Oblężenie

Tekst
Z serii: Feliks Corvus #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pobiegłem ku schodom. Brando i pozostali wspinali się już na górę, niosąc w objęciach pociski. To nie był ostatni raz, kiedy biegli po schodach w górę i w dół. Kiedy rzeź się skończyła, byliśmy zlani potem. Radosne okrzyki wroga poza ścianami fortu ucichły. Pozostali jedynie martwi i umierający, a ich zawodzenia i jęki zmusiły mnie do podniesienia głosu, kiedy poleciłem moim ludziom, by zaczekali na mnie u podstawy schodów; zauważyłem na pomoście centuriona H. i chciałem mu się zameldować. Teraz, kiedy atak został odparty, podniecenie opuszczało mnie szybko i miałem nadzieję, że dowódca odeśle mnie i moją drużynę na spoczynek.

Chciałem umknąć krzykom. Tak jak i najwyraźniej niektórzy łucznicy – strzały poszybowały w dół ku rannym, którzy leżeli w rowie, dysząc i wyjąc.

– Przestańcie strzelać, pierdolone jaszczury! – zagrzmiał rozkaz i odwróciłem się, żeby ujrzeć wysokiego mężczyznę kroczącego po pomoście bojowym.

Za nim podążał centurion H., bez uśmiechu, gdy spoglądał na rzeź w dole.

Skierowałem spojrzenie z powrotem na wyższego oficera i poznałem po odznaczeniach i zachowaniu, że to pilus priori, dowódca kohorty. Pewność siebie biła od niego wręcz falami. Syryjscy łucznicy niemal zgięli się wpół, kiedy do nich przemówił.

– Nie marnujcie strzał na te cipy, zrozumiano? Gdzie jest tłumacz? Chodź no tutaj. Powiedz im, że te krzyki są przesłaniem. Napełniają przerażeniem innych kozojebców, a przerażeni kozojebcy oznaczają, że wy, jaszczury, przeżyjecie. Jeśli zaczniecie im współczuć, to idźcie i pogadajcie z tymi ocaleńcami, którzy dotarli tutaj zeszłej nocy. Zapytajcie ich, jak brodacze traktują naszych rannych. Naszych jeńców.

Centurion H. zauważył mnie i podszedł.

– To dowódca kohorty Malchus – wyjaśnił. – Wszyscy twoi chłopcy są cali?

Skinąłem głową, wpatrując się uważnie w dal – nie było widać żadnego ruchu zapowiadającego powtórny atak. Poranna masakra odebrała wrogowi wolę walki, przynajmniej na razie.

– Nie straciliśmy ani jednego człowieka – powiedział H., rozumując tak samo. – Nie żebym się skarżył, oczywiście, ale… kurwa. Człowiek niemal im współczuje.

Nie odpowiedziałem i oficer uznał, że mnie obraził.

– Przepraszam, Feliksie. Nie byłem z wami w lesie. Nie myślę tak.

Pokręciłem głową.

– Żadni wojownicy nie zasługują na to, żeby umierać jak bydło.

Potem zamilkliśmy, ciszę zakłócały jedynie pełne udręki krzyki konających.

Dowódca kohorty Malchus podszedł do nas. Górował nade mną, postać budząca szacunek. Ze zniszczonej twarzy intensywnie spoglądały szaroniebieskie oczy.

– To ty przybyłeś zeszłej nocy? Jak się nazywasz?

– Legionista Feliks, panie.

Zaskoczył mnie, wyciągając rękę.

– Masz jaja. Mam nadzieję, że dzisiaj rano miałeś okazję przywalić tym draniom?

Pojąłem wtedy, że choć nie wziąłem bezpośredniego udziału w porannym zabijaniu, to moje ręce nie pozostały czyste, gdyż kamienie, które nosiłem na pomost, zostały użyte do rozbijania czaszek i łamania kości. Nie wstydziłem się tego – moje jedyne zmartwienie polegało na tym, żeby przeżyli moi towarzysze – ale i nie przynosiło mi to zbytniej ulgi, gdy brzmiały krzykliwe błagania o litość.

– Możemy tylko wykonywać nasze obowiązki, panie – odparłem wreszcie.

– Chodź ze mną, Feliksie. – Mężczyzna zaskoczył mnie ponownie swą bezpośredniością. Potem zwrócił się do mojego centuriona. – H., dopilnuj, żeby jaszczury nie marnowały więcej strzał. To nie pora na okazywanie słabości.

