Oblężenie

Tekst
Z serii: Feliks Corvus #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Ojca


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Żołnierz umierał. Rany i głód go wyczerpywały. Śmierć unosiła się nad nim od chwili, gdy wszedł do lasu, i teraz, za sprawą tysiąca ran i dni udręki, sięgała po swoją ofiarę.

Żołnierz plunął jej w twarz.

Czuł, że depcze mu po piętach – kłapie przy nich zębami. Chwyta go. Czuł na plecach jej zimny oddech. Uciekał przed jej obrzydliwą siłą, ślad każdego kilometra tego wyścigu niósł na swoim odzieniu jak odznaczenie. Każde rozdarcie i każda plama opowiadały historię.

Nie była szczęśliwa.

To, co zostało z jego ubioru, było poszarpane i brudne; naderwany sandał urażał stopę w pęcherzach.

Kiedy żołnierz przedarł się przez gałęzie, ostatnie szwy jego obuwia puściły. Zaklął, gdy stanął bosą stopą na mokrej trawie i się poślizgnął. Czując rozdzierający, grożący przepukliną ból ścięgien poddał się upadkowi. Jego ciało rąbnęło o zbocze i nabrało rozpędu. Mężczyzna skrzywił się, gdy przeszorował plecami po ostrym kamieniu, a potem wpadł do parowu, w którym jego stopy pogrążyły się w stojącej wodzie. Poobijanymi kolanami zamortyzował uderzenie, przysiadł na łydkach, zimna woda sięgnęła mu do pasa i wyparła powietrze z płuc.

Spojrzał w górę zbocza.

Miał wielkie oczy. Był przerażony – naprawdę przerażony – ale nie był to strach zrodzony z tchórzostwa. Przez ostatnie kilka dni jego życie odmierzały godziny i kilometry. Nabranie tchu oznaczało, że do tej pory wygrywał wyścig, ale z powodu rozerwanego sandała i upadku stracił czas.

Splunął i pomodlił się, żeby nie stracił życia.

Rozejrzał się po otoczeniu. Pogoni nie było widać, ale to nic nie znaczyło. Ścigający go ludzie byli konno i to były ich ziemie. Mogli przewidzieć, dokąd ucieknie, i będą tam czekać, żeby z uśmiechami na twarzach powitać go ostrzami włóczni. Może, jeśli będzie miał szczęście, będą zmuszeni zabić go w trakcie pościgu. Jeśli go złapią… Splunął ponownie, żeby pozbyć się z głowy tego obrazu. Nadal miał broń, ale był to krótki sztylet. Nie stanowił obrony przed mieczem, o włóczni jeźdźca nie wspominając, ale wystarczyłby do podcięcia sobie gardła i pozbawienia wroga rozrywki.

Zaczerpnął łyk wody z rowu, żeby ugasić pragnienie.

– Pierdoleni kozojebcy – warknął.

Słowa i wściekłość rozgrzały go. Był wystarczająco inteligentny, żeby się bać, ale też dość zły, żeby stanowić zagrożenie.

– Pierdoleni kozojebcy – wymamrotał ponownie, patrząc ze zniechęceniem na odkryty teren przed sobą.

To było pole uprawne, najwyraźniej opuszczone teraz, gdy prowincja spływała krwią. Próba przekroczenia takiego pola śmierci stanowiła zaproszenie do życia pozagrobowego, ale żołnierz wiedział, co musi zrobić, żeby dotrzeć do smugi dymu, która się wznosiła na horyzoncie.

Będzie musiał się czołgać.

Dzień zmienił się w noc. Noc stała się brzemienna świtem. Godzina za godziną żołnierz pełzł rowami jak szczur. Tereny uprawne stały się szachownicą pól i zagajników. Ukrywanie się stało się łatwiejsze, ale jego wzrok zaczął się rozmazywać z wyczerpania. Napędzała go myśl o lesie trupów.

W pewnym momencie drugiej nocy padł na twarz. Kiedy się obudził za dnia, poczuł smak krwi. Wypadł mu ząb. Wypluł go w trawę, wściekły, że jego ciało się poddaje. Wściekły, bo to była zapowiedź końca.

I wtedy ujrzał dym.

