Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2.
Strata

… to zwykły syf! Jaki tak naprawdę masz wybór, jeśli nie chcesz wstąpić do wojska? Życie marine z odroczeniem nie jest wcale lepsze od życia w więzieniu, a program monitorowania cywilów w Narodowych Instytutach Zdrowia rodzi pariasów, podłamanych i wyalienowanych. Wybór między złem a większym złem to żaden wybór!

— Loretta Kiwan, wiceprezes Rady ds. Praw Obdarzonych Amerykanów WorldSpan Networks, Kontrapunkt

Dawesa zdołano ustabilizować w stopniu wystarczającym na przeniesienie go do odpowiedniej izby chorych w 158. Skrzydle Myśliwskim. Cały zespół trwał przy Brittonie, kiedy ten czuwał przy łóżku młodego żołnierza. Dowódca musiał wręcz wydać rozkaz, żeby zmusić ich do złożenia sprzętu, wzięcia prysznica i przebrania się. Britton odpuścił sobie prysznic i siedział w swoim brudnym kombinezonie lotniczym, z pistoletem tkwiącym nadal w kaburze na udzie, rozmyślając, kiedy Dawes poruszał się niespokojnie w narkotycznym śnie.

Zadumany nad śmiercią dziewczyny, Britton pozwolił sobie jedynie na luksus zrzucenia butów. Nadal był zbyt roztrzęsiony, żeby skupić się na raporcie po akcji. Na stoliku przy łóżku leżała gazeta, na pierwszej stronie widniał wielki napis: ZAMIESZKI W MESCALERO PRZYBIERAJĄ NA SILE. DWÓCH ŻOŁNIERZY ZABITYCH W ATAKU BUNTOWNIKÓW. Pod artykułem umieszczono zdjęcie buntownika, młodego Apacza, którego długie włosy rozwiewała przywołana burza. Od końcówek jego palców ciągnęły się smugi błyskawic.

Ponownie przeniósł wzrok na nagłówek.

Kiedyś mogą mnie tam wysłać. Jak sobie poradzę po tym, co działo się teraz?

Wyczerpanie zwyciężyło w końcu długą walkę z żalem i głowa Brittona opadła na parapet. Gdzieś przez resztki świadomości usłyszał Cheathama, który wszedł do środka ze śpiworem.

— Wysłać pozostałych do łóżek — rozkazał chorąży. — Nie ma sensu, żebyśmy się tutaj tłoczyli.

Britton wymamrotał słowa podziękowania i usnął.

Obudził go powiew wiatru na twarzy i dudnienie przejeżdżającej ciężarówki. Otworzył oczy i wyjrzał przez okno, wypatrując na płycie lotniska swojej zmaltretowanej kiowy, ale nie było ani śladu po ciężarówce z dźwigiem. Popatrzył na cyfrowy billboard na środku otoczonego drzewami trawnika, który sąsiadował z płytą. BAZA LOTNICZA GWARDII NARODOWEJ W SOUTH BURLINGTON, 158. SKRZYDŁO LOTNICTWA MYŚLIWSKIEGO. CHŁOPCY Z ZIELONYCH WZGÓRZ. Pod spodem wyświetlała się aktualna godzina oraz temperatura powietrza. Druga w nocy, jeden stopień Celsjusza. Wąska, betonowa ścieżka prowadziła w kierunku grupy naczep. Nad nimi górowała kolejna tablica, z napisem: KORPUS OPERACJI NADZMYSŁOWYCH (KON) US ARMY, BIURO ŁĄCZNIKOWE.

Znów rozległo się dudnienie, które okazało się nie być odgłosem silnika ciężarówki. I jeszcze raz towarzyszył mu powiew wiatru. Czy to Dawes chrapał? Britton spojrzał w stronę łóżka. Przez okno wpadał blask księżyca, kolorując wszystko na srebrno. Dawes spał, podobnie jak Cheatham, który leżał wyprostowany w swoim śpiworze na podłodze.

Dudnienie zmieniło się w niskie pulsowanie. I znów uderzył go powiew powietrza, ciepłego i cuchnącego.

Britton się odwrócił i popatrzył na czarny kształt przesłaniający blask księżyca. Za nim unosił się prostokąt o niewyraźnych krawędziach. Na jego powierzchni migotało światło przypominające śnieżenie w telewizorze. Patrząc przez nie, widział rozległą równinę porośniętą suchą trawą.

Adrenalina wypchnęła resztki snu z jego organizmu. Poderwał się z krzesła, a czarny kształt wycofał się, parskając. W jego kierunku skierowane były długie, kręte rogi.

Myśli w jego głowie zaczęły krążyć jak szalone, a skórę zmroził zimny pot.

