Oblężenie

Tekst
Z serii: Feliks Corvus #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Następnego ranka zaprowadzono nas z powrotem do transzei. Germańskie wojsko ponownie było w ruchu, ale nie wyglądało na to, żeby zamierzało szturmować.

– Myślisz, że już wiedzą? Na Renie i w Rzymie? – zapytał Brando, wbijając z tlącym się gniewem oskard w ziemię.

– Chyba tak – odparłem. Zastanawiałem się wcześniej nad tą kwestią i doszedłem do wniosku, że mobilizacja plemion była zbyt wielkim przedsięwzięciem, żeby wiadomość o tym nie dotarła do stolicy za pośrednictwem szpiegów, kupców i sympatyzujących z nami sojuszników; nie wszystkie ludy germańskie stały za Arminiuszem. Dowodziła tego obecność Batawów obok mnie.

– Więc co teraz? – spytał.

Nie miałem pojęcia. Według mnie wielka część sił rzymskich mogła nadal znajdować się w Panonii i Dalmacji, tłumiąc ostatnie ogniska rebelii, która srożyła się przez trzy lata, topiąc prowincje we krwi. Nawet szybko poinformowanym tygodnie zajęłoby osiągnięcie pozycji, na której mogli zablokować pochód Arminiusza, gdyby zechciał przekroczyć Ren i pomaszerować do Galii.

– Nad Renem stoją dwa kolejne legiony – odezwał się Brando, potwierdzając moje myśli. – Ale są rozproszone w fortach i ku południu.

– Nie muszą być połączone, żeby zatrzymać go na rzece – poddałem. – Wystarczy jedynie odciąć mosty łyżwowe.

– A co wtedy stanie się z nami?

Nie odpowiedziałem.

Po porannej pracy pozwolono nam na krótki odpoczynek w rowie. Patrząc na ściany warowni w oddali, zauważyłem, że jesteśmy niemal w zasięgu łuczników – dowodziły tego cuchnące trupy germańskich wojowników, bełty strzał sterczących z ich gnijących zwłok.

Widok poległych wyprowadził naszych strażników z równowagi; opuścili teren powyżej i dołączyli do nas we względnym bezpieczeństwie zygzakowatej transzei. Kiedy bukłak z wodą wędrował od jednych spierzchniętych ust do drugich, zrozumiałem, że pora na ucieczkę przyjdzie niebawem – albo nigdy.

Strażnicy wydali burkliwie rozkazy. Podjęliśmy naszą harówkę. Z każdym zamachem i sztychem szpadla płytki okop zbliżał się do fortu. Niedługo potem przeleciała ze świstem pierwsza strzała. Ludzie zaczęli kopać na kolanach. Strażnicy przykucnęli, a ja dostrzegłem okazję, na którą czekałem.

Zanim ją wykorzystałem, zapadł zmierzch – potrzebowałem długich cieni. Do tego czasu kopałem jak posłuszny niewolnik. Kiedy uznałem, że odpowiednia chwila nadeszła, obejrzałem się przez ramię.

– Brando – ostrzegłem go, mój wzrok przekazywał wszelkie instrukcje, jakich potrzebował. Potem upadłem na kolana, sycząc z bólu.

Najbliższy strażnik znalazł się obok mnie sekundę później. Wysoki Germanin, pochylony niewygodnie, żeby uniknąć strzał. W dłoni miał miecz, a niebieskie oczy patrzyły groźnie. Nie zauważył kamienia, który częściowo zagrzebałem w ziemi. Przykucniętemu wystarczyło potknięcie, żeby stracił równowagę i pochylił się w przód, wypatrując czegoś, co powstrzymałoby jego upadek, a nie groźby ataku – to dało mi centymetry.

Tylko tyle potrzebowałem.

Wywinąłem szpadlem w szerokim łuku. Trzymałem narzędzie kantem i wygięta żelazna końcówka zagłębiła się z obrzydliwym trzaskiem w potylicy strażnika. Kształt transzei skrył moje działanie i zapewnił mi kilka sekund, nim odkryją ciało – liczyłem, że to wystarczy.

– Wiej! – syknąłem Mikonowi w twarz, częściowo wyrzucając go przy pomocy Branda na brzeg wykopu.

Kikut nie potrzebował takiej zachęty i wystrzelił jak zając. Niebawem Brando i Folcher deptali mu po piętach. Obok mnie wydostał się z rowu Winicjusz z dziewiętnastego legionu.

– Ty głupi chuju! – syknął do mnie, gdy ruszyliśmy biegiem, a ja błagałem nogi, żeby nie zawiodły mnie w sprincie.

