Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznychTekst

Autor:Liao Yiwu
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trędowaty

Rok temu niedaleko Shimenkanu, wioski w górzystej części prowincji Junnan, poznałem lekarza o nazwisku Sun. Doktor Sun piastował kiedyś lukratywną posadę w państwowym szpitalu w Pekinie, ale w latach dziewięćdziesiątych przyłączył się do działającego w chińskim podziemiu ruchu chrześcijańskiego i za przekonania religijnie ostatecznie został ukarany zwolnieniem z pracy. Od tamtej pory jeździ po Junnanie, głosi nauki chrześcijańskie i służy pomocą lekarską.

Mniej więcej dwa lata temu, kiedy odwiedzał w Shimenkanie pacjenta chorego na gruźlicę, trafił przypadkiem na zniszczoną chatkę ukrytą w lasach na zboczu góry. Zaintrygowany tak odosobnionym domostwem, postanowił sprawdzić, kto tam mieszka. Miejscowy przewodnik starał się odwieść go od tego pomysłu, mówiąc, że mieszka tam wioskowy trędowaty. Doktor Sun nie posłuchał przestróg. Słomiany dach chaty sczerniał ze starości, niektóre części glinianych ścian się zapadły, a na ławce przy wejściu siedziała para starszych ludzi, zdumionych widokiem przybysza. Mężczyzna nazywał się Zhang Zhi-en, a kobieta była jego żoną. Doktor Sun opowiedział mi ich historię i postanowiłem przeprowadzić z nimi wywiad. Po kilku godzinach jazdy krętymi drogami pokrytymi czerwonym pyłem, zastałem Zhanga na podwórzu, drzemiącego na słońcu.

Liao Yiwu: Ile ma pan lat?

Zhang Zhi-en: Urodziłem się w roku Owcy. Czyli w tym roku skończę siedemdziesiąt pięć. A to moja druga żona. Ona jest z roku Konia – ma siedemdziesiąt sześć lat.

Liao: Od jak dawna tutaj mieszkacie?

Zhang: O, już wiele lat. Kiedyś mieszkałem w Shimenkanie, u podnóża tej góry. Ale mieszkańcy wioski nie pozwalali mi się do siebie zbliżać. Mówili, że zarażam. No to przeprowadziłem się tutaj. Zanim odwiedził nas doktor Sun, przez wiele lat nie rozmawialiśmy z żywym człowiekiem.

Liao: Jak zachorował pan na trąd?

Zhang: Mój pech zaczął się, kiedy przypadkiem zabiłem węża. Nie pamiętam, w którym to było roku. Chyba jeszcze zanim Deng Xiaoping doszedł do władzy i zaczął dawać chłopom część ziemi należącej do komun.

Liao: Reforma gospodarcza Denga zaczęła się pod koniec lat siedemdziesiątych.

Zhang: A było to tak. Pewnego dnia wcześnie rano poszedłem w góry, żeby wykopać trochę ziół na sprzedaż na miejscowym targu. Kiedyś w ten sposób się utrzymywałem. Nagle potknąłem się o kamień i upadłem. Kiedy się podnosiłem, zauważyłem, że koło mojej stopy rośnie dzika azalia. Korzeń azalii to rzadko spotykane lekarstwo i można go sprzedać za duże pieniądze. Wyjąłem więc z plecaka łopatkę i starannie okopałem azalię. Okazało się, że korzeń jest gruby, wart dużo pieniędzy. Rozmarzyłem się na chwilę, a w tym czasie zza krzaka śmignął wąż i owinął się wokół korzenia azalii. Miał chropowatą brązową skórę i zrozumiałem, że jest to, jak my tutaj mówimy, wąż Ma. Byłem w szoku i zacząłem się trząść. Zanim zdążył mnie zaatakować, zamachnąłem się na niego łopatką. Za pierwszym razem nie trafiłem w głowę, ale odciąłem mu ogon. Wąż wysuwał język i wił się z bólu. Wycelowałem w głowę i uderzyłem jeszcze kilka razy. Kiedy miałem pewność, że wąż nie żyje, wykopałem korzeń azalii i wróciłem do domu.

