Idealna matkaTekst

Autor:Aimee Molloy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

MAJOWE MAMY

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: The Perfect Mother

Redakcja: Anna Brzezińska

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia na okładce: © Mario Lalich / The Image Bank / Getty Images

Zdjęcie autorki: © Nina Subin

Korekta: Dorota Ring

Copyright © 2018 by Aimee Molloy. All rights reserved.

Copyright for the Polish translation © by Berenika Janczarska 2018

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788380158047


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Marka

Trzy ślepe myszki, trzy ślepe myszki,

Zobacz, jak biegają, zobacz, jak biegają!

MAJOWE MAMY

Mama: Francie Givens

Partner: Lowell

Imię dziecka: Will

Zawód: Pełnoetatowa mama (i początkująca fotograf!)

Miasto rodzinne: Estherville, Tennessee

Powitanie: Mój mąż i ja jesteśmy nowi w Nowym Jorku, więc nie mogę się doczekać, aż poznam inne mamusie! Lowell jest architektem; oboje długo czekaliśmy na maleństwo. Nie mogę się doczekać naszego pierwszego spotkania!

Mama: Nell Mackey

Partner: Sebastian

Imię dziecka: Beatrice

Zawód: Szefowa działu technologicznego w Simon French Corporation

Miasto rodzinne: Bristol, Rhode Island

Powitanie: Witajcie mamusie (i biedni tatusiowie, wciągnięci do tej grupy). Jestem Nell. Przybyłam z Londynu, jestem technologicznym nerdem, wracam do pracy za kilka tygodni. Mam nadzieję, że spotkam tu podobnie myślących rodziców, koleżeńskich i z poczuciem humoru.

Mama: Winnie Ross

Partner: Nie dotyczy

Imię dziecka: Midas

Zawód: Dyrektor fundacji rodzinnej

Miasto rodzinne: Nowy Jork

Powitanie: Czekam z niecierpliwością na zostanie członkiem tej grupy.

Mama: Colette Yates

Partner: Charlie

Imię dziecka: Poppy

Zawód: Ghostwriter

Miasto rodzinne: Boulder, Colorado

Powitanie: Ja i mój partner jesteśmy pisarzami; będziemy mieć córkę. Będziemy nazywać ją Poppy, przezwiskiem, które nadaliśmy jej w 12 tygodniu. Mam nadzieję na domowy poród bez komplikacji, w połowie maja.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

DZIEŃ MATKI, 14 MAJA

Joshua.

Budzę się, rozpalona gorączką.

Deszcz bębni o świetlik, błądzę dłońmi po prześcieradle, aż przypominam sobie, że jestem sama. Zamykam oczy i zasypiam, ale znowu się budzę, owładnięta głębokim, przeszywającym bólem. Od kiedy odszedł, co rano budzę się chora, ale teraz to coś innego.

Coś tu nie pasuje.

Nie daję rady iść i padam plackiem na podłogę pokrytą piaskiem i kurzem. Doczołguję się do salonu, gdzie jest telefon, ale nie wiem, do kogo zadzwonić. Tylko z nim chcę rozmawiać. Muszę mu powiedzieć, co się dzieje, usłyszeć od niego, że wszystko będzie dobrze. Muszę mu przypomnieć, tylko ten jeden raz, jak bardzo go kocham.

Ale nie odbierze. Albo jeszcze gorzej, wysyczy do słuchawki, że nie zamierza tego dłużej znosić, że jeśli jeszcze raz zadzwonię, to…

Ból ściska mi lędźwie tak mocno, że tracę oddech. Czekam, aż minie, na moment ulgi, ale nie nadchodzi. O niczym podobnym nie pisali w książkach, o niczym takim nie mówił lekarz. Przekonywał, że ból będzie narastał stopniowo. Że będę wiedziała, co robić. Że będę panować nad sytuacją. Że posiedzę sobie na specjalnie w tym celu zakupionej piłce gimnastycznej. Zostanę w domu najdłużej, jak się da, by uniknąć medycznej aparatury, leków, wszystkich tych rzeczy, które serwują w szpitalu, chcąc doprowadzić do porodu, zanim twoje ciało jest gotowe.

Moje nie jest. To dopiero dwa tygodnie przed terminem i nie jestem gotowa.

Skupiam się na telefonie. Nie wybieram jego numeru, tylko jej, Albany, wykolczykowanej położnej, którą widziałam dwa razy w życiu.

