Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Myke Cole

Punkt zapalny


ISBN: 978-83-7785-752-6

TYTUŁ ORYGINAŁU: SHADOW OPS: CONTROL POINT


PRZEKŁAD: Adrian Napieralski


Copyright © 2012 by Myke Cole

All right reserved


Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015

PROJEKT OKŁADKI: Grzegorz Kalisiak

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Michael Komarck

REDAKCJA: Marta Andrzejak


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

Lot

Atak

Strata

Druga strona

Powrót do domu

Lot

Ucieczka

Upadek

Intruz

Jesteś teraz w armii

Umowa

Przeniesienie

Strefa pod ostrzałem

Gildia Cieni

Fitzy

Ocena przydatności

Praktyka

Scylla

Badania

Robak

W dziurze

Drobne zwycięstwo

Bez wyjścia

Dobry uczynek

Czynić dobro

Ciało

Szturm

Decyzje

Mescalero

Plan operacyjny

Zwolnienie

Little Bighorn

Ucieczka

Ostatni przystanek

Bezpieczne miejsce

Zdrada

Ostatni bastion

Słowniczek terminów wojskowych, skrótów i slangu

Książkę tę dedykuję żołnierzom, marynarzom, lotnikom, marines i straży wybrzeża sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli kiedykolwiek okazałem się choć odrobinę odważny pod ostrzałem, to tylko dlatego, by nie sprawić Wam zawodu.

Podziękowania

Powieść jest zawsze wysiłkiem grupowym, za który całe uznanie zbiera jedna osoba. Pozwólcie, że zmienię tę regułę. Chciałbym podziękować mojej rodzinie, a w szczególności bratu Peterowi, który nauczył mnie, że sztuka jest czymś, ku czemu warto zmierzać. Dziękuję również moim pierwszym czytelnikom, Tameli Viglione i Joelowi Beavenowi, jak również agentowi i drogiemu przyjacielowi Joshui Bilmesowi. Dzięki dla mojej redaktorki, Anne Sowards, która wierzyła w ten projekt od samego początku oraz Johnowi Hemry’emu, Chrisowi Evansowi i Ann Aguirre. Na podziękowania zasłużyli również moi spontaniczni czytelnicy: Jay Franco, James Kehler i Kikki Short (która jest również moją bratową, powinienem chyba więc podziękować jej również za poślubienie mojego brata). Och, i oczywiście dziękuję Mamie, choć od samego początku otwarcie przyznawała, że nie wie, o co w tym wszystkim chodzi.

Dziękuję Stephanie, Mike’owi, Killianowi i pozostałej ekipie z Potomac Yard Barnes & Noble, w których kawiarni powstała większa część tej książki. Dzięki dla House Bloodguard, którzy nauczyli mnie, że dyscyplina jest lepszą częścią męstwa, oraz Everyday Is Wednesday Hash House Harriers (DC), którzy zapewniali wino, kobiety i śpiew podczas trudnych okresów redakcyjnych.

Specjalne podziękowania przekazuję starszemu chorążemu Andre Sinou z US Marine Corps, który nie utracił wiary, kiedy ja upadłem, oraz generałowi Edwinowi Spainowi z US Army (w stanie spoczynku). Miał pan rację, sir. Ostatnie ćwierć sekundy to ogromne przemiany na świecie. Dziękuję również podporucznikowi Jamesowi Wanovichowi z US Army, który uspokajał mnie pod ostrzałem. Taki drobiazg, a wiele znaczył, sir.

Dziękuję również mężczyznom i kobietom z sektora Hampton Roads Straży Przybrzeżnej USA oraz absolwentom klasy ROCI 02-08 (w szczególności kompanii Alfa, pierwszemu plutonowi). Kiedy towarzyszą ci tacy ludzie, nie możesz nie odnieść sukcesu.

Na koniec przekazuję bynajmniej nie najmniej ważne podziękowania Peterowi V. Brettowi, mojemu Profesorowi X. Nie dałbym sobie rady bez Ciebie!

LOT

Termin „obdarzony” wszedł do magicznego żargonu. Oznacza osoby, które zyskały umiejętności magiczne, ale nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy. Obecnie wszystkich, od tych, którzy jeszcze nie zamanifestowali, po profesjonalnych wojskowych magów, określa się mianem „obdarzonych”. To takie słow0-wytrych dla wszystkich dotkniętych przez Wielkie Przebudzenie i znak tego, jak szybko przystosowaliśmy się do tej nowej rzeczywistości.

