Kimi Räikkönen, jakiego nie znamyTekst

Autor:Kari Hotakainen
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kari Hotakainen

Kimi Räikkönen, jakiego nie znamy


Tytuł oryginału

Tuntematon Kimi Räikkönen ISBN 978-83-8116-618-8 Copyright © Kari Hotakainen 2018 Published by arrangement with Siltala Publishing, Finland. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 All rights reserved Redakcja Joanna Fortuna Łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki This work has been published with the financial assistance of FILI – Finnish Literature Exchange Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

NA POCZĄTEK

SAMOCHÓD TO MIEJSCE, W KTÓRYM SIĘ NIE MÓWI

NAWET JEDNEGO METRA

DWIE SEKUNDY TO WIECZNOŚĆ

BIALI CYGANIE

MOKRA BELA SIANA

„NO, I KNOW SO”

WIELKI I MAŁY ŚWIAT

FORMOWANIE CZŁOWIEKA

NARODZINY KIEROWCY WYŚCIGOWEGO

SZKOŁA STYLU

PUNKT

RAJDOWY CHŁOP

MASA

PIENIĄDZE I ZAUFANIE

YOU’ll NEVER WALK ALONE

RÓŻNE RZECZY SIĘ ZDARZAJĄ

SZESNAŚCIE DNI

MIŁA DLA OKA, USPOKAJA UMYSŁ

NA OBROTACH

CZY PRZYJECHALIŚMY SIĘ TU ŚCIGAĆ, CZY GADAĆ?

KONIEC JEST POCZĄTKIEM

TATO, KIM JESTEŚ?

DANE STATYSTYCZNE 2001–2018

KIMI RÄIKKÖNEN – KARIERA

BONUS TRACKS

Fotografie


NA POCZĄTEK

Na świecie jest wiele takich sportów uprawianych przez bardzo niewielu ludzi, które stały się nawet dyscyplinami olimpijskimi. Zimowe igrzyska są dokładnie relacjonowane i czasem słyszy się fachowe komentarze o człowieku, który leży na sankach i z bezsensowną prędkością zjeżdża po lodowym torze. Ale ja nie znam nikogo, kto uprawiałby saneczkarstwo, co pewnie wynika z faktu, że prawie żadne państwo nie ma funduszy, by budować w górach tory saneczkowe. Na całym globie jest ich razem siedemnaście. Po olimpiadzie zamieniają się one w smutne obiekty muzealne.

Dla Finów ważne są skoki narciarskie, ale kto je uprawia amatorsko? Może jedna tysięczna tych, którzy oglądają zawody w telewizji. Teoretycznie można sobie wyobrazić tę dyscyplinę jako hobby. Niemniej jednak brak doświadczenia w skokach na nartach nie powstrzymuje ludzi od wydawania słusznych opinii i analizowania, co poszło nie tak już w momencie wyjścia z progu.

Żaden człowiek nie uprawia amatorsko wyścigów Formuły 1. Nikt też nie mówi, że wieczorem idzie poćwiczyć jazdę na torze F1. A mimo to w każdej knajpie i na każdej stacji benzynowej znajdą się przekonani o swojej racji znawcy, którzy będą twierdzili, że tor Sepang po prostu nie pasuje temu albo tamtemu kierowcy.

Nie szybujemy więc w powietrzu na nartach ani przez sekundę, nie pędzimy też trzysta osiemdziesiąt kilometrów na godzinę po zamkniętym torze, a mimo to jesteśmy ekspertami. To, że stoimy z boku, sprawia, że czujemy się nieomylni.