– Tak zrobię, panie. Potrzebujesz więcej ludzi? – zapytał. W głosie centuriona brzmiał ton skonfundowania, gdy się zastanawiał, czego może chcieć ode mnie dowódca kohorty.

– Tylko jego – odparł Malchus z ponurym uśmiechem. – Pomoże mi zabić Arminiusza.

11

Gdy szliśmy w stronę centrum fortu, Malchus milczał. Podążałem za nim, przyglądając się pojedynczym żołnierzom, którzy biegali tam i z powrotem po pomoście. Ci gońcy byli oczami i uszami dowódcy podczas bitwy. Wszyscy byli młodzi, gdyż musieli mieć dobrą kondycję, ale to nie był obowiązek, który można by powierzyć dowolnemu młodziakowi. Dostarczenie błędnej informacji mogło być katastrofalne w skutkach i zanotowałem sobie w pamięci, żeby nigdy nie dopuścić, by Mikon został powołany do tej służby w obrębie naszej centurii. Tyleż dla jego dobra, ile dla bezpieczeństwa całej warowni.

Imponujący oficer znalazł prefekta Cedycjusza w budynku kwatery głównej, w której nadal rozbrzmiewały ożywione rozmowy będące następstwem porannego ataku. Na środku pokoju stał stół, na którym był narysowany plan fortu. Ponumerowane kamyki pokazywały rozmieszczenie naszych sił i spodziewałem się, że zostałem tutaj przyprowadzony, żeby pomóc oficerom dowiedzieć się więcej o siłach przeciwnika. Ujrzawszy mnie u boku Malchusa, Cedycjusz doszedł do tego samego wniosku.

– Już go wypytałem, Malchusie.

– Nie chodzi o ich armię, panie – odparł, zdejmując hełm. – Tylko o samego Arminiusza.

Samego Arminiusza.

Nie wiem, co ujrzeli w tej chwili w mojej twarzy, ale w głowie rozkrzyczał mi się alarm – skąd Malchus wie, że znam osobiście Germanina? Czy wypsnęło mi się coś, kiedy rozmawiałem z H.? A co powiedziałem Cedycjuszowi? Sprawiał wrażenie nieświadomego, ale czy zastawił na mnie pułapkę, a teraz zaciskał mi pętlę na szyi?

Malchus odwrócił się do mnie, wkładając mi do ręki kubek wina. Kiedy się odezwał, niemal się przewróciłem na drewnianą podłogę.

– Ten żołnierz widział postępowanie Arminiusza jako generała, panie. Nie tylko liczebność jego armii, ale to, jak wciągnął Warusa w pułapkę. Jak rozbił legiony. Taktykę. Podstępy.

Teraz Cedycjusz poświęcił mi całą swoją uwagę.

– Prawda – przyznał po chwili. – Ale nie jest jedynym ocalałym, którego przyjęliśmy do fortu.

– Jest jedynym, który uciekł z jego armii. I poznaję weterana, gdy go widzę. – Malchus zwrócił się do mnie: – Masz na ramionach więcej blizn niż włosków, co? Jak długo służysz?

Wziąłem liczbę z sufitu.

– Około dziesięciu lat, panie.

– Dużo zrobiłeś w tym czasie.

Zachowałem milczenie, mając nadzieję, że ukrywanie przeszłości zostanie mi poczytane za skromność.

Tak się stało.

– Dobry chłopak. – Malchus się uśmiechnął, po czym odwrócił się do prefekta, przechodząc do sedna. – Nie podoba mi się rozwój sytuacji dzisiejszego ranka, panie.

Cedycjusz rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem odezwał się podniesionym głosem, żeby usłyszało go kilku urzędników i gońców.

– Opuśćcie pokój – rozkazał. – Ty zostań. – Wskazał mnie gestem, gdy sala szybko pustoszała.

– Moi posłańcy powiedzieli mi, że urządziłeś rzeź wrogom – rzucił potem Cedycjusz do swojego podwładnego.

Malchus skinął głową.

– Nie straciliśmy ani jednego człowieka, panie. W fosie leży co najmniej setka martwych kozojebców. Przypuszczalnie kolejnych stu na wale i na polu.

– Ale?

– Ale Arminiusz nie zmiótł z powierzchni ziemi trzech legionów, obrzucając jajami ściany fortów, panie. Ten drań ma olej w głowie i nie możemy liczyć na to, że nadal będzie wyświadczał nam przysługi i pozwalał zabijać swoich ludzi.