— John Brunk

pracownik Działu Badań, Oxford English Dictionary

Rozdział 1.
Atak

… nadajemy na żywo z sąsiedztwa Memoriału Lincolna w Waszyngtonie, gdzie właśnie uzyskaliśmy informację o incydencie z udziałem buntownika, który zawalił budynek z nieznaną liczbą pozostałych wewnątrz turystów. Oddział interwencyjny KON jest w drodze na miejsce zdarzenia. Będziemy informować państwa o dalszym rozwoju sytuacji…

— Alex Brinn, SPY7 News, Waszyngton z informacjami nt. Incydentu Blocha

Chcą, żebym zabił dziecko, pomyślał porucznik Oscar Britton.

Na monitorze odtwarzano materiał wideo bez głosu, pochodzący z kamery przemysłowej zainstalowanej w budynku liceum. Obraz przedstawiał młodego chłopaka stojącego w szkolnej auli. Jego kościstą klatkę piersiową okrywała czarna koszulka z długimi rękawami, kółka wbite w uszy, nos i wargi łączyły srebrne łańcuszki. Włosy miał pofarbowane pianką koloryzującą w aerozolu.

Otaczała go jasna kula ognia.

Kłębiący się dym przesłaniał obraz z kamery, ale Britton widział, jak chłopak wyciąga przed siebie rękę, miotając płomienie poza kadr i spowijając nimi uciekających uczniów, którzy w przerażeniu klepali się dłońmi po włosach i ubraniach. Ludzie pierzchali z wrzaskiem.

Obok chłopaka stała pyzata dziewczyna o farbowanych na czarno włosach, które komponowały się ze szminką i makijażem oczu w tym samym kolorze. Rozłożyła szeroko ramiona. Otaczające chłopaka płomienie pulsowały w rytmie jej ruchów, formując i zamykając ich oboje w pożodze. Żywiołaki ognia tańczyły pośród uczniów, wypalając za sobą czarne ścieżki. Britton obserwował, jak się mnożą: cztery, za chwilę sześć. Kiedy ogień dotarł do sceny, z kabli posypały się iskry. Magia dziewczyny również do nich dotarła, a elektryczność zaczęła formować tańczące ludzkie kształty, żywiołaki pełne skwierczącej energii. Zaczęły pojawiać się wśród uczniów — przypominające palce, trzeszczące łuki oszałamiająco niebieskich błyskawic.

 

Britton przełknął ślinę, kiedy jego zespół poruszył się niespokojnie za jego plecami. Usłyszał, jak robią przejście dla porucznika Morgana i szturmowców, którzy weszli do sali odpraw i stłoczyli się wokół monitora, zajęci dociąganiem pasków mocujących kabury i wciskaniem ostrej amunicji do magazynków. Szturmowcy stosowali amunicję przeciwpancerną, z wgłębieniem wierzchołkowym i zapalającą, zrezygnowali ze stosowanej powszechnie w misjach amunicji standardowej czy ładunków półpełnych. Britton ponownie przełknął ślinę. Żołnierze wyposażeni byli w broń przeznaczoną do zwalczania ufortyfikowanego, poważnego przeciwnika.

Na monitorze pokazał się śnieg zakłóceń, po czym materiał przewinął się do początku po raz piąty. Wszyscy zebrani nadal oczekiwali na rozpoczęcie odprawy. Chłopak znów otoczył się płomieniami, a stojąca obok niego dziewczyna formowała przypominające ludzkie postacie żywioły ognia, które pustoszyły aulę.

Strach związał żołądek Brittona w lodowaty węzeł. Dowódca zrobił wszystko, by to zignorować, świadom spojrzeń swoich ludzi. Wiedział dobrze, że przełożony okazujący strach przekazuje go podświadomie swoim podwładnym.

Prowadzący odprawę mężczyzna w końcu zajął miejsce przy monitorze. Fluorescencyjne światło zmieniło kolor jego oczu z niebieskiego na stalowy.

— Incydent ma miejsce w liceum w South Burlington, jakieś siedem kilometrów stąd. Wysłaliśmy maga, by zweryfikował informację o niezgłoszonym obdarzeniu, a kiedy te dzieciaki zorientowały się, że zostały otoczone, postanowiły zrównać szkołę z ziemią. Miejscowa policja jest już na miejscu. Będą się do mnie zwracać jako do kapitana Thorssona. Muszę was poprosić o stosowanie znaków wywoławczych. Dla was będę przez cały czas Arlekinem. Śmigłowce przechodzą ostatnie kontrole na zewnątrz, zatem powinniście znaleźć się na pokładach w ciągu piętnastu minut. Departament policji w South Burlington i kompania należąca do osiemdziesiątej szóstej ewakuowały już cywilów. W tym momencie w okolicy powinno być już całkiem czysto, więc macie rozkaz wkroczyć i pozamiatać to miejsce.

