Ostatni policjantTekst

Z serii: Henry Palace #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

RECENZJE PRASOWE

„Akcja tej książki jest sprawna i zaskakująca […] Ben H. Winters okazał się pisarzem z dobrym okiem do szczegółów”.

– Slate

„Ben H. Winters czyni czarny kryminał jeszcze mroczniejszym. W swoim Ostatnim policjancie wysyła zniechęconego detektywa na dochodzenie w sprawie podejrzanego samobójstwa – podczas gdy asteroida zmierza w stronę Ziemi”.

– Wired

„Wspaniała książka. Nie spałam do siódmej rano, ponieważ nie mogłam jej odłożyć. Pełna frapujących zwrotów akcji, postaci, które dają się lubić, i smutnego piękna, powieść ta jest prawdziwym klejnotem. Jako że to pierwsza część trylogii, już się nie mogę doczekać części drugiej”.

– Audrey Curtis, San Francisco Book Review

„Chętnie przeczytam dalsze części, pewien, że oczarują mnie nie mniej niż pierwsza część”.

– Mark Frauenfelder, Boing, Boing

„Od dość dawna nie muszę się tłumaczyć z fascynacji literaturą science fiction, lecz ilekroć to robię, przywołuję książki takie jak Ostatni policjant. Pozycja ta pochyla się nad człowieczymi emocjami i relacjami w okolicznościach, które w normalnej literaturze byłyby niemożliwe lub co gorsza, metaforyczne. Ta powieść zadaje istotne pytania na temat naszej cywilizacji, naszego społeczeństwa, rozpaczy i nadziei. Nie przedstawia jednak łatwych odpowiedzi”.

– Michael Ann Dobbs, io9

„Porządny kryminał z ciekawą fabułą, wyrazistymi bohaterami i rewelacyjnymi dialogami […] w którym nadciągająca katastrofa nie jest tylko sztafażem, stanowi ona istotną część układanki, nad którą pracuje Henry Palace. Ta zapadająca w pamięć historia to zaledwie pierwsza odsłona planowanej trylogii.

– Booklist

„Ten zmuszający do myślenia kryminał powinien trafić do każdego miłośnika gatunku dopuszczającego niecodzienne tło dla opowiadanej historii, jak również do tych czytelników, którzy szukają świeżego spojrzenia na powieść katastroficzną”.

– Literary Journal

„Obiecujący początek nowej trylogii. W wypadku Wintersa wrażenie robi raczej szczegół niż sama ponura, mocna akcja”.

– Kirkus Review

„Ben H. Winters snuje interesującą opowieść, tworząc przy tym wyjątkowe postacie, które muszą sobie radzić w zmieniającej się rzeczywistości […] Ten świetnie napisany kryminał przysporzy autorowi czytelników, którzy nie będą mogli się doczekać na część drugą”.

– The New York Journal of Books

„Nieprzeciętna książka: genialna, zaskakująca i paradoksalnie podnosząca na duchu”.

– Mystery Scene Magazine

„Emocjonująca […] nie warto czekać na film!”.

– E! Online

SPIS TREŚCI

Miasto wisielców

Nie­po­mi­jal­ne praw­do­po­do­bień­stwa

Pobożne życzenia

Nie­dłu­go to się zmie­ni

Epilog

Ostatni policjant

Ben H. Winters

Tłumaczenie: Robert J. Szmidt

Original title: The Last Policeman

Copyright © 2012 by Ben H. Winters

Illustrations by Eugene Smith

All rights reserved.

First published in English by Quirk Books, Philadelphia, Pennsylvania.

This Book was negotiated through Livia Stoia, Livia Stoia Agency.

© Copyright for the Polish translation by Robert J. Szmidt, 2017

© Copyright for this edition by Wydawnictwo RM, 2017

All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25

rm@rm.com.pl

www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzebska-Cwalina

Redakcja: Urszula Gardner

Korekta: Bożena Sęk

Nadzór graficzny: Grażyna Jędrzejec

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Edytor wersji elektronicznej: Tomasz Zajbt

Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański

ISBN 978-83-7773-613-5

ISBN 978-83-7773-861-0 (ePub)

ISBN 978-83-7773-862-7 (mobi)

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Dla Andrew Wintersa

z tych Wintersów z Concord

Nawet dla Voltaire’a,

najbardziej racjonalnego wśród racjonalistów,

czysto racjonalne samobójstwo

było czymś osobliwym i trochę groteskowym,

tak jak kometa czy dwugłowa owca.

Alvarez Bóg Bestia: studium samobójstwa

(przeł. Łukasz Sommer)

Nadjeżdża powolny,

powolny pociąg,

już jest za zakrętem.

Bob Dylan Slow Train

CZĘŚĆ PIERWSZA

Miasto wisielców

Wtorek, 20 marca

Rektascensja 19 02 54,5

Deklinacja -34 11 39

Elongacja 78,0

Delta 3,195 j.a.

1.

Spo­glą­dam na agen­ta ubez­pie­cze­nio­we­go, a on gapi się na mnie. Para sza­rych oczu ukry­tych za oku­la­ra­mi w sta­ro­mod­nej szyl­kre­to­wej opra­wie po­wo­du­je, że na­gle do­zna­ję olśnie­nia: cho­le­ra, to wszyst­ko praw­da, a ja na­dal nie wiem, czy je­stem na nią go­to­wy. Oj, chy­ba nie.

Mru­żę po­wie­ki, bio­rę się w garść i po­chy­lam się, by przyj­rzeć się męż­czyź­nie bli­żej. Oczy i oku­la­ry, wą­tła szczę­ka i ły­si­na, na szyi za­ci­śnię­ta pę­tla zro­bio­na z cien­kie­go czar­ne­go pa­ska.

