Oblężenie

Tekst
Z serii: Feliks Corvus #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Germanie zmusili nas do uklęknięcia. Sześciu legionistów klęczało na ziemi, w szerokim kręgu wojowników o twarzach ozłoconych blaskiem pochodni. Było ich może trzydziestu. Młodych, o rzadkich brodach i wyzywających spojrzeniach.

Wiedziałem, do czego ma dojść.

– Feliksie? – odezwał się znowu Mikon klęczący u mego boku.

Zignorowałem go, wypatrując pośpiesznie jakiejś szansy ucieczki, nieważne jak znikomej.

Nic.

W tym momencie w stronę jeńców wystąpił z tłumu wojownik. Był młody, ale wielki, jego muskularne ramiona przypominały marmurowe filary. Miał świeże blizny świadczące o tym, że walczył w lesie. Twarz rozciągał mu paskudny uśmiech.

– Gladiator – powiedział po łacinie z silnym akcentem, a potem uniósł miecz, żeby wskazać nim klęczącego obok mnie wysokiego legionistę. – Ty.

Z tłumu poleciał miecz, który wylądował przy Rzymianinie. Ten przeniósł wzrok z broni na wojownika w środku kręgu, poznając w tej chwili, że jego życie dobiega końca.

Odwrócił się do mnie. Rzadko widywałem ludzi akceptujących śmierć z taką determinacją.

– Nazywam się Seneka, z dziewiętnastego legionu – odezwał się. – Urodziłem się w Ostii.

Ten mężczyzna rozumiał, że nikt nie powinien umierać wśród obcych.

– Feliks – odpowiedziałem, napotykając spojrzenie jego brązowych oczu i pragnąc pomóc mu znaleźć jakąś chwałę w tym spektaklu śmierci.

Potem legionista wstał z mieczem w ręce, poruszając palcami na rękojeści, żeby rozluźnić chwyt. Kiedy uniósł oręż i przyjął postawę obronną, mięśnie mu nie drżały. Uśmiechy Germanów zwiędły nieznacznie na widok tego przejawu odwagi, ale po chwili wesołe okrzyki rozległy się ponownie, gdy muskularny wojownik zaczął się poruszać z gracją tancerza, a nawała jego ciosów zepchnęła Rzymianina wstecz, a potem wytrąciła mu ostrze z dłoni. Dwa oddechy i jedno uderzenie miecza później Seneka leżał na plecach, a krew uciekała z bulgotem z jego gardła wraz z ostatnimi oddechami i sekundami życia.

Wojownik germański podrzucił stopą miecz przeciwnika do swojej dłoni. Był najwyraźniej fechmistrzem szkolonym od dzieciństwa dla glorii pojedynków. My, żołnierze rzymscy, byliśmy trybikami w maszynie do zabijania, zręcznymi w odbieraniu życia w formacji za sprawą powtarzalności, nie zręczności. Ten wojownik zabiłby nas, jednego po drugim, rozkoszując się ironią faktu, że świat stanął na głowie – armia rzymska została pokonana i teraz to obywatele Rzymu będą dostarczać rozrywki na igrzyskach śmierci, których oglądaniem na arenie cieszyli się jako widzowie.

Wojownik się wyszczerzył i wyciągnął miecz, zapraszając któregoś z nas do przyjęcia broni. Zapraszając jednego z nas na śmierć. Spojrzałem na Mikona. Gdybym mógł zyskać trochę czasu…

Batawski żołnierz pomocniczy nie był tak niezdecydowany. Podniósł się za moimi plecami i wystąpił naprzód, posyłając wiązankę germańskich przekleństw. Splunął wojownikowi w twarz, odbierając od niego miecz, ale wywołało to jedynie ogólny śmiech.

Śmiały Bataw nie czekał na atak, sam skoczył ku przeciwnikowi. Ruch był powolny, mięśnie mężczyzny wyczerpane skutkiem niewoli. Nie tak jak wojownika, który zrobił szybki unik, machnął mieczem i skaleczył przeciwnika w ramię.

Przełknąłem grudę w gardle. To nie będzie szybka śmierć. Bawił się nim.