„Odbieram poród i nie mogę teraz rozmawiać. Proszę…”.

Doczołguję się z laptopem do łazienki, siadam na zimnych kafelkach, kładę na szyi wilgotną myjkę, a na krągłym wzgórku, pod którym kryje się mój syn, stawiam urządzenie. Otwieram pocztę i piszę do nich wiadomość, do Majowych Mam.

Zastanawiam się, czy to normalne. Gdy to piszę, drżą mi ręce. Ból jest przeszywający. To dzieje się zbyt szybko.

Nie odpowiedzą. Wyszły na kolację, zjeść coś ostrego, co przyspieszy poród, kradną mężom łyk piwa, ciesząc się spokojnym wieczorem we dwoje, doznaniem, z którym doświadczone matki radziły nam pożegnać się na zawsze.

Rozlega się sygnał przychodzącej wiadomości. Kochana Francie. Zaczęło się! – pisze. Licz skurcze i każ mężowi masować ci krzyż.

Jak idzie? – pisze Nell. Mija dwadzieścia minut. Wciąż boli?

Ból wszedł w bok. Ledwo daję radę pisać. Tak.

Robi mi się ciemno przed oczami, a gdy znowu jestem w stanie widzieć – dziesięć minut później, godzinę, nie mam pojęcia, ile mija czasu – czuję tępy pulsujący ból od guza na czole. Czołgam się z powrotem do salonu. Słyszę, jakby gdzieś wyło zwierzę, i dopiero po chwili dociera do mnie, że to ja wydaję te dźwięki. Joshua.

Udaje mi się dowlec do kanapy, opieram się na poduszkach. Dotykam się dłonią między nogami. Krew.

 

Zarzucam na nocną koszulę cienką kurtkę przeciwdeszczową. Cudem schodzę po schodach. Dlaczego nie spakowałam torby? Majowe Mamy tyle razy pisały, co spakować, a moja torba wciąż stoi pusta w szafie. Bez iPoda z relaksującą muzyką, bez wody kokosowej, bez olejku miętowego na mdłości. Bez wydruku planu porodu. Stoję w mdłym świetle latarni, trzymając się za brzuch, aż nadjeżdża taksówka. Gramolę się na lepkie tylne siedzenie, starając się nie zwracać uwagi na zaniepokojoną minę kierowcy.

Zapomniałam wziąć ubranko dla dziecka, kupione specjalnie na wyjście ze szpitala.

W klinice ktoś kieruje mnie na szóste piętro, a tam każą mi czekać w izbie przyjęć.

– Proszę – mówię w końcu do kobiety siedzącej za biurkiem. – Mam dreszcze i kręci mi się w głowie. Czy mogłaby pani zadzwonić do mojej pani doktor?

Nie ma jej dzisiaj na dyżurze. Jest inna lekarka z przychodni, nieznana mi. Siadam na zielonym plastikowym krześle, cała struchlała ze strachu, a spomiędzy nóg wycieka mi płyn cuchnący jak ziemia, jak błoto na naszym podwórku, które przekopywałyśmy z mamą w poszukiwaniu glist, gdy miałam sześć lat.

Wchodzę na korytarz, mobilizuję wszystkie siły, by trzymać się prosto, przed oczami mam jego twarz, jego minę, gdy powiedziałam mu o ciąży. Był wściekły, krzyczał, że go wrobiłam. Kazał mi pozbyć się dziecka. „Wszystko zrujnuje – mówił. – Moje małżeństwo. Reputację. Nie możesz mi tego zrobić”.

„Nie pozwolę ci”.

Nie powiedziałam mu, że widziałam już zielone światełko migające w rytm bicia serca, że słyszałam wibrujący stukot tętna rozchodzący się z głośników na suficie. Nie powiedziałam, że to dziecko to największe pragnienie mojego życia.

Czyjaś krzepka dłoń podnosi mnie z podłogi. Grace. Tak ma napisane na plakietce. Grace prowadzi mnie do pokoju, obejmuje rękoma w talii i mówi, żebym położyła się na łóżku. Opieram się. Nie chcę się kłaść. Chcę wiedzieć, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Chcę, żeby ból zelżał.

– Chciałabym prosić o znieczulenie zewnątrzoponowe – mówię.

– Przykro mi – odpowiada Grace. – Za późno.

Chwytam ją za ręce, szorstkie od zbyt częstego mycia płynem dezynfekującym i szpitalną wodą.