— To chyba piromanci, sir? — zapytał Britton.

Arlekin prychnął i dał wyraz obawom porucznika.

— Naprawdę uważa pan, że piętnastolatka dysponowałaby kontrolą umożliwiającą poruszanie w taki sposób choćby jednym żywiołakiem, nie wspominając o sześciu? Te szczeniaki to samouki.

— Rewelacja! — starszy szeregowy Dawes wyszeptał to słowo wystarczająco głośno, by usłyszeli go wszyscy zgromadzeni. — Zakazaniec! Pieprzona elementalistka! Chuj by to strzelił!

Chorąży Cheatham odwrócił głowę w jego stronę.

— Niech sobie będzie zakazańcem! Dla prawdziwego żołnierza zakazana szkoła nie jest wcale trudniejsza od legalnej!

— W porządku, Dan — rzucił uspokajająco Britton w stronę Cheathama. Dawes był najmłodszym członkiem ich zespołu, wrażliwym na działanie wyobraźni.

Britton wyczuwał narastające w pomieszczeniu napięcie. Morgan poruszył się niespokojnie, przyciągając spojrzenia pozostałych.

— Mnie również się to nie podoba — przyznał Arlekin — ale prawo jest prawem. Wszystkie działania Korpusu Operacji Nadzmysłowych muszą być zintegrowane ze wsparciem regularnej armii. To nie moja decyzja, lecz dekret prezydencki. Ale to wy jesteście na przyczółku, tworzycie kordon i kryjecie ogniem. To jest operacja KON i pozwolicie nam zająć się rzeczywistym celem.

Celem, pomyślał Britton. A więc w taki sposób określacie piętnastolatkę i jej chłopaka.

— Co zamierza pan zrobić, sir? — zapytał.

— Zrzuci pan na nich tornado, sir? — dołączył się Dawes.

Kąciki ust Arlekina lekko się uniosły.

— Coś w ten deseń.

Gdyby powiedział to ktokolwiek inny, zgromadzeni mężczyźni wybuchliby śmiechem, ale Arlekin był mianowanym magiem w Korpusie Operacji Nadzmysłowych.

Wszystko co mówił, mówił ze śmiertelną powagą.

— Sir — odezwał się Britton, starając się nie okazywać braku pewności. — Kiedy mój ptaszek znajdzie się w powietrzu, a moi chłopcy na ziemi, takie ryzyko będzie nie do zaakceptowania. Śmigłowce i tornada niezbyt się lubią.

— Rozumiem pańską troskę o swoich ludzi — odparł Arlekin — ale jeśli będziecie się trzymać swoich pozycji zgodnie z rozkazami, nie padniecie ofiarą przypadkowego działania magii.

Wsparcie dla KON oraz wyeliminowanie zakazańca. Porucznik Morgan w końcu nie wytrzymał.

— To chyba jakieś jaja.

Britton wyczuł, jak strach porucznika udziela się jego ludziom. Zespół kruszył się na jego oczach, a profesjonalizm zaczynał ustępować miejsca przerażeniu. Wiedział, że powinien ich zmotywować, ale przed chwilą widział na własne oczy spalone dzieciaki w budynku szkoły, którą sam ukończył. Za kilka minut, udzielając wsparcia używającej magii przeciwko dwóm nastolatkom jednostce KON, znajdzie się wraz z oddziałem na dachu, na którym po raz pierwszy pocałował dziewczynę.

Chłopak miał szansę to przeżyć. Buntownikom wybaczano czasami ich postępowanie, o ile złożyli przysięgę i dołączyli do KON.

Dziewczyna nie miała żadnych szans. Była zakazańcem, a tylko jedno czekało tych, którzy używali zakazanych szkół magii — rozstrzelanie lub skucie i wywóz. Tak czy inaczej, nie widywano już ich nigdy więcej.

— Sir, chciałbym tylko potwierdzić, że celem misji jest pojmanie — powiedział Britton.

Arlekin wzruszył ramionami.

— Oczywiście. Zasady są jasne: jeśli ktoś użyje przeciwko wam siły, macie prawo walczyć. Priorytetem jest ochrona pańskich ludzi.