To nie może być prawdziwe.

Chwilę później szok ustąpił miejsca wyszkoleniu.

Później. Poradź sobie z zagrożeniem. Ruszaj.

Uderzył mocno stwora w pysk, trafiając kłykciami w płaską, twardą kość. Stworzenie mruknęło i wycofało się. Przypominało trochę byka o wąskich ramionach straszących mięśniami. Jego śliskie futro migotało i mieszało się z cieniem, zmuszając Brittona do wytężania wzroku. Szeroki pysk wydawał z siebie dźwięk kojarzący się z silnikiem ciężarówki.

Usłyszał krzyk Cheathama.

— Pomóż mi! — zawołał, nacierając na stwora i okładając go pięściami. Istota przykucnęła, kuląc się przed gradem ciosów. Ból, który odczuwał w ręce po każdym uderzeniu, świadczył o tym, że z całą pewnością nie śnił.

Cheatham znalazł się u jego boku i chwycił za jeden z rogów. Stwór uniósł się, szarpiąc głową i posyłając chorążego na Dawesa, który przebudził się z krzykiem. Ruszył w stronę migoczącego portalu, który zamknął się, zniknął i pogrążył pokój w mroku.

Stwór odwrócił się, mrugając z zaskoczeniem, i wydał dziwny, warcząco-muczący odgłos. Britton wyszarpnął pistolet, ruchem kciuka odbezpieczył go, kiedy stwór opuścił łeb i ruszył do ataku. Odskoczył, unikając rogów i przyjmując kościstą tarczę byczego czoła na obolałe żebra. Żołnierze krzyknęli, kiedy stwór powalił go na podłogę. Britton nie widział Cheathama ani Dawesa, a że nie zamierzał żadnego z nich przypadkowo postrzelić, grzmotnął bez większego efektu rękojeścią w twardą kość. Okręcił biodra, niezdolny do zdjęcia ciężaru ze swojego ciała. Stwór cofnął łeb i otworzył gębę, pokazując rzędy ciemnych zębów.

Britton dostrzegł wyraźnie Cheathama stojącego przy łóżku Dawesa. Wcisnął pistolet w gardziel stwora i pociągnął za spust. Łeb odskoczył do tyłu, a stwór przewrócił się na bok, rzygając czarną krwią. Trzasnął ogonem, wierzgnął kopytami i znieruchomiał.

Britton zerwał się na równe nogi, wciąż celując w stronę stwora. Nagle przestał wyraźnie widzieć i szarpnął się, czując, że tonie. Niewidzialny przypływ topił go w szybkim tempie. Poczuł, jak nabrzmiewają mu żyły, jak niewidzialna fala penetruje mu mięśnie, wdziera się w komórki nerwowe, nasyca pory skóry. Nogi ugięły się pod nim, ale Cheatham zdołał go w porę przytrzymać.

— Wszystko w porządku? — zapytał chorąży.

Britton zamknął oczy i zaklął, nadal czując w sobie pulsowanie. Przypomniał sobie wyświetlane w wojsku filmy instruktażowe pod takimi tytułami, jak Podstawowe przeszkolenie magiczne czy Sprawy tajemne. Uczucie topienia się było pierwszym, o którym w nich wspominano. Britton wiedział, że niewidzialna fala, którą w sobie czuł, nosiła swoją nazwę.

Magia.

Mój Boże, pomyślał. To była moja brama. To ja sprowadziłem tutaj tego potwora.

Żołądek ścisnął mu się w ciasny węzeł.

Zostałem obdarzonym. To nie może się dziać, nie mnie. Nie teraz.

Ruszył w stronę krzesła. Dłoń Cheathama zacisnęła się na jego łokciu, trzymając go mocno.

— Proszę dać mi pistolet, sir — powiedział stanowczo.

Brama otworzyła się na nowo tuż pod sufitem, po czym po krótkiej chwili znikła. Ramiona Brittona zadygotały, kiedy przeszła przez nie fala.

— To pan, sir, prawda? — zapytał Cheatham.

Britton skinął głową.

— Nie kontroluję tego. Niedobrze mi…

Usłyszał krzyki. Nadchodzili ludzie.

— Proszę dać mi pistolet, sir — powtórzył chorąży. — Pomogę panu usiąść. Odpocznie pan przez chwilę i pójdziemy razem do Arlekina.

Britton szarpnął się.

— Nie, Dan! Portamancja to zakazana szkoła! Oni mnie zabiją!

Drzwi otworzyły się gwałtownie i w progu stanął zaspany sanitariusz w niebieskim fartuchu.

— Co, do cholery… — urwał, kiedy dostrzegł przypominające byka truchło, i uciekł.