Tak, to praw­da. A może nie? Sam już nie wiem.

Na­bie­ram po­wie­trza do płuc, sku­piam się jesz­cze bar­dziej, by wy­rzu­cić z gło­wy wszyst­kie my­śli nie­do­ty­czą­ce zwłok. Wy­pie­ram nie­mo­żeb­nie brud­ne pod­ło­gi i roc­kand­rol­lo­wy ka­wa­łek są­czą­cy się z ta­nich gło­śni­ków w su­fi­cie.

Ten smród mnie do­bi­ja, wszech­obec­ny i na­praw­dę obrzy­dli­wy odór, jak­by ktoś wy­lał przy­pa­lo­ny olej z fryt­kow­ni­cy w sa­mym środ­ku obo­ry. Jest jesz­cze kil­ka za­wo­dów na tym świe­cie, któ­re lu­dzie na­dal wy­ko­nu­ją z lep­szym lub gor­szym skut­kiem, nie­mniej po­sa­da noc­nej sprzą­tacz­ki w ca­ło­do­bo­wych ba­rach szyb­kiej ob­słu­gi z pew­no­ścią do nich nie na­le­ży. Z tego też po­wo­du agent ubez­pie­cze­nio­wy le­żał so­bie kil­ka dłu­gich go­dzin po­mię­dzy se­de­sem a de­pre­syj­nie sza­rą ścian­ką ka­bi­ny, za­nim po­ste­run­ko­wy Mi­chel­son wpa­ro­wał przy­pad­kiem do tej wła­śnie to­a­le­ty, by od­ce­dzić kar­to­fel­ki.

Mi­chel­son zgło­sił to zda­rze­nie jako kla­sycz­ne 10-54S, co wy­da­je się zro­zu­mia­łe, po­nie­waż mnie też wła­śnie na to wy­glą­da. Jed­no, cze­go na­uczy­łem się ostat­ni­mi cza­sy – cze­go wszy­scy się na­uczy­li­śmy – to że sa­mo­bój­cy wy­bie­ra­ją­cy śmierć przez po­wie­sze­nie rzad­ko kie­dy wy­ko­rzy­stu­ją bel­ki stro­po­we albo haki na ży­ran­do­le. Je­śli pod­cho­dzą do rze­czy po­waż­nie, a dzi­siaj nikt nie trak­tu­je tych spraw lek­ko, naj­czę­ściej uży­wa­ją ga­łek przy drzwiach bądź wie­sza­ków na odzież lub też, jak zro­bił to mój agent ubez­pie­cze­nio­wy, pod­wie­sza­ją się pod wszel­kie po­zio­me ele­men­ty – w tym wy­pad­ku jest to po­ręcz w ka­bi­nie dla nie­peł­no­spraw­nych. Po­tem wy­star­czy osu­nąć się na zie­mię i po­zwo­lić, by gra­wi­ta­cja zro­bi­ła swo­je, za­ci­ska­jąc pę­tlę na szyi i od­ci­na­jąc do­stęp tle­nu.

Po­chy­lam się bar­dziej, a po­nie­waż wciąż ku­cam, mu­szę prze­su­nąć jed­ną nogę, by utrzy­mać rów­no­wa­gę. Chcę zna­leźć od­po­wied­nią po­zy­cję, po­zwa­la­ją­cą mi na kom­for­to­we dzie­le­nie prze­strze­ni z agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym i za­ra­zem na unik­nię­cie upad­ku, przez któ­ry zo­sta­wił­bym od­ci­ski pal­ców na miej­scu zda­rze­nia. To mój dzie­wią­ty sa­mo­bój­ca w cią­gu trzech i pół mie­sią­ca, czy­li od chwi­li, gdy zo­sta­łem de­tek­ty­wem. Wciąż jed­nak nie przy­wy­kłem do tego, co śmierć przez udu­sze­nie robi z twa­rzą czło­wie­ka; ten tu­taj też ma oczy wy­ba­łu­szo­ne jak­by z prze­ra­że­nia i po­kry­te czer­wo­ną pa­ję­czy­ną na­czyń krwio­no­śnych, ję­zyk wy­wa­lo­ny na bok, war­gi na­brzmia­łe, za­si­nia­łe w ką­ci­kach.

Opusz­czam po­wie­ki, prze­cie­ram je kłyk­cia­mi i znów spo­glą­dam, pró­bu­jąc wy­obra­zić so­bie, jak mój agent ubez­pie­cze­nio­wy mógł wy­glą­dać za ży­cia. Od razu da się za­uwa­żyć, że nie był za przy­stoj­ny. Cerę miał zie­mi­stą, a twarz lek­ko nie­pro­por­cjo­nal­ną: zbyt mała żu­chwa, zbyt wiel­ki no­chal, oczy za gru­by­mi szkła­mi małe jak ko­ra­li­ki.

Wy­glą­da na to, że czło­wiek ten za­bił się, wy­ko­rzy­stu­jąc dłu­gi czar­ny pa­sek. Je­den ko­niec przy­wią­zał do po­rę­czy, a na dru­gim zro­bił coś w ro­dza­ju pę­tli, któ­ra te­raz wrzy­na się bru­tal­nie w jego jabł­ko Ada­ma.

– Cześć, mło­dy. Kim jest twój nowy przy­ja­ciel?