Nigdy w życiu nie czułem się taki powolny. Ani, porzuciwszy osłonę transzei na rzecz usianej zwłokami otwartej przestrzeni, tak odkryty. Mięśnie krzyczały, że są wyczerpane i muszą przestać funkcjonować. Umysł wrzeszczał, że jestem głupcem. Za mną rozległy się warkotliwe germańskie głosy. Nie obejrzałem się. Po prostu biegłem.

– Jesteśmy Rzymianami! Jesteśmy Rzymianami! – usiłowałem krzyczeć, gdy w powietrzu zaczęły świstać strzały.

Pozostali podjęli szybko moje wołanie. Krzyki biegnącego obok mnie Winicjusza zostały gwałtownie przerwane, gdy strzała przeszyła mu twarz. Umarł, zanim się przewrócił, a ja przypuszczałem, że za chwilę pójdę w jego ślady.

Myliłem się – zaprzestano szyć z łuków, a my gnaliśmy przed siebie, dyszący i skonani.

– No to zasuwajcie, sukinsyny! – dobiegła zachęta ze ściany fortu.

Pędziliśmy. Biegliśmy, zataczając się, i dotarliśmy do wrót, które uważaliśmy za nasze wybawienie.

– Otwórzcie bramę! – rozdarł się Kikut, który pierwszy do niej dotarł, bębniąc anemicznie przedramionami w grube drewno.

Inni powtórzyli okrzyk.

– Otwórzcie bramę! Otwórzcie bramę!

Podniosłem wzrok na wieżę strażniczą, gdzie ujrzałem tuzin strzał wycelowanych w moją twarz.

Ich przesłanie było jasne.

Brama pozostanie zamknięta.

8

Przycisnąłem zrogowaciałe dłonie do wrót. Były solidne. Nieruchome. Krew dudniła mi w uszach. Oddech charczał w krtani.

– Otwierajcie, dupki! – ryknął Kikut wyzywająco do łuczników.

Obejrzałem się, oczekując, że podąży za nami fala ścigających nas Germanów, ale nikogo nie było. Pomijając ruchliwą plamę ich obozu, wszędzie panowały cisza i bezwład. Przeszedłszy momentalnie od chaosu śmierci do takiego spokoju, zastanowiłem się przelotnie, czy to jest życie pozagrobowe.

– Kim jesteście? – rozległ się z góry głos, przypominając mi, gdzie się znajduję.

Odsunąłem się od bramy, żeby móc widzieć człowieka, który się do nas odezwał. Był to centurion, wyróżniał go poprzeczny grzebień na hełmie. Twarz miał szczerą i uśmiechniętą.

– Gadajcie, chłopaki. Ci łucznicy zorganizowali sobie zawody, który z nich będzie miał więcej śmiertelnych trafień, a wy wyglądacie kusząco.

– Uciekliśmy, panie – zdołałem powiedzieć.

– Taa, widziałem to. – Centurion się wyszczerzył, zanim sobie uświadomił, że jeden z nas zginął podczas ucieczki. – Przykro mi z powodu waszego przyjaciela, ale fort jest najważniejszy. Żadnego wyrównywania rachunków, jeśli wejdziecie, zgoda?

– Jeśli? – wypalił Brando niezdolny się powstrzymać.

– Fort jest najważniejszy – powtórzył centurion. – A teraz, kim jesteście?

Jeden po drugim podaliśmy nasze imiona i nazwy oddziałów, a centurion wypytywał nas dalej, póki się nie przekonał, że istotnie służyliśmy pod orłami, jak twierdziliśmy. Kikut był rozdrażniony, ale mnie to łagodne przesłuchanie nie zdziwiło. Zaskoczyło mnie natomiast, że centurion nie próbował wypytywać nas, w jaki sposób staliśmy się niewolnikami germańskiej hordy. Wiadomość o straconych legionach nas wyprzedziła.

– Słuchajcie, chłopcy – odezwał się. – Usiądźcie sobie tam na dole i odpocznijcie. Macie. – Uśmiechnął się, upuszczając bukłak z winem. – Rozluźnijcie się. Te wrota się nie otworzą nawet przed paradą kurew za pół ceny, więc posłałem po liny. Wciągniemy was.

Nie mając innego wyboru, przyjąłem radę i usiadłem oparty plecami o belki. Przekazywany z rąk do rąk bukłak dotarł w końcu do mnie. Trunek smakował wybornie.

– Zdrowie – powiedział Brando, podając mi go drugi raz. – Wiesz, myślałem, że odczuję ulgę, kiedy tutaj dotrzemy – zwierzył się – ale patrząc na to… – Zatoczył ramieniem łuk, obejmując nim rozłożoną obozem armię Arminiusza. Gąszcz ludzi na otaczającym nas terenie stanowił widok budzący grozę.