— To wystraszone dzieciaki — ciągnął Britton. — Może się poddadzą? Czy skontaktowaliśmy się z ich rodzicami, żeby ci spróbowali ich do tego skłonić? Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale…

— To brzmi idiotycznie, poruczniku! — warknął Arlekin. — Nie mamy już czasu na takie zabiegi. Te dzieciaki miały swoją szansę. Mogły się poddać, ale tego nie zrobiły. Postanowiły działać na własną rękę. Nie wolno zapomnieć, że każdy, kto ucieka, staje się zwykłym buntownikiem. — Rozejrzał się po twarzach zgromadzonych mężczyzn. — Jeszcze jakieś pytania?

Nikt się nie odezwał.

— Dobrze — rzucił Arlekin. — Przygotujcie sprzęt i zabierajcie wasze dupska w powietrze. Ja zaraz skaczę. Morgan! Zostaje pan na ziemi jako wsparcie. Britton! Pan skacze ze mną. Współrzędne są już w śmigłowcu. Spotkamy się nad celem.

Wychodząc, pochylił się jeszcze nad Brittonem.

— Posłuchaj, poruczniku. Prawo może wymagać tego, żebym zabrał cię ze sobą, ale proszę trzymać swoich ludzi z dala ode mnie i od walki. Nie jesteście na to przygotowani. I jeśli jeszcze raz zobaczę, że budzisz wątpliwości w grupie szturmowej, osobiście usmażę twoją dupę.

Arlekin otworzył drzwi i wyrwał się w górę, błyskawicznie znikając z pola widzenia.

— Sir. — Dawes pociągnął Brittona za rękaw. — Czy oni nie mogą zabrać innego zespołu? Nie chcę pracować z magami.

— Oni są po naszej stronie, nie zapominaj o tym. — Britton uśmiechnął się, choć w brzuchu czuł lód. — KON to nadal armia.

Sierżant Goodman, która niosła broń wsparcia dla zespołu Brittona, parsknęła i nerwowo postukała w bezpiecznik swojego lekkiego karabinu maszynowego.

— Sir, to przecież liceum — powiedział Dawes, który sam brzmiał jak uczniak dzięki swojemu silnemu akcentowi z Arkansas.

— Buntownicy czy nie, to w końcu tylko dzieci — mruknęła Goodman.

Czytają mi w myślach, stwierdził Britton, ale zadał pytanie:

— Dlaczego nazywamy ich buntownikami, Goodman?

Zawahała się. Britton zrobił krok do przodu i przyjrzał się jej. Mogła mieć rację, ale musiała uwierzyć w sens misji, jeśli miała ją przeprowadzić. Wszyscy musieli.

— Dlaczego?

— Bo nie myślą o tym, że ich magia może narażać innych na niebezpieczeństwo — odparła zgodnie z podręcznikiem. — Bo myślą tylko o sobie.

— Dokładnie tak — przyznał Britton. — Przez takich jak te dzieciaki w ruinach Memoriału Lincolna tkwią trzydzieści cztery ciała! Kto wie, ile dzieci, a może nawet moich nauczycieli, znajduje się pod tymi gruzami? Jeśli sądzisz, że nie dasz rady, powiedz od razu. Kiedy wkroczymy do akcji i znajdziemy się na dachu, chcę mieć wszystkich w grze. Daję słowo: nie będę miał ci tego za złe. Jeśli chcesz zrezygnować, to zrób to teraz.

Dał wszystkim chwilę na odpowiedź. Nikt się nie odezwał.

Nadszedł czas, by zespół wyruszył w drogę. Im dłużej będą tkwić w tym miejscu, tym większy strach urodzi się w ich sercach.

— W porządku, wysłuchaliście Arlekina i znacie plan! — zawołał. — Pokażmy tym z KON, jak załatwiają sprawy Chłopcy z Zielonych Wzgórz! Znajdziemy się po same dupy w piekle żywiołów, więc się na to przygotujmy. Zasłona ogniowa w kierunku piromantów. Możemy mieć też do czynienia z błyskawicami, więc chcę, żeby wszyscy założyli na siebie tyle gumowej izolacji, ile tylko wyda wam zbrojmistrz. Do roboty, panowie!

Kiedy zespół ruszył pospiesznie wykonać powierzone zadanie, Britton zerknął jeszcze w kierunku odtwarzanego na monitorze filmu i zadrżał.

Świat oszalał, pomyślał. Magia wszystko zmieniła.