Książka ta została napisana właśnie z punktu widzenia człowieka stojącego z boku i myślę, że to jedyny właściwy punkt widzenia. To nie jest biografia i nie może nią być, gdyż główny bohater znajduje się dopiero w połowie swojego życia. Jest to opowieść o kierowcy wyścigowym, który mógł być mechanikiem samochodowym, ale nim nie został i osiągnął światową sławę. Potoczyło się to szybko i szczęśliwie. Dzięki jego ojcu, matce i jemu samemu. Główny bohater chciał po prostu jeździć bardzo szybko samochodem. Większość podobnych mu ludzi pozostaje nieznana. On także chciałby takim pozostać, lecz teraz jest już na to za późno.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

SAMOCHÓD TO MIEJSCE, W KTÓRYM SIĘ NIE MÓWI

1981 rok. Espoo, Karhusuo. Chłopiec jest niespokojny, nie może zasnąć. Matka próbuje go ukołysać. Znów bierze go na ręce, bo on bardzo to lubi. Zupełnie nie przypomina swojego starszego o dwa lata brata, który śpi głębokim snem we wspólnym pokoju dziecięcym, gdy w tym czasie niezwykle wrażliwy maluch przeżywa nocą wydarzenia minionego dnia.

Rano przemęczona matka zastanawia się w drodze do pracy nad tym, o czym rozmawia z mężem już od dłuższego czasu. Chłopiec nie mówi, nie powiedział jeszcze ani słowa, chociaż niedługo skończy trzy lata.


Rodzice zawożą syna na badania. Specjaliści nie znajdują żadnej przyczyny milczenia. Chłopiec wykonuje wszystkie zadania sprawnie, właściwie szybciej niż inne dzieci w jego wieku. Ale nie mówi. Może zacznie później.

W końcu słowa przychodzą, a chłopiec porzuca objęcia matki i rusza przed siebie. Jest szybki. Czyny zwyciężają słowa wynikiem dziesięć do zera. Nogi poruszają się prędzej niż usta. Lniana głowa się usamodzielnia.

Trzydzieści sześć lat później odcina drugi człon swojego imienia, które teraz brzmi po prostu Kimi. Kimi-Matias zniknął w kurzu unoszącym się znad drogi i prawie wszyscy o nim zapomnieli. To imię zna niewiele osób, może ktoś z tych kilkunastu fanów czekających na dole w hotelu Sama-Sama w Kuala Lumpur, piątkowego ranka o godzinie dziewiątej dziesięć. Kibice wiedzą, że kierowca niedługo wyjdzie z windy.

Przyjechali z Malezji, Japonii i Chin. Rozmawiają ze sobą używanym w wyścigach Formuły 1 angielskim, zasób słów mają niewielki, ale za to wypowiadają je donośnie. Krzyki i zawołania nie znają bariery językowej. Fani chodzą od jednej windy do drugiej, a wydawane przez nich jednocześnie melodyjne dźwięki przywodzą na myśl egzotyczne ptaki, które się zleciały, by dziobać ten sam przysmak: małomównego Fina.

Zerkają znacząco na znanego im człowieka, to Sami Visa, reprezentant Kimiego. Właśnie wychodzi z jednej z wind do holu. Niesie plecak z napisem „Ferrari”, na którym widnieje numer 007. Ale tym nawiązaniem do Jamesa Bonda fanów nie oszuka. Dla nich to jasne, że siódemka jest stałym numerem startowym Kimiego. Fani wiedzą, co oznacza pojawienie się Visy w holu na dole: niedługo zjedzie Kimi, a oni będą pierwszymi, którzy go zobaczą.

Otwierają się drzwi windy numer cztery. Stoi w niej czerwony człowiek.

 

Kimi ma na sobie tiszert z kołnierzykiem obszyty logami sponsorów, czapkę z daszkiem i ciemne okulary. Razem z nim nadchodzi także ubrany na czerwono fizjotrener Mark Arnall. Już od szesnastu lat jeździ z Kimim i dba o to, żeby niczego mu nie brakowało. Jedynymi produktami, których Arnall nie jest w stanie dostarczyć, są spokój i prywatność.

Kimi dostrzega fanów i się zatrzymuje. Wie, co musi zrobić, aby dotrzeć do czekającego na zewnątrz samochodu Maserati. Dwie minuty, czterdzieści metrów i już po wszystkim.

Sami Visa próbuje powstrzymywać szczebioczących kibiców. Jedna czapka, jedna koszulka. Szefa nie wolno dotykać. Kimi pisze. Inicjały KR lub coś w tym stylu. Potem kolej na następnego fana. Jeszcze? No, niech będzie jeszcze jeden. Kreśli prędko litery. Twarz ma nieruchomą. A właściwie to pojawia się na niej tylko jeden grymas przypominający rysę w kąciku ust: to uśmiech, bezsłowny prezent dla wiernych zwolenników, którzy przybyli z daleka.