— Chryste, sir — powiedział słabym głosem Dawes, unosząc się na łokciach. — Pan jest pieprzonym zakazańcem? Chorąży Cheatham, musimy…

— Zamknij gębę, Dawes — warknął Cheatham. — Ja się tym zajmę.

— Puść mnie, Dan — powiedział Britton. — Sam widziałeś, co oni zrobili tej dziewczynie. Będą musieli mnie zabić.

— Tego nie wie pan na pewno, sir. Nikogo przecież pan nie zaatakował — głos Cheathama brzmiał beztrosko, ale chorąży ściskał jego łokieć jak imadło. Przesunął się, żeby zablokować drzwi. — Mogą zabrać pana do jednego z tych specjalnych więzień piechoty morskiej albo włączyć do programu monitorowania w Narodowych Instytutach Zdrowia… a kto wie, może przewiozą pana do tajnej bazy i przeszkolą.

— Nie ma żadnej tajnej bazy! Nie wierz w tę cholerną teorię spiskową! Zakazańcy nie mają żadnych szans! Oni znikają! — krzyknął Britton. — Chryste, Dan, jak długo służymy już razem? Musisz mi pomóc!

Z korytarza po drugiej stronie drzwi dobiegł tupot butów. Dawes usiadł, krzywiąc się z bólu, i zawołał:

— Tutaj! Pomocy!

Britton wycelował pistolet w twarz Cheathama.

— Puść mnie, Dan. Bóg mi świadkiem, że strzelę, jeśli tego nie zrobisz.

Cheatham nie zwolnił uścisku.

— Śmiało, sir. Jak daleko pan ucieknie? Proszę oddać mi broń, poddać się, a będzie pan miał szansę wyjść z tego żywy. Próba ucieczki zakończy się śmiercią.

W progu pojawiło się dwóch wojskowych żandarmów z wyciągniętymi pistoletami. Jeden z nich zassał głośno powietrze, dostrzegłszy leżącego stwora. Drugi wycelował broń w Brittona.

— Proszę rzucić broń, sir! Na ziemię! Natychmiast!

Tuż obok Brittona otworzyła się kolejna brama. Po drugiej stronie ponownie zobaczył równinę i trawę kołyszącą się na wietrze.

Britton zamrugał i spojrzał na żandarmów, a potem na Cheathama. To była jego ostatnia szansa, żeby się poddać i pochylić głowę przed systemem, którego tak wiernie bronił.

Nie potrafił jednak wyrzucić z pamięci widoku twarzy zabitej dziewczyny. W uszach wciąż rozbrzmiewał mu huk pojedynczego wystrzału, który zakończył jej życie.

 

Cheatham chwycił lufę jego pistoletu, która wciąż celowała mu w twarz.

— To jak, sir? Zamierza pan mnie zastrzelić?

— Do cholery, Dan — rzucił Britton. — Przecież wiesz, że bym tego nie zrobił.

Britton puścił pistolet, wbił kolano w krocze żandarma, po czym przeciągnął Cheathama między siebie a drugiego funkcjonariusza.

— Przepraszam, Dan — powiedział, pchnął go mocno do przodu i skoczył w bramę.

Zdążył jeszcze usłyszeć ostry szczęk pistoletu i poczuł pieczenie w łydce. Uderzył w powierzchnię bramy, a falujące krawędzie rozszerzyły się, by go powitać.

Oscar Britton wylądował ciężko na suchej trawie pod nieznajomym niebem.

Rozdział 3.
Druga strona

…czynniki przekładają się na manifestację. Płeć i budowa fizyczna mają znaczenie. Spokojni z natury mężczyźni o dużych rozmiarach często stają się terramantami. Kobiety częściej niż mężczyźni manifestują w hydromancji i fizjomancji. Marzyciele i nieszablonowi kończą jako aeromanci. Zgryźliwi i emocjonalni z natury zostają piromantami. Narodowe Instytuty Zdrowia w dalszym ciągu badają słynną grupę Sierra Dwadzieścia Sześć…

— Avery Whiting Współczesne Arkana: Teoria i Praktyka

Britton upadł, boleśnie ocierając sobie ręce.

Znieruchomiał, oddychając ciężko. Wokół panowały cisza i mrok, na plecach czuł delikatny powiew wiatru. Zamknął oczy. Jego myśli galopowały jak oszalałe, próbował zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Wystrzał wciąż dźwięczał mu w uszach, nadal słyszał krzyki żandarmów i czuł uchwyt Cheathama na ręce.

Oddychaj, powiedział sobie. Po prostu oddychaj.

Jego serce w końcu zwolniło i zdołał się podnieść.