Zastanowiłem się nad odpowiedzią, ale w tym momencie z góry opadły liny.

Bataw wzruszył ramionami, chwycił jedną i sprawdził jej wytrzymałość.

– Przynajmniej teraz będziemy po właściwej stronie umocnień.

Trochę to trwało, zanim dotarliśmy na pomost bojowy fortu. Byliśmy zbyt słabi, żeby się wspiąć, więc centurion kazał swoim ludziom zawiązać na linach pętle, w których mogliśmy umieścić stopy, po czym wciągnięto nas na górę. Kiedy przyszła moja kolej, upadłem na deski pomostu z gracją karpia złapanego w sieć.

To centurion pomógł mi się podnieść.

– Nazywam się Hadrian – przedstawił się. – Moi ludzie nazywają mnie H. Przykro mi z powodu tego opóźnienia, ale kazałem kucharzowi przygotować dla was trochę jedzenia. Gorącej strawy. Nie wyglądacie, jakbyście ostatnio jedli.

Nie było wiele do powiedzenia. Prawdę mówiąc, nadal byliśmy w szoku, że zdołaliśmy uciec. Świadomość, że nie jesteśmy już jeńcami, musiała się na nowo zakorzenić w naszych zmaltretowanych umysłach. W kamiennym milczeniu zszedłem za H. z pomostu, patrząc przekrwionymi oczami na fort; był wystarczająco duży, żeby pomieścić kilka kohort, chociaż wyglądało na to, że wartownicy na jego ścianach są rozstawieni rzadko. Cywile siedzieli skuleni między zabudowaniami, najwyraźniej przestraszeni tym, co czekało za umocnieniami. Wielu zdawało się w takim samym stanie jak ja i domyśliłem się, że to uchodźcy, którzy uciekli przed armią Arminiusza. To było pytanie do H., ale mogło poczekać. Chciałem się tylko najeść, napić i spać.

H. zaproponował mi coś jeszcze.

– Ty dowodzisz tą grupą? – zapytał.

Zawahałem się, ale Brando odezwał się za mnie:

– On.

– Cóż, to dobrze. Możesz zachować dowództwo nad swoimi kamratami. Nasza kohorta jest niepełna, a po tym, co przeszliście, chłopaki, nie chcę was rozdzielać. Będziecie siódmą drużyną piątej centurii, którą dowodzę. Nie mamy ósmej drużyny – dodał.

Nie miałem nic do powiedzenia. Znaleźliśmy się ponownie pod skrzydłami armii i najwyraźniej wydano mi rozkaz, nawet jeśli w przyjazny sposób.

 

H. zwrócił się do Branda i Folchera.

– Nie martwcie się, chłopaki, że jesteście Batawami, i całą resztą. Chcemy tylko, żebyście stali na straży i walczyli razem z nami. Będzie mnóstwo czasu na poznanie zasad działania ciężkiej piechoty, kiedy się stąd wydostaniemy. – Głos H. brzmiał wesoło, jakbyśmy nie byli otoczeni przez rój wrogów. – Poza tym jest mnóstwo wakatów. Musimy się tylko wykazać pewną kreatywnością w prowadzeniu ksiąg. Przyjmijcie rzymskie imiona, jakie chcecie. Tak czy owak, witajcie w forcie Aliso, chłopcy. Witajcie w dziewiętnastym legionie.

CZĘŚĆ DRUGA

9

Wszystko, czego chciałem, to jeść, pić i spać, ale żołnierz ma mniej więcej tyle samo swobody w wyborze swoich poczynań co niewolnik, więc po tym, gdy legioniście polecono zaprowadzić moich towarzyszy do koszar i dopilnować, żeby zostali nakarmieni i napojeni, ja uczyniłem to, co mi kazano, czyli poszedłem za centurionem H. do budynku dowództwa.

Jak we wszystkich obozach rzymskich kwatera główna stała dumnie w środku fortu, a my szliśmy szeroką drogą prowadzącą wprost od bramy warowni. Wzdłuż traktu kuliły się grupy cywilów. Były to żałośnie wyglądające postacie o zgarbionych ramionach i oczach wbitych w ziemię. Nawet dzieci – zwykle najbardziej optymistyczne i ruchliwe, bez względu na sytuację – były przygnębione. Co wycierpiały, żeby tutaj dotrzeć, dostać się w obręb bezpiecznych ścian warowni? Jakich czynów wojennych były już świadkami w tak młodym wieku?

– Wyglądają na przerażonych, co? – odezwał się H.

Nie odpowiedziałem, gdyż wydawało się to oczywiste.