Nawet jeśli osobiście nie oczekiwano od niego załatwienia tej sprawy, wiedział, co zamierzał Arlekin i jego ludzie.

Britton siedział za sterami śmigłowca i obserwował unoszącego się w powietrzu człowieka.

Arlekin zatrzymał się w miejscu, jego skafander falował na wietrze. Ponad trzysta metrów niżej liceum w South Burlington mieniło się kolorami migoczących świateł policyjnych radiowozów.

Za plecami Brittona czterech szturmowców spoglądało w dół między butami, kołysząc się nad płozami śmigłowca. Poprawiali ognioodporne zbiorniki i pancerz, żeby mieć lepszy widok.

Arlekin opadł niżej, by wylądować na jednej z płóz maszyny. Śmigłowiec kiowa zakołysał się, co zmusiło szturmowców do wycofania się do środka. Wirnik tłukł powietrze nad głową aeromanty, szarpiąc jego krótko przycięte jasne włosy.

Szturmowcy popatrzyli nerwowo na Brittona, a chorąży Cheatham poprawił się na prawym fotelu. Britton, przynajmniej dwukrotnie większy od Arlekina, odwrócił głowę w jego stronę. Nie zrobił najmniejszego wrażenia na aeromancie.

— W porządku — zawołał, przekrzykując łoskot silnika kiowy. Jego niebieskie oczy miały twardy wyraz. — Utrzymasz tutaj pozycję, a my zrobimy swoje.

Ciemna skóra Brittona zamaskowała gniewny rumieniec. Arlekin mógł sobie być magiem, ale rozkaz szturmu nadszedł z góry i dotyczył ich wszystkich. Prawdziwa wściekłość narodziła się jednak z poczucia ulgi. Niezależnie od tego, jak bardzo nie chciał tego robić, nie miał innego wyjścia. Utrzymywanie pozycji będzie równoważne z zaniedbaniem obowiązków.

— Z całym szacunkiem, sir — zawołał pośród gwizdu wirnika. — Muszę wykonywać rozkazy otrzymane z DOT. „Wielka armia” ma ruszyć do boju ze strzelbą.

— Stek bzdur — odparł Arlekin. — Nie siedzimy już w zasranej sali odpraw i nie obchodzi mnie, co mówi Dowództwo Operacji Taktycznych. To prawdziwa walka z użyciem prawdziwej magii. Niepotrzebni mi wojskowi zasrańcy, którzy wszystko spieprzą. Utrzymasz pozycję, dopóki nie powiem inaczej. Zrozumieliśmy się?

Britton podzielał zdanie Arlekina, że nie powinni niepotrzebnie ryzykować życie, ale to nie zmieniało faktu, że to on wskoczył na jego śmigłowiec i obraził jego ludzi.

Nie zmieniało też dokuczliwego poczucia, że jeśli istniały jakiekolwiek szanse na uratowanie tych dzieciaków, Britton musiał się tam znaleźć, by tego dopilnować.

— Odmawiam, sir — powiedział. — Dostałem rozkaz towarzyszenia wam w drodze do celu i wysadzenia mojego zespołu na miejscu. To właśnie zamierzam zrobić.

— Wydaję ci rozkaz, poruczniku — rzucił Arlekin przez zaciśnięte zęby. Wyciągnął wyprostowaną rękę na zewnątrz śmigłowca. Zamrugały jasne gwiazdy, kiedy strzępy chmur rozmyły się nad wirnikiem, dudniąc o gęstniejące powietrze.

Żołądek Brittona się skurczył, kiedy rozległ się grom, ale porucznik zrobił wszystko, żeby nie okazać jakichkolwiek emocji. Nacisnął przełącznik w zamontowanym w kokpicie radiu.

— DOT, tutaj wsparcie. Czy ktoś może połączyć mnie z majorem Reynoldsem? Otrzymuję rozkaz, żeby…

Arlekin uformował powiew wiatru, który wyłączył radio.

— Zapomnij, kurwa, o tym!

Britton westchnął, kiedy w słuchawkach usłyszał tylko szum.

— Sir, moje rozkazy pochodzą bezpośrednio od pułkownika, a o ile dobrze pamiętam, ma on rangę wyższą od pańskiej.

 

Arlekin znieruchomiał. Jego gniew był wyraźnie wyczuwalny. Britton ujął mocno stery, żeby zapobiec drżeniu rąk. Poczuł wibracje w pedałach śmigła ogonowego, kiedy przyspieszyło, przecinając przywołane chmury.