– Jego transzeje się zbliżają – zastanowił się na głos Cedycjusz.

– To skraca mu dystans, ale i tak zmasakrujemy ich w wykopie – wyjaśnił Malchus. Potem odwrócił się do mnie. – Widziałeś, co zrobił z innymi fortami. Powiedz nam, co myślisz. Mów swobodnie.

I tak zrobiłem. Nie z powodu jakiegoś błędnie pojmowanego obowiązku, ale dlatego, że mój umysł sprzągł się z Malchusowym. Arminiusz nie był tylko dobry, on był genialny, i żeby przetrwać w forcie, musieliśmy odkryć własne słabości, zanim obnaży je przeciwnik.

– Nie spodziewał się tutaj dwóch rzeczy – zacząłem. – Pierwsza, że będziecie przygotowani. Druga, że będziecie mieli łuczników.

– Trochę szczęścia w obu wypadkach – przyznał Cedycjusz. – Mów dalej.

– Arminiusz odniósł sukces w lesie, bo dysponował siłami lżejszymi od naszych, lepiej sprawdzającymi się w terenie, w którym nie byliśmy w stanie rozwinąć formacji. Kiedy ustawiliśmy linie na otwartej przestrzeni, zadowolił się trzymaniem nas tam, chcąc nas zagłodzić.

– Nie zrobi tego tutaj – odezwał się Malchus, trąc dłonią wystającą żuchwę. – W lesie wiedział, że Warus ma zapasów na tydzień, w najlepszym wypadku na dwa, a armia znajduje się w głębi germańskich ziem. Nie ma pojęcia, jak my jesteśmy zaopatrzeni, a legiony znad Renu mogą pomaszerować do nas, jeśli się okopie, żeby wziąć nas głodem.

Cedycjusz zastanowił się nad słowami Malchusa. Poznałem po jego zmarszczonym czole, że doszedł do tego samego wniosku co ja: że najlepszą gwarancją obrony Rzymu przed Arminiuszem jest utrzymanie przepraw na Renie. Przekroczenie ich, żeby rozerwać oblężenie i walczyć na warunkach przeciwnika, byłoby zbytnim ryzykiem, przynajmniej do czasu wzmocnienia granicy.

– Prędzej czy później przyjdzie do wyrównania rachunków z Germaninem – stwierdził Cedycjusz, chodząc po pomieszczeniu, w którym panowała cisza, pomijając jego słowa i stukanie ćwieków sandałów o drewnianą podłogę. – Nie wiemy, kiedy do tego dojdzie, wiemy jednak, że plemiona germańskie nie jednoczą się łatwo. Ani nie trzymają ze sobą. Po zwycięstwie nad Warusem Arminiusz ma impet, ale musi go podtrzymywać, jeśli chce walczyć dalej.

Malchus skinął głową.

– Racja, panie.

Zgodziłem się z tym w duchu. Na ile znałem Arminiusza, uważałem, że zwyczajnie ominąłby fort, gdyby wiedział, ile krwi będzie go kosztował. Mógłby wiązać garnizon niewielkimi siłami, ale teraz, gdy walka została zainicjowana, duma i konieczność zachowania twarzy sprawią, że jakieś zwycięstwo będzie musiało zostać osiągnięte. Ale w jaki sposób?

 

I wtedy przypomniałem sobie pożar pierwszej warowni. Syczące, tańczące pod niebem płomienie, gdy strzechy budynków skwierczały i trzeszczały.

– Mógłby nas spalić.

Malchus ponuro skinął głową. Doszedł do tego samego wniosku.

– Te transzeje nie zaprowadzą go za ściany fortu, ale mogą podprowadzić do nich na tyle blisko, żeby mógł ułożyć stosy i rozpalić ogniska. Potrzebuje tylko dość drewna, żeby podtrzymywać ogień, a połowa Germanii to pieprzone lasy.

Cedycjusz zaskoczył mnie wówczas tym, że się uśmiechnął. Poznałem, że zauważył wyraz twarzy swojego wysokiego rangą dowódcy, i sam mu się przyjrzałem – to był przerażający grymas. Mina człowieka, który żył dla chaosu i grozy bitwy.

– Masz jakąś propozycję, Malchusie? – zapytał Cedycjusz. – Spodziewam się, że agresywną.