Brama znikła. Okolicę rozświetlał blask księżyca w pełni, masywnego i bliskiego. Światło uniemożliwiało przyjrzenie się dziwnie położonym gwiazdom, ale kilka z nich zobaczył, jaśniejszych niż kiedykolwiek dotąd. Zadrżał, kiedy wiatr przybrał na sile. Po jednej stronie równina kończyła się przy linii prostych, zimozielonych drzew o gładkich pniach, po drugiej horyzont ginął w mroku, ale dobiegał stamtąd szum płynącej wody. Gdzieś w lesie rozległ się odgłos ptaka — smutny, niepokojący i obco brzmiący.

Wciąż czuł w sobie magiczną falę, która ulatywała w powietrze, mieszając się z wiatrem.

Surowa magia, uderzająca do głowy i potężna.

Otacza mnie z każdej strony, pomyślał. To tutaj ma swoje źródło.

Wciągnął do płuc powietrze, najsłodsze, jakiego dotąd smakował. Świeży powiew całkowicie usunął jego osłabienie. Popatrzył na gigantyczny księżyc, podziwiając jego jasność. Ziemia migotała pomimo ciemności.

Jedno było pewne. Gdziekolwiek się znajdował, nie była to Ziemia.

Rozmawiali o tym na szkoleniu, o nieznanych miejscach w kosmosie, z których pochodziła magia, ale byli również pewni, że przypominały one bardziej powierzchnię słońca. Żaden człowiek nie byłby w stanie tam przetrwać, nawet przez krótką chwilę.

Britton był jednak jak najbardziej żywy, a wnioskując po odgłosach wydawanych przez ptaka, inne istoty również. Co jeszcze mógł tutaj napotkać?

Wystarczy. Masz inne sprawy na głowie.

Przyjrzał się swoim obrażeniom. Pocisk drasnął go w łydkę, żłobiąc płytki rowek w mięśniu. Rana krwawiła powoli i równomiernie. Ręce miał mocno poobcierane. Lądowanie zniszczyło mu skarpety i odsłoniło stopy. Nawet ból był tutaj zupełnie nowym doświadczeniem — intensywność odczuć wręcz go oszałamiała.

Pokuśtykał w kierunku, z którego dochodził szum wody.

Po kilku minutach odgłos przybrał na sile, dźwięcząc niczym dzwonki. Blask księżyca migotał na powierzchni płynącego strumienia. Trawa stawała się coraz krótsza w miarę opadania gruntu formującego brzegi, wzdłuż których leżały gładkie kamyki odbijające światło księżyca niczym diamenty. Nad powierzchnią wody fruwały świetliki, tworząc jasne wzory — fioletowe, czerwone, jasnoniebieskie. Britton wlepiał w nie wzrok, oszołomiony wyrazistością wizji w dziwnym powietrzu. Po chwili zorientował się, że świetliki były tak naprawdę maleńkimi ptaszkami. Ich piórka wysadzane były klejnotami migoczącymi wewnętrznym światłem, a ostre, kryształowe dziobki zamykały się i otwierały bezgłośnie. Skrzydełka wirowały, tworząc w powietrzu małe kręgi, towarzyszył temu słaby dźwięk przypominający delikatne brzęczenie szklanek.

Wszedł do strumienia, żeby przejść na drugą stronę, a twarde kamienie na dnie kłuły go w stopy. Świecące ptaszki rozpierzchły się na jego widok.

Włożył dłonie do chłodnej wody. Dotyk cieczy okazał się tak samo zdumiewający, jak bolesny. Usiadł na pełną minutę, zahipnotyzowany tym odczuciem, po czym złączył dłonie i je umył. Dwukrotnie nabrał pełne garści wody i napił się, drżąc w reakcji na ostry, metaliczny smak.

Odwrócił głowę ku krwawiącej ranie na łydce. Przemył ją, czując, jak woda jednocześnie ją pali i łagodzi. Zdjął podartą skarpetkę, wypłukał najlepiej jak potrafił, po czym owiązał nią ciasno łydkę. Tkanina nasiąkła krwią, ale włókna zatonęły w bruździe, zamykając ją na jakiś czas.

Wstał, nadal uderzany lekkimi podmuchami wiatru. Wciąż rozmyślał o wydarzeniach z ostatnich godzin.

— Nie mogę w to uwierzyć — powiedział, a wiatr poniósł jego słowa.

— Niimooę touwerzyś — usłyszał nagle wysoki głos, który go naśladował. Blask księżyca ujawnił w strumieniu grupę kształtów kojarzących się z końmi. Pyski kończyły się jednym ostrym kłem. Długie, kocie ogony uderzały dookoła, kiedy stworzenia węszyły w powietrzu.