Fani krzyczą z radości. Coś dostali. Coś to więcej niż nic. Drzwi prowadzące na zewnątrz się rozsuwają i Kimi zmierza szybko do swojego maserati, po czym siada na fotelu kierowcy. Obniżył go, jak tylko się da, a oparcie odsunął maksymalnie do tyłu. Kimi robi tak we wszystkich samochodach. Tego zwyczaju nabrał podczas pracy: w bolidach siedzi się niemal w pozycji leżącej.

Mark Arnall zajmuje miejsce pasażera i podaje Kimiemu butelkę ze starannie przygotowanym napojem. Powietrze jest wilgotne i ciepłe, temperatura sięga trzydziestu czterech stopni Celsjusza. Klimatyzacja sprawia, że w środku nie czuje się tego wcale. Samochód podrywa się do ruchu. Natychmiast po zjechaniu z hotelowego podjazdu na autostradę Kimi zwiększa prędkość do ponad setki. Lewa ręka potrząsa półlitrową butelką z szarą gęstą cieczą, smoothie. Prawa ręka leży na kierownicy, środkowy palec redukuje bieg i auto podskakuje. Udaje mi się zobaczyć, że ograniczenie prędkości wynosi siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Gdy zmienia się ono na sto, Kimi zwiększa prędkość do stu czterdziestu. Zerkam na Samiego Visę. On swoją miną sugeruje mi, żebym nic nie mówił, że tak jest zawsze.

Z hotelu na tor Sepang jest niecałe dziesięć kilometrów. Kolega Kimiego z zespołu, Sebastian Vettel i jego fizjotrener Antti Kontsas wyruszyli tam przed nami, a mimo to docieramy na miejsce w tym samym czasie. Podczas jazdy Kimi nie powiedział — poza „dzień dobry” — ani jednego słowa, chociaż w samochodzie siedzieli Mark i Sami, koledzy, z którymi ściśle współpracuje. Pamiętam, co mówił mi Visa. Kimi zmienia się w kierowcę wyścigowego już od rana. Pogrąża się w czymś, do czego nikt nie żadnego interesu ani kluczy: we własnym świecie. To, co z zewnątrz wygląda jak zamknięcie się w sobie, u niego jest po prostu skupieniem.

Pogrąża się w czymś, do czego nikt nie ma żadnego interesu ani kluczy: we własnym świecie. To, co z zewnątrz wygląda jak zamknięcie się w sobie, u niego jest po prostu skupieniem.

Wysiadamy z auta. Visa przypomina, że przed wejściem do boksów trzeba się jeszcze na krótko spotkać z fanami. Za płotem z siatki tłoczy się ich około dwustu, wyciągają przed siebie czapki, kartki, ramiona, koszulki. Kimi kreśli na czapkach niewyraźne inicjały KR, godzi się na zdjęcie aparatem w komórce umieszczonej na chwiejnym statywie i robi wszystko, żeby nie musieć robić już niczego innego.

Dla fanów takie spotkanie znaczy bardzo dużo. Zapłacili sporo, żeby się tu dostać i oglądać samochody, które zwykle widzą przez mgnienie oka, no i kierowców, których właściwie nigdy nie widzą z tak bliska. Fani chcą dużo, a dostają mało. Chcą faktów, które z czasem przeradzają się w fikcję. Opowieści się zmieniają, z boksów dociera więcej plotek niż spalin, kierowcy w swoich kaskach niczym na Księżycu pojawiają się i błyskawicznie znikają z ekranu telewizyjnego, tablica z wynikami podaje prawdę, a oni powtarzają w kilku słowach to, co się wydarzyło. Jednak fani chcą dla siebie choćby kawałeczek tej istoty. Chcą zobaczyć ją, może uda się jej dotknąć, spojrzeć jej w oczy. W oczy ukryte za czarnymi okularami. W te lodowatoniebieskie oczy, które widzieli tylko na zdjęciach, które wpatrują się w tor wyścigowy, strefy, wolną przestrzeń, przez którą można będzie wyprzedzić inne bolidy. Albo się schować.

