoglądając w górę z przerażeniem.

— Uwierz, wolałbym cię sprowadzić do bazy — zawołał Arlekin, przekrzykując wiatr — ale jeśli zrobisz jeszcze jeden krok, usmażę twoje zakazane dupsko. To już koniec, Oscar. Na kolana i ręce na głowę!

Britton oddalił się od radiowozu i stanął przy drzwiach po stronie kierowcy.

Chmura otworzyła się jak podczas burzy. Światło wypadło z niej z ogłuszającym hukiem, wstrząsając ziemią. Britton osłonił oczy przed błyskiem i kawałkami roztrzaskanego asfaltu. Kiedy otworzył oczy, włoski na jego łydkach zaczęły się tlić. Na parkingu pojawił się niemal metrowy krater. W powietrzu dał się wyczuć zapach ozonu.

— Odsuń się od samochodu, bo następnym razem już nie spudłuję — ostrzegł go Arlekin. — Na kolana, do cholery! Zaczyna mnie to męczyć.

Britton ocenił odległość. Nie zdoła w porę dostać się do samochodu, otworzyć drzwi i wsiąść.

Opadł na kolana.

— To najmądrzejsza rzecz, jaką zrobiłeś przez cały pieprzony dzień — powiedział Arlekin, zniżając się do niego. Chmura podążała jego śladem. — Ręce na głowę, Oscar.

Kiedy Britton uniósł ręce, kątem oka dostrzegł coś czarno-czerwonego. Podniósł się i pobiegł w tamtą stronę, klaszcząc w dłonie i nawołując. Gigantyczny ptak znieruchomiał i skierował dziób w jego stronę.

— Do cholery, Oscar! — wrzasnął Arlekin. Britton poczuł, jak unoszą mu się włoski na ciele, kiedy otoczyła go elektryczność. Zatrzymał się i skrzywił w oczekiwaniu na rozjarzenie się jego skóry.

Ale uderzenie nie nadeszło.

Arlekin pomknął w górę, spowity trzaskającą elektrycznością. Chmura rozprężyła się, otaczając go szarą aureolą.

— Najbardziej boli mnie to, że uważasz mnie za złego faceta. To ty jesteś chodzącą bombą, która już zabiła jedną osobę, a teraz szuka okazji, by zrobić to ponownie. Ja nie jestem tym złym, Oscar. Ty nim jesteś. A ja nie pozwolę ci już nikogo skrzywdzić.

Rozłożył szeroko ręce. Błyskawice wystrzeliły z burzowej chmury i otoczyły jego ręce, bucząc głośno.

Zanurkował.

Britton pobiegł w stronę ptaka, który tkwił w bezruchu na jednej purpurowej nodze. Stwór opuścił złowrogo długą szyję, nadymając gardziel w geście ostrzeżenia.

Z góry przesłonił go cień Arlekina, kiedy magiczna chmura odcięła promienie słońca. Aeromanta przeleciał obok, zawirował w powietrzu i wylądował na asfalcie między Brittonem a ptakiem. Oparł jedno kolano i jedną rękę na ziemi, szykując ciało do wystrzelenia, otoczony niebieskimi błyskawicami.

Britton zatrzymał się gwałtownie i odskoczył w stronę radiowozu. Usłyszał trzask wyładowania, kiedy Arlekin wyskoczył w powietrze za jego plecami, skracając dzielący ich dystans niczym bombowiec nurkujący.

Rozległ się huk i Britton poczuł, jakby grzmotnęła go wielka dłoń. Obrócił się w powietrzu i uderzył plecami o drzwi samochodu, rozbijając okno. Falujące powietrze złapało Arlekina i posłało spiralą na dach sklepu z taką siłą, że aż posypały się dachówki. Burzowa chmura znikła i niespodziewanie powrócił spokojny wietrzyk.

Pozbywszy się powietrza z gardzieli, ptak przesunął się do przodu, kłując powietrze wielkim dziobem.

Britton podniósł się na nogi. Dzwoniło mu w uszach. Sięgnął ręką do klamki drzwi, krzywiąc się z bólu w ramionach. Wsunął się na siedzenie pasażera i wrzucił bieg. Arlekin poruszał się słabo na dachu. Jeden z gliniarzy pomógł Cheathamowi wspiąć się po skrzynkach klimatyzatorów do kapitana. Drugi pobiegł z krzykiem w kierunku Brittona, zatrzymał się jednak gwałtownie, kiedy tuż przed nim otworzyła się brama, zamknęła i ponownie otworzyła w odległości kilku metrów od radiowozu.

Britton wcisnął pedał gazu, pozostawiając na nawierzchni ślady gumy, po czym przejechał samochodem przez bramę.

Sklep wielobranżowy, policjanci i żołnierze znikli za jego plecami, kiedy pod oponami załomotał grunt innego świata.

Inne książki tego autora