– Pe­ter An­tho­ny Zell – od­po­wia­dam zni­żo­nym gło­sem, zer­ka­jąc przez ra­mię na Do­tse­tha, któ­ry do­słow­nie przed mo­men­tem otwo­rzył drzwi do ka­bi­ny i szcze­rzy się do mnie z góry, znad ja­skra­we­go kra­cia­ste­go sza­la i kub­ka pa­ru­ją­cej kawy z McDo­nal­da.

 

– Bia­ły męż­czy­zna. Trzy­dzie­ści osiem lat. Pra­co­wał w ubez­pie­cze­niach.

– Niech zgad­nę – rzu­ca Do­tseth. – Zo­stał po­żar­ty przez re­ki­na. A nie, za­raz, to prze­cież sa­mo­bój­stwo. Mamy do czy­nie­nia z sa­mo­bój­stwem?

– Wszyst­ko na to wska­zu­je.

– Za­szo­ko­wa­łeś mnie! To­tal­nie! – Den­ny Do­tseth jest za­stęp­cą pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go, jego oga­rem o srebr­nej grzy­wie i sze­ro­kim, za­wsze ra­do­snym ob­li­czu. – Jezu, tak mi przy­kro, Hank. Chcesz może kawy?

– Nie, dzię­ku­ję panu.

Skła­dam Do­tse­tho­wi ra­port o tym, cze­go się do­wie­dzia­łem, prze­glą­da­jąc za­war­tość zna­le­zio­ne­go w tyl­nej kie­sze­ni ofia­ry czar­ne­go port­fe­la ze sztucz­nej skó­ry. Zell pra­co­wał w fir­mie o na­zwie Mer­ri­mack Life and Fire, któ­rej biu­ra miesz­czą się w Wa­ter West Bu­il­ding przy Eagle Squ­are. W port­fe­lu no­sił plik ska­so­wa­nych bi­le­tów do kina – wszyst­kie da­to­wa­ne na ostat­nie trzy mie­sią­ce – któ­re mó­wi­ły wie­le o jego pra­gnie­niu prze­ży­cia iście mę­skiej przy­go­dy: wzno­wie­nie Wład­cy Pier­ście­ni, dwie ekra­ni­za­cje cy­klu scien­ce fic­tion Di­stant Pale Glim­mers i ja­kiś DC kon­tra Ma­rvel z IMAX-a w Ho­ok­sett. Żad­nych śla­dów ro­dzi­ny, ani jed­ne­go zdję­cia. Osiem­dzie­siąt pięć do­la­rów w dzie­siąt­kach i piąt­kach. No i pra­wo jaz­dy z tu­tej­szym ad­re­sem: 14 Mat­thew Stre­et Exten­sion, Con­cord.

– No tak. Znam tę oko­li­cę. Same ład­ne dom­ki. Rol­ly Le­wis tam miesz­ka.

– Do­stał wpieprz.

– Rol­ly?

– Nie, ofia­ra. Pro­szę spoj­rzeć. – Wra­cam wzro­kiem do opuch­nię­tej twa­rzy agen­ta ubez­pie­cze­nio­we­go i wska­zu­ję na żółk­ną­ce siń­ce w gór­nej czę­ści po­licz­ka. – Ktoś go wal­nął, raz, ale za to moc­no.

– Taaa, ja­sne. Na pew­no.

Do­tseth zie­wa, po czym upi­ja łyk kawy. Pra­wo New Hamp­shi­re od daw­na wy­ma­ga, by za każ­dym ra­zem gdy znaj­du­je­my tru­pa, na miej­sce we­zwa­no tak­że ko­goś z biu­ra pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go. Dzię­ki temu, gdy­by oka­za­ło się, że cho­dzi o za­bój­stwo, pro­ku­ra­tu­ra mia­ła­by wgląd w spra­wę od sa­me­go po­cząt­ku. W po­ło­wie stycz­nia prze­pis ten zo­stał jed­nak uchy­lo­ny, sąd sta­no­wy uznał bo­wiem, że może być nad­mier­nie uciąż­li­wy, zwłasz­cza je­śli zwa­żyć na obec­ne oko­licz­no­ści – lu­dzie po­kro­ju Do­tse­tha mu­sie­li jeź­dzić po ca­łym sta­nie, by stać nam za ple­ca­mi na każ­dym miej­scu zbrod­ni, na­wet je­śli nie do­szło tam do żad­ne­go prze­stęp­stwa. Te­raz tyl­ko od nas, do­cho­dze­niow­ców, za­le­ży, czy we­zwie­my pro­ku­ra­to­ra do 10-54S. Ja za­zwy­czaj ro­bię to przy każ­dej oka­zji.

– Co tam jesz­cze sły­chać, mło­dy czło­wie­ku? – za­ga­ja Do­tseth. – Na­dal młó­cisz w ra­cqu­et­bal­la?

– Nie gry­wam w ra­cqu­et­bal­la, pro­szę pana – od­po­wia­dam bez­wied­nie, sku­pia­jąc uwa­gę na mar­twej ofie­rze.

– Nie? To z kim cię po­my­li­łem?

Stu­kam opusz­ką pal­ca wska­zu­ją­ce­go po bro­dzie. Zell był ni­ski, mie­rzył nie wię­cej niż metr sie­dem­dzie­siąt, i miał przy­sa­dzi­stą syl­wet­kę z opon­ką wo­kół pasa. Cho­le­ra, gnę­bi mnie ta spra­wa, po­nie­waż coś mi nie pa­su­je w wy­glą­dzie tego cia­ła, coś jest nie tak z tym do­mnie­ma­nym sa­mo­bój­stwem, ale na­dal nie wiem co.

– Nie ma ko­mór­ki – mru­czę.

– Co?

– Zna­la­złem port­fel, klu­cze, ale te­le­fo­nu nie było.