Trudno powiedzieć, co mogą otrzymać od Kimiego, który przez całą swoją osiemnastoletnią karierę udzielił tyle wywiadów, co czterokrotny mistrz świata i król mediów społecznościowych Lewis Hamilton w ciągu tygodnia.

Po dziesięciu minutach wszystko się kończy, a Kimi idzie prężnie w stronę boksów. Podąża przed siebie krokiem stanowiącym mieszankę biegu i spaceru. Lekka postać przemierza teren boksów i zagłębia się w czeluści garażu Ferrari. Znika. Niezbadane są ścieżki pana, nawet jeśli pan jeździ po zamkniętym, owalnym, pełnym zakrętów torze.

W pomieszczeniach Ferrari Kimi zajmuje surowy, zbudowany z materiału przypominającego płytę wiórową pokój o powierzchni może dwunastu metrów kwadratowych, a każdy jego centymetr został efektywnie wykorzystany. Mieści się tam wąskie łóżko dostosowane do wykonywania masażu. Stół, na którym Mark Arnall ułożył porządnie trzy kaski, rękawiczki i buty wyścigowe, ręczniki i liczne butelki ze starannie wymieszanym płynem. W kącie pokoju stoi niebieska, zrobiona z twardego plastiku wanna, pełna lodowatej wody. Kierowca siedzi w niej chwilę przed wyścigiem i po wyścigu. Trzeba wyregulować temperaturę ciała, ponieważ słońce rozgrzewa niemiłosiernie siedemsetkilowy bolid. Glamour zniknął z tego pokoju i bawi się teraz dobrze w mediach.

Przenosimy się do reprezentacyjnej części Ferrari, która znajduje się przy tak zwanym padoku, długiej uliczce zarezerwowanej dla zaproszonych gości i prasy. Wszystkie stajnie stworzyły tam swoje miniaturowe światy. Na padok mogą wejść także ci, którzy wykupili pakiet na cały weekend za prawie sześć tysięcy dolarów. Za tę cenę dostaną dobre jedzenie i coś, czego nabywca zwykłego biletu nie może sobie nawet wyobrazić. Co to takiego? Rzut oka na kierowcę, miejsce siedzące w restauracji wybudowanej nad boksami i uczucie, że się coś znaczy. Za to uczucie nie raz płacono sowicie w całej historii ludzkości.

W reprezentacyjnych pomieszczeniach Ferrari pachnie świeżą bazylią, czosnkiem i wyciągniętym właśnie z pieca jasnym chlebem z cienką skórką. Stajnia sprowadziła Włochy do Malezji. Zawsze tak robi, nie zważając na koszty. Wszystkie dary uginającego się stołu to tradycyjne włoskie potrawy wyczarowane przez szefa kuchni albo jego pomocników. Odpowiedzialny za logistykę w Ferrari Sergio Bondi opowiada, że z Włoch przywożą, co tylko się da. Makaron, kawę, krzesła, stoły. Nawet mąkę, z której wypieka się bułki. Dwa dni przed wyścigiem kucharz wyszukuje w danym kraju najlepsze surowce. Chiny, Abu Zabi, Australia. Nieważne, jakie to państwo, buduje się w nim małą Italię. W Europie stajnia przemieszcza się trzydziestoma ciężarówkami. Samolotami na trasach międzykontynentalnych pokonuje trzysta tysięcy kilometrów w ciągu roku. Po każdym wyścigu ważący czterdzieści cztery tysiące kilogramów cyrk jest pakowany i ładowany w ciągu siedmiu godzin. Rocznie zużywa się siedemdziesiąt tysięcy porcji kawy. W tym roku w Barcelonie przy testowaniu nowego bolidu uwijało się stu siedemdziesięciu pracowników Ferrari. Wszystko to sprawia, że roczny budżet znacznie przekracza sumę czterystu milionów euro. Jak się o tym rozsądnie pomyśli, to można się zdenerwować.

I całe te pieniądze są po to, by dwóch młodych ludzi ­mogło przez półtorej godziny jechać donikąd, zaglądając śmierci w oczy, i powrócić w to samo miejsce, z którego wystartowali, mokrzy od potu, dyszący, z rozgrzanymi karkami, prawie bez słów, ale żywi.