— Niimooę touwerzyś? — nuciły istoty. Jedna z nich wygięła się, żeby uderzyć w wodę. Pozostałe skoczyły do przodu, co chwilę wąchając powierzchnię strumienia.

Britton cofnął się o krok, w reakcji na co łydka zaprotestowała ostrym bólem.

— O mój Boże.

— Oomójooże, oomójooże, oomójooże — podśpiewywały radośnie stworzenia, przyspieszając do kłusu. Dwa najbliższe pochyliły długie szyje i nabrały tempa.

Britton odwrócił się i pobiegł, ignorując ból łydki i przyspieszając coraz bardziej. Ostre krawędzie źdźbeł trawy cięły mu stopy. Słyszał za plecami, że stado jest coraz bliżej.

Zaryzykował spojrzenie przez ramię. Były tuż za nim, wyciągały do przodu szyje, a porastające je włosie falowało na wietrze. Ich kopyta dudniły o ziemię, nozdrza rozszerzały się, ujawniając zniekształcenia plasujące stworzenia gdzieś między koniem a demonem. Pojedynczy kieł na każdym z pysków celował w jego plecy.

Przyspieszył jeszcze bardziej pomimo ogromnego bólu w łydce. Poczuł, jak wraz ze strachem rośnie jego magiczna siła. Linia drzew wciąż była bardzo daleko. Nie da rady do niej dobiec.

Usłyszał parsknięcie i gorący oddech na karku.

Krzyknął, a stado odpowiedziało przenikliwym wyciem. Magiczna fala również odpowiedziała, eksplodując i wypływając z niego przeplatającymi się strumieniami, aż po lewej stronie, w odległości kilku metrów, otworzyła się brama.

Skręcił gwałtownie w jej kierunku. Poczuł, jak jeden z ostrych kłów tnie powietrze za jego plecami. Stado zawyło z frustracji. Stworzenia zaczęły się ślizgać na trawie, usiłując skręcić za nim.

Zmiana kierunku dała mu kilka sekund przewagi. Skrócił odległość i z krzykiem po raz drugi tej nocy przeskoczył przez magiczną bramę.

Rozdział 4.
Powrót do domu

Legalne szkoły:

Piromancja - magia ognia

Hydromancja - magia wody

Terramancja - magia ziemi

Aeromancja - magia powietrza

Fizjomancja - magia ciała

Zakazane szkoły:

Negramancja - czarna magia, czary

Nekromancja - magia umarłych

Portamancja - magia bram

Kontrolowanie żywiołaków

Praktyki zabronione (patrz odpowiednie załączniki Konwencji Genewskiej):

Terramantyczne kontrolowanie zwierząt (szeptanie)

Ofensywna fizjomancja (rozdzieranie)

Skrótowa instrukcja nt. szkół magii

publikacja Korpusu Operacji Nadzmysłowych

Stopy Brittona uderzyły o asfalt. Po kilku metrach wytracił prędkość sprintu i zatrzymał się, krzywiąc się z bólu, kiedy nastąpił na ostre, porozrzucane kamyki.

Rozpoznał drogę numer siedem, która wiła się między bazą a domem jego rodziców w Shelburne, w odległości kilku kilometrów od wiejskiej drogi biegnącej przez Vermont. Niebo nadal było ciemne, a wokół panowała pustka. Zbiegł z drogi i przykucnął w krzakach. Ostre gałęzie pohaczyły mu lotniczy skafander, a poranny szron mroził stopy. Konie-demony węszyły badawczo po drugiej stronie, zbliżając się do bramy i odsuwając od niej. Po kilku chwilach brama się zamknęła. Pojawiła się ponownie po lewej stronie, rozświetlając krzaki migoczącym światłem, po czym znów znikła.

Ona reaguje na mój strach, pomyślał. Muszę się uspokoić.

Zamknął oczy i wziął głęboki oddech, ale nie udało mu się odprężyć.

Dosyć, pomyślał. Skup się na tym, co możesz kontrolować. Jesteś ranny i wyziębiony. Przetrwasz noc, ale za dnia cię złapią. Potrzebne ci buty i kryjówka. Oni szukają żołnierza, więc musisz się pozbyć skafandra. Do roboty.

Ruszył wzdłuż drogi w kierunku domu rodziców. Jeśli się pospieszy, użyje zapasowego klucza i zdąży się przebrać, zanim się obudzą.