Do­tseth wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Pew­nie go wy­rzu­cił. Beth tak zro­bi­ła. Za­sięg mie­li­śmy co­raz czę­ściej w krat­kę, uzna­ła więc, że rów­nie do­brze obej­dzie się bez tego ustroj­stwa.

Ki­wam gło­wą, mam­ro­cząc pod no­sem: „Tak, tak”, ale wciąż spo­glą­dam na Zel­la.

– Nie zo­sta­wił też li­stu.

– Co?

– Nie ma kart­ki z li­stem po­że­gnal­nym.

– Na­praw­dę? – rzu­ca Do­tseth, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi jesz­cze raz. – Pew­nie któ­ryś z kum­pli ją znaj­dzie. Może na­wet szef. – Uśmie­cha się, sior­biąc kawę. – Oni za­wsze zo­sta­wia­ją li­sty. Choć wła­ści­wie, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, nie mu­szą już tego ro­bić, zga­dza się?

– Ow­szem, pro­szę pana – od­po­wia­dam, gła­dząc pal­ca­mi wąsa. – Tra­fił pan w sed­no.

Ty­dzień temu w Kat­man­du ty­siąc piel­grzy­mów z ca­łej Azji Po­łu­dnio­wo-Wschod­niej rzu­ci­ło się pro­sto w ogień, a ota­cza­ją­cy ich roz­śpie­wa­ni mni­si chwi­lę póź­niej po­szli w ich śla­dy i wma­sze­ro­wa­li pro­sto w sza­le­ją­ce pło­mie­nie sto­su po­grze­bo­we­go. W Eu­ro­pie Środ­ko­wej za­pa­no­wa­ła moda na po­rad­ni­ki DVD: Jak po­praw­nie ob­cią­żyć kie­sze­nie ka­mie­nia­mi, Jak po­praw­nie zmie­szać kok­tajl bar­bi­tu­ra­nów we wła­snym zle­wie. Na Środ­ko­wym Za­cho­dzie USA – w Kan­sas City, St. Lo­uis, Des Mo­ines – pa­nu­je moda na uży­cie bro­ni pal­nej, zde­cy­do­wa­na więk­szość tam­tej­szych sa­mo­bój­ców wy­bie­ra pal­nię­cie ze śru­tów­ki pro­sto w łeb.

U nas, w Con­cord, lu­dzie z ja­kie­goś po­wo­du wy­bie­ra­ją śmierć przez po­wie­sze­nie. Znaj­du­je­my wi­siel­ców w gar­de­ro­bach, szo­pach, nie­wy­koń­czo­nych piw­ni­cach. W pią­tek ty­dzień temu pe­wien wła­ści­ciel skle­pu me­blo­we­go po­sta­no­wił odejść w iście hol­ly­wo­odz­kim sty­lu, przy­wią­zał więc pa­sek od szla­fro­ka do ryn­ny, ta jed­nak pę­kła pod jego cię­ża­rem, przez co spadł na wła­sny ta­ras. Wy­szedł z tej pró­by żywy, za to z po­ła­ma­ny­mi rę­ka­mi i no­ga­mi.

– Tak czy ina­czej to ko­lej­na ludz­ka tra­ge­dia – pod­su­mo­wu­je lek­kim to­nem Do­tseth. – Każ­dy przy­pa­dek jest na swój spo­sób tra­gicz­ny.

Zer­ka ukrad­kiem na ze­ga­rek – jest już go­to­wy do odej­ścia. Ja jed­nak na­dal ku­cam nad zwło­ka­mi, na­dal uważ­nie się przy­glą­dam mar­twe­mu agen­to­wi ubez­pie­cze­nio­we­mu. Pe­ter Zell na ostat­ni dzień ży­cia wy­brał zno­szo­ny brą­zo­wy gar­ni­tur i ja­sno­nie­bie­ską ko­szu­lę. Skar­pe­ty miał zbli­żo­ne­go do sie­bie ko­lo­ru, choć nie do koń­ca. Obie brą­zo­we, z tym że jed­na odro­bi­nę ciem­niej­sza. Moc­no roz­cią­gnię­te zsu­nę­ły mu się aż na kost­ki. Pa­sek oka­la­ją­cy jego kark, czy­li na­rzę­dzie zbrod­ni, jak by po­wie­dzia­ła dok­tor Fen­ton, jest za to praw­dzi­wym maj­stersz­ty­kiem. Lśnią­ca czer­nią skó­ra i li­te­ry B&R wy­tra­wio­ne na zło­tej sprzącz­ce.

– Halo? – rzu­ca Do­tseth, więc spo­glą­dam na nie­go, mru­żąc po­wie­ki. – Masz coś jesz­cze do do­da­nia?

– Nie, pro­szę pana. To wszyst­ko.

– Ro­zu­miem. Miło było, jak za­wsze zresz­tą, mło­dzień­cze.

– Cho­ciaż…

– Tak?

Wsta­ję i od­wra­cam się do nie­go.

– Po­wiedz­my, że za­mie­rzam ko­goś za­mor­do­wać.

Ci­sza. Do­tseth cze­ka roz­ba­wio­ny, do prze­sa­dy cier­pli­wy.

– Po­wiedz­my.

– Do tego miesz­kam w oko­li­cy, w któ­rej co rusz po­peł­nia­ne jest sa­mo­bój­stwo. Dzień w dzień. Toż Con­cord to ist­ne za­głę­bie wi­siel­ców.

– Okay.

– Czy nie by­ło­by roz­sąd­ne, gdy­bym upo­zo­ro­wał sa­mo­bój­stwo mo­jej ofia­ry?

