Krwawy las

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Na początku lata miasteczko Minden było zasiedlone przez kilkuset członków plemienia Cherusków, ludu germańskiego, który złożył hołd lenny szlachetnej rodzinie Arminiusza. Podobnie jak to czynił podczas poprzednich dwóch sezonów kampanii wojennych, gubernator germańskich prowincji Rzymu, imieniem Warus, wyprowadził trzy ze swoich pięciu legionów poza otoczone kamiennymi murami forty nad Renem i przemaszerował z nimi przez podległe terytoria, żeby wywrzeć wrażenie zarówno na germańskich wrogach, jak i sojusznikach. Za radą Arminiusza gubernator wybrał Minden na miejsce tegorocznego obozu letniego, zamieniając je w tymczasowe namiotowe miasto dla dwudziestu tysięcy żołnierzy.

Kiedy wojsko rzymskie rozłożyło się obozem u jego bram, Minden było małym siedliskiem. Było takim i teraz, tyle że o nieproporcjonalnie wysokim odsetku prostytutek na głowę. Niektóre były miejscowe, chętne skorzystać z okazji do zarobku, która spadła z nieba i leżała teraz na nich, wciskając się między ich nogi. Inne przywędrowały za wojskiem z jego baz zimowych nad Renem, będąc świtą orłów w takim samym stopniu jak żołnierze w szeregach. Nie były same; towarzyszyli im muzykanci, magicy, złodzieje i nieformalne rodziny żołnierzy – legionistom nie wolno było się żenić, ale dowódcy przymykali oko na ten proceder dopóty, dopóki związki nie przyprawiały ich o ból głowy.

W celu zaspokojenia dosłownego pragnienia żołnierzy co drugą chałupę w Minden zamieniono na gospodę, a w pozostałych domach zamknięto niewinne młode kobiety.

Wszystko to powiedział mi Pavo, mój nowy centurion. Był młody jak na swój stopień, co znaczyło, że albo był nadzwyczaj zdolny, albo znakomicie ustosunkowany. Nosił się z pewnością siebie stosowną do szarży i atrakcyjnego wyglądu, ale jego pogardliwy wzrok zdradzał człowieka zżeranego przez gorycz.

Nasza wędrówka przez obóz Germanów zaczęła się w milczeniu po tym, gdy Pavo przejął opiekę nade mną jak nad zbłąkanym psem, gestykulując gwałtownie i chrząkając. Szedłem u jego boku, grając rolę zagubionego, ale zauważyłem nieznaczne ruchy szyi, kiedy centurion przyglądał się swojemu nowemu podopiecznemu. Intrygowałem go, w związku z czym, kiedy zbliżyliśmy się do miasteczka Minden oraz głównego obozowiska armii, przypochlebił mi się opowieścią o osadzie i tegorocznej letniej kampanii.

Nie było takowej, głosił przytyk na jej temat. Gubernator Warus przyprowadził trzy legiony z zachodniego brzegu Renu, traktując to jako pokaz siły, który miał utrzymać w ryzach wojownicze plemiona germańskie, ale zamiast przejść te ziemie wzdłuż i wszerz, zadowolił się rozbiciem namiotów i utrzymywaniem dworu w Minden, odbierając daniny od lokalnych plemion i przymykając oko na niepojawienie się innych. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że wśród Germanów byli tacy, którzy robili coś więcej, niż tylko ignorowali obecność Rzymian.

– Co teraz, panie? – zagadnąłem centuriona.

– Mówiłeś coś? – spytał, najwyraźniej błądząc gdzieś myślami.

Skinąłem z szacunkiem głową i powtórzyłem pytanie.

– Teraz? – burknął. – Teraz pakujemy manatki i maszerujemy z powrotem nad Ren. Cały cholerny rok bez żadnych łupów.

Łupy. Zatem to była jego słabość. Pavo był chciwy lub zadłużony, a najprawdopodobniej jedno i drugie. Czy to było źródło władzy Arminiusza nad nim?

Teraz, kiedy otworzyłem w końcu gębę, Pavo uśmiechnął się szeroko, żeby mnie ośmielić.