– Nie, błagam. Jak to za późno?

– Na znieczulenie.

Wydaje mi się, że słyszę kroki na korytarzu spieszące w stronę mojej sali. Wydaje mi się, że słyszę, jak woła moje imię.

Poddaję się i kładę. To on. Joshua woła mnie w ciemności. Jest lekarka. Mówi do mnie, owijają mi czymś ramię, igła sunie gładko pod skórę w zgięciu łokcia, jak ostrza łyżew po lodzie. Pytają, kto ze mną przyszedł, gdzie jest mój mąż. Pokój zaczyna wirować i znowu czuję ten zapach. Płynu, który się ze mnie wylewa. Zapach ziemi i błota. Kości mi pękają. Cała płonę. To na pewno nie przebiega tak, jak powinno.

Czuję, jakby mnie miażdżono. Czuję, jakbym płonęła. Czuję, jak moje ciało, moje dziecko rozpada się na pół.

Zamykam oczy.

Prę.

ROZDZIAŁ 1

CZTERNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ

DO: Majowe Mamy

OD: Twoi znajomi z The Village

DATA: 4 lipca

TEMAT: Porada na dziś

TWÓJ MALUCH: 14 MIESIĘCY

Z okazji Dnia Niepodległości mamy dla Was poradę o autonomii. Czy zauważyłaś, ze Twój dotąd nieustraszony mały mężczyzna nagle zaczyna się wszystkiego bać, gdy tylko znikniesz z zasięgu jego wzroku? Słodka psina sąsiada jest teraz przerażającym drapieżnikiem. Cień na suficie bezrękim upiorem. To normalne, że Twój maluch zaczyna wyczuwać zagrożenia w otaczającym go świecie. Twoim zadaniem jest pomóc mu zapanować nad tymi lękami, przekonać go, że jest bezpieczny nawet wtedy, gdy Cię nie widzi, że mama zawsze będzie go chronić, choćby walił się świat.

Jak ten czas szybko płynie.

Czy nie to zawsze powtarzają ludzie? Nieznajomi kładący nam dłonie na brzuchu, przekonujący, że powinnyśmy hołubić każdą chwilę. Że to wszystko minie w mgnieniu oka. Jak, zanim się zorientujemy, dzieci będą chodziły, mówiły, odejdą od nas.

Upłynęło czterysta jedenaście dni i czas wcale nie pędził jak szalony. Zastanawiałam się, co by powiedział doktor H. Czasami zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jestem w jego gabinecie, wizyta dobiega końca, kolejny pacjent niecierpliwie stuka stopą o podłogę poczekalni. Ma pani skłonność do brania wszystkiego pod lupę, powiedziałby. Ale, co ciekawe, nigdy pozytywnych aspektów życia. Przyjrzyjmy się im.

Pozytywne aspekty życia.

Twarz mojej mamy, to, jak łagodnie czasami wygląda, gdy jesteśmy tylko we dwie, jeżdżąc samochodem i załatwiając sprawy, w drodze nad jezioro.

Światło o poranku. Dotyk deszczu.

Te leniwe popołudnia w parku na ławce – dziecko robiło mi w brzuchu salta, spuchnięte stopy, wyglądające jak poobijane brzoskwinie, wylewały mi się z sandałów. Zanim zaczęły się wszystkie problemy, gdy Midas nie był jeszcze „Małym Midasem”, sprawą najwyższej wagi i tematem numer jeden dla wszystkich, gdy był zwykłym noworodkiem z Brooklynu, jednym z miliona, niczym się niewyróżniającym spośród tuzina innych dzieci, z jasno malującą się przyszłością i dziwacznymi imionami, śpiących w kręgu na spotkaniu Majowych Mam.

„Majowe Mamy”. „Klub mamusiek”. Nigdy nie lubiłam tego określenia. „Mamuśka”. Jest takie manieryczne, takie upolitycznione. Nie byłyśmy mamuśkami. Byłyśmy matkami. Ludźmi. Kobietami, które akurat w tym samym czasie przechodziły owulację, a potem w tym samym miesiącu urodziły dziecko. Obce kobiety, które postanowiły – dla dobra swoich dzieci, dla własnego zdrowia psychicznego – zostać przyjaciółkami.