Pogrążam się w myślach, gdy Sami stuka mnie w ramię. Czas, żeby pójść do garażu i popatrzeć na początek pierwszych wolnych treningów. Przez zakamarki krętych boksów docieramy do najważniejszego miejsca, w którym znajdują się dwa czerwone bolidy. Samochody dzieli mała wysepka, pełna komputerów i czerwonych ludzi ze słuchawkami na uszach. My stoimy trochę dalej, więc wystarczają nam zatyczki.

Kimi siedzi już w swoim pojeździe, widać tylko jego kask i prawą rękę, w którą Mark Arnall wciska butelkę z napojem. Drugą trzyma w swojej lewej ręce. Zawsze muszą być dwie butelki, gdyby się okazało, że jedna się zgubiła albo stłukła. Spragniony kierowca to nieskuteczny kierowca.

Czas uruchomić auto. Dźwięk ferrari przypomina wrzask zarzynanej siedemsetkilowej świni, w której boki wbijają się setki noży. To dźwięk wściekłego i zranionego zwierzęcia, które chce jak najszybciej wydostać się z piekielnego boksu, z niewoli czerwonych ludzi prosto na wolność, na zamknięty tor.

I całe te pieniądze są po to, by dwóch młodych ludzi mogło przez półtorej godziny jechać donikąd, zaglądając śmierci w oczy, i powrócić w to samo miejsce, z którego wystartowali, mokrzy od potu, dyszący, z rozgrzanymi karkami, prawie bez słów, ale żywi.

Przenikliwy hałas przedziera się przez zatyczki i przeszywa głowę niczym płynna stal. Pojazd wyskakuje na tor, jego prędkość wzrasta w ciągu pięciu sekund do dwustu kilometrów na godzinę. Pokonanie pięcioipółkilometrowego toru zajmuje mniej niż półtorej minuty. Samochody śmigają obok boksu niczym płaskie rakiety, aż trudno je rozpoznać. Chociaż wszystko odbywa się przed naszymi oczami, najlepszy widok mamy na monitorze.

Później wspominam Kimiemu o piekielnym hałasie. On stwierdza sucho, że współczesne maszyny przywodzą na myśl kosiarki do trawy, a naprawdę porządny dźwięk wydawały auta kilka lat temu.

Odbywają się dwa wolne treningi, oba trwają po półtorej godziny. Sprawdza się wtedy ustawienia i testuje opony. Wszystko musi być przygotowane na jutrzejszy wyścig. Po południu na torze robi się cicho, ale praca trwa, prowadzone są techniczne narady, a potem rozpoczyna się to, czego Kimi nauczył się w wieku trzech lat i co nadal przysparza mu kłopotów w obecności nieznanych osób. Mówienie. Räikkönen stoi przed kilkunastoma mikrofonami, rozcierając prawą dłonią kark. Jego matka Paula wie, co to znaczy: syn się męczy. Musi coś powiedzieć. Formułuje zdania wychodzące z ust w zrozumiałej formie, ale nic nieznaczące. Takich zdań świat jest pełen, kompostownik pochłania je bez liku. Rozkładają się później w sieci, papierowe wydania gazet kieruje się na przemiał albo owija się nimi ryby, i nikt, dziennikarze, kibice ani kierowcy nie pamiętają już po dwóch tygodniach, co zostało powiedziane. W Malezji, Japonii, Chinach, a może w Austin. Nie pamiętają, gdyż są to ciągle na nowo wygłaszane te same słowa, powtórki, werbalne wyrażenia liczb widocznych na tabeli wyników.

— Byłeś piąty podczas wolnych treningów. Czego można się spodziewać po jutrzejszym wyścigu?

— Hm. Nie umiem powiedzieć.

— Byłeś szybszy o trzy setne od swojego kolegi ze stajni. Z czego to wynika twoim zdaniem?

— Hm. Trudno powiedzieć.

— Czy pojazd dobrze się zapowiada, jeśli chodzi o jutrzejszy wyścig?