– Słyszałem o zagajniku i o tych ludziach, którzy zostali złożeni w ofierze – zwrócił się do mnie, udając współczucie.

Nie zdziwiłem się. Żołnierze plotkują jak przekupki na targu i ta opowieść obiegła już niewątpliwie całą armię.

– Teraz, kiedy wracasz sam, to wywoła pytania. – Urwał i położył przyjacielskim gestem dłoń na moim ramieniu. – Nie musisz się tym w ogóle martwić, rozumiesz? Masz problem, przychodzisz z nim do mnie.

Skinąłem z wdzięcznością głową i zrównałem z nim krok. Ten człowiek uważał najwyraźniej, że coś łączy mnie z Arminiuszem. Sam się zastanawiałem nad powodem zainteresowania księcia, ale mogłem je uznać jedynie za igraszkę umysłu łaskawego dowódcy.

Wkroczyliśmy do obozu przez otwartą drewnianą bramę ze strażnikami stojącymi na jej zwieńczeniu. Od bramy biegły w obie strony ziemne umocnienia z ostrokołami. Darń na wałach się zrosła, wskazując, że obóz zamierzony jako tymczasowy trwał w tym miejscu od miesięcy.

Od bramy począwszy, obozowisko rozpościerało się zgodnie ze znajomym planem obowiązującym we wszystkich obozach rzymskich. Przez jego środek biegła szeroka droga kołowa, prowadząca od bramy północnej do południowej. W centrum wznosiły się budynki kwatery głównej, gdzie przypuszczalnie rezydował gubernator. Żołnierze byli ulokowani w namiotach w taki sam sposób, w jaki byli podzieleni na oddziały w walce: legiony na kohorty, kohorty na centurie, a centurie na drużyny. Była to logika rzymska oraz dyscyplina legionowa w najlepszym wydaniu. Nigdy wcześniej nie postawiłem nogi w tym obozie, ale kiedy skręcaliśmy w równe, wyznaczone przez namioty dróżki, wiedziałem dokładnie, dokąd zmierzamy – do siedziby kwestora.

On sam stał za długim drewnianym blatem porysowanym przez rynsztunek tysięcy żołnierzy. Mężczyzna ten, o skórze bladej i pokrytej znamionami, zbudowany był na podobieństwo bloku marmuru. Życie nauczyło mnie, że brzydcy z urodzenia mają skrajne charaktery – okazują jowialność albo złość.

– Czego, kurwa, chcesz, Pavo?

Kwestor miał skłonność do tego drugiego usposobienia.

– Wyekwipuj go – polecił mu centurion, wskazując mnie kciukiem.

– Nie powiedziano mi, że przybywa ktoś nowy – burknęła bryła. – Kto to? – zapytał, jakbym nie stał zaledwie metr od niego.

– Jeden z moich. Wydaj mu rynsztunek, a resztę możemy załatwić później.

– Hm. Magazyny służą magazynowaniu – powiedział otyły kwestor, co było niewątpliwie jego dewizą życiową, niemniej zaczął sięgać po ekwipunek za kontuarem swojego składu.

– Wrócił Tytus? – zapytał go Pavo, gdy przed tamtym zaczął rosnąć stos rynsztunku.

– Dzisiaj rano. Jeśli spotkasz go wcześniej niż ja, to każ mu przyjść tutaj. Dzieją się różne rzeczy, niebawem może dojść do bitwy, a jeśli Tytus zginie, nie podzieliwszy się ze mną, to wypierdolę w oko jego gnijące ścierwo.

Pavo zignorował uwagę o profanacji zwłok, żeby podjąć pierwszy wątek poruszony przez kwestora.

– Jaka bitwa? Gubernator pakuje manatki. Wracamy do fortów nad Renem.

– Pakował się, ale sytuacja się zmienia. Ginie mnóstwo ludzi, i to w paskudny sposób. Wczoraj została wycięta w pień grupa budowniczych, którzy sprawdzali stan mostu. I jakaś paskudna sprawa w lasach. Dzicy kozojebcy spalili ich żywcem, gnoje. Muszę odprawić rytuały pogrzebowe, jakbym nie miał nic innego do roboty.