Zarejestrowałyśmy się na stronie The Village – „Ulubiony portal brooklyńskich rodzicówTM” – najpierw przez całe miesiące poznawałyśmy się poprzez mejle, a dopiero potem spotkałyśmy, na długo przed przyjściem na świat naszych dzieci. Analizowałyśmy każdy szczegół nowej sytuacji życiowej z drobiazgowością, której nie znieśliby nasi dotychczasowi przyjaciele. Rozwodziłyśmy się nad tym, jak dowiedziałyśmy się o ciąży. Nad pomysłowymi sposobami zakomunikowania tej informacji naszym matkom. Przerzucałyśmy się pomysłami na imiona dla dzieci i obawami o przeponę miedniczną. To Francie zaproponowała, żebyśmy spotkały się osobiście, pierwszego dnia wiosny, więc pięknego marcowego poranka wszystkie dotaszczyłyśmy nasze trzeciosemestralne do parku. Usiadłyśmy w cieniu i napawając się zapachem świeżo przebudzonej trawy, cieszyłyśmy się swoją obecnością, tym, że w końcu możemy przypasować twarze do imion.

Kontynuowałyśmy spotkania. Zapisałyśmy się razem do szkoły rodzenia, na ten sam kurs pierwszej pomocy, na zajęciach jogi razem wyginałyśmy kręgosłup w pozycji kot-krowa. Potem, w maju, zaczęły przychodzić na świat dzieci, wprost na najgorętsze lato w historii Brooklynu.

„Brawo! Spisałaś się na medal!”, odpowiadałyśmy na wiadomość o narodzinach dziecka, gruchając jak zaprawione babcie nad załączonym zdjęciem noworodka opatulonego niebiesko-różowym szpitalnym kocykiem.

„Co za polisie!”.

„Witaj na świecie, maleństwo!”.

Niektóre z nas bały się przez długie tygodnie wyjść z domu, a inne nie mogły się doczekać spotkania i pokazania sobie dzieci. (Byłyśmy jeszcze tak onieśmielone tym wszystkim, że nie odnosiłyśmy się do nich po imieniu – Midas, Will, Poppy, ale po prostu „dziecko”). Wolne od konieczności chodzenia do pracy przez najbliższych kilka miesięcy, może także od trosk o karierę, spotykałyśmy się dwa razy w tygodniu, zawsze w parku, najczęściej pod wierzbą, obok boiska do bejsbolu (o ile któraś z nas przyszła na tyle wcześnie, by zająć to oblegane miejsce). Skład grupy bardzo się zmienił. Dołączyły nowe mamy, a te, do których twarzy się przyzwyczaiłam, odeszły – sceptyczki, doświadczone matki, które nie mogły znieść zbiorowej histerii, te, które przeniosły się na ekskluzywne przedmieścia Maplewood czy Westchester. Zawsze jednak mogłam liczyć na trzy regularne bywalczynie.

Przede wszystkim na Francie. Jeśli nasz klub miał jakąś cheerleaderkę, kogoś, kogo można by ubrać w piórka, by z okrzykiem poprowadził naszą drużynę ku macierzyństwu, to była nią właśnie ona. Nieustannie dążąca do ideału Panna Przymilna, napuchła nadzieją i kalorycznymi południowymi węglowodanami.

Potem Colette, pupilka wszystkich, zaufana przyjaciółka. Jedna z tych pięknych kobiet z kasztanowymi włosami jak z reklamy szamponu, z nabytym w rodzinnym Kolorado naturalnym sposobem bycia, orędowniczka domowych porodów – kobiecość w postaci doskonałej, przyprószona cukrem pudrem.

I wreszcie Nell: Brytyjka, chłodna, wystrzegająca się poradników i eksperckich zaleceń. Pani Zaufajcie-Swojemu-Instynktowi. Pani No-jak-Boga-kocham-nie-powinnam. (No jak Boga kocham nie powinnam jeść tej czekoladowej muffinki. Tych chipsów. Pić trzeciego dżinu z tonikiem). Pod jej niewybredną powierzchownością skrywało się jednak coś jeszcze, coś, co zauważyłam już pierwszego dnia: Nell, podobnie jak ja, miała swój sekret.