Malchus uśmiechnął się okrutnie, jeden głodny rekin do drugiego. Jego odpowiedź była prosta, ale w tę prostotę była wpisana śmierć dziesiątków ludzi.

– Wypad.

Przez chwilę Cedycjusz się nie odzywał. W końcu pokręcił głową.

– Mnie także nie odpowiada ta bierność, Malchusie, ale nie możemy sobie pozwolić na stracenie ludzi podczas wycieczki. Sprawiamy im rzeź z umocnień, nie uszczuplając własnych sił.

– Wypad nie w celu starcia, panie – odparł Malchus ku zaskoczeniu prefekta. – Żeby kraść.

Cedycjusz pojął intencję akcji moment później. Roześmiał się, pełen dumy z podwładnego.

– Chcesz ukraść ich drewno, draniu!

Malchus skinął głową.

– Jeśli zdołamy go przekonać, że rozpaczliwie potrzebujemy opału, to może nie ustawi z niego stosów pod ścianami fortu. Poza tym, gdybyśmy sprawili wrażenie, że gromadzimy drewno na zimę, pomyśli być może, że wiemy coś, czego on nie wie, i że nadciąga odsiecz. Nie ma pewności, ale…

Uświadomiłem sobie, że patrzę z podziwem na Malchusa. Miał rację; nie było gwarancji sukcesu, ale jedyną pewność na wojnie stanowiły cierpienie i śmierć. Zważywszy na to, jak się potoczyły kości, to był błyskotliwy pomysł. A także śmiertelnie niebezpieczny.

Dlaczego zatem zgłosiłem się na ochotnika do jego zrealizowania?

12

Pójdę – usłyszałem samego siebie. – Mogę ich zaprowadzić do obozu.

Malchus się roześmiał.

– Cóż, to mi oszczędza kłopotu nakazania ci tego.

Nie obraziłem się z powodu jego słów. Spodziewałem się, że centurion będzie chciał mieć przewodnika na swojej wyprawie, a kto poprowadziłby ją lepiej niż człowiek, który przebywał wśród wrogów? Fakt, że byłem na wpół zagłodzonym ocaleńcem z leśnej masakry, nie stanowił problemu dla takiego zabójcy jak Malchus. Znałem wielu ludzi podobnych temu wojownikowi, którzy nie znajdowali w legionach pretekstu do litości i słabości. Poświęcenie i honor były wszystkim.

– Weźmiemy także resztę grupy, z którą przybyłeś – dodał ku mojemu przerażeniu. – To dobre chłopaki?

Myślałem szybko, w jaki sposób odwieść go od tego pomysłu.

– Nie chcę źle mówić o moich towarzyszach, panie – zwierzyłem się w końcu.

Malchus zmarszczył brwi i ponaglił mnie, bym kontynuował.

– Obawiam się, że bardziej będą obciążeniem niż pomocą – skłamałem, pomijając przypadek Mikona, którego uczestnictwo bez wątpienia okazałoby się katastrofą. – Jeśli mogę być szczery, panie, nie mam pojęcia, jakim cudem zaszli tak daleko.

– Sądzę, że wiem. – Centurion uśmiechnął się do mnie z wysokości swojego wzrostu, okazując wzgląd mojemu taktowi i służbie wojskowej. – Pójdę za twoim instynktem w tej sprawie. Panie? – zwrócił się pytająco do prefekta.

– Brzmi dobrze – przystał Cedycjusz. – Weź go ze sobą. Malchusie. Ilu jeszcze będziesz potrzebował?

– Centurię.

Cedycjusz pokręcił głową.

– To nas pozbawi odwodów. Weź pół centurii, ludzi, których wybierzesz osobiście, lub ochotników.

– Tak jest, panie.

– Pójdziesz dzisiejszej nocy?

Malchus potwierdził skinieniem głowy.

– Za twoim pozwoleniem, panie.

Cedycjusz go udzielił.

– Poczyń przygotowania. Poinformuj mnie obszernie pod koniec następnej warty.

Malchus zasalutował starszemu oficerowi, a potem oparł dłoń na moim ramieniu.

– Poszukajmy czegoś do jedzenia – powiedział, po czym wyszliśmy z pokoju, ja w cieniu jego szerokich barków.

Malchus załatwił chleb i ser i kazał mi usiąść i jeść przy stole w budynku kwatery głównej. Potem zostałem wypytany o obóz nieprzyjaciela, a dowódca robił notatki i szkice w oparciu o moje wspomnienia.