Próbowałem nie przełykać śliny, ale nie musiałem się martwić. Kwestor zapomniał o mojej obecności, a słowa kierował wyłącznie do Pava. Ten zaś musiał poskromić przemożną chęć spojrzenia na mnie.

– To jednak nie znaczy, że będzie wojna. Warus to leniwy sukinsyn.

– On tak, ale Germanin nie.

– Jaki Germanin?

– Arminiusz.

Pavo zachował kamienną twarz, ale czułem, że ciekawość bije od niego jak fala gorąca. Miałem jedynie nadzieję, że moje zainteresowanie nie jest równie widoczne.

– Rzymskie imię?

– Taa. – Kwestor skinął głową, przesuwając po blacie zardzewiałą kolczugę. – Przybył do Rzymu jako zakładnik swojego ojca i wuja, wodzów plemiennych. Przybrał nowe imię, a potem otrzymał stopień w konnicy. Cholernie dobry żołnierz, z tego, co słyszę, w każdym razie Warusowi się wydaje, że z tej germańskiej dupy świeci słońce, a Germaninowi udało się dogadać z innymi plemionami.

– Kto tak twierdzi?

– Plotki. – Wielki facet wzruszył ramionami. – Jeśli to bzdury, to powtarzane jednak przez wiele ust. – Przyjrzał się uważnie stosowi rynsztunku przed sobą i raczył w końcu zauważyć moją obecność. – Podpisz tutaj.

Podsunął mi rejestr, a ja przebiegłem szybko wzrokiem spis: ciężki oszczep, krótki miecz, sztylet, hełm, skórzana torba, pleciona torba, drewniane nosidło w kształcie krzyża, wszystko złożone w lekko wklęsłej tarczy. Na liście widniała cena każdego przedmiotu, którego koszt miał zostawać potrącony z mojego żołdu. Nie ma sprawy. Nie zamierzałem zostawać tutaj tak długo.

Postawiłem krzyżyk obok każdej pozycji, udając, że jestem niepiśmienny. Lepiej nie ujawniać nigdy zbyt wiele, zwłaszcza przed przełożonymi. Niech myślą, że jesteś ciemnym wieśniakiem, a będą rozmawiać w twojej obecności tak swobodnie, jakbyś był mułem.

Pavo pożegnał się burknięciem, a ja podniosłem z kontuaru tarczę wraz z jej zawartością. Brzemię sprawiło, że momentalnie rozbolały mnie barki i ramiona, gdyż rynsztunek musiał ważyć ze czterdzieści kilo, ale nie mogłem sobie pozwolić na zwracanie na siebie uwagi swoją słabością.

– Powiedz temu bękartowi Tytusowi, żeby przyszedł się ze mną zobaczyć! – dobiegł nas głos kwestora.

Do namiotów centurii było na szczęście blisko, jednak grzbiet bolał mnie tak bardzo, jakbym został stratowany przez konia.

Pavo dowodził drugą centurią trzeciej kohorty, której kwatery wyznaczały proporce na końcach linii namiotów. Same namioty były obszerne, wykonane z woskowanych skór kozich, które spłowiały od słońca. Na centurię przypadało ich dwanaście, z których dziesięć dawało schronienie drużynom złożonym z ośmiu ludzi, a dwa pozostałe należały do Pava i optia, jego zastępcy.

Centurion zaprowadził mnie do namiotu leżącego najdalej od jego własnego. Na zewnątrz przebywali dwaj żołnierze czyszczący zbroje, ledwie starsi od chłopców. Gdy Pavo podszedł, zerwali się i stanęli sztywno na baczność; centurion ich zignorował. Milczał od rozmowy z kwestorem, najwyraźniej rozmyślając nad uwagą, że może dojść do wojny.

 

– Tam – powiedział mi i odszedł.

Składając na ziemi swoje brzemię, czułem na sobie wzrok chłopców. Lata temu byłem w podobnej sytuacji i w bolesny sposób nauczyłem się, że nie jest dobrze wejść do namiotu, zataczając się z wyczerpania i będąc obolałym. Starałem się więc odzyskać oddech i poruszałem ramionami, czując na sobie cały czas spojrzenia młodych legionistów.