Żołnierz pomocniczy spróbował zaatakować ponownie, krzykiem rzucając wyzwanie podczas zadawania ciosu po chybotliwym łuku. Zamach został z łatwością zablokowany, po czym germański wojownik uderzył z byka swoją potężną czaszką, zadając brutalny i nieoczekiwany cios. To powaliło Batawa na kolana, a germański szermierz zdjął mu głowę z ramion zręcznym ciosem od tyłu. W powietrze trysnęły fontanny krwi, cięcie było tak szybkie i czyste, że ciało trwało nadal na klęczkach. Widzowie wznieśli okrzyk radości, z ich szeregów wybiegł wyrostek, pognał ku trupowi i rozwiązał sznurek, który podtrzymywał mu portki. Członkowie plemienia zgięli się wpół ze śmiechu, kiedy chłopak puścił strumień moczu na kark Batawa.

Śmiech w końcu ucichł, wojownik podniósł odciętą głowę i splunął w martwe oczy. Tym razem, kiedy wyciągnął miecz, wyzywając nas na pojedynek, nie wahałem się. Moim zwycięstwem byłoby przedłużenie życia Mikonowi, choćby o niewiele.

Wielki facet uśmiechnął się na widok pośpiechu, z jakim wziąłem broń, uznając go błędnie za pragnienie szybkiego nieuchronnego końca – nie miał pojęcia, że chciałem wyciągnąć z tego każdą krwawą sekundę.

Cofnąłem się i zważyłem miecz w dłoni. To była długa i ciężka broń. W stanie takiego wyczerpania musiałbym się naprawdę wysilić, chcąc zamachnąć się nią wystarczająco mocno, żeby przełamać obronę wielkiego Germanina, ale nie miałem zamiaru robić nic tak niezdarnego. Użyję broni do dźgania i parowania ciosów. Tamten będzie się starał nacierać, a ja będę grał na czas. Nawet gdybym był w pełni sił i zdołał pokonać przeciwnika, nigdy nie opuściłbym kręgu żywy – każdy Rzymianin, który zabiłby tego wojownika, zostałby posiekany na kawałki przez jego przyjaciół, więc moje zwycięstwo dałoby się przełożyć tylko na kilka oddechów i uderzeń serca. Może zdołałbym zyskać dość czasu, żeby Germanie znudzili się tą zabawą. Nawet wówczas nie byłoby pewne, że przeżyję, ale co w życiu jest pewnego prócz śmierci?

Wydałem okrzyk.

Wstrzymywałem go od chwili zniewolenia. Krzyk rozsadzał mi pierś; nie mogłem go wydać z obawy przed tym, jaki ściągnąłby na mnie los. Nie miałem żadnego powodu, żeby powstrzymywać go teraz, i cała złość, frustracja i nienawiść buchnęły z moich płuc z taką dzikością, że przyglądający się Germanie nieco się cofnęli, niektórzy wypowiadając ochronne zaklęcia do swoich bogów.

Wrzasnąłem ponownie, potem się roześmiałem. Śmiałem się ze świata i mojego miejsca w nim. Śmiałem się, gdyż z mieczem w dłoni odzyskałem w pewnej mierze kontrolę nad swoim życiem.

– Ty głupia, wstrętna cipo! Ty tłusty gnoju! Dawaj, chodź i giń! Chodź i zdychaj! – wyzywałem germańskiego wojownika, szczerząc się do niego.

Nie zdechł. Zamiast tego tańczył wokół mnie, a ja się wysilałem, żeby nadążyć wzrokiem za jego ostrzem, które rozmazywało się w świetle pochodni, śpiewające żelazo mijało mnie o centymetry i sekundy. Nasze ostrza się zwarły i poczułem, że moje życie zbliża się do końca, gdyż siły opuszczały mnie z każdym dźwięczącym sparowaniem ciosu. Z każdym zdyszanym oddechem.

– Zdychaj, cipo! – wrzasnąłem, a potem wydałem z siebie wysokie zawodzenie, które sprawiło, że wojownik się skrzywił – byłem dla niego obcy i do jego plemiennego umysłu zaczęły się wsączać przesądy: opowieści, które staruchy snuły szeptem przy ogniskach, zagrzebane głęboko w duszy historie o złośliwych duchach.

Na taką złość Germanin wykrzyczał własne wyzwanie i zaatakował. Nasze ostrza znowu się zwarły. Tak jak i nasz wzrok. Poznałem po jego oczach, że wiedział, iż mnie pokonał, zanim walka w ogóle się zaczęła. Co on dostrzegł w moich źrenicach w momencie, w którym się zorientowałem, że sekundy dzielą mnie od śmierci? Czułem już na barkach jej mocny chwyt, ciągnący mnie, zwalający z nóg.