– Nie chodzi tylko o kozojebców. – Centurion przeszedł do wyjaśnień. – Zeszłej nocy doszło do morderstwa. Dwunastoletnia dziewczynka. Kurewsko brutalne. Teraz musimy wprowadzić nocne patrole wewnątrz obwarowań, tak jak i na nich. Jakbyśmy mieli mało roboty.

Od dzieci o zapadniętych oczach moja uwaga powędrowała ku grupie ciemnoskórych mężczyzn, którzy maszerowali w naszą stronę. Byli mocno zakutani, jakby panował środek zimy, chociaż wrześniowy dzień przyniósł nieco ciepła. Grube stroje utrudniały ocenę ich rozmiarów, ale nie byli wysocy. Wszyscy mieli krótkie, kruczoczarne brody. W rękach trzymali łuki, które siały śmierć ze ścian fortu.

– Są ze Wschodu? – zapytałem H.

– Taa. Syryjczycy. Mamy tutaj ich kohortę. Mówiąc szczerze, to prawdopodobnie oni zabili tę dziewczynkę. Po prawdzie nie są wiele lepsi od kozojebców.

Pomimo słów H. poczułem powiew otuchy – kohorta łuczników na umocnieniach dałaby się Arminiuszowi mocno we znaki podczas każdego ataku. Ilu ludzi był gotów stracić? A co ważniejsze: ilu wojowników były gotowe poświęcić plemiona? Arminiusz był ich przywódcą jedynie tak długo, jak długo postanowią przy nim trwać. Germanie zostali poderwani do walki i w lesie odnieśli wspaniałe zwycięstwo, ale widziałem na własne oczy, że drogo za nie zapłacili. Czy byli gotowi stracić więcej swojej młodzieży, żeby wedrzeć się głębiej na tereny rzymskie, czy też Arminiusz i grupa jego kacyków zadowolą się odepchnięciem Rzymian za Ren, zanim ustanowią pokój?

Przed nami zamajaczył budynek kwatery głównej.

– Dowódca fortu chce usłyszeć twoje sprawozdanie – wyjaśnił H. – Spróbuję to jak najbardziej skrócić. Nie chcę, żebyś padł u niego trupem, skoro dotarłeś tak daleko.

Wymamrotałem słowa podziękowania, kiedy mijaliśmy dwóch wartowników stojących przed wejściem do budynku dowództwa. Jak inne konstrukcje w forcie, został wzniesiony z drewna rękami żołnierzy legionu – warownie Warusa nad Lippe miały być tymczasowe, zanim na ich miejscu powstałyby kamienne forty, jak te nad Renem, albo potrzeba ich zbudowania przesunęłaby się w głąb Germanii. Z całą pewnością owe marzenia o ekspansji umarły w lasach wraz z trzema legionami.

Poczułem nagle niepokój i zorientowałem się, że odwykłem od przebywania w zamkniętych pomieszczeniach. Minęły całe tygodnie, odkąd stałem w jakimś wnętrzu chroniącym mnie przed żywiołami, i teraz przypominałem sobie, że ludzie mieszkają w miastach i miasteczkach, w których mokrego koca pod drzewem nie uważa się za dobre posłanie na noc.

– Minęło trochę czasu, co? – H. się uśmiechnął, zauważywszy, jak strzelam oczami w stronę stołów i krzeseł.

– W Minden – wymamrotałem w odpowiedzi.

– Podobało mi się tam – powiedział. – Wydałem mnóstwo oszczędności moich dzieci na blondwłosą kurwę. Warto było. Nawet niczego nie złapałem.

Nie byłem pewny, jak na niego spojrzałem, ale skłoniło to H. do przyjaznego poklepania mnie po plecach.

– Nie martw się. Nie jestem znowu takim draniem! Wydałem je dopiero wtedy, gdy moje córki umarły.

– Przykro mi – mruknąłem.

– Ha! Naiwniak z ciebie. – Mężczyzna się roześmiał, kręcąc głową nad moją łatwowiernością. – Bystrzak, co? Dzieci, też mi coś! Zwykła strata forsy. Właź do środka.

Zostałem wprowadzony do małego pokoju. W środku czekał oficer o siwych włosach i niebieskich oczach. Pomimo zaawansowanego wieku był atletycznie zbudowany i pełen życiowej energii.

– Podejdź, żołnierzu – zachęcił mnie. – Usiądź i odpręż się. Jestem prefekt Cedycjusz, dowódca fortu – przedstawił się, po czym spojrzał na mojego towarzysza. – H., mógłbyś pójść i przynieść temu człowiekowi trochę jedzenia i wody, z łaski swojej? Ale nie za dużo. – Cedycjusz odwrócił się do mnie z przepraszającym uśmiechem. – Organizm musi się ponownie przyzwyczaić.