Musiało być dla nich oczywiste, że jestem nowym żołnierzem, tak jak oni, ale mój wiek i wygląd kazały się im nad tym zastanowić. Nie było niczym niezwykłym, że starsi mężczyźni byli werbowani do legionów, zwłaszcza siłą w chwili potrzeby, ale swoim pojawieniem się wyniosłem ich z samego dołu hierarchii wojskowej i teraz próbowali ustalić, czy w związku z tym są zobowiązani dać mi taki sam wycisk, jaki oni wycierpieli po przybyciu. Z pewnością myśleli o tym, a jeden posunął się nawet do otwarcia ust, ale dość było spojrzenia moich znużonych oczu, żeby je zamknął. Wiedziałem, że w namiocie będzie inaczej.

Podniosłem rynsztunek i wszedłem do środka.

4

Wnętrze namiotu było jasno rozświetlone, gdyż cienka skóra przepuszczała słoneczny blask późnego lata, co oszczędziło mi konieczności przystanięcia w wejściu, żeby przyzwyczaić wzrok.

W środku spodziewałem się zastać pięciu ludzi, zważywszy na to, że drużyna składa się z ośmiu żołnierzy, a dwóch było na zewnątrz, ale zobaczyłem tylko czterech.

Dwaj leżeli na brzuchu na swoich posłaniach, jeden z nich chrapał cicho, a dwaj pozostali grali w kości; kupka monet była niewielka, niskie stawki przyjaciół, którzy zabijają czas. Wszyscy czterej byli weteranami, co było jasne, skoro młodzi czyścili na zewnątrz ich zbroje; świadczyły też o tym srebrne tabliczki wszyte w ich pasy legionowe.

Z początku zdawali się mnie nie zauważać, zakładając przypuszczalnie, że ruch przy klapie namiotu ma związek z dwoma nowicjuszami. Potem, kiedy nie nastąpił żaden hałas ani poruszenie, które by oznaczało czyjeś wyjście, zaczęli obracać głowy w moją stronę.

Stałem z rynsztunkiem w mdlejących ramionach i patrzyłem żołnierzom w oczy. Wytrzymałem ich spojrzenie przez kilka sekund, wyczuwając wrogie zaciekawienie, a potem zerwałem kontakt wzrokowy i rozejrzałem się po wnętrzu w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłbym złożyć moje brzemię. Znalazłem je w przeciwległym kącie, co oznaczało konieczność przejścia obok weteranów. Uczyniłem to, nie zważając na nich i czując na sobie ich spojrzenia. W każdej chwili spodziewałem się napaści, fizycznej bądź słownej, ale nic się nie stało. To mogło oznaczać tylko jedno – ich przywódca był nieobecny.

Złożyłem rynsztunek w rogu namiotu tak delikatnie, jakbym kładł dziecko. Z wielką dbałością rozpostarłem na klepisku koc, a potem, z wysiłkiem, zmusiłem się do zamknięcia oczu i przybrania pozoru niezmąconej pogody.

Pomimo opuszczonych powiek czułem na sobie ponury wzrok, ale nie usłyszałem złego słowa. Byłem rozczarowany. Chciałem to mieć za sobą.

Czekałem kilka godzin, udając, że śpię. Było to wyczerpujące, ciało miałem napięte, spodziewając się nieuchronnego. W tym czasie słyszałem wyjście i powrót trzech mężczyzn, podczas gdy czwarty chrapał błogo w przeciwległym rogu. Z zewnątrz, gdzie chłopcy czyścili zbroje, dobiegał odgłos szczotkowania metalu; do namiotu wnikał mdły zapach używanego przez nich popiołu drzewnego.

To cień zdradził pojawienie się dowódcy. Zauważyłem, że światło nade mną mrocznieje, i miałem nadzieję, że słońce przesłoniła chmura, a nie sylwetka, która zdradzała olbrzymiego faceta. Sądząc z jego głosu, jakby żelaza przeciąganego po żwirze, nie miałem się rozczarować.

– Ktoś ty, kurwa?