— Poruszamy się, sir — zauważył Britton. — Leci pan z nami czy ze swoim zespołem?

Arlekin zaklął, oderwał się od płozy, wyprostował i odleciał, z łatwością wyprzedzając śmigłowiec. Chmura otaczająca kiowę natychmiast znikła.

— Jasna cholera, sir. — Starszy sierżant Young pochylił się do przodu, by przekrzyczeć hałas silnika. — Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś tak zwracał się do maga.

— To nie żarty, sir — dodała sierżant Goodman. — KON ma w dupie sąd wojskowy. Dadzą panu popalić.

— Armia to armia — odparł Britton z przeświadczeniem, którego nie czuł. — Obdarzeni czy nie, wszyscy wypełniamy rozkazy.

— Dziękuję, sir — powiedział Cheatham. — Nie chciałbym, żeby ktokolwiek zwracał się w taki sposób do moich ludzi.

Britton pokiwał głową, nieco zmieszany pochwałą.

Kiedy obniżyli lot, w polu widzenia pojawiła się następna smukła i czarna kiowa z Korpusu Operacji Nadzmysłowych. Na jego burcie widoczny był znak KON — amerykańska flaga trzepocząca za okiem wpisanym w piramidę. W narożnikach umieszczono symbole reprezentujące cztery legalne szkoły magii: piromancję, hydromancję, aeromancję i terramancję. Na górze znajdował się czerwony krzyż oznaczający fizjomancję, najcenniejszą z dozwolonych szkół. Napis pod znakiem głosił: NASZE TALENTY DLA NASZEGO NARODU.

W dole zmaterializował się dach liceum, otoczony wysokimi murami, pokryty czarną papą. Do budynku prowadziły metalowe drzwi osadzone w małej nadbudówce z cegieł.

Britton ustawił kiowę w zawisie i ruchem głowy poprosił Cheathama o przejęcie sterów. Odwrócił się w stronę szturmowców.

— Dobra, byliście na odprawie — zawołał. — W środku mamy dwa zabarykadowane cele. Zabezpieczcie przyczółek i utrzymajcie kontrolę nad pożarami. Pamiętajcie: jeden piromanta i jedna elementalistka-zakazaniec.

— To buntownicy, sir — powiedziała Goodman. — Dlaczego nie możemy po prostu zbombardować tego budynku? Po co ryzykować życie?

— Dostaliśmy rozkaz, by ich zneutralizować i postawić przed obliczem sprawiedliwości — odpowiedział Britton. — Jeśli zmienią się reguły zaangażowania sił i będziemy zmuszeni ich zabić, to tak zrobimy. Póki co celem misji jest pojmanie. Rozumiemy się?

To cholerne kłamstwo, pomyślał. Te dzieciaki są już martwe. Arlekin nie ma zamiaru brać nikogo żywcem.

Nawiązał kontakt wzrokowy z każdym z członków oddziału. Nikt nie odwrócił wzroku.

Skinął głową, zadowolony z rozwoju sytuacji.

— Dobra, sprawdzić sprzęt i bierzemy się do roboty.

Ledwie zdążył ponownie przejąć stery kiowy, kiedy w słuchawkach rozległy się trzaski, a po nich głos majora Reynoldsa, który nadzorował akcję z przyczepy KON w dole.

— Do wszystkich jednostek! Jednostka wsparcia, tutaj DOT. Wchodzicie do akcji. Powtarzam, wchodzicie do akcji. Przygotujcie się do przechwycenia celu.

— Przyjąłem, jednostka wsparcia wchodzi do akcji — powiedział Britton do mikrofonu. — Słyszeliście! — zawołał do swojego zespołu. — Odbezpieczyć broń, zlokalizować cel! — usłyszał kliknięcia bezpieczników na karabinku Dawesa i karabinie maszynowym Goodman. Hertzog i Young wyjęli gaśnice. Szybki rzut oka pozwolił potwierdzić, że szturmowcy celują już w kierunku dachu.

O, Boże, pomyślał. Nie zgłaszałem się do zabijania dzieci. Siłą woli odsunął te myśli. Prawo było prawem. Nie negocjuje się z tym, kto nielegalnie używa magii.

— Jednostka KON. — W radio znów rozległ się głos Reynoldsa. — Tutaj DOT. Aero-1, przeczesać przyczółek. Piro-1, wejść do akcji.