Dwukrotnie musiał szukać schronienia, usłyszawszy dźwięk silników przejeżdżających samochodów. Poruszał się szybko, chciał się ogrzać i zarazem pokonać jak najszybciej dystans dzielący go od celu. Skafander zapewniał mu relatywne ciepło, ale po dwudziestu minutach nie czuł już dłoni ani stóp. To było mieszane błogosławieństwo: odrętwiałe stopy sprawiły, że mógł poruszać się szybciej i nie reagowały już bólem, kiedy stąpał po gałązkach i korzeniach.

Odrętwienie i rytm ruchów pozwalały mu pomyśleć o tym, jak w ciągu kilku godzin magia zmieniła go z oficera armii w ściganego.

Przestań, powiedział sobie. Jeśli będziesz o tym rozmyślać, zwolnisz tempo. A jeśli zwolnisz, schwytają cię. A kiedy cię dopadną, wiesz dobrze, co ci zrobią.

Uciekasz. Więc uciekaj, do cholery. Biegnij.

Skoncentrował się na postawionym zadaniu i poruszał tak szybko, jak tylko potrafił. Kiedy droga numer siedem dotarła do Shelburne, na niebie pojawiły się pomarańczowe smugi i poczuł na plecach wschodzące słońce.

Droga numer siedem zmieniła się w nieutwardzony wiejski szlak i po kilku minutach wyczerpany stanął na podjeździe rodzinnego domu. Odrętwienie zelżało w nabierającym temperatury powietrzu i stopy zaczynały wypominać mu całe godziny stąpania po zamarzniętej trawie i kamieniach. Popatrzył na spękaną farbę i połatane drzwi siatkowe i poczuł, jak magiczna fala zanika, kiedy uspokoiło go znajome otoczenie.

Znajome, ale nigdy niebędące prawdziwym domem.

Z tej właśnie przyczyny przykucnął przed stopniami prowadzącymi na werandę. Poczuł, jak serce mu przyspiesza i jak przez jego ciało ponownie przepływa magiczna fala.

Musiało być jeszcze przed szóstą, ale jego ojciec już wstał i pracował w ogrodzie mimo porannego jesiennego mrozu. Pastelowe ubranie Stanleya Brittona łopotało na jego kościstym ciele. Cheatham powiedział mu kiedyś, że są dwa rodzaje marines: duzi i wredni oraz kościści i wredni.

Zaawansowany wiek wprowadził jego ojca do tej drugiej kategorii. Emerytowany pułkownik miał ostry nos, głęboko osadzone oczy i mocną szczękę, wciąż zaciśniętą, jakby nadal był na służbie. Z jego szyi zwisał mały złoty krzyżyk, w którym odbijał się blask wschodzącego słońca.

Stanley odsunął się od schodów, atakując przekwitnięte mlecze. Wymachiwał łopatą niczym bronią i wbijał ją w zmarzniętą ziemię. Britton zakradł się na werandę za jego plecami.

Stanley się wyprostował.

— Jezus wysusza figowiec i zostawia mnie z tymi cholernymi chwastami. Chryste, daj mi siłę, żebym sobie poradził z tym cholerstwem.

Britton zamarł, aż w końcu się zorientował, że ojciec mówi do siebie. Stanley ruszył do dalszej walki z mleczami wokół werandy. Britton wsunął się do środka, przebiegł przez kuchnię i wskoczył na stare schody prowadzące do jego pokoju, pokonując po dwa stopnie na raz.

Ojciec zamienił go na spiżarnię w dniu wyprowadzki Brittona. Podłoga zawalona została kartonami. Żółknący plakat przedstawiający śmigłowiec szturmowy apache był jedynym śladem mówiącym o tym, że Britton kiedyś tutaj mieszkał.

 

Przeszukał stojący pod szafą matki karton wypełniony ciuchami przeznaczonymi do wydania. Zrzucił swój skafander i założył na siebie parę dżinsów i poplamioną farbą koszulkę. Ubranie nie było może adekwatne do panującej na zewnątrz temperatury, ale przynajmniej czyste. A co ważniejsze, pozbył się wojskowego stroju, dzięki czemu nie przyciągał większej uwagi niż jakikolwiek inny czarny w Vermont. Wcisnął skafander za stertę kartonów i założył należące do ojca stare wełniane skarpety i buty. Te ostatnie okazały się pół numeru za duże i pozbawione bieżnika, ale był wdzięczny, że dysponował czymś, co pozwalało okryć zmordowane stopy.

Wrócił do schodów, potykając się w za dużych butach. Pochylił się, żeby je zdjąć, kiedy usłyszał znajome podśpiewywanie matki.

Wstawaj, krzyczał do niego umysł, ruszaj się! Musisz się stąd wydostać!