Skinąłem głową i usiadłem na wskazanym krześle. Spojrzałem znowu na stojącego przede mną człowieka. Jako prefekt Cedycjusz zajmował trzecie co do znaczenia stanowisko w legionie, najwyższe, jakie mógł osiągnąć żołnierz, który zaczął służbę od samego dołu jako zwykły piechur. Był doświadczonym żołnierzem, ale miał także szczęście; znajdował się za umocnieniami Aliso, gdy jego legion został zmasakrowany w lesie.

– Jak się nazywasz, żołnierzu?

– Legionista Feliks, panie. Druga centuria, druga kohorta, siedemnasty legion.

– A druga centuria gdzie teraz jest?

– W większości nie żyje, panie.

– W większości?

– Są inni ocalali. Dwóch przybyło ze mną.

– Zatem, o ile wiesz, trzech ocalało z twojej centurii, a reszta nie żyje.

– Tak, panie.

– A ty nie zginąłeś z innymi.

Kurwa. Powinienem się tego spodziewać. Cedycjusz nie widział przed sobą ocaleńca. Tylko dezertera. W końcu to było rzymskie wojsko. Jeśli orły padały, spodziewano się, że pójdziemy w ich ślady i będziemy na tyle przyzwoici, żeby zginąć w ich obronie.

– Zostaliśmy wzięci do niewoli, panie.

– Opowiedz mi o tym.

Zrobiłem to. Zacząłem od zrelacjonowania, jak – po odebraniu sobie życia przez Warusa i jego oficerów – prefekt Cejoniusz zebrał resztki armii i podjął ostatnią próbę wyrwania się z lasu. Te usiłowania załamały się na germańskiej zaporze, a potem utworzyliśmy ostatnią pozycję obrony pod orłami. W końcu kilkuset Rzymian było wszystkim, co zostało z wielkiej armii, i to tej grupie Arminiusz zaoferował warunki kapitulacji i niewoli. Cejoniusz je przyjął. Potem on i pozostali oficerowie zostali zamordowani w niezwykle okrutny sposób. Zwykli żołnierze, wśród nich i ja, poszli w niewolę.

Kiedy opowiadałem, Cedycjusz ani na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku. Spojrzenie moich oczu było wbite w ścianę. To był pierwszy raz, gdy przywoływałem wydarzenia tamtego dnia, i wspomnienia smrodu krwi i gówna sprawiały, że czułem go w nozdrzach. Kiedy skończyłem relację, dłonie miałem białe jak marmur. Zauważyłem też, że w niekontrolowany sposób stukam stopą. Zmusiłem się do zaprzestania tego, ale drżące mięśnie mnie nie posłuchały.

Wtedy Cedycjusz oddalił się na chwilę. Wróciwszy, uprzejmie nałożył mi na ramiona grubą opończę. Drzwi się otworzyły i oczami pełnymi łez wywołanych przez szok ujrzałem, że stawia się przede mną pożywienie i wodę.

– Jedz – polecił łagodnie Cedycjusz.

Wysilałem się, żeby utrzymać w żołądku chleb i bulion, które przyniósł mi H. Mój żołądek przywykł do pustki, ale trudności, jakich teraz doświadczałem, stanowiły raczej rezultat wspominania ostatnich chwil leśnej bitwy – wstrząsnęło to mną do tego stopnia, że umysł mi się mroczył, a krew dudniła w skroniach. Miałem mdłości i minęło sporo czasu, zanim uporałem się z posiłkiem, a cierpliwy dowódca się odezwał:

– Dobrze znałem prefekta Cejoniusza. Był wspaniałym przyjacielem i zawsze dbał o swoich ludzi bardziej niż o własną reputację. Miał dobrą śmierć?

– Tak, panie. Umarł szybko. – Starałem się nie myśleć o tym, jak ostrze miecza zdjęło mu głowę z barków. Jak krew tryskała z karku.

Potem Cedycjusz wypytywał mnie bardziej szczegółowo: czy Warus naprawdę popełnił samobójstwo? Czy orły wpadły w ręce wroga? Jakie straty ponieśli nieprzyjaciele? Jaką mieli taktykę? Odpowiadałem najlepiej, jak mi na to pozwalało moje wyczerpanie, uważając, żeby ominąć wszelkie pułapki, które ujawniłyby coś z mojej przeszłości i związku z przywódcą wrogów.

– Zawsze lubiłem Arminiusza – mruknął prefekt. – Był niezwykle obiecującym oficerem sztabu Warusa i zawsze wydawał się bardziej Rzymianinem niż tubylcem. Mógłby się okazać genialny.