Arlekin zanurkował ze śmigłowca KON i przemknął obok szkoły. Z kiowy należącej do KON wychyliła się postać, która wyrzuciła przed siebie pięść. Ramię pokryło się jasnopomarańczowymi płomieniami.

W radiu rozległ się głos Arlekina.

— Aero-1, przelot zakończony. Nic się nie dzieje. Policja z Burlington zabezpieczyła przyczółek. — Przerwał na krótką chwilę. — Piro-1 jest w gotowości. Szturm-1 i 2 z KON są gotowi do akcji.

— Przyjąłem — potwierdził Reynolds. — Antyterroryści z Burlington okazali się na tyle mili, że udostępnili nam wejście z poziomu ulicy. Przełączam ich do naszej sieci.

Rozległy się krótkie trzaski i po chwili dał się słyszeć głos z silnym akcentem z Nowej Anglii.

— Mówi kapitan Rutledge z jednostki taktycznej policji w Burlington. Przyczółek zabezpieczony. Uczniowie i kadra są bezpieczni, pożary ugaszone, dwie pierwsze kondygnacje odcięte. Wasi buntownicy są gdzieś wyżej. Wycofałem swoich ludzi pod osłoną snajperów. Możecie ruszać w każdej chwili.

— Przyjąłem — rzucił Reynolds. — Dobra, Aero-1. Wasza kolej. Wywołać ich.

Arlekin przemknął nad dachem i przysiadł wdzięcznie na płozie śmigłowca. Sięgnął do wnętrza i wyjął mikrofon.

— Mówi kapitan Thorsson z Korpusu Operacji Nadzmysłowych Armii Stanów Zjednoczonych — jego głos zadudnił z głośnika zawieszonego pod brzuchem kiowy. — Jesteście oskarżeni o nielegalne użycie magii i naruszenie ustawy McGauera-Lindena. Macie trzydzieści sekund, żeby się poddać. To wasze pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.

Kiedy przerwał, słychać było tylko łoskot silników obu maszyn.

— Chryste — wyszeptał Cheatham. Miał dwie córki w wieku tych dzieciaków.

— Musimy to zrobić — powiedział głucho Britton. — To chodzące bomby.

Cheatham zacisnął zęby.

— Pewnie gdzieś tam się ukryli i srają ze strachu.

Dawes też srał ze strachu. Britton położył dłoń na ramieniu Cheathama.

— Musisz się skoncentrować, Dan.

Cheatham nie odwrócił głowy w jego kierunku.

— Zrobię, co do mnie należy, sir.

— Kiedy uciekasz, jesteś zwykłym buntownikiem — Britton powtórzył słowa Arlekina. — Mogli się poddać. Mieli swoją szansę.

Cheatham chciał coś powiedzieć, ale przerwały mu słowa Reynoldsa, który odezwał się przez radio.

— W porządku! Zaczynamy, wchodzimy do akcji!

— Do broni, Piro-1. Wykurzymy ich — na kanale rozległ się głos Arlekina. — Oszczędźmy ludzi dobrego kapitana Rutledge’a. Wkraczamy, kondygnacja trzecia i wyższe.

Piromanta stanął na płozie śmigłowca, jasny płomień ogarniał już całe jego ciało. Uniósł dłonie, a ogień uformował kule, których barwa zmieniała się od czerwonej, przez pomarańczową, do białej. Powietrze wokół nich zamigotało i rozjarzyło się, kiedy piromanta wyrzucił ręce przed siebie. Płomienie pomknęły do przodu z hukiem, który mógł swobodnie konkurować z łoskotem silników śmigłowców.

Ogień uderzył w budynek tuż nad drugą kondygnacją, przebijając się przez okna. Sekundę później szyby rozprysły się na zewnątrz. Płomienie wygięły się w górę i rozświetliły nocne niebo. Należąca do KON kiowa okrążyła gmach, a piromanta nie przerywał ataku, wzniecając pożar na całym piętrze.

Britton zadrżał. O ile te dzieciaki nie spłoną żywcem, będą mogły uciec na dół pod lufy policyjnych snajperów lub na górę, gdzie czekały na nich kiowy.

— Odpuść trochę — w eterze rozległ się rozbawiony głos Arlekina. — Chcemy dać im szansę na poddanie się. Dobra, wsparcie! To wasz wielki dzień! Wskakujcie na ten dach. Macie tam jedno wejście, zdołacie je opanować?