Ale Britton zatopił się w nostalgii wywołanej zapachem pieczywa i radosnym podśpiewywaniem matki. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Desda pojawiła się na korytarzu i zamarła. Rozpoznał jej fartuch z dawnych dni — sprane serduszko z napisem POCAŁUJ KUCHARKĘ! wypisanym literami tak wyblakłymi, że treść hasła musiał przywołać z pamięci. Siwe włosy spięła w nierówny kok. Pomimo lat nadal sprawiała wrażenie silnej.

Opanował się i zszedł po schodach.

— Oscar! — krzyknęła i zarzuciła mu ręce na szyję. Sięgała nosem zaledwie do jego piersi. Uśmiechnął się pomimo swojej trudnej sytuacji. — Dlaczego nie powiedziałeś, że przyjeżdżasz?

Milczał, próbując przypomnieć sobie jej zapach: perfumy, cukier i żółtko jaja.

Przycisnął ją mocno.

— Kocham cię, mamo.

— Wiem, skarbie. Ja też cię kocham. Oscar, nie mogę oddychać.

Nie ma czasu na pożegnania!, krzyczał jego umysł. Każda spędzona tutaj sekunda przybliża cię do schwytania! Uciekaj, głupcze!

Ale nie zrobił niczego. Trzymał matkę nawet wtedy, gdy odgłos zawiasów siatkowych drzwi zapowiedział nadejście Stanleya.

Nie otworzył oczu, ale mimo to wyczuł dezaprobatę ojca dla jego obecności i jego rosnący gniew.

— Co się dzieje, Oscar? — zapytał Stanley, stając u boku żony. Nie podniósł głosu, ale Britton wyczuwał surowy osąd tuż pod powierzchnią. — Wpakowałeś się w jakieś kłopoty?

— Przestań, Stanley! — zbeształa go.

Stanley machnął ręką, jakby odganiał się od muchy.

— Co tutaj robisz?

— Tato, czy ja nie mogę po prostu przyjść do domu? Czy syn nie może odwiedzić swojej rodziny? — zapytał.

— Pieprzenie. Ty nie przychodzisz nigdy, o ile czegoś nie potrzebujesz — odparował Stanley.

— Nie tato, to właśnie jest pieprzenie. Nie przychodzę nigdy do domu, bo to przypomina wchodzenie do lodówki.

— Dajcie już spokój — poprosiła Desda. — Oscar jest w domu od pięciu minut, a…

Ale rodzinny wzorzec już zdołał wypłynąć na powierzchnię, obaj Brittonowie już wyprowadzili się wzajemnie z równowagi.

— Masz stałe zaproszenie! — rzucił Stanley przez zaciśnięte zęby. — Co niedzielę zapraszam cię do Pierwszego Kościoła Baptystów i…

— Och, doskonały pomysł! Mogę siedzieć obok ciebie, kiedy będziesz bawił się w chrześcijanina?

— Co to, do cholery, miało znaczyć? — zapytał Stanley. Węzły na jego szyi naciągnęły skórę.

Britton przytulił matkę. Minione lata i liczne siniaki już go nauczyły, że Stanleya mogło wkurzyć niemal wszystko. Zwykle lepiej było nie ryzykować i nie otwierać ust, ale wydarzenia ostatnich kilku godzin i gasnąca ostatnia nadzieja na ucieczkę sprawiły, że przestało go to obchodzić.

— Gdzie w Biblii napisano, że wolno bić żonę? Gdzie napisano, że można bić syna? — warknął.

— Oscar, proszę! — zawołała łamiącym się głosem Desda.

Ale magicznej fali to nie obchodziło. Wywołały ją furia i przygnębienie Brittona. Spróbował się jej pozbyć, ale bezskutecznie. Powietrze w przejściu do kuchni zafalowało, wyprężyło się i ukazało jasne światło otwartej bramy.

Stanley wytrzeszczył oczy, ale Desda dalej wpatrywała się w syna.

— Przykro mi, mamo — powiedział szybko Oscar.

— Matko Boska — jęknął ojciec, wycofując się.

— Co się dzieje? — zapytała Desda, odwracając głowę. Dostrzegła bramę i zamarła.

— O mój Boże — wyszeptał Stanley. — Jesteś jednym z tych… jednym z tych przeklętych buntowników. To niemożliwe! — Przywołał swoją jedyną reakcję na wszelkie nieoczekiwane wydarzenia: gniew, ale nadal się cofał, aż uderzył o drzwi wejściowe. Zaczął macać ręką w poszukiwaniu klamki.

— Mój Boże, Oscar — pisnęła Desda. — Czy to twoja sprawka?

— Przykro mi, mamo — powtórzył, czując napływające do oczu łzy. — Kocham cię.

— Niczego nie rozumiem — wyszeptała. — To niemożliwe. Jestem twoją matką, Oscar, wiedziałabym.