– Nie chcę być pozbawiony tego wszystkiego, jeśli zetną ci głowę – zażartował wisielczo.

Czułem, że ma do mnie słabość. Tylko nieznacznie przesadził, gdy powiedział, że mam na ramionach więcej blizn niż włosków. Jednym z najlepszych sposobów przetrwania jest zidentyfikowanie zabójców podobnych do siebie i Malchus był pewny, że znalazł takiego we mnie. Sądził niewątpliwie, że zgłosiłem się do tego wypadu powodowany chęcią uczestniczenia w rozlewie krwi.

Mylił się. To pragnienie zachowania życia skłoniło mnie do otwarcia ust. Chęć sprawienia, żeby Mikon i Kikut pozostali w obrębie fortu. Także Brando i Folcher, gdyż ze względu na stanowisko byłem teraz odpowiedzialny za Batawów. Co więcej, byli moimi towarzyszami.

Przełknąłem w milczeniu resztę jedzenia, podczas gdy Malchus przyglądał się dziełu swojej ręki. Spojrzenie miał tak intensywne i pełne żaru, że obawiałem się, iż pergamin zapłonie. W końcu zwinął plany i wręczył je urzędnikowi. Spodziewałem się wtedy, że zostanę odprawiony i wrócę do mojej centurii.

Myliłem się.

– Trzy legiony – odezwał się wreszcie Malchus. W jego głosie brzmiał gniew, ale głównie niedowierzanie i smutek.

Zachowałem milczenie. Malchus nie.

– Musisz coś zrozumieć, jeśli nie pojąłeś tego do tej pory. To, w czym uczestniczyłeś, Feliksie, odmieni cesarstwo. Nie możemy tracić trzech legionów. Po prostu nie możemy. Wszystkie plany wobec Germanii, wszystko to się zmieni. Ta granica nie jest już związana z ekspansją, rozumiesz? Tylko z przetrwaniem.

Trzymałem gębę na kłódkę. Rozumiałem każde słowo, ale nie to, dlaczego dowódca kohorty kieruje je do legionisty.

Malchus mnie oświecił.

– Walczyłeś kiedykolwiek w oblężeniu, Feliksie?

Owszem, i nie miałem najmniejszej ochoty przywoływać tych wspomnień: smrodu gnijących ciał; ssącego bólu głodu; cierpienia płynącego ze świadomości, że śmierć czeka cierpliwie za murem; przerażenia na dźwięk głosów, które donosiły, iż ostatnia linia obrony została przerwana i wrogowie wlewają się tłumnie, żeby mordować.

– Nie, panie.

– Podczas oblężenia ludziom potrzebna jest nadzieja. Wszyscy tutaj wiedzą, co spotkało armię Warusa, ale nie wiedzą, co się z nią stało. Rozumiesz mnie, Feliksie? Dostrzegasz różnicę?

Skinąłem głową. Malchus mówił dalej:

– Trzy legiony. Piętnaście tysięcy ludzi. To dla nich liczba zbyt duża do pojęcia. Wiedzą, że to coś złego, ale nie są w stanie sobie uzmysłowić, jak kurewsko jest to katastrofalne. Zrozumiałeś?

– Pojmuję, panie.

– Tak sądzę – stwierdził Malchus. – Wiesz zatem, że nie mogę pozwolić, żeby w obozie krążyły historie o tym, co się stało. Opowieści, które ci ludzie potrafią zrozumieć. Bo jeśli istotnie je pojmą, Feliksie, to dla tego fortu nie będzie nadziei. Będzie tylko panika, a kiedy tak się stanie, zginiemy.

– Nie będę o tym mówił, panie – zapewniłem go. – Tak jak i pozostali.

– To dobrze. Musimy stać silni i zjednoczeni.

Widziałem, że chce powiedzieć coś więcej. Niemal ugryzł się w język, jednak coś w mojej pożałowania godnej postaci skłoniło go do zwierzenia się i wygłoszenia ostrzeżenia:

– Jeśli przeżyjemy tutaj, Feliksie, to uważaj na siebie, zgoda?

Potem wstał. Nasza rozmowa była skończona.

– Zbierzemy się o zmierzchu u zachodniej bramy. Idź się przespać.

Zasalutowałem i wyszedłem. Kiedy stanąłem na progu budynku dowództwa, na twarz padł mi słoneczny blask początku jesieni. Był cudowny, ale kiedy zamknąłem oczy, żeby go chłonąć, posłyszałem krzyki – ranni za ścianami fortu mozolili się w swej męce. Próbowałem wyrzucić z głowy myśli o nich, zastanawiając się zamiast tego nad tym, co powiedział mi Malchus.