Teraz to nie była smuga, ale wyraźna kolumna, która wznosiła się zza grubych drewnianych ścian. Solidne umocnienia z wieżami strażniczymi po obu stronach otwartej bramy.

Otwarta brama.

Żołnierzowi żołądek podszedł do gardła. Nie!

– Zamknijcie wrota! – usiłował zawołać, ale słowa spłynęły żałośnie z jego ust. Zatoczył się, zaklął, poczołgał się. Palący się w nim ogień zapłonął żywiej. Dotarł tak daleko. Za daleko, żeby zawieść.

Wbił palce w ziemię. W końcu dobył słów.

– Zamknijcie bramę, idioci! – ryknął. – Zamknąć bramę!

Ale było już za późno.

Słyszał tętent kopyt. Czuł go poprzez grunt.

Skurwiele! – krzyknął w myślach. Pierdolone kozojebcze sukinsyny!

W tym momencie żołnierz pojął, że spotka go śmierć. Nie mógł już dłużej przed nią uciekać ani nawet oddalać się od niej, czołgając się, wyciągnął więc sztylet, podniósł się na kolana i po raz pierwszy ujrzał jeźdźców.

Próbował zakląć, ale na ich widok zaschło mu w ustach: szarżująca ściana zbroi i wierzchowców. Fala mordu.

Żołnierz wbił sztylet w ziemię i oddał się śmierci.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Zdawało mi się, że znam strach.

Widziałem go: krzyczących i jęczących mężczyzn, ciała całe, ale umysły strzaskane przez walkę. Wąchałem jego smród: szczyny, gówno i rzygowiny, które towarzyszyły każdej bitwie. Czułem go: mięśnie mi drżały, szarpiąc się jak ryby w sieci. Czułem nawet jego smak: cuchnący kwas, który palił mi gardło, gdy kiszki się skręcały i zbierało mi się na wymioty.

Tak, po latach rozlewu krwi, latach rzezi, o których powiedziano mi, że to żołnierka, sądziłem, że znam strach.

Myliłem się.

To nie sama bitwa sprawiała, że trząsłem się jak osika, a łzy żłobiły sobie ścieżki w brudzie i krwi pokrywających moje zapadnięte policzki.

Chodziło o to, co miało nastąpić.

Stałem na polu trupów, dywan utkany ze zwłok tak gęsto, że człowiek mógł stąpać po nich jak dzieci przechodzące po kamieniach przez strumień. Przyglądałem się, jak te ciała były rąbane na kawałki przez germańskie ostrza, a potem żerowały na nich kruki, które nie były winne posłuszeństwa nikomu prócz bogów.

Było nas kilkuset. Żałosne kilka setek na wpół zagłodzonych i unurzanych we krwi stworzeń. Jedyni ocalali z rzymskich sił ekspedycyjnych, które wkroczyły do Germanii w sile trzech legionów tylko po to, żeby zostać rozerwane na strzępy w nieskończonym, mściwym lesie. Po okrutnym naporze wiatru i deszczu nastąpiły mordercze huragany germańskiego żelaza i widziałem, jak na tych ostrzach umierają moi towarzysze. Obok mnie stał tylko Kikut z prawie odciętym, zwisającym prawym uchem.

Tak, zdawało mi się, że wiem, co to strach, ale żadnej potyczki ani bitwy nie dało się porównać z przerażeniem, które teraz przepełniało mój umysł, bo już nie śmierci się obawiałem.

Tylko życia.

Życia jeńca.

Życia niewolnika.

– Musimy uciec – szepnąłem do Kikuta.

Mój towarzysz odpowiedział pustym spojrzeniem.

Nie wywalczyłem sobie drogi przez wojnę w Panonii i zdradę Arminiusza w lesie, żeby żyć i umrzeć jako niewolnik.

– Musimy uciec – powtórzyłem.

– Masz rację – usłyszałem za sobą.

Łacińskie słowa z obcym akcentem. Odwróciłem się i ujrzałem Batawa z wojsk pomocniczych, żołnierza lekkiej piechoty zwerbowanego do wojska w jednej z prowincji podległych Rzymowi.

Mężczyzna był wysoki, krępy, miał kilkudniowy jasny zarost pokrywający mu policzki i zachodzący na szyję. Batawowie byli takimi samymi Germanami jak ci, którzy nas pilnowali, ale zagorzałymi zwolennikami Rzymu. W tej bitwie stanęli po stronie przegranych.