Stanley oderwał wzrok od bramy.

— Na miłość boską, Des! Odsuń się od niego! — krzyknął, wyciągając rękę, ale nie znajdując w sobie tyle odwagi, by podejść bliżej.

Oscar słyszał słabe wycie dobiegające z bramy. Konie-demony nie były daleko.

Desda się nie poruszyła.

— Nie, nie. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe.

— To tylko przypadłość, jak trądzik czy ospa — powiedział Oscar z przekonaniem, którego wcale nie miał. — Nie mam żadnego wyboru. Wszystko będzie dobrze.

Matka nie przestawała kręcić głową.

Brama zamigotała, zamknęła się, otworzyła ponownie w głębi kuchni i znów zamknęła.

Kiedy zjawisko znikło, Stanley w końcu znalazł odwagę do walki.

— Zabieraj od niej swoje łapska! — krzyknął, podbiegł i chwycił Oscara za ręce, odrzucając jednocześnie Desdę barkiem, przez co wylądowała na podłodze. Choć sękatym dłoniom Stanleya nie brakowało siły, równie dobrze mógłby jednak chwycić dąb.

Oscar zignorował ojca i wyciągnął ręce do matki. Stanley warknął i grzmotnął w masywną pierś syna. Oscar się cofnął i uniósł ręce.

— Przestań, tato. To idiotyczne.

Desda pociągnęła męża.

— Nie! Nie! Nie!

— Zamknij się! — krzyknął Stanley. — Wyjdź stąd! Zostaw nas w spokoju!

Oscar ruszył w stronę drzwi, ale ojciec zablokował mu drogę.

Zrobił kilka kroków do tyłu. Czy Desda krzyczała na niego, czy na Stanleya? Odwrócił głowę w jej stronę, ale Stanley uderzył go w twarz, aż odskoczyła mu głowa. Cofnął się o kolejny krok, ale zahaczył piętą o schody i usiadł ciężko, ocierając sobie plecy. Stanley posuwał się do przodu, rozdając ciosy.

Desda krzyknęła, a jej krzyk zlał się z dudniącą w uszach Oskara krwią. Poczuł przypływ magicznej fali. Skóra zaczęła go palić.

Czy ja zaraz nie wybuchnę?, zastanawiał się. Słyszał, że niezdolni do kontrolowania swojej magii buntownicy poddawali się czasami jej mocy, smażąc się jak frytka. Brama otworzyła się do połowy nad jego głową i znikła. Zobaczył przez okno, jak pojawia się ponownie na trawniku, rośnie i się zamyka.

— Zejdź ze mnie, tato! To boli! — zawołał. — Próbuję stąd wyjść!

— Ty gnoju! — Plwocina wylądowała na jego ogolonej głowie.

Stanley podkreślił swoje przekleństwo ciosami. Britton usłyszał narastające brzęczenie. Magia pulsowała.

— Tato! Nie!

Oscar wystrzelił do przodu, celując łokciem w pierś ojca. Trafił jednak Stanleya w nos, łamiąc go z obrzydliwym chrzęstem i zalewając twarz krwią. Stanley zrobił zeza, cofając się chwiejnie i wymachując rękami.

Za jego plecami brama otworzyła się całkowicie.

Oscar wyciągnął rękę, by chwycić ojca za nadgarstek.

— Uważaj, tato!

Jego palce przesunęły się tylko bezradnie po dłoni Stanleya, który na wpół wszedł i na wpół wpadł do bramy, po czym upadł na trawę po drugiej stronie.

Oscar patrzył przez drgające powietrze bramy, jak ojciec rozgląda się dookoła, wytrzeszczając oczy. Nagle dostrzegł coś poza polem jego widzenia i zerwał się na równe nogi.

— Oscar… — powiedział.

Oscar usłyszał zbliżające się w szybkim tempie piski.

— Uskar… Uskar…

— Oscar! — wrzasnął Stanley i w jednej chwili brama się zamknęła, zabierając ze sobą ojca.

Oscar stał, wpatrując się w puste miejsce, w którym jeszcze przed chwilą migotał portal.

Desda zakryła usta dłonią. Drugą ręką wymacała puste powietrze.

— Oscar? — wyszeptała. — Dokąd on poszedł? Gdzie jest Stanley?

Britton wysilał się, żeby ponownie otworzyć bramę.

— No dalej — wymamrotał. — Otwieraj się, do cholery. — Pchnął dłońmi puste powietrze. Gdzieś po drugiej stronie tkwił uwięziony jego ojciec, być może już umierający.

— Otwieraj się! — wrzasnął. — Dalej, ty pieprzona krowo!

Inne książki tego autora