Raczyłem otworzyć oczy i zmusiłem się do przybrania obojętnego wyrazu twarzy. Nie było łatwo.

Głową szorował o dach namiotu, bary miał szerokie niczym centuria w formacji bojowej. Zauważyłem ze zdziwieniem, że ta góra mięsa była obdarzona przystojną twarzą, chociaż teraz skrzywioną z niesmaku. Na oliwkowej cerze wokół jego jasnych oczu dostrzegłem kurze łapki i domyśliłem się, że jest weteranem z legionów pustynnych. Jak się tutaj znalazł, wśród lasów i rzek?

Wyrzuciłem z głowy to absurdalne pytanie. Musiałem się skupić na przeżyciu spotkania z nim, a nie na przebiegu jego służby.

– Ktoś ty, kurwa? – powtórzył, zbliżając się o krok.

Widziałem, że ma u boku towarzyszy, gotowych przejąć inicjatywę przywódcy. Dwaj młodzi przyglądali się od wejścia, kontynuując swoje szkolenie wojskowe. Oprócz mnie leżał tylko jeden facet – żołnierz, który wcześniej spał, a teraz podnosił się na łokciach, z uśmiechem rozbawienia na zaciśniętych ustach.

Uznałem, że czas działać.

Wstałem wolno, nie dając im powodu do przesadnej reakcji. Nowicjusze niewątpliwie powiadomili wielkoluda, że centurion odprowadził mnie osobiście do namiotu, i to niezwykłe zdarzenie stanowiło jedyny powód, dla którego moja twarz nie została jeszcze wdeptana w ziemię.

– Jesteś w moim namiocie, ćwoku. – Głos był głuchym grzmotem na horyzoncie. – Odpowiadaj, kurwa.

Zrobiłem to, ale nie w sposób, jakiego oczekiwał.

Rąbnąłem go czubkiem głowy w usta – nie mogłem sięgnąć nosa – i poczułem, że na skutek uderzenia pęka mu warga. Jednocześnie chwyciłem żelazny hełm, zamierzając rąbnąć go nim w skroń – gdybym zdołał dokonać miażdżącego ataku na ich przywódcę, pozostali być może by się wycofali – ale olbrzym był szybszy i bardziej zaprawiony w walce, niż się spodziewałem, i mój hełm pokonał zaledwie połowę łuku, kiedy tamten doszedł do siebie i zadał mi potężny cios sierpowy.

Zrobiłem częściowy unik w lewo, ale nawet nieczystego uderzenia było dość, żeby zakręciło mi się w głowie; z ust wystrzelił strumień krwi i spróchniały ząb.

Mój hełm zakończył ruch po łuku, ale zamachowi zabrakło energii, a trafienie było niecelne; metal rąbnął wielkoluda nieszkodliwie w bark, a potem tamten zabrał się do mnie.

Padliśmy na ziemię, a jego towarzysze, których rozpaliła odnaleziona odwaga, zanurkowali za nami. Na klepisku rozpętała się chaotyczna walka na ciosy, kopnięcia, uderzenia łokciami i ugryzienia. Trudno było powiedzieć, kto kogo trafia, przypadkowy cios łokciem ze strony przyjaciela był równie bolesny jak ten zamierzony, ale przyjąłem dość z tych, które były przeznaczone dla mnie. Udało mi się zacisnąć zęby na czyimś uchu, ale zanim zdołałem je odgryźć, poczułem, że coś trafia mnie w oczodół, po czym zapadłem się w czarną pustkę.

Krótko byłem nieprzytomny, bo kiedy się ocknąłem, słyszałem nadal dyszenie mężczyzn, z którymi się biłem. Trwała ta cudowna chwila, kiedy moje ciało było tak poturbowane, że nie odczuwałem jeszcze bólu, zaciskałem więc powieki i rozkoszowałem się miedzianym smakiem krwi spływającej mi po zębach do gardła. Olbrzym najwyraźniej zauważył krew i nie chciał, żebym umarł.

– Obróćcie drania na brzuch, zanim się udławi.