Spojrzenie żywych niebieskich oczu mężczyzny było niemal szalone. Zwrócił się do mnie:

– Musimy działać szybko, póki jeszcze mamy siły.

Żołnierz, który nie potrafił uznać porażki pomimo otaczających go okrutnych dowodów.

Nie odpowiedziałem, tylko popatrzyłem w stronę kręgu wojowników przyglądających się nam takim wzrokiem jak wilki spętanej kozie. Rozległy się krzyki udręki kilku rzymskich oficerów, którzy nie umarli jeszcze w trakcie tortur. Każdy wrzask kwitowały drwiny Germanów.

– Nie – odpowiedziałem nieznajomemu. – Spójrz na nich. Są podnieceni, pełni energii. A popatrz na nas. – Stanowiliśmy ich przeciwieństwo, pokonani i umierający na stojąco. – Musimy zaczekać na odpowiedni moment. Odzyskać siły. Zabierają nas jako niewolników, a niewolnicy są użyteczni tylko wtedy, gdy mogą pracować. W końcu będą musieli nas nakarmić.

Bataw prychnął sfrustrowany, ale każdy rozumiał, że działanie w naszym obecnym stanie zaowocowałoby jedynie pewną i powolną śmiercią.

– A do tego czasu?

Nie odpowiedziałem mu, bo nie potrzebował wyjaśnień. Chciał tylko być słyszany. Pozostawać w ofensywie, przynajmniej werbalnie, podczas gdy inni poddali się losowi. Wiedział równie dobrze jak ja, że tłum jeńców będzie rzedł z godziny na godzinę, w miarę jak ludzie będą umierali z powodu ran, wyczerpania, głodu i pragnienia. To było pole walki, a nie targ niewolników. Popędzą nas stąd i wielu padnie w drodze.

Bataw znowu się odezwał, wyrywając mnie z ponurych myśli:

– Coś się dzieje.

Rozległy się warkotliwe rozkazy. W szeregach germańskiej armii zapanował ruch.

– Przygotowują się do wymarszu – przetłumaczył mój nowy towarzysz.

– Jak się nazywasz? – zapytałem go, świadom, że chcąc przeżyć, będę musiał być przewidujący.

 

– Brando. – Wskazał gestem dwóch Batawów, którzy siedzieli w milczeniu na ziemi. – To Folcher i Ekkebert. Jesteśmy z tej samej kohorty.

– Feliks. To jest Kikut. Jedna drużyna.

Nie musiałem mu wyjaśniać, co się stało z resztą naszych towarzyszy. Rufus zniknął z obozu, po czym znaleziono go powieszonego na drzewie, z wnętrznościami piętrzącymi się pod kołyszącymi się stopami. Kurczak, zaprawiony w bojach weteran, zginął, atakując ostatnią zaporę wroga. Młody Gnejusz wykrwawił się na moich oczach, gdy bezradny stałem nad nim, a krew wypływała z bulgotem z jego rozpłatanego gardła. Pavo, mój centurion, zniknął pod dudniącymi kopytami wierzchowca wroga. Po Pyzie i Mikonie nie było śladu. Tytus, dowódca naszej ośmioosobowej drużyny, wtopił się w las, kiedy armia została rozbita i cała nadzieja przepadła.

– Chłopaki. – Brando chwycił za ramiona swoich towarzyszy. – Wstawajcie.

Niebawem zobaczyłem to, co dostrzegł wyższy ode mnie mężczyzna: germańscy wojownicy grasowali żarłocznie na skraju tłumu jeńców, który poruszał się jak ławica makreli niepokojonych przez rekiny. Pojmując zamiar wrogów, przyciągnąłem Kikuta bliżej siebie. Po chwili usłyszałem znajomy odgłos topora wbijającego się w ciało.

Brando się skrzywił.

– Ciężko ranni.

Ze strony jeńców nie rozległy się żadne głosy protestu. Wszyscy wiedzieli, że otwarcie ust oznacza śmierć, i nadzieja sznurowała im wargi. Nadzieja, że przeżyją, żeby uciec z niewoli i wrócić do domu.