Nigdy nie zamierzałam być zaprzysiężonym członkiem klubu, ale jak tylko dałam radę, taszczyłam swój ciążowy brzuch, a potem pchałam wózek przez wzgórze do parku. Siadałam na kocu, wózek parkowałam obok innych w trójkątnej łacie cienia pod wierzbą i powoli zapadłam w stan odrętwienia, słuchając ich pomysłów na rodzicielstwo, na to, jak należy robić to czy tamto. Karmienie wyłącznie piersią. Rozpoznawanie preferencji dziecka co do „usypiaczy”. Noszenie dziecka w chuście, gdzie tylko się da, jakby było ekskluzywnym ciuchem upolowanym w Bloomingdale. Nic dziwnego, że w końcu je znienawidziłam. Kto byłby w stanie słuchać tych wszystkich peror wygłaszanych tonem nieznoszącym sprzeciwu? Tych osądów?

A co, jeśli nie nadążasz z tym wszystkim? Co, jeśli nie karmisz piersią? Jeśli na przykład prawie straciłaś mleko, niezależnie od tego, ile chińskich ziółek wypijasz i ile godzin siedzisz w nocy z laktatorem? Co, jeśli jesteś doszczętnie wyczerpana i nie masz już czasu ani pieniędzy, by wypróbować kolejne „usypiacze”? Co, jeśli zwyczajnie nie masz siły przygotowywać przekąski na spotkanie?

Colette przyniosła muffinki. Za każdym razem przynosiła dwadzieścia cztery minimuffinki z drogiej cukierni, którą niedawno otwarto w miejscu dawnego tapas baru. Rozpakowywała pudełko i rozdawała je, sięgając nad niemowlakami. „Winnie, Nell, Scarlett, częstujcie się – mówiła. – Smakują nieziemsko”.

Oczywiście mnóstwo matek grzecznie odmówiło, informując, ile jeszcze kilogramów zostało im do zgubienia, po czym wyjęło swoje marchewki i pokrojone na cząstki jabłka, ale nie ja. Mój brzuch był tak samo płaski i jędrny jak przed ciążą. Powinnam podziękować za to mamie. Dobre geny – zawsze to słyszałam. Ludzie mówili, że jestem wysoka i smukła, że mam niemal symetryczną twarz. Nie wspominali jednak o drugiej puli genów, które odziedziczyłam. O tych, których nie przekazała mi moja będąca uosobieniem harmonii matka, tylko mój wybitnie niezrównoważony emocjonalnie ojciec.

Geny Joshui nie są lepsze. Rozmawiałam z nim o tym czasami, pytając, czy się martwi swoim genetycznym obciążeniem, które da się przełamać tylko ciężką pracą. Schedą po swoim szalonym ojcu, genialnym lekarzu alkoholiku, ciepłym i czarującym dla pacjentów, brutalnym dla domowników.

Ponieważ jednak Joshua nie lubił, gdy mówiłam o jego ojcu, nauczyłam się na jego temat milczeć. Oczywiście o niczym z tego – ani o moich genach, ani o Joshui, ani o jego ojcu – nie wspominałam Majowym Mamom. Nie mówiłam im, jak wszystko jest trudne bez Joshui. Jak bardzo go kocham. Że oddałabym wszystko – absolutnie wszystko – by znowu z nim być. Choćby przez jedną noc.

Nie mogłam im tego powiedzieć. Nikomu nie mogłam tego powiedzieć. Nawet doktorowi H, wybitnemu psychiatrze, który zamknął swój gabinet właśnie w chwili, gdy najbardziej potrzebowałam jego pomocy, przenosząc się z żoną i trójką dzieci na Zachodnie Wybrzeże. Byłam sama jak palec, więc owszem, na początku przychodziłam na ich spotkania, w nadziei, że odnajdę z nimi wspólny język, że połączy nas coś w naszym wspólnym doświadczeniu macierzyństwa, co rzuci promyk światła na mrok tych pierwszych kilku miesięcy, które są ponoć najtrudniejsze. „Będzie łatwiej”, piszą eksperci. „Czas goi rany”.

No cóż, wcale nie zrobiło się łatwiej. Obwiniano mnie o to, co stało się tamtej nocy. Czwartego lipca. Ale nie ma dnia, bym nie przypominała sobie, jaka jest prawda.

To nie moja wina. Tylko ich.

To przez nie Midas zaginął, a ja straciłam wszystko. Nawet teraz, rok później, gdy siedzę sama w więziennej celi, obmacując twardą postrzępioną bliznę na brzuchu, myślę, jak inaczej wszystko by się potoczyło, gdyby nie one.

 

Gdybym się nie zapisała do tej grupy. Gdyby umówiły się na inny dzień albo w innym barze, albo wybrały inną opiekunkę niż Almę. Gdyby nie zdarzył się incydent z telefonem.