– By­ło­by.

– Czy­li zga­dza się pan ze mną?

– Ge­ne­ral­nie tak. Ale to tu­taj? – Do­tseth wska­zu­je pa­lu­chem na cia­ło, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. – To było sa­mo­bój­stwo.

Mru­ga do mnie zna­czą­co, po­py­cha drzwi to­a­le­ty i zo­sta­wia mnie sam na sam z Pe­te­rem Zel­lem.

* * *

– To co ro­bi­my, Re­wir? Cze­ka­my na tru­piar­kę czy sami roz­wa­la­my pi­nia­tę?

Mie­rzę po­ste­run­ko­we­go Mi­chel­so­na po­waż­nym, peł­nym dez­apro­ba­ty spoj­rze­niem. Nie cier­pię ta­nie­go po­zer­stwa, na któ­re się sili, nie cier­pię „tru­pia­rek”, „pi­niat” i ca­łej resz­ty, o czym on do­sko­na­le wie i ce­lo­wo draż­ni mnie nimi te­raz. Ster­czy przed drzwia­mi to­a­le­ty, teo­re­tycz­nie strze­gąc miej­sca zbrod­ni, a tak na­praw­dę za­że­ra­jąc się owi­nię­tym w żół­ty ce­lo­fan McMuf­fi­nem z jaj­kiem. Kil­ka kro­pel bla­de­go sosu wła­śnie skap­nę­ło mu na blu­zę mun­du­ru.

– Daj spo­kój, Mi­chel­son. Zgi­nął czło­wiek.

– Wy­bacz, Re­wir.

Za tym prze­zwi­skiem tak­że nie prze­pa­dam, o czym Ri­tchie rów­nież do­brze wie.

– Ktoś z biu­ra dok­tor Fen­ton po­wi­nien się tu­taj po­ja­wić w cią­gu go­dzi­ny – in­for­mu­ję, a on kiwa gło­wą, za­sła­nia­jąc usta pię­ścią, by stłu­mić bek­nię­cie.

– Za­mie­rzasz prze­ka­zać tę spra­wę dok­tor Fen­ton? – Zwi­ja w kul­kę pa­pier po ka­nap­ce i ci­ska go do ko­sza. – Są­dzi­łem, że ona już nie robi w sa­mo­bój­stwach.

– Zga­dza się, nie­mniej de­tek­tyw ma ostat­nie sło­wo – od­po­wia­dam. – A w tym wy­pad­ku au­top­sja wy­da­je się ko­niecz­na.

– Se­rio?

– Tak.

On na­praw­dę ma to gdzieś. Na­to­miast Tri­sha McCon­nell robi, co do niej na­le­ży. Stoi te­raz w dru­gim koń­cu re­stau­ra­cji; ni­ska za­żyw­na ko­bie­ta z czar­nym ku­cy­kiem, któ­ry wy­sta­je za­dzior­nie spod jej służ­bo­wej czap­ki. W ką­ci­ku z dys­try­bu­to­ra­mi na­poi prze­słu­chu­je grup­kę na­sto­lat­ków. Raź­no spi­su­je ich ze­zna­nia w trzy­ma­nym w ręku no­te­sie. Wy­ko­nu­je za­wcza­su po­ten­cjal­ne roz­ka­zy prze­ło­żo­nych. Lu­bię po­ste­run­ko­wą McCon­nell.

– Chy­ba wiesz, że cen­tra­la wy­ma­ga, aby­śmy jak naj­prę­dzej za­mknę­li ten te­atrzyk? – za­ga­du­je Mi­chel­son chy­ba tyl­ko po to, by pod­trzy­mać wy­mia­nę zdań i jesz­cze bar­dziej mnie wku­rzyć.

– Wiem.

– Sta­bil­ność lo­kal­nej spo­łecz­no­ści i jej cią­głość, te spra­wy.

– Tak.

– No i wła­ści­ciel tej nory do­sta­je sza­łu, że od­cię­li­śmy klien­tom do­stęp do to­a­let.

Po­dą­żam za spoj­rze­niem Mi­chel­so­na i wi­dzę za ladą męż­czy­znę o po­czer­wie­nia­łej twa­rzy, wła­ści­cie­la tego McDo­nal­da, któ­ry świ­dru­je nas groź­nym wzro­kiem, co wy­glą­da dość za­baw­nie w po­łą­cze­niu z ja­skra­wo­żół­tą ko­szul­ką i ka­mi­zel­ką bar­wy ket­chu­pu. Każ­da mi­nu­ta obec­no­ści po­li­cji to uszczer­bek na zy­sku, mówi jego mina; gdy­by nie bał się, że go aresz­tu­je­my za utrud­nia­nie do­cho­dze­nia, pew­nie miał­bym go cały czas na kar­ku.

Obok me­ne­dże­ra stoi tycz­ko­wa­ty szcze­niak; wy­sta­ją­ca spod dasz­ka czap­ki ka­sjer­skiej dłu­ga grzyw­ka pił­ka­rza śmi­ga w po­wie­trzu za każ­dym ra­zem, gdy chło­pak prze­no­si wzrok z roz­wście­czo­ne­go sze­fa na parę po­li­cjan­tów i z po­wro­tem, jak­by nie wie­dział, kto bar­dziej za­słu­gu­je na jego po­gar­dę.

– Ja­koś to prze­ży­je – za­pew­niam Mi­chel­so­na. – W ze­szłym roku za­mknę­li­by­śmy nie tyl­ko ten ki­bel, ale i resz­tę budy, i to na sześć do dwu­na­stu go­dzin.

Po­ste­run­ko­wy wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Nowe cza­sy.