– Przynajmniej szybko jest po sprawie – zauważył Brando, a ja potwierdziłem skinieniem głowy.

Konanie naszych dowódców było rozciągnięte na godziny i skończyło się tylko dlatego, jak sądziłem, że Arminiusz chciał, żeby armia opuściła pole bitwy, a on mógł spożytkować swoje wielkie zwycięstwo.

Arminiusz. Człowiek, którego uważałem za godnego podziwu rzymskiego dowódcę, żeby później się przekonać, że to zdrajca, który starannie zaplanował unicestwienie legionów gubernatora Warusa, a tym samym także śmierć moich przyjaciół.

– Uśmiechasz się? – usłyszałem głos Germanina. Twarz miał obojętną.

– Owszem – przyznałem, przyłapując się na tym.

– Dlaczego?

Próbowałem wzruszyć ramionami, ale zamiast tego nagle zacząłem płakać. Płakałem nadal, kiedy nasi germańscy pogromcy odarli nas ze zbroi, po czym zostaliśmy stłoczeni w jedną ludzką masę i powlekliśmy się na północ, oddalając się od dywanu trupów.

– Wszyscy nie żyją – jęknął w końcu Kikut u mojego boku.

To nie była odpowiednia mowa pogrzebowa za naszych przyjaciół, ale w tej chwili tylko to mogliśmy im ofiarować.

Zaczęło się nasze życie jako niewolników.

2

Ludzkie ciało i umysł zostały stworzone, żeby przetrwać. Zastanawiam się często dlaczego. Jeśli, jak się nam mówi, stworzyli nas bogowie, to musieli być nikczemnymi draniami, skoro pozwalają nam się zmagać z takim cierpieniem. Odporność jest przekleństwem, a nadzieja odurza. Połączone tworzą eliksir, który trzyma nas na nogach i pozwala zwlec się z pola walki. To była ta sama trucizna, która poniosła mnie z dala od przeszłości, co do której miałem nadzieję, że już ją zapomniałem, żeby się przekonać, że Arminiusz ją odkrył i objawił mi, że jestem Corvusem.

Corvus. Bohaterski żołnierz, który porzucił ósmy legion, żeby stawić opór cesarstwu. To powstanie niemal upadło i teraz nie byłem już rebeliantem, tylko zwykłym zdrajcą. Słowo kłuło mnie boleśnie jak grot włóczni w brzuchu, ale dlaczego? Co zdradziłem?

Pieprzyć Rzym. Nie obchodziło mnie miejsce, w którym nigdy nie postawiłem nogi. Nie był mi domem bardziej niż Arminiuszowy las. I pieprzyć cesarza. Jego rzekoma boskość nie była niczym więcej jak politycznym manewrem senatorów, którzy ssali jego tryskający darami cycek. Pieprzyć także legiony. Ich kampanie oraz „oświecenie”, jakie przyniosły na nowe pogranicza. Pieprzyć to wszystko.

Ale moi towarzysze? Przyjaciele?

Dla nich także byłem zdrajcą. Wcześniej próbowałem zapomnieć, ale niewybaczalne czyny szły za mną przez kontynent. Wiedziałem teraz, że ta niewola stanowi moją karę. To była kara za porzucenie Vara, Priscusa i Oktawiusza. To była zemsta za Marcusa.

Marcus…

Zdławiłem wznoszącą się falę mdłości. W rozpaczliwej sytuacji, w jakiej się znajdowałem, potrzebowałem każdej kropli płynu, żeby przeżyć.

– Kikut – syknąłem. – Kikut. – Musiałem chwycić go za ramię i uszczypnąć, zanim częściowo obrócił się w moją stronę i mnie zauważył. – Nie zostawię cię – powiedziałem nagle.

Nie odpowiedział.

– Nie zostawię cię. Nie powtórzę tego, co zrobiłem wcześniej. Nie z tobą – obiecałem.

Na ułamek sekundy pod powierzchnią mignęło coś przypominającego starego Kikuta. Skurcz mięśni wokół oczu. Walka o powrót do jego bezlitosnych żartów.

Ale potem przepadło.

– Jakie to ma znaczenie? – zapytał. – Jesteśmy trupami.

– Nie – zaprzeczyłem, próbując przekonać samego siebie. – Przeżyliśmy w lesie. Zamierzam nas ocalić, obiecuję, Kikucie.