Uważaj na siebie.

Nie miał pojęcia, jak bliski był prawdy. Gdybym przeżył oblężenie wojsk Arminiusza, od mojej przeszłości dzieliłoby mnie tylko jedno przypadkowe spotkanie. Pozostając w cesarstwie, żyłem na krawędzi przepaści. Pierwszy raz od wielu dni pomyślałem o Brytanii za morzem. Natychmiast poczułem znajomą chęć zerwania rzymskich łańcuchów i ścigania ducha nowego życia pod białymi klifami tej wyspy. Ścigania ducha jedynego błogiego wspomnienia z mojej przeszłości.

Wyrwałem się z marzeń na jawie. Krzyki nie ucichną. Zanim zdołam się ich pozbyć, będę musiał przeżyć.

13

Zbocze wzgórza było dywanem ciemnozielonej, żywej roślinności. Siedziałem wysoko w jego pobliżu, kamienista polana była mi schronieniem od czasów dzieciństwa. Poniżej tego sanktuarium rozciągało się morze, z którego najczystszymi odcieniami niebieskości igrał wiatr.

– Nie chcę stąd odchodzić – zwróciłem się do przyjaciela.

Siedział obok mnie na kamieniu, na którym wydrapaliśmy kiedyś nasze imiona. Twarz z profilu była przystojna i pełna życia.

– Nie musisz.

Parsknąłem śmiechem. Obaj wiedzieliśmy, że to kłamstwo, zamiast więc odpowiedzieć, wytężyłem wzrok, żeby spojrzeć uważnie na horyzont, chcąc zmusić oczy, żeby dojrzały, co się znajduje poza nim. Pragnąc zobaczyć majestat Rzymu.

– Dotrzesz tam kiedyś – zapewnił mnie towarzysz. Mój najbardziej lojalny przyjaciel, który zawsze wiedział, o czym myślę.

– Nie wiem, czy tego chcę – odparłem, zaskakując nas obu.

– Dlaczego?

Pomyślałem wówczas o miłości i oczekiwaniu. Pomyślałem o marzeniach i nadziejach oraz o tym, że nigdy nie udaje im się przetrwać w zderzeniu z rzeczywistością. Czy chciałem strzaskać iluzję?

– Co my robimy tutaj na górze, Marcusie? – zapytałem. – To jest ojczyzna. Nie powinniśmy tu być.

Cichy śmiech, a potem przyjaciel obrócił ku mnie twarz, ukazując tę jej stronę, która dotąd była niewidoczna.

Odskoczyłem z przerażenia – żuchwę miał wywichniętą ciosem miecza. Czerwona kłapała bezużytecznie.

– Nie tęsknisz za tym? – zapytał mnie ochrypłym głosem. Przy każdym oddechu jego spuchnięty język unosił się pod rozerwanymi ustami.

Cofnąłem się, sięgając rozpaczliwie po broń.

Nie znalazłem jej.

– Nie brakuje ci tego? – zapytał ponownie.

– Co tutaj robisz? – sapnąłem.

Wstał. Tylko dłoń przyciśnięta do rozpłatanego brzucha przytrzymywała wnętrzności.

– Tęsknię za tym – wychrypiał, wzrok przeniósł ze mnie na horyzont. – Tęsknię za morzem. Brakuje mi tych wzgórz. Tęsknię za wiatrem.

– Marcusie…

Strzelił ku mnie oczami pełnymi szaleńczej żądzy zemsty.

– Tęsknię za siostrami. Za rodzicami. Brakuje mi moich przyjaciół…

– Marcusie…

– Nie tęsknisz za przyjaciółmi, Corvusie? Nie brakuje ci ich?

Stał teraz nade mną. Krew z jego ran kapała mi na twarz.

Była zimna.

– Tęsknisz za mną, Corvusie?

– Marcusie… – wyjąkałem i zacząłem płakać. – Przepraszam.

– Tęsknisz za mną?! – wrzasnął.

I wtedy krople zamieniły się w ulewę, krew spływała mi kaskadami na twarz, zalewając oczy, dławiła mnie, wypełniając mi gardło.

Umierałem. Tonąłem.

Usiłowałem krzyczeć.

Próbowałem zawołać.

Marcusie…

Ale była tylko krew.