Wylądowałem na ziemi, ostatni oddech uleciał mi z piersi. Wybuchnął chór germańskich okrzyków, a ja spojrzałem w górę, mój przeciwnik stał z mieczem przy boku, z oczami wbitymi w podłoże. Tuż przed nim stał starszy wojownik, wykrzykując wyzwiska, wraz z którymi na twarz młodszego pryskała ślina. Nie rozumiałem wściekłych słów, ale domyśliłem się ich znaczenia z gestów wskazujących ciała ofiar oraz mnie samego – niewolnicy mieli swoją cenę, a ten człowiek jej nie zapłacił. Należeliśmy do Arminiusza i żyliśmy tak długo, jak długo byliśmy przydatni.

Nie traciłem czasu, tylko zacząłem się czołgać w kierunku Mikona. Popędzały mnie mocne kopniaki Germanów. Syknąłem na niego, żeby się ruszył, po czym chyłkiem przekradliśmy się z powrotem ku gromadzie jeńców, zostawiając za sobą sprzeczkę rozgoryczonych członków plemienia.

Przeżyjemy tę noc.

5

Przeżyliśmy nawet dłużej. Rano, gdy podniesiono nas kopniakami i obelgami, zostaliśmy napojeni i nakarmieni przez naszych germańskich panów. Woda smakowała ohydnie. Mięso było twarde i żylaste.

Nigdy w życiu jedzenie tak mi nie smakowało.

Kikut się uśmiechnął, budził się jego prawdziwy duch.

– To muszą być moje urodziny.

Z pożywieniem zjawiły się najbardziej podstawowe środki lecznicze i Kikut syczał z bólu, kiedy zszywałem resztki jego ucha.

Zabawne, jak szybko może się zmienić sposób pojmowania szczęścia. Byłem pewny, że są w Rzymie obrzydliwie bogaci senatorowie, którym dzień psuje poplamiona toga albo zbyt mocno przyprawione trzecie danie. W przeszłości byłem winny podobnej małostkowości, ale tego ranka, przynajmniej na krótką chwilę, sytuacja, w jakiej się znajdowałem, w jakiś sposób się zatarła. Miałem dość jedzenia w skurczonym żołądku, żeby czuć się jak nowo narodzony. Słońce wyszło zza chmur, żeby ogrzać mnie swoimi promieniami, a obok siebie miałem dwóch drogich towarzyszy. Tak, byłem niewolnikiem, lecz przynajmniej przez krótki czas czułem się szczęśliwy. Życie jest dziwne.

Wymaszerowaliśmy z obozowiska nieco bardziej wyprostowani, z oczami trochę mocniej błyszczącymi. Belki zostały za nami; nie wiedziałem, w jakim celu je tam złożyliśmy, ani mnie to nie obchodziło. Mój niemal radosny nastrój trwał, póki nie wspięliśmy się na szeroki grzbiet wzgórza i po raz pierwszy dane mi było ujrzeć ogrom zwycięskiej armii Arminiusza.

Była potężna. Plemiona się zgromadziły i rozpostarły szyki niczym opończę na swym kraju.

Odwróciłem się do Branda. Bataw stał się trwałym elementem obok mnie, jego solidna obecność podnosiła na duchu.

 

– Wodzowie stają za nim – odezwałem się. – Pokazał im, że Rzym można pokonać.

Brando skinął głową.

– Germanie cenią mocnego człowieka.

A kto był silniejszy od księcia, który unicestwił trzy rzymskie legiony?

– Póki będzie zwyciężał, będą go popierali – dodał.

Patrzyłem na wijącą się wstęgę ludzi, która rozciągała się przed nami. Nie maszerowali w tak regularnym szyku jak armia rzymska, ale napawali takim samym strachem. Jaką szansę miały forty nad Lippe wobec takiej mnogości wrogów? Zdawało się, że nic nie jest w stanie zatrzymać Arminiusza aż do Renu, gdzie liczebność będzie miała dużo mniejsze znaczenie, gdyż byłby zmuszony stawić czoło Rzymianom skrytym za kamiennymi murami. Gdyby tam zatriumfował… jaka siła stanęłaby między nim a samym Rzymem?

Nie było takiej.