Spojrzał na mnie jak na dziecko.

– Oszczędzaj siły, Feliksie.

– Nazywam się Corvus.

– Dla mnie Feliks. Wszyscy, którzy mogliby znać cię pod innym imieniem, pewnie nie żyją. Póki do nich nie dołączymy, możesz nieco dłużej zachować swoje tajemnice. Albo nie. – Zbył mnie wzruszeniem ramion. – Niczego to dla ciebie nie zmieni.

Przyjrzałem się otoczeniu. Las przeszedł w zagajniki i pola – otwarta przestrzeń poszukiwana przez Warusa i legiony w celu rozwinięcia formacji bojowych. Armia zginęła kilka kilometrów od ocalenia, a teraz jej resztki, kilkuset ludzi, gnano ku temu, co mogło być jedynie targami niewolników i krótkim życiem w cierpieniu.

Tego dnia marsz trwał zaledwie kilka godzin. Wrześniowe słońce zachodziło z naszej prawej flanki, gdy szliśmy na południe w głąb germańskiej krainy. Zmierzch zapadł w postaci agresywnej różowości, odpowiadającej nasiąkniętej krwią ziemi, którą zostawiliśmy za sobą. Jenieckie szeregi były milczące, ale nasi strażnicy hałaśliwi, wznosili rykiem śpiewy, w których mogłem się jedynie domyślać pieśni zwycięstwa. Trzej Batawowie obok mnie rozumieli słowa; z każdym zaśpiewem twarz Branda wykrzywiała coraz większa wściekłość. Było mało prawdopodobne, żeby ten człowiek przeżył długo w niewoli, okazując tak jawną pogardę swoim nowym panom.

Nie padł rozkaz zatrzymania się. Germanie po prostu przestali nas poganiać. Widząc, że wojownicy zaczynają rozpalać ogniska, legioniści rzymscy i żołnierze pomocniczy zwalili się na ziemię. Wielu momentalnie usnęło. Chciałem pójść w ich ślady, ale sen, podobnie jak śmierć, nie był zainteresowany wzięciem mnie w swoje objęcia.

Kikuta dręczyły własne myśli. Leżał obok mnie, głos miał cichy, ochrypły z pragnienia.

– Nie pogrzebaliśmy ich, Feliksie.

– Nie – przyznałem.

– Nie pogrzebaliśmy ich.

Wiedziałem, o co mu chodzi. Kikut wyobrażał sobie, jak naszych towarzyszy rozdziobują kruki. Rozszarpują wilki i lisy. Zasługiwali na coś lepszego, ale nie otrzymają tego z rąk naszych wrogów. To była wojna. Jeśli nie chodziło o zapobieżenie zarazie, rzymska armia także nie rozciągała uprzejmości grzebania zwłok na swoje ofiary.

– Oddamy im cześć, kiedy wrócimy nad Ren – dodałem otuchy przyjacielowi, mając nadzieję, że słowa nie zdradzą moich prawdziwych uczuć. – Możemy im poświęcić świątynię.

– Ren? – Kikut prychnął żałośnie. – Nigdy więcej nie ujrzymy tamtych fortów, Feliksie. Nigdy więcej nie postawimy nogi na terenie cesarstwa. Prowadzą nas na południe. Zmierzamy do ich miast i na targi niewolników.

Jednak Kikut się mylił, bo kiedy następnego ranka zostaliśmy poderwani na pokryte pęcherzami nogi, pomaszerowaliśmy na zachód.

Na zachód i w stronę terenów rzymskich.

3

W drugim dniu zniewolenia nadzieja płonęła we mnie jasno. Głos w głowie zaczął mi szeptać, że niewola będzie krótkotrwała. Że Arminiusz dąży do porozumienia z Rzymem i że my, jeńcy, zostaniemy oddani cesarstwu w geście dobrej woli.

Walczyłem z tym głosem, ale z każdym kilometrem przebytym w kierunku zachodnim robił się donośniejszy i ośmieliłem się marzyć o pożywieniu, ogniskach i posłaniu.

Byłem głupcem.