Gdyby słowa, które wypowiedziała tego dnia Nell – z głową odchyloną ku niebu, z twarzą oblaną słońcem – nie okazały tak prorocze: „W upał taki jak ten po ludziach chodzą nieszczęścia”.

ROZDZIAŁ 2

ROK WCZEŚNIEJ

DO: Majowe Mamy

OD: Znajomi z The Village

DATA: 30 czerwca

TEMAT: Porada na dziś

TWOJE MALEŃSTWO: 47 DNI

Większość Was przez ostatnie sześć tygodni zdążyła opanować karmienie piersią do perfekcji, ale dla tych, które nadal zmagają się z trudnościami, mamy słowa otuchy: nie poddawajcie się! Mleko matki jest najlepszym, co możecie dać swojemu dziecku. Jeśli napotykacie jakieś komplikacje, uważajcie na to, co jecie. Nabiał, gluten i kofeina mogą zmniejszyć waszą podaż. A jeśli odczuwacie dyskomfort albo ból, rozważcie wizytę u konsultantki laktacyjnej, która pomoże wam przezwyciężyć problemy. Mogą to być najlepiej wydane pieniądze w życiu.

– Co to ma niby znaczyć, że w upał taki jak ten po ludziach chodzą nieszczęścia? – pyta Francie z zatroskaną miną i szopą kręconych włosów opadających na szyję.

Nell odgania muchę gazetą, którą przed chwilą się wachlowała.

– Jest trzydzieści jeden stopni – mówi. – W Brooklynie. W czerwcu. O dziesiątej rano.

– No i?

– Może w Teksasie to normalne…

– Jestem z Tennessee.

– …ale nie tutaj.

Gorący wiatr podwiewa skraj kocyka, który ląduje na twarzy syna Francie.

– Nie powinnaś mówić takich rzeczy – wzdycha Francie, biorąc dziecko na ręce. – Jestem przesądna.

Nell odkłada gazetę i otwiera torbę z pieluchami.

– Sebastian tak mówi. Dorastał na Haiti. Tamtejsi ludzie są bardziej wyczuleni na sygnały, które wysyła nam planeta, niż my.

Francie unosi brwi.

– Ale ty przecież jesteś Brytyjką.

– Wszystko tam w porządku? – Colette woła do Scarlett, która stoi w cieniu przy wózkach ze śpiącymi dziećmi.

Scarlett zawiązuje rogi kocyka z cienkiej bawełny na rączce swojego wózka i wraca do nas.

– Wydawało mi się, że się obudził – mówi, siadając obok Francie i wyjmując z torby buteleczkę z dezynfekującym płynem do rąk. – Mieliśmy ciężką noc, więc błagam, niech nikt do niego nie podchodzi. Co przegapiłam?

– Wygląda na to, że zbliża się koniec świata – odpowiada Francie, zlizując czekoladę z precla, jedyny słodki grzech, na jaki sobie pozwala.

– Nie zdziwiłabym się – wzdycha Nell. – Ale mam antidotum.

Podnosi wysoko butelkę wina, którą wyjęła z torby z pieluchami.

– Przyniosłaś wino? – Colette się uśmiecha, związując włosy w koczek i patrząc, jak Nell odkorkowuje butelkę.

– Nie jakieś tam wino. Najlepsze vinho verde za dwanaście dolarów, jakie można kupić o wpół do dziesiątej rano. – Nell bierze plastikowy kubeczek z piramidki, którą trzyma w torbie, napełnia winem do wysokości pięciu centymetrów i podaje Colette. – Pij szybko. Jest trochę za ciepłe.

– Ja dziękuję – mówi Yuko, chodząc wokół koca i kołysząc córkę. – Idę potem na jogę.

– Ja też dziękuję – odmawia Francie. – Karmię.

– Chromolić to – rzuca Nell. – Wszystkie karmimy. – Podnosi dłoń, by doprecyzować. – Chyba że wy nie. Chyba że po przyjściu do domu szczelnie zasłaniacie okna i potajemnie podajecie dziecku mleko modyfikowane. I nie ma w tym nic złego. Tak czy siak, odrobina wina nie zaszkodzi.

– W książkach mówią co innego – stwierdza Francie.

Nell wywraca oczami.

– Francie, przestań czytać propagandę. To żadne przestępstwo. W Anglii większość moich koleżanek przez całą ciążę piła małe ilości alkoholu.

Colette popiera Francie skinieniem głowy.