Nie było moim zadaniem wskazywać, że Germanin istotnie był genialny. Że zaplanował jedno z największych od dziesięcioleci zwycięstw nad Cesarstwem Rzymskim i okazał się mistrzem taktyki oraz strategii.

– Nie jesteś jedynym ocalonym, który do nas dotarł – wyjaśnił potem Cedycjusz. – Ale… trzy legiony? To nie do pojęcia. Zanim ten drań nadciągnął ze swoją armią, wciąż wierzyłem, że to bajeczka zmyślona przez jakichś wypędzonych cywilów i pieprzonego dezertera. – Wstał, poświęcając mi już całą uwagę. – Centurion Hadrian mówi, że przyjął cię do swojego oddziału.

Skinąłem nieznacznie głową.

– Dobrze. Odpocznij, Feliksie. Niebawem świt i spodziewam się, że wraz z nim zjawią się Arminiusz i jego zgraja. Bądź na pomoście bojowym, żołnierzu, i pokaż im zemstę Rzymianina.

10

Centurion H. towarzyszył mi w drodze z kwatery głównej. Prefekt Cedycjusz nalegał, żebym zatrzymał grubą opończę, którą owinąłem ciasno kościste ramiona, gdy szliśmy do baraku koszar, który miał być moją kwaterą. Budynek wzniesiono według tego samego projektu co w całym cesarstwie, był podzielony na dziesięć pomieszczeń – po jednym na każdą z ośmiu drużyn centurii, jedno dla optio, zastępcy dowódcy oddziału, oraz duże lokum dla centuriona, składające się z przestrzeni służbowej i mieszkalnej.

Wszedłem do kwatery siódmej drużyny, kierując się najpierw do części, w której znajdował się ekwipunek żołnierski. Oczy przywykły mi do ciemności i dostrzegłem zaokrąglone kształty tarcz i groty oszczepów, które lśniły matowo w słabym świetle.

– Tutaj jest cały wasz rynsztunek – szepnął H. – Jutro będę trzymał waszą drużynę w rezerwie. Użyję was, tylko jeśli wedrą się do fortu, ale wtedy nie musicie w istocie być zdatni do walki, bo będzie po wszystkim. Dobranoc.

Ujrzałem w mroku biel jego uśmiechu, a potem zostałem sam. Odsunąłem przegrodę oddzielającą część magazynową od sypialnej i wszedłem po cichu do środka, starając się nie przeszkodzić towarzyszom, którzy chrapali na piętrowych pryczach. Znalazłem dolną, która nie została zajęta, i westchnąłem lekko, kładąc się na sienniku.

Usnąłem momentalnie. Spałem może wiele godzin, ale zdawało mi się, że ledwie zamknąłem oczy, kiedy nieznajomy legionista potrząsnął mnie za ramię i wypowiedział słowo, którego obawia się każdy zmęczony żołnierz:

– Pobudka.

Nie było sensu się opierać. Przerzuciłem ołowiane nogi przez krawędź posłania i zacząłem budzić moją drużynę.

– Mikon, wstawaj.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał.

Ledwo żywego ze zmęczenia, jak my wszyscy, nie winiłem o tę dezorientację.

– Wstań po prostu i nałóż rynsztunek. Zaczekaj na zewnątrz. – Odwróciłem się w stronę chrapiącego Kikuta. – Kikut, wstawaj.

– To nie moja służba – wymamrotał, powtarzając odruchowo wymówkę każdego budzonego żołnierza. – Pomyliłeś posłania.

– Arminiusz nadejdzie o świcie. Chcesz leżeć na pryczy, kiedy tutaj dotrze?

W końcu weteran otworzył oczy. Jego odpowiedź była beznamiętna.

– Tak – przyznał bez mrugnięcia okiem.

Zastanowiłem się, czy nadal go przekonywać. Pomyślałem, że powiem mu, że nie zaszedł tak daleko, żeby trafić do więzienia za odmowę walki. Chciałem powiedzieć to wszystko, ale zamiast tego roześmiałem się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Śmiałem się tak głośno, że to załatwiło sprawę budzenia pozostałych i przekonało nawet Kikuta, że teraz sen mu umknie.

 

– Pieprzyć to. Pójdę. Równie dobrze mogę zginąć z tobą na ścianie fortu i mieć to z głowy, ty cipo – gderał, a mnie podniósł na duchu powrót jego dawnej natury.

Przyłapałem się na tym uczuciu i zastanowiłem nad nim. Jakim prawem się śmiałem… i miałem nadzieję? Otoczeni i odcięci mieliśmy z pewnością zostać wkrótce zaatakowani przez dzikie wojsko Arminiusza.

A jednak miałem nadzieję. Dlaczego?