Poczułem chwyt szorstkich dłoni, które mnie odwróciły. Nos miałem wciśnięty w pył; cieszyłem się w duchu, że jakimś cudem wyszedłem z walki bez złamań.

Usłyszałem, że ktoś odsuwa klapę namiotu; zrobiło się jaśniej. Wraz z tym rozległ się znajomy głos. Centurion Pavo.

– Co żeś mu, kurwa, zrobił, Tytusie?

Tytus. Zatem wielkolud był żołnierzem, którym tak bardzo interesował się kwestor.

– Mogę wyjaśnić. – Tytus wzruszył ramionami.

– Słucham.

– Zaatakował mnie. Chłopaki to widziały.

Na to usłyszałem chór potwierdzeń.

– Umarł? – zapytał Pavo.

– Nie – odparł Tytus tonem zdradzającym lekkie rozczarowanie.

– Nie zapomniał zatem, jak się walczy – zadumał się na głos Pavo. Potem odezwał się głośniej, zwracając się do wszystkich lokatorów namiotu: – Słuchajcie, należy do waszej drużyny, więc lepiej to załatwcie. Tytusie, do mojego namiotu. Reszta niech go doprowadzi do porządku.

Pavo wyszedł, a wielkolud za nim. Pozostali weterani przenieśli mnie na mój koc, podczas gdy ja mamrotałem coś niezbornie, nie do końca udając. Byłem nieźle potłuczony po bijatyce, przed oczami wirowały mi barwne plamy. Z radością straciłbym ponownie przytomność, ale teraz pojawił się ból w postaci parzącej kolumny ognia maszerującej wzdłuż mojego ciała.

Nie opuścił mnie przez następne dwa dni, podczas których budziłem się i zapadałem w sen, z którego wyrywały mnie ostre szpile cierpienia przeszywające mi głowę; oko wydawało się za duże dla oczodołu. W tym czasie słyszałem głosy rozmawiających mężczyzn, moich „towarzyszy broni”, dla których byłem częstym tematem dyskusji.

– Jest szalony. Jest zabijaką. Jest przeklęty.

Dowiedzieli się zatem, jak i gdzie zostałem znaleziony. To mogło zadziałać na moją korzyść. Jeśli byli przesądni, mogli zostawić w spokoju mnie i moją przeszłość.

Drugiego dnia nie mogłem już dłużej leżeć w namiocie z zamkniętymi oczami. Czułem, że z jednego oka płynie ropa, co się potwierdziło, kiedy weteran – prawdziwie szpetny drań z ospowatą gębą i obwisłą skórą szyi – zaczął ją wycierać w kącikach. Sądząc z szorstkości jego ruchów, był to raczej obowiązek niż akt miłosierdzia.

– Straci oko? – usłyszałem pytanie Tytusa, a żołądek zawiązał mi się na supeł.

Żołnierz wzruszył ramionami, co mi nic nie powiedziało.

– Byłoby dobrze, gdyby tak się stało – ciągnął dowódca drużyny. – Jednooki nie może służyć w oddziale bojowym. Pavo musiałby go przesunąć do taborów czy coś.

– Jeśli je straci, to trudno – odparł brzydal tonem, który wskazywał, że nie przyczyni się do mojej ślepoty.

Podczas kilku dni leżenia dowiedziałem się sporo o drużynie.

Tytus, dowódca, był nieobecny przez większość czasu. Reszta zdawała się zwykle nie wiedzieć, dokąd wybywa, tyle że wracał z pieniędzmi, którymi spłacał towarzyszy za pełnienie jego obowiązków w obozie. Pavo wzywał go często do swojego namiotu, nikt jednak nie znał charakteru ich rozmów. Przypuszczalnie były one jednak związane z owymi pieniędzmi.

W miarę jak moje oko się goiło, mogłem przypisać twarze do imion i głosów, które poznałem wcześniej. Kiedy się leży całymi dniami na plecach i szuka zapomnienia o bólu, można się dużo dowiedzieć o ludziach.