Coś musiało powstrzymać Arminiusza i jego armię. Ktoś musiał powstać i walczyć.

Minęły trzy dni, zanim znaleźliśmy tych ludzi.

Przez trzy kolejne dni maszerowaliśmy wzdłuż rzeki. Mijaliśmy warownie obrócone w perzynę przez germańskie siły przednie, wzór był znajomy: zwłoki leżały na ziemi; rozbrzmiewały wrzaski, gdy torturowano mężczyzn i gwałcono kobiety; brano jeńców i rabowano kosztowności; niekiedy wzywano nas, niewolników, do pracy, żebyśmy kopali groby albo przenosili ciężary. To nie były radosne chwile i większość ludzi wycofywała się w głąb siebie. Rozmowy były stłumione, gdyż oszczędzaliśmy siły mięśni i umysłów.

Germańscy wojownicy nie mieli takich zahamowań. Śpiewali, maszerując. Śpiewali, zabijając. Śpiewali, plądrując. To był ich czas, a oni wiedzieli, że gdyby przekroczyli Ren, Cesarstwo Rzymskie byłoby dojrzałe, żeby je wypatroszyć.

A potem, tydzień po klęsce armii Warusa, coś się zmieniło w szeregach germańskich plemion. To było wrażenie – ulotne, ale obecne. Śpiewy ucichły. Mniej się śmiano. Napięte barki były oznaką nerwowości, nie fanfaronady.

– Coś się stało. – Brando także to wyczuł. – Złego dla nich, a dobrego dla nas.

Pokazał gestem, a ja powlokłem się za nim, aż znaleźliśmy się na zewnątrz kohorty jeńców. Zarządzono postój i widziałem, że Germanie wysłali jeźdźców, którzy pognali wzdłuż naszych flank na chłostanych wierzchowcach. Brando nadstawił uszu, żeby pochwycić fragmenty rozmów. W końcu usłyszał tyle, że się uśmiechnął.

– Fort zamknął wrota. Duży.

– Arminiusz nie może go obejść – pomyślałem na głos. Germański książę dowiódł już, że jest mistrzem taktyki. Nie popełniłby błędu polegającego na pozostawieniu rzymskiego garnizonu na swoich tyłach, skąd legioniści mogliby atakować jego tabory i zapasy.

– Nie – przyznał Brando. – Zamierza go zaatakować.

Nie byłem świadkiem ataku, tylko jego skutków. Germanie już nie śpiewali.

Krzyczeli.

Widzieliśmy ich rannych wynoszonych z bitwy, która srożyła się niemal dwa kilometry od nas, za zasłoną wąskiego pasa drzew. Walka zaczęła się od ryku z germańskich gardeł, ale to wyzwanie zamieniło się szybko we wrzaski bólu. Widziałem bełty strzał sterczące ze skrwawionych ciał wielu rannych.

Wreszcie starcie się skończyło. Krzyki okaleczonych i konających trwały. Słyszałem jedno słowo powtarzane bez końca przez poszkodowanych, którzy nas mijali. Zapytałem Branda, co ono oznacza.

– Matka.

Zaczęli znosić z pola walki swoich poległych; przy stu przestałem liczyć. Brando się uśmiechał. Ostrzegłem go, żeby ukrył swoje uczucia, jeśli nie chce uczestniczyć w życiu pozagrobowym swoich wrogów, w jakie wierzyli Germanie. Podziękował mi i powściągnął swoją radość.

– Germanie nie umieją prowadzić oblężenia – powiedział. – Fort musiał się przygotować na ich przyjście i teraz mają przejebane.

Jednak Brando się mylił. Członkowie germańskich plemion mogli być ignorantami w prowadzeniu działań oblężniczych, ale Arminiusz służył w rzymskim dowództwie jako błyskotliwy oficer sztabu. W Panonii widział wojnę we wszelkich jej przejawach: otwartą walkę, potyczki i oblężenie. Wiedział, jak osiągnąć cel, i miał do swojej dyspozycji setki innych wyszkolonych ludzi – swoich rzymskich jeńców.

Zapadał zmierzch, gdy popędzono nas naprzód i wciśnięto nam do rąk narzędzia. Władający łaciną Germanie wydali krzykami rozkazy, a my zaczęliśmy kopać. Z kierunku prac ziemnych zrozumiałem, że Arminiusz usiłuje wznieść pierścień umocnień obronnych wokół fortu, który ujrzałem teraz po raz pierwszy.