Britton nacisnął na stery tak mocno, jak tylko pozwalał rozsądek. Minął okalające dach murki w odległości kilku cali i aż poczuł uderzenie w kościach, kiedy śmigłowiec twardo wylądował. Czworo szturmowców wyskoczyło na zewnątrz. Goodman i Dawes osłonili wejście, a Young i Hertzog pokryli dach warstwą piany, by zapobiec rozprzestrzenieniu się pożaru. Podmuch wirnika zaczął zrywać papę z dachu, posyłając duże kawałki żużlu na wszystkie strony.

Metalowe drzwi otworzyły się gwałtownie i na zewnątrz wybiegli chłopak z dziewczyną, kaszląc i uderzając dłońmi o tlące się włosy.

— Kontakt! — zawołał Young, po czym krzyknął w stronę dzieci, żeby się położyły.

Britton pociągnął mocno dźwignię skoku, zmieniając kąt natarcia łopat wirnika i unosząc kiowę w powietrze. Dziewczyna odskoczyła od drzwi i ruszyła w kierunku śmigłowca. Wirujący żwir zadrżał, zawirował i uformował ludzki kształt, kamyki zaczęły rozciągać się i tworzyć niemal dwuipółmetrową postać. Papa opadła, kiedy ulatujący spod niej żwir kreował gigantyczną sylwetkę, a w kwarcowych żyłkach jej wielkich ramion odbijał się migoczący blask ognia. Kamienny żywiołak uchwycił jedną z płóz śmigłowca żwirową dłonią i pociągnął mocno w dół. Rozległ się huk, jęk metalu i kiowa przewróciła się na bok. Britton usłyszał serię uderzeń, kiedy wirniki spadły na dach, łamiąc się na kawałki. Kadłub śmigłowca również znalazł się na dachu, osłaniając zespół przed fragmentami łopat, które trafiały teraz gwałtownie w metalową konstrukcję.

Cheatham zawisł w pasach i zaczął uderzać w przycisk ich zwalniania.

— Utknąłem, sir.

Britton zauważył, że dziewczyna zaczyna wykonywać kolejne gesty. Połamane wirniki utworzyły w powietrzu pełne pyłu i piasku leje, które również zaczęły przyjmować ludzkie kształty. Szturmowcy krzyknęli i zaczęli strzelać, wycofując się ku krawędzi dachu. Żywiołaki powietrza wirowały między nimi, a ich elastyczne kształty porywały kawałki papy, żwiru i opróżnione magazynki. Dawes wystrzelił dwukrotnie, ale pociski przeleciały przez jedną z postaci, która natychmiast pchnęła go na murek okalający dach. Uderzył o niego mocno i tylko grubość pancerza osłoniła jego kręgosłup i uratowała go przed upadkiem.

Wylądowali tutaj po to, by zneutralizować dwoje buntowników. Kilka chwil stawiali czoła małej armii.

Britton wiedział doskonale, że aby powstrzymać żywiołaki, muszą wyeliminować dziewczynę. Czy Arlekin tego chce, czy nie, pomyślał, bierzemy teraz udział w walce.

— DOT! Mamy tu do czynienia z inteligentnymi żywiołakami! Zostaliśmy unieruchomieni! — zawołał do mikrofonu, wyszarpując pistolet z kabury.

— Kurwa! — wykrzyknął Arlekin. — Wiedziałem, że do tego dojdzie!

Britton usłyszał kolejny jazgot strzelaniny, a po chwili z tego samego kierunku dobiegł ogłuszający huk eksplozji. Spojrzał ponad ramieniem Cheathama i zobaczył, że chłopaka spowijało tornado płomieni. Pociski dziurawiły mur za jego plecami, wyrywały otwory w jego piersi i nogach, ale buntownik zdołał wyciągnąć przed siebie ręce i wytworzyć płonący lej, który pomknął w kierunku Dawesa z taką siłą, że wokół fruwały cegły. Strumień ognia szalał na wszystkie strony, a jego krawędź zdołała sięgnąć nurkującego w bok żołnierza. Ogromna temperatura podpaliła burtę śmigłowca, metal rozgrzał się do białości i zaczął się odkształcać, mieszając się z kapiącymi fragmentami owiewki kabiny. Zbiornik paliwa wystrzelił z hukiem, a podmuch przewrócił Dawesa gramolącego się po dachu. Skafander Cheathama zaczął się tlić, ale skorupa kadłuba kiowy osłoniła go przed falą uderzeniową. Papa wyparowała, żwir pod nią rozgrzał się do białości, a kamienie strzelały niczym amunicja.

Inne książki tego autora