Dowodem mojej głupoty był mały rzymski fort płonący gwałtownie nad rzeką Lippe, nad którą przypuszczalnie został wzniesiony jako element łańcucha zaopatrzeniowego armii. Z wnętrza, zza niskiej palisady dobiegały krzyki. Wydawali je ludzie, którzy wcześniej poszukali tam schronienia, a teraz byli pożerani przez płomienie. Przed ścianą ognia piętrzyły się zwłoki tych, którzy próbowali walczyć.

Warus, przekonany przez Arminiusza, że prowincja jest spokojna tak długo, jak długo jest obsadzona wojskowymi garnizonami, wysłał oddziały ze swoich legionów oraz kohort wojsk pomocniczych, żeby obsadzić szereg warowni wzdłuż rzeki. Ich zadaniem było zaopatrywanie armii gubernatora podczas ekspedycji karnych przeciwko plemionom germańskim, ale Arminiusz ponownie wykorzystał swój związek z Warusem, żeby namówić go do porzucenia trasy zaopatrzeniowej i skierowania legionów na północ, w głąb lasów.

Teraz wyglądało na to, że Arminiusz wypleniał resztki obecności rzymskiej na wschód od Renu.

– Arminiusz się nie zatrzyma. – Brando pokręcił głową, jego granitowa szczęka drżała. Trzej Batawowie trzymali się w marszu obok mnie, chociaż milczeli aż do teraz. Ich oddział też został zdziesiątkowany podczas walki w lesie, więc Brando zaznał dość perfidii Arminiusza, żeby się domyślić jego zamiarów. – Nie zamierza skłonić Rzymu do zajęcia miejsca przy stole – ciągnął. – Chce go ujrzeć na kolanach.

Nie odpowiedziałem.

– Garnizon prawie nie stawił oporu. – Brando splunął, patrząc na pole świadczące o nierównej walce. – Nie zorientowali się, co ich czeka.

Dowodem jego słów były trupy. Wszystkie w rzymskim odzieniu, żadnych Germanów wśród poległych. Za nimi otwarta na oścież brama małego fortu buchająca płomieniami.

– Zaskoczyli ich – zaryzykowałem domysł. – Jeśli nie dotarł tutaj nikt ocalały z rzezi, nie mogli wiedzieć, co się stało w lesie.

Brando chrząknął, przyznając mi rację.

– Według Rzymu Arminiusz i jego ludzie są nadal naszymi sprzymierzeńcami. Przypuszczalnie po prostu wjechali przez otwartą bramę.

– Ile jest fortów nad Lippe?

– Czy to ważne? W żadnym nie wiedzą, co nadciąga. Załatwi je jeden po drugim i uderzy na główne bastiony legionów nad Renem.

Wyglądało na to, że Brando ma rację, gdyż następnego dnia, po marszu wzdłuż rzeki, dotarliśmy do kolejnej małej warowni. Garnizon został rozbity, ale fort stał nietknięty, z wrotami rozwartymi zapraszająco i szeroko, niczym nogi obozowej kurwy. Dwaj martwi żołnierze pomocniczy leżeli na stratowanej ziemi obok bramy, podczas gdy kilkudziesięciu innych zagoniono i przyłączono do naszej rosnącej gromady niewolników. Tych ostatnich pojmanych popędzały ku nam wrzaski ich byłego dowódcy – sześciu germańskich wojowników znajdowało wielką radość w skórowaniu go żywcem. Patrzyliśmy na tę nową torturę otępiałym wzrokiem.

Padły wrzaskliwe germańskie rozkazy. Poparły je ostrza włóczni.

– Chcą, żebyśmy rozebrali fort – przetłumaczył Brando. – Potrzebują dobrego drewna.

Pognano nas w stronę palisady. Wojownicy byli na tyle sprytni, żeby nie dać swoim jeńcom narzędzi do rąk, i wzięli na siebie zadanie przecinania lin i wyciągania gwoździ. Potem my, jeńcy o mięśniach obolałych i wyczerpanych, dźwignęliśmy belki na zgięte grzbiety i ruszyliśmy w stronę mostu nad rzeką.

To było miejsce, które bardzo dobrze pamiętałem.

Obejrzałem się szybko, żeby zerknąć na idącego za mną Kikuta. Byliśmy już tutaj. Zbudowaliśmy ten most, a ja przelałem krew na jego deskach, kiedy Germanie zastawili pułapkę na naszą grupę roboczą.