Srebrna o zmierzchu rzeka płynęła blisko jego południowej ściany, sprawiając, że z tej strony był niemal niemożliwy do zaatakowania. Palisada warowni była gruba i solidna, z wieżami strażniczymi po obu stronach szerokiej bramy, zabarykadowanej w obliczu wroga. Wroga, który rozłożył się poniżej umocnień obronnych, tworząc gęsty dywan szachownicowych opończy i malowanych tarcz plemiennych.

– Co to za fort? – zapytałem głośno.

– Aliso – odpowiedział weteran z dziewiętnastego legionu. – Byłem tutaj. To mój legion – dodał z dumą.

Przeniosłem wzrok na poległych germańskich wojowników, a potem na tych żywych. Zostali odparci, ale nie pokonani. Linie bitewne zostały zarysowane i poleje się krew.

Kiedy do tego dojdzie, zamierzałem się znaleźć wewnątrz warowni.

Pora uciekać.

6

Ludzie Arminiusza zmusili nas do pracy w nocy. Przy pochodniach wykopywaliśmy ziemię na powiększające się umocnienia obronne i w tym samym świetle widziałem ożywione twarze moich towarzyszy. Praca była ciężka i działająca na nerwy, ale tak bliska obecność wojsk rzymskich dodawała naszym mięśniom i umysłom sił, których potrzebowaliśmy, żeby funkcjonować. W głowach kotłowały się nam pytania, ale trzymaliśmy je pod korcem, gdy nasi panowie znajdowali się blisko. Byli rozdrażnieni, posmakowawszy pierwszej porażki, i nie chcieliśmy dawać im okazji do wzięcia pomsty na rzymskich grzbietach. Brando zerknął przez ramię i ujrzał, że nasi strażnicy są pogrążeni w ożywionej rozmowie; pora była pogadać.

– Jak liczny jest garnizon? – zapytał żołnierza, dla którego dziewiętnasty legion był macierzystym oddziałem.

– Nie pytaj mnie o takie rzeczy – odparł tamten szybko, zerkając na straże. – Według mnie mogą znać łacinę. Nieśpieszno mi do tortur.

Żołnierz miał rację, ale pokręciłem głową.

– Arminiusz wie, kto i gdzie stacjonuje. Gdyby nie wiedział, wyciągałby ludzi z szeregów, żeby się tego dowiedzieć, zanim w ogóle tutaj dotarliśmy.

Legionista milczał nieprzekonany.

– Zobacz, co zrobił z naszymi dowódcami – naciskałem. – Nie zabijasz wszystkich od ręki, jeśli nie znasz już informacji, które mają w głowach.

Tym razem żołnierz wzruszył ramionami. Wytarłszy twarz grzbietem ubłoconej dłoni, zwierzył się nam ściszonym głosem, ani na chwilę nie spuszczając oczu ze strażników:

– Kiedy byłem ostatni raz w forcie, stacjonowała w nim kohorta.

Kohorta stanowiła pododdział legionu, dzielący się dalej na sześć jednostek zwanych centuriami, w sile osiemdziesięciu ludzi każda. Prawie pięciuset ludzi ciężkiej piechoty na wałach warowni stanowiłoby siłę budzącą szacunek.

– Czy kohorta miała pełną liczebność? – zapytałem.

– Nie wiem – przyznał legionista. – Wątpię w to. Warus wysyłał nas we wszystkie strony, prawda? Obsadzał każdą pieprzoną glinianą chałupę z kozą w środku.

Wszystko to bez wątpienia za podstępną namową ze strony Arminiusza, rozpraszającego siły okupacyjne do tego stopnia, żeby mogły zostać sukcesywnie zniszczone przez zbuntowane plemiona.

Aż do teraz.

– W ciałach rannych tkwiły strzały – powiedziałem, jakby to było coś niezwykłego. W samych oddziałach legionowych nie było łuczników, tych dostarczały kohorty pomocnicze. Oddziały ściągnięte spoza cesarstwa, złożone z żołnierzy zwerbowanych w zamian za obietnicę otrzymania obywatelstwa rzymskiego po skończeniu dwudziestopięcioletniej służby.

– Nie było ich tutaj, kiedy tędy przechodziłem, ale to było na początku lata. Do tej pory wszystko mogło się zmienić.

– Jak cię zwą?

– Winicjusz.