Krzy­wię się i od­wra­cam ple­ca­mi do wła­ści­cie­la re­stau­ra­cji. Niech się buja. To nie jest na­wet praw­dzi­wy McDo­nald. Nie ma już praw­dzi­wych McDo­nal­dów. Fir­ma upa­dła w sierp­niu ubie­głe­go roku, po tym jak w cią­gu za­le­d­wie trzech ty­go­dni pa­ni­ki gieł­do­wej ceny jej ak­cji spa­dły o całe dzie­więć­dzie­siąt czte­ry pro­cent. Po­zo­sta­ły tyl­ko krzy­kli­we szyl­dy nad set­ka­mi ty­się­cy opusz­czo­nych lo­ka­li. Część z nich, jak ten, w któ­rym te­raz sto­imy w cen­trum Con­cord, zo­sta­ła szyb­ko prze­kształ­co­na w pi­rac­kie re­stau­ra­cje: bę­dą­ce wła­sno­ścią i za­rzą­dza­ne przez lo­kal­nych cwa­niacz­ków, ta­kich jak nasz przy­ja­ciel zza lady, któ­rzy wy­ko­rzy­sta­li oka­zję, by sprze­da­wać to samo nie­zdro­we żar­cie, nie kło­po­cząc się opła­ta­mi za fran­czy­zę.

Nie ma już też praw­dzi­wych skle­pów 7-Ele­ven, nie mó­wiąc o ka­wiar­niach Dun­kin’ Do­nuts. Mamy za to jesz­cze re­stau­ra­cję Pa­ne­ra, cho­ciaż mał­żeń­stwo, do któ­re­go na­le­ży ta sieć, do­zna­ło du­cho­we­go oświe­ce­nia i za­trud­ni­ło w swo­ich lo­ka­lach współ­wy­znaw­ców, więc nie war­to tam te­raz za­glą­dać, o ile nie ma się ocho­ty na wy­słu­chi­wa­nie Do­brej No­wi­ny.

Przy­wo­łu­ję McCon­nell, by do­wie­dzia­ła się, po­dob­nie jak Mi­chel­son, że bę­dzie­my pro­wa­dzić do­cho­dze­nie w spra­wie za­gad­ko­wej śmier­ci Zel­la. Sta­ram się przy tym igno­ro­wać sar­ka­stycz­ne unie­sie­nie brwi Rit­chie­go. Na szczę­ście McCon­nell przyj­mu­je moje sło­wa sztyw­nym po­tak­nię­ciem, po czym się­ga po no­tes i od­wra­ca kart­kę. Wy­da­ję funk­cjo­na­riu­szom za­bez­pie­cza­ją­cym miej­sce zbrod­ni ko­lej­ne roz­ka­zy: ona naj­pierw skoń­czy zbie­rać ze­zna­nia, a na­stęp­nie po­je­dzie po­in­for­mo­wać ro­dzi­nę ofia­ry; on ma stać w tych drzwiach, do­pó­ki nie po­ja­wi się ktoś z biu­ra dok­tor Fen­ton i nie za­bie­rze zwłok.

 

– Nie ma spra­wy – rzu­ca McCon­nell, za­my­ka­jąc no­tes szyb­kim ru­chem.

– Psia ro­bo­ta – ko­men­tu­je Mi­chel­son.

– Daj spo­kój – ob­ru­szam się zno­wu. – Zgi­nął czło­wiek.

– Wiem, Re­wir – pry­cha. – Już to mó­wi­łeś.

Sa­lu­tu­ję ko­le­gom po fa­chu, ki­wam im gło­wą na po­że­gna­nie, po czym za­trzy­mu­ję się na­gle z ręką na klam­ce bocz­ne­go wyj­ścia, po­nie­waż wi­dzę ko­bie­tę, któ­ra idzie bo­jaź­li­wym kro­kiem przez przy­le­gły do re­stau­ra­cji par­king. Ma na gło­wie czer­wo­ną czap­kę, ale nie nosi płasz­cza, nie osła­nia się też pa­ra­so­lem przed pa­da­ją­cym wciąż śnie­giem, zu­peł­nie jak­by wy­bie­gła skądś w po­śpie­chu, by do­trzeć wła­śnie w to miej­sce. Jej czó­łen­ka śli­zga­ją się raz po raz w sza­rej brei. Wresz­cie mnie do­strze­ga, za­uwa­ża, że ją ob­ser­wu­ję, a na­wet do­my­śla się, że je­stem po­li­cjan­tem. Na jej bla­dej twa­rzy na­tych­miast po­ja­wia się mars za­nie­po­ko­je­nia. Nie­zna­jo­ma od­wra­ca się na pię­cie i po­śpiesz­nie od­cho­dzi.

* * *

Jadę służ­bo­wym che­vro­le­tem po Sta­te Stre­et, od­da­la­jąc się od McDo­nal­da; pro­wa­dzę wol­no i ostroż­nie, po­nie­waż na­wierzch­nia jest po­kry­ta kil­ku­cen­ty­me­tro­wą war­stwą go­ło­le­dzi. Na mi­ja­nych prze­czni­cach wi­dzę szpa­le­ry za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów, spo­ro z nich zo­sta­ło po­rzu­co­nych, wi­dać to po gru­bej war­stwie śnie­gu, któ­ra po­kry­wa ich da­chy i ma­ski. Mi­jam Ca­pi­tol Cen­ter for the Arts, jego pięk­ną fa­sa­dę z czer­wo­nej ce­gły i duże okna, rzu­cam okiem w kie­run­ku cia­sne­go wnę­trza ka­wiar­ni otwar­tej przez ko­goś po dru­giej stro­nie uli­cy. Przed Col­lier­sem wije się dłu­ga ko­lej­ka klien­tów. To sklep z na­rzę­dzia­mi – pew­nie przy­szła nowa do­sta­wa to­wa­ru. Ża­rów­ki. Ło­pa­ty. Gwoź­dzie. Na dra­bi­nie stoi ja­kiś dzie­ciak, prze­kre­śla gru­bym czar­nym fla­ma­strem sta­re ceny spi­sa­ne na ka­wał­ku kar­to­nu i zmie­nia je na nowe.