Kiedy myślałem o tym doniosłym letnim dniu, umysł zaczął płatać mi figle. Słyszałem szczękanie mieczy. Czułem opór czaszki Germanina, kiedy wbiłem mu ostrze w mózg, a potem wodę dławiącą mi płuca, gdy Tytus wrzucił mnie do rzeki. Moja nostalgia była tak silna, że przez moment wyobraziłem sobie Mikona niosącego z wysiłkiem belkę po moście.

– Feliks? – zagadnął mnie, czując na sobie mój wzrok. – Kikut?

To nie było złudzenie.

– Mikon – zdołałem powiedzieć, obejmując chłopaka spojrzeniem i zwalczając pragnienie rzucenia swojego brzemienia i wzięcia żołnierza w ramiona. – Nie rzucaj kłody! – ostrzegłem go, obawiając się, że mógłby pomyśleć to samo i ściągnąć na siebie wściekłość strażników.

 

Przyjrzałem mu się uważnie. Był zmaltretowany i zakrwawiony jak my wszyscy, kończyny miał wychudłe, ale na twarzy zachował ten sam idiotyczny uśmiech zmieszania, który obnosił od chwili, gdy go ujrzałem polerującego zbroję przed namiotem naszej drużyny.

– Porozmawiamy później – obiecałem mu. – Znajdę cię.

Dotrzymanie słowa nie było wcale łatwe. Ciemność zapadła, zanim pozwolono nam ułożyć belki w stosy na brzegu rzeki i zlec na noc. Brzemię wydawało się cięższe z każdą godziną, a z barku płynął do biodra nieustający strumień ognia. Ludzie jęczeli bądź się modlili, żeby pokonać ból; widziałem legionistę, który klęczał i błagał o litość, zanim wbito mu ostrze między szczękające zęby. Widziałem innych mężczyzn padających na ziemię bez przytomności albo po prostu dlatego, że przestało im zależeć na życiu. Nie winiłem ich, że się poddają. Częściowo im zazdrościłem, ale bardziej bałem się tajemnicy śmierci niż pewności bólu. Przekonałem się, że życie jest brutalne i obojętne. Dlaczego miałbym się spodziewać, że to pośmiertne będzie choć trochę lepsze?

– Mikon? – wołałem cicho, idąc między żołnierzami leżącymi nieruchomo tam, gdzie padli na ziemię. – Mikon?

– Feliksie?

W blasku księżyca dostrzegłem jego twarz, niewinną na przekór temu wszystkiemu, co przecierpiał. Sprawiało to wrażenie, jakby rzeczywistość nie dotarła jeszcze do młodego żołnierza. W tamtym momencie chciałem, żeby nigdy do tego nie doszło. Niech pozostanie nieświadomy. To było błogosławieństwo.

– Chodź za mną. Zaprowadzę cię do Kikuta. Zaopiekujemy się tobą.

Poszedł za mną. Przechodziłem ostrożnie ponad obolałymi kończynami leżących, wykorzystując położenie germańskich ognisk, żeby znaleźć drogę powrotną do miejsca, w którym zostawiłem towarzysza. Mikon nie był taki zwinny, deptał po rękach i nogach, zostawiając za sobą chór znużonych przekleństw. Być może to zwróciło uwagę Germanów.

Usłyszałem ostre słowo, które ktoś warknął w naszym kierunku. Po sile nakazu uznałem, że oznacza „Stać!”. Zatrzymaliśmy się. Obejrzawszy się przez ramię, zobaczyłem zbliżającą się grupę Germanów. Kilku z nich zaczęło podnosić śpiących Rzymian. Światło pochodni odbijało się od ostrzy mieczy, gdy wrogowie popychali grupę jeńców w stronę swoich ognisk; wojownicy rozmawiali ze sobą z ożywieniem.

– Co oni robią? – zapytał mnie Mikon, gdy brutalne dłonie chwyciły nas za barki i pchnęły w ślad za pozostałymi. – Feliksie? Co oni robią?

Nie odpowiedziałem, gdyż z podnieconych śmiechów wyłowiłem jedno łacińskie słowo. Znane w całym cesarstwie i poza jego granicami.

Jego dźwięk zmroził mi krew w żyłach.

Gladiator.