– Wiesz, jak się dostać do fortu?

Żołnierz się roześmiał, odgadnąwszy, o co mi chodzi.

– Jasne, przez bramę albo nad umocnieniami. – Niemal prychnął. – Nie próbuj niczego głupiego, przyjacielu. Nie chcę zdechnąć w tym rowie.

Pochwyciłem szyderczy uśmiech Branda, wywołany przez te słowa, a potem spostrzegłem, że patrzy na swojego towarzysza, Ekkeberta. Szare policzki i oczy Batawa były zapadnięte. Jego siły topniały szybko podczas marszu, a świadomość, że wojska rzymskie walczą, nie przyczyniła się w żaden sposób do ich odzyskania.

Brando zapytał go o coś w ich narzeczu. Nie było odpowiedzi. Kiedy Bataw się odwrócił, ujrzałem troskę o przyjaciela wyrytą głęboko w jego ściągniętej twarzy.

Kopaliśmy dalej w milczeniu. W ciszy, pomijając odgłosy metalu wgryzającego się w ziemię i towarzyszące im głośne dyszenie. Późno w nocy obok miejsca, w którym pracowaliśmy, przeszedł Germanin z grubym złotym naszyjnikiem. Bogactwo wyróżniało go jako człowieka o wysokiej pozycji, a jego wizyta okazała się inspekcją naszej pracy. Wyglądało na to, że się spisaliśmy, bo potem zjawili się nasi strażnicy z wyciągniętymi mieczami i zwyczajowymi obelgami. Przez chwilę się obawiałem, że wykopaliśmy sobie groby, i nie miałem ochoty puścić szpadla, mojej ostatniej marnej obrony. Brando wyczuł moje wahanie i rzuciwszy własne narzędzie na ziemię, odezwał się pośpiesznie:

– Nie zmarnują na nas grobów, Feliksie.

Oczywiście miał rację. Upuściłem szpadel. Narzędzia zebrano, a jeńców spędzono do kupy i odprowadzono od fortu. Jak dotąd w naszej niewoli pozostawaliśmy niespętani, samej groźby ohydnych tortur było dość, żeby utrzymać nas w ryzach, ale Arminiusz i jego dowódcy musieli wiedzieć, że widok opierających się Rzymian podniesie nas na duchu, więc tej nocy zostaliśmy mocno związani za ręce, po sześciu mężczyzn jedną liną. Znalazłem się między Mikonem a Brandem, ściśnięty ich ramionami tak mocno, że czułem drżenie cudzych mięśni.

– Zdrętwiały mi ręce – odezwał się Mikon.

Tydzień temu Kikut rzuciłby: „Raczej zdrętwiał ci mózg” albo z jego ust padłaby jakaś inna kąśliwa uwaga. Nie teraz. Weteran znosił niewolę z milczącą obojętnością skazańca. Brakowało nam jego humoru. Żołnierz musi dostrzegać absurdalność w cierpieniu. Jak inaczej mógłby regularnie stawiać mu czoło?

Wobec milczenia Kikuta na mnie spadł obowiązek, żeby spróbować odwrócić uwagę Mikona od bólu rąk i chłodu, który przyprawiał go o szczękanie zębami w ciemności.

– Pochodzisz z Pompejów, co?

– T-t-tak – wyjąkał.

– Nigdy tam nie byłem. Jak tam jest?

– W-w-w porządku.

– Dziewczyny są ładne?

– Niektóre. Tak.

I tak to trwało. Potem, jakoś przed świtem, moje ciało łaskawie się poddało i zapadłem w sen. Kiedy się obudziłem, kończyny w stawach miałem sztywne, gardło wyschnięte, skręcało mnie w pustym żołądku. Czułem każdy przebyty kilometr od chwili, w której się zaciągnąłem do legionów. Każdą ranę, siniak, upadek. Chciałem tylko spać, ale germańskie groźby i ostrza włóczni przekonały mnie do czegoś innego.

Poprowadzili nas w stronę warowni. Wszędzie wokół widziałem plemienne bandy wojenne, z gęstymi brodami i malowanymi tarczami. Wojownicy ruszali się w szarym świcie, ale w ich działaniach nie było znamion pośpiechu ani celowości. Rozpalono ogniska, zarzynano zwierzęta, powietrze zgęstniało od smrodu dymu i bydląt. Jeżeli miał nastąpić kolejny atak na fort, to nie szybko.