Czter­dzie­ści osiem go­dzin. W ta­kim cza­sie od po­peł­nie­nia zbrod­ni do­cho­dzi do usta­le­nia zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści spraw­ców za­bójstw.

Tyl­ko ja ko­rzy­stam w tym mo­men­cie z sa­mo­cho­du, więc wszy­scy prze­chod­nie spo­glą­da­ją w moim kie­run­ku. Bez­dom­ny opar­ty o za­bi­te de­cha­mi wej­ście do Whi­te Peak, daw­nej agen­cji nie­ru­cho­mo­ści. Grup­ka na­sto­lat­ków ba­lan­gu­ją­cych obok wnę­ki kry­ją­cej ban­ko­mat. Blant krą­ży z ręki do ręki, chło­pak z nie­chluj­ną hisz­pań­ską bród­ką wy­dmu­chu­je ospa­le siny dym pro­sto w mroź­ne po­wie­trze.

Na szkla­nej ele­wa­cji dwu­kon­dy­gna­cyj­ne­go by­łe­go już biu­row­ca przy skrzy­żo­wa­niu Sta­te Stre­et i Bla­ke Stre­et ja­kiś czas temu po­ja­wi­ło się graf­fi­ti. Wy­so­kie na pra­wie dwa me­try li­te­ry gło­szą: KŁAM­STWA KŁAM­STWA SAME KŁAM­STWA.

Za­czy­nam ża­ło­wać, że uprzy­krzam ży­cie Rit­chie­mu Mi­chel­so­no­wi. Gdy od­bie­ra­łem awans, wa­run­ki pra­cy zwy­kłych kra­węż­ni­ków ule­gły znacz­ne­mu po­gor­sze­niu. Je­stem pe­wien, że dzi­siaj, po czter­na­stu ty­go­dniach nie­ustan­ne­go za­pie­przu, nie jest im wca­le lżej. Tak, gli­nia­rze mogą wciąż li­czyć na sta­łe za­trud­nie­nie i jed­ne z naj­wyż­szych pen­sji w tym kra­ju. I tak, w więk­szo­ści ka­te­go­rii wskaź­ni­ki prze­stęp­czo­ści w Con­cord wca­le nie po­szy­bo­wa­ły w górę w sto­sun­ku do ubie­głe­go roku, z jed­nym tyl­ko wy­jąt­kiem: mocą usta­wy wpro­wa­dzo­no za­kaz pro­duk­cji, sprze­da­ży i za­ku­pu ja­kiej­kol­wiek bro­ni pal­nej na te­re­nie ca­łych Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Eg­ze­kwo­wa­nie tego prze­pi­su jest jed­nak trud­ne, zwłasz­cza w sta­nie New Hamp­shi­re.

Mimo tego dra­stycz­ne­go środ­ka czło­wiek wy­czu­wa w czuj­nych spoj­rze­niach mi­ja­nych prze­chod­niów, że nie za­wa­ha­ją się przed za­sto­so­wa­niem prze­mo­cy, je­śli zaj­dzie taka ko­niecz­ność. Nic więc dziw­ne­go, że nie­ustan­ne za­gro­że­nie zbie­ra żni­wo. Funk­cjo­na­riu­sze pa­tro­lu­ją­cy uli­ce są ostat­nio pod­da­wa­ni stre­so­wi nie mniej­sze­mu niż żoł­nie­rze pod­czas woj­ny. Gdy­bym więc był w skó­rze Rit­chie­go Mi­chel­so­na, też bym od­re­ago­wy­wał stres i wy­pa­le­nie, rzu­ca­jąc ką­śli­we uwa­gi.

Świa­tła przy skrzy­żo­wa­niu z War­ren Stre­et na­dal dzia­ła­ją. Za­trzy­mu­ję się przed nimi, mimo że je­stem gli­nia­rzem, a w polu wi­dze­nia nie ma żad­ne­go in­ne­go po­jaz­du. Cze­kam na zie­lo­ne. Spo­glą­da­jąc przed sie­bie, bęb­nię pal­ca­mi o kie­row­ni­cę i roz­my­ślam o ko­bie­cie. O tej bez płasz­cza, któ­ra ucie­kła na mój wi­dok.

* * *

– Czy wszy­scy już sły­sze­li? – pyta de­tek­tyw McGul­ly, wiel­ki i po­ryw­czy chłop, przy­kła­da­jąc obie dło­nie do ust. – Zna­my już datę!

– Co zna­czy: „zna­my już datę”? – rzu­ca de­tek­tyw An­dre­as, zry­wa­jąc się z krze­sła i ga­piąc na McGul­ly’ego z roz­dzia­wio­ną gębą. – Prze­cież już daw­no ją nam po­da­li. Wszy­scy wie­my, kie­dy na­dej­dzie ten pie­przo­ny dzień.

Data, o któ­rej mowa, to trze­ci paź­dzier­ni­ka. Za sześć mie­się­cy i je­de­na­ście dni, li­cząc od dzi­siaj. To wła­śnie wte­dy sze­ścio­ipół­ki­lo­me­tro­wa bry­ła wę­gla i krze­mia­nów ma zde­rzyć się z Zie­mią.