Czterej stronnicy i przyjaciele Tytusa byli weteranami, legionowymi wygami, wiarusami. Najbardziej wygadany z tej kliki był Kikut, dwudziestokilkuletni żołnierz, który, jak większość kpiarzy, był w istocie ponurym pesymistą. Zeszłego lata stracił w potyczce z germańskimi wojownikami dwa palce, a sądząc z tego, jak o tym mówił, był przykuty do łóżka także z powodu innych obrażeń.

Rufus był Galem, rudobrodym Celtem, który utrzymywał na obrzeżach obozu nieoficjalną rodzinę. Był milczącym facetem, z czego wnioskowałem, że nieszczęśliwym. Był także duplikariuszem, co oznaczało, że otrzymywał podwójny żołd. Żeby być beneficjentem takiej nagrody, musiał dokonać jakiegoś bohaterskiego czynu.

Jeden z młodszych weteranów był fanatycznym miłośnikiem legionów i bóstw rzymskich. Podczas jednego z jego kazań na temat oświecenia, jakie Rzym przynosi ludom barbarzyńskim, pragnąłem, żeby moje uszy szwankowały w równym stopniu co oczy. W przeszłości słyszałem te bzdury bardzo często i wiedziałem, do czego prowadzą. Z powodu bladej cery i owalnej twarzy fanatyk nazywany był Pyzą.

Weteran, który wycierał mi ropę z oka, nazywany był przez swoich towarzyszy Kurczakiem ze względu na wynędzniałe oblicze i obwisłe podgardle. Do końca dwudziestoletniego okresu zaciągu pozostało mu osiem miesięcy, w związku z czym był zwolniony z większości obowiązków. Przemierzył wiele kilometrów, miał za sobą wiele walk i Pavo zdawał się nie mieć nic przeciwko temu, żeby Kurczak przetrwał pozostałe mu dni służby we względnej wygodzie namiotu.

Dwaj młodzi żołnierze nazywali się Mikon i Gnejusz, ale nie widziałem ich prawie ani nie słyszałem, gdyż w zasadzie byli niewolnikami drużyny, obarczonymi obowiązkami sprzątania, gotowania oraz wykonywania wszelkich nieprzyjemnych prac, jakie się nadarzyły. Jak zawsze w wypadku kotów trudno było ocenić ich prawdziwą naturę, gdyż chłopcy żyli w strachu zmuszającym ich do milczenia i posłuszeństwa wobec weteranów, których postrzegali jako półbogów.

Ostatni członek drużyny nie był nim z formalnego punktu widzenia, ale miał wyższy status od pozostałych. Był to Lupus, szary kociak znajdujący się pod szczególną opieką Kurczaka. Podczas regularnych drzemek weterana Lupus zwijał się w kłębek obok niego albo w żelaznym hełmie brzydala. Wieczorami Kurczak karmił kota okrawkami mięsa, za które płacił z własnej kieszeni.

 

– Kiedy odejdę z wojska, wrócę do Italii – powiedział, wycierając mi oko. – A Lupus pojedzie ze mną. Będzie miał całą farmę, żeby się po niej włóczyć, co nie, Lupus? – Kurczak rozpromienił się w uśmiechu, nawiązując do przyznawanych kończącym służbę żołnierzom połaci ziemi, często jałowych obszarów na obrzeżach cesarstwa. – Pomyśl o wszystkich tych myszach! – żartował żołnierz. – Tylko pomyśl o wszystkich tych myszach!

Trzeciego dnia zdołałem w końcu podnieść się na łokciach, nadal czując ból, ale ustępujący. Opuchlizna wokół oka osiągnęła swoje maksimum i chociaż było ono nadal zamknięte przez nabrzmiałą tkankę, to ropa sączyła się mniej intensywnie.

Weterani grali w kości, kiedy wszedł Tytus. Obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem, po czym skierował wzrok na swoich wiarusów, a jego szczera twarz zdradzała sprzeczne uczucia: podniecenia i niepokoju.

– O cholera – mruknął Kurczak, odczytując znaki.

– O co chodzi? – zapytał Kikut, po czym jęknął, kiedy usłyszał odpowiedź.

– Wojna – powiedział im wprost Tytus, nadal niepewny, jak sam powinien zareagować na tę wiadomość. – Będzie wojna.