— Hm. Całkiem nieźle. Jutro się zobaczy.

— Jesteś nastawiony optymistycznie do jutrzejszej jazdy?

— Hm. Tak.

— Nie zrezygnowaliście jeszcze z tytułu mistrzowskiego w klasyfikacji konstruktorów?

— Hm. Nie.

Kimi patrzy na ziemię, obok, do góry, dokądkolwiek, byle tylko nie spojrzeć wprost. Ciemne okulary zostały wymyślone w celu osłaniania człowieka przed spojrzeniami innych ludzi, a nie przed słońcem.

Wywiad się zakończył. Kimi podrywa się z miejsca i znów znika w czeluści garażu Ferrari. Członkowie teamu zaczynają tam techniczną analizę tego, co wydarzyło się w trakcie treningu.

W końcu Räikkönen wraca i przeciska się zdecydowanie przez ludzką masę. Muszę uważać, bo inaczej zniknie mi z oczu. Zapada zmierzch, gdy jedziemy do hotelu. Kimi zwiększa prędkość ponad dozwoloną granicę, wymacuje wolną ręką butelkę z napojem i unosi ją do ust.

Na zewnątrz jest cicho, nie biorąc pod uwagę lekkiego szumu, i jedynie maserati mruczy, ale też tylko jakby na rozkaz.

Do umysłu Kimiego nie można zajrzeć, lecz można odgadnąć, jak wygląda jego świat. Minął kolejny dzień. Od szwajcarskiego domu dzieli mnie dziesięć tysięcy kilometrów. Dotrę tam dopiero za dwa tygodnie. Z tyłu siedzi nowy facet, pisze o mnie książkę. Niedługo będę mógł wziąć prysznic i iść spać. Pośpię tak długo, jak się da. Co słychać w domu, czy wszystko dobrze? Czy Robin nauczył się już nowych słów? Czy Rianna pozwala Minttu się wyspać? A może mała jest niespokojna? Najlepiej, gdybym tam był, ale nie mogę. Samochód sprawuje się dzisiaj dobrze, wygodnie mi się w nim siedzi. Jazda to najlepsza rzecz. Gdy tylko wysiadam z auta, zaczynają się kłopoty. Jak się rozpędzę, nikt mnie o nic nie pyta.

 

Kimi wycofuje maserati i parkuje na swoim miejscu, a potem żwawym krokiem idzie do drzwi. W holu dyżuruje kilku wytrwałych fanów. Zmęczony kierowca ściąga okulary przeciwsłoneczne. Niebieskie oczy spoglądają w stronę czekających, prawa ręka wykonuje znajomy gest: na czapce pojawiają się litery KR. Drzwi windy otwierają się z szelestem i Kimi znika.

Późnym wieczorem w hotelowym pokoju loguję się do internetu i wpada mi w oczy wczorajsza konferencja prasowa na temat następnego weekendu. Pada pytanie o wspomnienia z wyścigu w Malezji, odbywającego się po raz ostatni. Kierowcy odpowiadają z poczucia obowiązku i grzecznie, czyli nijako. Przychodzi kolej na Kimiego. On zdobył tutaj swoje pierwsze w życiu zwycięstwo w sezonie 2003 i dziennikarz pyta, czego będzie mu szczególnie brakowało. Chwila ciszy, po której słowa padają niczym kamienie na klinkierową podłogę. Kimi odpowiada, że, mówiąc szczerze, nie wie, czy będzie mu czegokolwiek brakowało. Tor jest fajny. Ale zobaczył tylko lotnisko, hotel i tor wyścigowy. Można sobie wybrać, czego ewentualnie będzie mu brakowało.

Część dziennikarzy wybucha, część słucha w całkowitym milczeniu. Najważniejszą zasadą w pracy komików jest spróbowanie prawdy, gdy wszystkie środki zostały już wykorzystane. Każdy kierowca i każdy dziennikarz wie, że w trakcie jednego weekendu wyścigowego nikt nie zdoła poznać miasta, ludzi ani kultury kulinarnej. Wszyscy to wiedzą, lecz nikt nie chce tego powiedzieć. Poza jednym człowiekiem, który nauczył się mówić dopiero w wieku trzech lat.