– Nie mó­wię o dniu, w któ­rym ten gi­gan­tycz­ny klops wylą­duje nam na gło­wach – ob­ru­sza się McGul­ly, wy­ma­chu­jąc gwał­tow­nie eg­zem­pla­rzem „Con­cord Mo­ni­tor”. – Tyl­ko o tym, kie­dy ge­niu­sze po­wia­do­mią nas, gdzie do­kład­nie przy­pie­przy.

– Taaa, wi­dzia­łem ten ar­ty­kuł – przy­ta­ku­je de­tek­tyw Cu­lver­son, przy­sia­da­jąc na biur­ku z wła­sną ga­ze­tą. On czy­tu­je „New York Ti­me­sa”. – Zda­je się, że to ma być dzie­wią­te­go kwiet­nia.

Moje biur­ko znaj­du­je się w naj­dal­szym ką­cie po­miesz­cze­nia, obok ko­sza na śmie­ci i nie­wiel­kiej lo­dów­ki. Mam przed sobą otwar­ty no­tes, spraw­dzam raz jesz­cze za­pi­ski z miej­sca zbrod­ni. To tak na­praw­dę nie służ­bo­wy no­te­sik, tyl­ko błę­kit­ny bru­lion, po­dob­ny do tych, któ­rych uży­wa­ją stu­den­ci. Mój oj­ciec był wy­kła­dow­cą, a gdy zmarł, zna­leź­li­śmy na stry­chu dwa­dzie­ścia pięć kar­to­nów ta­kich bru­lio­nów. Wszyst­kie mia­ły iden­tycz­ne błę­kit­ne okład­ki. Do dzi­siaj ich uży­wam.

– Dzie­wią­te­go kwiet­nia? To już lada mo­ment. – An­dre­as opa­da cięż­ko na krze­sło, a chwi­lę póź­niej po­wta­rza gro­bo­wym gło­sem: – Lada mo­ment.

Cu­lver­son naj­pierw krę­ci gło­wą, a po­tem gło­śno wzdy­cha, gdy McGul­ly re­cho­cze. Tylu nas zo­sta­ło w wy­dzia­le kry­mi­nal­nym ko­men­dy po­li­cji w Con­cord. Czte­rech fa­ce­tów upchnię­tych w jed­nym po­ko­ju. Od sierp­nia mi­nio­ne­go roku na eme­ry­tu­rę ode­szło trzech ko­le­gów, je­den znik­nął na­gle w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, a de­tek­tyw Gor­don, któ­ry zła­mał rękę pod­czas aresz­to­wa­nia spraw­cy prze­mo­cy do­mo­wej, wziął zwol­nie­nie i ty­le­śmy go wi­dzie­li. Temu od­pły­wo­wi siły ży­wej pró­bo­wa­no za­po­biec, nie­sku­tecz­nie zresz­tą, przy­śpie­sza­jąc awan­se. Na po­cząt­ku grud­nia je­den z kra­węż­ni­ków zo­stał więc de­tek­ty­wem. Nie­ja­ki Hen­ry Pa­la­ce, czy­li ja.

I tak mie­li­śmy spo­re szczę­ście. Wy­dział do spraw wy­kro­czeń nie­let­nich zre­du­ko­wa­no do dwóch tyl­ko funk­cjo­na­riu­szy, Pe­ter­so­na i Gu­er­re­ry. A pierw­sze­go li­sto­pa­da de­fi­ni­tyw­nie roz­wią­za­no wy­dział do wal­ki z cy­ber­prze­stęp­czo­ścią.

McGul­ly otwie­ra dzi­siej­sze wy­da­nie ga­ze­ty i za­czy­na czy­tać na głos. Ja prze­bie­gam wzro­kiem no­tat­ki, my­śla­mi je­stem na­dal przy spra­wie Zel­la. Brak śla­dów prze­mo­cy i wal­ki // ko­mór­ka? // Na­rzę­dzie zbrod­ni: pa­sek ze zło­tą sprzącz­ką.

Czar­ny pa­sek z naj­lep­szej wło­skiej skó­ry, ozdo­bio­ny sym­bo­lem B&R.

– Jak po­da­ją astro­no­mo­wie z Cen­trum Astro­fi­zy­ki Har­vard-Smi­th­so­nian w Cam­brid­ge, stan Mas­sa­chu­setts, klu­czo­wym dniem bę­dzie dzie­wią­ty kwiet­nia. – McGul­ly cy­tu­je nam tekst z „Mo­ni­to­ra”. – Tam­tej­si eks­per­ci, po­dob­nie jak rze­sze in­nych astro­no­mów, astro­fi­zy­ków i za­go­rza­łych ama­to­rów, ob­ser­wu­ją nie­ustan­nie kurs Mai, ogrom­nej aste­ro­idy zna­nej for­mal­nie jako 2011GV1…

– Jezu – ję­czy po­nu­ro An­dre­as i roz­wście­czo­ny zry­wa się po­now­nie, by po­dejść szyb­kim kro­kiem do biur­ka McGul­ly’ego. Jest wą­tły, ner­wo­wy, ma nie­wie­le po­nad czter­dzie­ści lat i szo­pę gę­stych czar­nych kę­dzio­rów, któ­re upo­dab­nia­ją go do che­ru­bi­na. – Wie­my, o co cho­dzi. Na ca­łej pla­ne­cie nie ma chy­ba czło­wie­ka, któ­ry by jesz­cze nie zro­zu­miał, z czym mamy do czy­nie­nia!