– Napij się, jeśli masz ochotę. Willowi nic nie będzie.

– Naprawdę? – Francie spogląda na Nell. – No dobra. Niech będzie. Ale tylko odrobinę.

– Ja też. W końcu mam co uczcić – mówi Scarlett, sięgając po kolejny kubeczek. – Mówiłam wam już? Kupujemy dom. W Westchester.

Francie kwituje to jęknięciem.

– Wy też? Dlaczego wszyscy nagle wynoszą się na przedmieścia?

– Ja, szczerze mówiąc, wolałabym się przenieść dalej na północ, ale profesor Mąż właśnie dostał etat na Columbii i musi być blisko uniwersytetu. – Scarlett rozgląda się po zebranych. – Bez obrazy. Wiem, że wiele ludzi je kocha, ale ja nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w tym mieście. Od małego widzę tu tylko syf. Chciałabym, żeby moje dziecko wiedziało, co to czyste powietrze i drzewa.

– A ja nie – wtrąca się Nell. – Ja chcę wychowywać moje w slumsach.

Francie upija łyk wina.

– Chciałabym, żeby było nas stać na przeprowadzkę do Westchester.

– Winnie? – pyta Nell. – Wina?

Winnie patrzy w dal na drugą łąkę, gdzie młoda para gra we frisbee, a między nimi biega border collie. Zdaje się nie słyszeć Nell.

– Winnie, skarbie, wróć do nas.

– Przepraszam – mówi Winnie, uśmiechając się do Nell, a potem zerkając na Midasa, który leży między jej kolanami, z piąstami przy uszach, i właśnie zaczyna się wiercić. – Co mówiłaś?

Nell wyciąga rękę z kubkiem.

– Chcesz trochę wina?

Winnie podnosi Midasa do piersi, zanurza usta w jego ciemnych włosach i zerka na Nell.

– Nie, nie powinnam.

– Dlaczego nie?

– Alkohol nie zawsze mi służy.

– Co z wami, kobity? – Nell nalewa sobie i zakorkowuje butelkę. Spod rękawa jej czarnego T-shirta wyziera na chwilę duży tatuaż pastelowego kolibra. Nell upija łyk. – Rany, co za paskudztwo. Posłuchajcie, co wam opowiem. Wczoraj wyszłam bez dziecka, po kawę. Jakaś pani patrzy na mój brzuch, gratuluje mi i pyta, na kiedy mam termin.

– Draństwo – prycha Yuko. – I co jej powiedziałaś?

Nell śmieje się.

– Że na listopad.

Francie zerka na Winnie, która znowu z kamienną miną wpatruje się w trawnik.

– Wszystko w porządku?

– Tak, nic mi nie jest. – Zatyka pasmo włosów za ucho. – Ten upał mnie wykańcza.

– A skoro już o tym mowa, to może ustalimy jakieś inne miejsce spotkań? – pyta Yuko, kładąc syna na kocu i przekopując torbę w poszukiwaniu pieluchy. – Będzie się robiło coraz bardziej gorąco. Dzieci nam się tu usmażą.

– Może w bibliotece – proponuje Francie. – Mają z tyłu pustą salę, którą mogłybyśmy zarezerwować.

– Brzmi okropnie – kwituje Nell.

– Byłyście może w tym nowym ogródku piwnym, obok dużego placu zabaw? – pyta Colette. – Poszliśmy tam kiedyś z Charliem i zastaliśmy grupki mam z dziećmi. Może my też mogłybyśmy tam posiedzieć raz na jakiś czas. Zamówiłybyśmy lunch.

– I sangrię – dodaje Nell, z błyszczącymi oczami. – Albo jeszcze lepiej, zróbmy coś podobnego wieczorem. W sensie, wyjdźmy na miasto bez dzieci.

– Bez dzieci? – pyta Francie.

– No tak. W przyszłym tygodniu wracam do pracy. Chciałabym trochę się rozerwać, póki jeszcze mogę.

– Nie jestem przekonana – mówi Francie.

– Dlaczego nie?

– Mały ma dopiero siedem tygodni.

– No i?

– Nie jest trochę za mały, by go zostawiać? Poza tym wieczorami jest nieznośny. Wygląda na to, że wszedł w szczytową fazę okresowej żarłoczności noworodków.

– Niech twój mąż nim się zajmie – odparowuje Scarlett. – To ważne, żeby już w najwcześniejszych miesiącach wytworzyła się między nimi więź.