Strażnicy zatrzymali nas przy rowach, które wykopaliśmy poprzedniego dnia. Prac ziemnych doglądali teraz germańscy wartownicy, wyglądający na zmęczonych, pozostawieni tutaj na wypadek próby przełamania albo wypadu ze strony żołnierzy garnizonu.

– Niewolnicy, spójrzcie na mnie! – rozkazał Germanin po łacinie. Odwróciłem się w tamtym kierunku i ujrzałem wojownika o klatce piersiowej jak beczka i brodzie w kolorze dojrzałego kasztana. – Będziecie kopać w ten sposób!

Wycelował miecz w stronę warowni, a potem czubkiem ostrza narysował na ziemi zygzakowatą linię. Pojąłem jego intencje. Otrzymawszy cięgi od łuczników ze ścian fortu, Arminiusz wykorzysta te okopy, żeby podkraść się bliżej i skrócić czas, przez jaki jego ludzie będą narażeni na strzały. Ziemia z rowów zostanie usypana od strony warowni, dostarczając dodatkowej osłony przed wzrokiem i strzałami. Podstawowe prace ziemne okazałyby się wysoce skuteczne w zapewnieniu osłony atakującym wojownikom.

Oczywiście najpierw ktoś musiał wykopać transzeje.

 

Wepchnięto nam łopaty do rąk. Groty włóczni opadły na wysokość naszych brzuchów. Wybór mieliśmy prosty: narazić się na ryzyko rzymskiej strzały albo na pewność germańskiej włóczni.

Zaczęliśmy kopać.

Postępy były zadowalające. Nawet ze świadomością, że każdy metr naraża nas bardziej na pociski, czuliśmy nieodparte przyciąganie, wywołane powolnym zbliżaniem się do rzymskiej fortyfikacji. Wiedziałem, że kopanie tego rowu da mi najlepszą okazję do ucieczki, ale – poza zasięgiem łuczników – nasi germańscy strażnicy skradali się nad naszymi głowami na krawędzi rowu i ten pierwszy dzień nie dostarczył żadnej szansy, tylko zaowocował pieczeniem mięśni i wyschniętego gardła. Potem, gdy nadchodził zmierzch, usłyszałem odgłos ciała padającego na ziemię.

To był Ekkebert.

– Feliksie, pomóż mi! – szepnął Brando, zdecydowany postawić na nogach swojego wyczerpanego przyjaciela, zanim strażnicy zauważą bezużytecznego niewolnika.

Powlokłem się w stronę Batawów i chwyciłem Ekkeberta za skrawek tuniki pod pachą.

Zaczęliśmy go podnosić, ale było już za późno.

Na krawędzi rowu pojawiło się natychmiast kilku germańskich wojowników. Spojrzeli na nas z nieskrywaną pogardą.

Brando przemówił do nich. Nie rozumiałem słów, ale były pełne szacunku. Niemal błagalne.

Wrogowie wyśmiali jego nadzieje. Trzech zeskoczyło do rowu obok nas. Trzymałem w dłoniach tunikę Ekkeberta, ale wzrok miałem utkwiony w ostrzach włóczni w górze.

Brando szepnął coś do swojego wyczerpanego przyjaciela, niewątpliwie nakłaniając go, żeby stanął na nogach. Słowa nie odniosły skutku. Wtedy dłoń Germanina chwyciła mnie za bark. Ujrzałem, że inny złapał Branda za włosy. Szarpnęli nas w tył i w tym momencie musieliśmy dokonać wyboru między śmiercią u boku towarzysza a porzuceniem go.

Pozwoliliśmy, żeby nas odciągnięto.

Spojrzałem na Branda. Zamknął oczy. Chwilę później w czaszkę Ekkeberta wbito sztylet.

Tej nocy, gdy leżeliśmy związani razem i ściśnięci, szepnąłem do znajdującego się obok mnie Branda:

– Spróbuję jutro.

– Jestem z tobą – mruknął wielki Bataw. – Nie mogę tego znowu zrobić. Ja… – Jego słowa zgasły z takim samym znużeniem i wysiłkiem, z jakim uleciało życie Ekkeberta. – Potem zapytał mnie: – Dlaczego my, Feliksie?

Nie udzieliłem mu odpowiedzi, bo jej nie znałem. Zamiast tego zmusiłem się, żeby spać i mieć nadzieję.