Byliśmy za ścianami fortu, mieliśmy łuczników, ale nic z tego nie gwarantowało zwycięstwa ani nawet przeżycia na krótką metę. Przyczynę tego odkryłem, dopiero pomagając Mikonowi nałożyć przez głowę ciężką kolczugę; dopiero kiedy obserwowałem Branda i Folchera sprawdzających sobie nawzajem rynsztunek, dociągających mocno paski i oceniających, jak leżą na nich zbroje: byłem wśród towarzyszy broni, ale – co ważniejsze – czułem się za nich odpowiedzialny. Byłem znowu dowódcą, nawet jeśli tylko małej grupki i na krótko. Nie chodziło o próżność ani splendor tego stanowiska, lecz o ponowną możliwość chronienia ich życia.

Nie zostałem chorążym ósmego legionu za piękne oczy. Nie przedłużałem rebelii przeciwko Rzymowi, bo byłem zręcznym pasterzem czy rybakiem. Nie przeżyłem masakry w lesie, bo byłem mówcą bądź artystą. Nie, byłem tym, który jest zdolny wszystko przetrwać, ale przede wszystkim byłem zabójcą i kiedy zaakceptowałem tę prawdę, zniknął ciężar zbroi gniotącej mi barki. Skuwająca mi kończyny zaprawa zaczęła pękać.

Byłem zabójcą.

W szarym świetle świtu spojrzałem na czterech mężczyzn obok mnie, w hełmach i zbrojach, ostatnie łuski krótkiego okresu niewolnictwa osypały się z nas, gdy zawładnęliśmy mieczami i oszczepami. Znowu byliśmy ponownie żołnierzami.

W tej chwili poczułem potrzebę wytłumaczenia się przed tymi ludźmi, ale potem przypomniałem sobie słowa Marcusa, które wypowiedział na skrwawionym zboczu wzgórza o cały kontynent stąd: „Przywódcy nie gadają. Oni prowadzą”.

Więc poprowadziłem.

Centuria zaczęła formować szyk przed barakiem koszar. To była niewielka siła, gdyż dwie drużyny zostały już oddelegowane do służby strażniczej.

– Dzień dobry, Feliksie – powitał mnie centurion H. – Gotów na tworzenie wdów i sierot?

Mruknąłem coś na potwierdzenie.

– Nie sądzę, żeby zaszła tego wielka potrzeba – ciągnął H. – Potrzebuję po prostu ciebie i twoich chłopców tam, w południowo-wschodnim rogu. U podstawy schodów znajduje się spora kupa kamieni, zanoście je na górę, gdy stosy na pomoście bojowym zmaleją. Dzięki łucznikom nie musieliśmy ich użyć podczas pierwszego ataku, ale zobaczymy. Bawcie się dobrze.

Z tymi słowami zostaliśmy odprawieni, a ja poprowadziłem mój mały oddział w róg umocnień. Inne grupy żołnierzy ruszyły w blaknącą ciemność. Większość rozmów prowadzono szeptem, ale do moich uszu docierały też głosy pełne brawury. Należały do mężczyzn, którzy bardziej niż źródła samego strachu obawiali się tego, iż wyjdzie na jaw, że się boją.

Dotarliśmy do wyznaczonej nam pozycji; kamienie były wielkości dziecięcej głowy lub większe. Bez wątpienia zostały pracowicie wygrzebane ze wszystkich zakątków fortu i wydobyte z rzeki. Spojrzałem w niebo, które powoli jaśniało do odcienia szarości. Obok siebie czułem niecierpliwą energię Branda przestępującego z nogi na nogę. Niewątpliwie rwał się przelać krew wrogów, którzy zamordowali jego towarzyszy.

– Pójdę na górę, żeby się rozejrzeć – poinformowałem drużynę, chcąc się dowiedzieć, gdzie będą potrzebne nasze dostawy.

A przynajmniej tak usprawiedliwiłem opuszczenie stanowiska. Po prawdzie pragnąłem zobaczyć nadejście wrogów, gdyby zaatakowali. Nie chciałem być gapiem, jak cywile, którzy wyglądali nerwowo zza drzwi domów i zaułków.

– Pójdę z tobą – zaoferował się Brando, co do którego byłem pewny, że właśnie tak zrobi.

Reszta mężczyzn pozostała na miejscu, Kikut leżał na ziemi, z tarczą zamiast poduszki pod głową.

– Nie chcę być na dole – powiedział Brando, wyrażając też moje myśli, kiedy wspinaliśmy się po schodach na szczyt ściany warowni. – Chcę zabijać, Feliksie. Pragnę ich schwytać i potraktować tak, jak oni potraktowali nas. Chcę, żeby cierpieli, i chcę, żeby umarli.

Nie wiedziałem, jak zareagować na jego żądzę krwi.