– Mój mąż? – pyta Francie, marszcząc brwi.

– No tak – odpowiada Nell. – No wiesz, Lowell. Ten facet, z którego ejakulatu poczęła się połowa twojego dziecka.

Francie krzywi się.

– Jesteś obrzydliwa, Nell. – Spogląda na Winnie. – A ty byś poszła?

Winnie pakuje Midasa do chusty zawiązanej na piersi i składa jego kocyk.

– Sama nie wiem – odpowiada.

– No nie wygłupiaj się – mówi Colette. – Przerwa od dzieci dobrze nam zrobi.

Winnie wstaje, jej jasnoróżowa sukienka opada kaskadą na kostki.

– Nie mam jeszcze opiekunki dla Midasa.

– A twój…

– Cholera – mówi Winnie, zerkając na wąski srebrny zegarek na przegubie dłoni. – Jest później, niż myślałam. Muszę lecieć.

– Dokąd? – pyta Francie.

Winnie zakłada wielkie okulary przeciwsłoneczne i bawełniany kapelusz z szerokim rondem, który osłania jej twarz i ramiona.

– Mam milion spraw do załatwienia. Do następnego razu.

Wszystkie patrzą, jak Winnie idzie przez trawnik, a potem wchodzi na wzgórze, z czarnymi włosami rozpuszczonymi na ramionach, z sukienką łopoczącą przy kostkach.

Gdy znika pod łukiem, Francie wzdycha i mówi:

– Szkoda mi jej.

Nell parska śmiechem.

– Szkoda ci Winnie? Dlaczego? Bo jest taką zabójczą laską? A nie, zaraz, pewnie dlatego, że jest taka chuda?

– Jest samotną mamą.

Colette przełyka wino.

– Co takiego? Skąd wiesz?

– Mówiła mi.

– Żartujesz. Kiedy?

– Kilka dni temu. Zajrzałam do Spotu po rogalika i odrobinę chłodu. Will dostał ataku płaczu w kolejce. Umierałam ze wstydu, gdy nagle zjawiła się Winnie. Midas spał w wózku, a ona wzięła Willa i przytuliła do piersi. Od razu się uspokoił.

Nell mruży oczy.

– Wiedziałam, że te cycki mają cudowną moc. Nawet mnie kilka razy zahipnotyzowały.

– Spędziłyśmy razem trochę czasu. Było miło. Jest taka cichutka, prawda? Ale mi powiedziała, że jest sama.

– Tak po prostu ci to wyznała? – pyta Nell.

– Tak jakoś wyszło.

– A kto jest ojcem?

– Nie pytałam. Zauważyłam, że nie nosi obrączki, ale żeby tak spytać wprost? To byłoby zbyt wścibskie. – Francie przybiera melancholijny wyraz twarzy. – Powiedziała mi też, że świetnie sobie radzę z Willem – mówi. – To bardzo miłe z jej strony. Za rzadko to sobie mówimy. Will bywa taki trudny. – Przełamuje precla na pół. – Przez większość czasu mam wrażenie, że wszystko partaczę. Miło od kogoś usłyszeć, że może nie do końca tak jest.

– Och, Francie, nie wygłupiaj się – mówi Colette. – Will jest super. Doskonale ci idzie. Żadna z nas tak naprawdę nie wie, jak powinno się postępować z dzieckiem.

– Czy to nie dziwne, że nie miałyśmy o tym pojęcia? – pyta Yuko. – Że jest sama?

– Niespecjalnie. – Nell odstawia wino i ściąga w dół luźny dekolt T-shirta. Podnosi córkę, Beatrice, i zaczyna ją karmić. – Rozmawiamy tylko o rzeczach związanych z dziećmi.

– Jakkolwiek by patrzeć, posiadanie męża – mówi Francie – jest związane z dziećmi. Rany, możecie sobie to wyobrazić? Robić to wszystko samej? Jak samotnym trzeba się czuć.

– Umarłabym – kwituje Colette. – Gdyby Charlie nie przejął kilku nocnych karmień, nie kupował pieluch, chybabym oszalała.

– Ja też, ale… – zaczyna Scarlett, ale urywa.

– Ale co? – pyta Colette.

– Nie, nic.

– No dokończ, Scarlett. – Francie wbija w nią wzrok.

Scarlett milczy przez chwilę.

– No dobra. Niech będzie. Martwię się, że jeszcze coś innego jest na rzeczy.