– Dostaniesz swoją szansę – powiedziałem w końcu.

Dotarliśmy na pomost bojowy i rozejrzałem się po okolicy. Strażnicy byli zakutanymi w opończe zjawami na tle umocnień, w świetle świtu widoczne były delikatne obłoki ich oddechów. Obecni wśród nich weterani rozciągali mięśnie, przygotowując się do walki. Syryjscy łucznicy sprawdzali naciąg cięciw i umieszczali strzały pod ręką.

Obecność łuczników wyjaśniała w dużej mierze zapach, jaki teraz poczułem. To była gryząca, słodkawa woń śmierci; rozkładające się germańskie trupy były widoczne jako czarne plamy na polu. Żaden z wojowników nie dotarł do podwójnej fosy poniżej ściany warowni ani do wału obronnego usypanego z wykopanej z niej ziemi.

– Nawet się nie zbliżyli – prychnął Brando. – Nie będziemy musieli wnosić żadnych kamieni.

Nie podzielałem jego optymizmu. Arminiusz nie był głupcem i nie wierzyłem, żeby się zadowolił przeprowadzeniem kolejnego nieudanego ataku tą samą taktyką co poprzednio.

Postanowił mi udowodnić, że się mylę.

To Brando zauważył ich pierwszy. Słońce wznosiło się powoli nad horyzontem, a poniżej bez wątpienia poruszały się wielkie masy wojska.

– Mają nadzieję, że słońce oślepi łuczników. – Brando się uśmiechnął. – Może będziemy musieli zabić kilku skurwysynów.

To nie był podstępny atak. Żadnego zaskoczenia. Ludzie nie biegną ochoczo, bez zachęty, na ścianę śmierci, więc słyszeliśmy wydawane rykiem rozkazy i głębokie zawodzenie, gdy wojownicy dodawali sobie ducha bojowego pieśnią i winem. Słońce wspinało się nieustannie. Doszło do punktu, który stanowił dla Arminiusza być albo nie być. Światło w oczy łuczników stanowiło jego wątłą szansę na uniknięcie kolejnej masakry. Znając go tak, jak było mi dane, spodziewałem się, że da swoim wojownikom przykład i zainicjuje szturm.

To było coś godnego zobaczenia.

Wojna jest brutalna, to plaga, ale też widok wart ujrzenia, tak samo piękny, jak przerażający. Gdy morze atakujących germańskich wojowników toczyło się ku nam, urywany oddech uwiązł mi w gardle.

– Pójdę po kamienie – szepnął Brando, pozostawiając mnie obserwującego uśmiechających się Syryjczyków, którzy zaczęli zawodzić własne pieśni, zakładali na cięciwy pierwsze strzały i nawoływali się wzajemnie, co uznałem za wezwania do współzawodnictwa w umiejętnościach strzeleckich.

Zmrużyłem oczy, pod słońce masa nacierających ludzi była rozmazaną plamą. Czy łucznicy zdołają wychwycić pojedyncze cele? Jakie to ma znaczenie, gdy ciżba wrogów jest taka gęsta?

Rzeź zaczęła się chwilę później. Syryjczycy nie chybiali. Przez okrzyki wyzwań i przekory przebiły się wrzaski bólu. Trafieni padali, sprawiając, że inni przewracali się na ziemię. Obserwowałem jednego łucznika, który naciągał cięciwę i zwalniał. Naciągał i puszczał. Uśmiechał się. Urodził się dla tego dnia. Szkolił się do niego od dzieciństwa. Nie było wrogich łuczników, którzy by mu zagrozili. Dla niego to była strzelnica i nic więcej.

Dla Germanów to była rzeźnia.

Sama ich liczebność sprawiła, że pierwsi z nich dotarli do ziemnego obwałowania po drugiej stronie rowów, ale kiedy się nań wspinali, strzały zwalały ich z nóg. Szarżowali kolejni śmiałkowie. W krótkim czasie pod nami ukazało się mrowie przeciwników o wyszczerzonych zębach, którzy szukali na ścianie fortu uchwytów dla rąk.

– Nie mają drabin! – roześmiał się jakiś legionista, a potem krzyknął z radości, gdy rzucony przez niego kamień trafił w cel.

– Legioniści! Kamienie na fosę! – rozległ się donośny rozkaz z wieży strażniczej. – Łucznicy, strzelać poza nich!

Żołnierze dziewiętnastego legionu zaczęli ciskać swoje ciężary ponad ścianą warowni; czaszki Germanów pękały jak jajka; barki się łamały. Zaryzykowałem zerknięcie przez prześwit i ujrzałem rów wypełniony zabitymi i konającymi.

– Więcej kamieni! – zawołano.