Niedługo potem zaczęło mnie to zdarzenie prześladować. Skóra mnie swędziała i ciągle było mi zimno. Nawet w środku lata nosiłem ocieplaną kurtkę. Wypróbowałem wszystkie możliwe zioła, licząc, że któreś mnie uleczy. Ale nic nie działało. Pewnego dnia poszedłem na targ kupić trochę soli i wpadłem na kierownika gospodarstwa kolektywnego. Kiedy zobaczył, że w letnim słońcu trzęsę się z zimna, zapytał, co mi jest. Powiedziałem, że opętał mnie duch węża Ma.

Był tak zszokowany, że wykrzywiła mu się twarz. Powiedział, że węże Ma to święte stworzenia. To smoki, które żyją na ziemi! Nie wolno ich zabijać, to tabu. Kiedy się je złamie, jest się przeklętym.

Liao: Przeklętym?

Zhang: Kierownik tego gospodarstwa kolektywnego zaczął rozsiewać plotki o mojej chorobie. Ponieważ po chińsku „wąż Ma” brzmi podobnie do słowa „trąd”, mafengbing, mówił ludziom, że jestem trędowaty. Skontaktował się z miejscową kliniką dla trędowatych, ale ich cholerny lekarz nawet nie chciał się do mnie zbliżyć. Badał mnie, stojąc pięć stóp ode mnie, i orzekł, że jestem chory na trąd. Starałem się z nim kłócić. A on stwierdził: „Wystarczy popatrzeć na twoją twarz. Jest szara jak popiół. Co to może być, jak nie trąd?”.

Kilku partyzantów z wioski włożyło maski i rękawice i zaciągnęło mnie do najbliższego sanatorium dla trędowatych. Przeszedłem kilka badań i wyglądało na to, że wszystko jest w normie, ale nie chcieli mnie wypuścić. Posłali mnie do pracy w kuchni i skończyło się tak, że przez cztery lata gotowałem dla pacjentów. Wreszcie dyrektor szpitala się zorientował, że zamykanie zdrowego człowieka w szpitalu dla trędowatych jest sprzeczne z polityką Partii. I w końcu mnie wypuścili.

Liao: Miał pan kontakt z trędowatymi, kiedy pan tam pracował? Zhang: Oczywiście. Spędzaliśmy razem cały czas. Ale to nic. Nic mi się nie stało. Kiedy wróciłem do domu, świat się zmienił. Przewodniczący Mao nie żył, do władzy doszedł Deng Xiaoping. Nasza komuna już nie istniała. Zwołali ogólne zebranie i rozdali całą ziemię poszczególnym gospodarstwom. Ponieważ mnie nie było, dla mnie nic nie zostało, nawet skrawek piachu. Ale nawet gdybym był na miejscu, powiedzieliby, że mi ziemia nie przysługuje, bo jestem trędowaty. Tak oto nagle zostałem bez niczego – ani ziemi, ani dachu nad głową. Ale się nie poddałem, zacząłem chodzić do miejscowych władz. Mówiłem im: „Pochodzę z rodziny całych pokoleń biednych chłopów. Czy Przewodniczący Mao nie mówił, że biedacy to podstawa społeczeństwa komunistycznego? Dlaczego muszę znosić takie traktowanie?”.

Urzędnicy nie wiedzieli, co ze mną zrobić. W końcu naczelnik mojej wioski zgłosił pomysł: ponieważ byłem kawalerem i już dawno powinienem się ożenić, obiecał, że poszuka mi dziewczyny z innego okręgu. Dzięki temu będę mógł wynieść się z wioski i w jakimś innym okręgu znaleźć sobie dziewczynę i trochę ziemi. Dlaczego nie – pomyślałem sobie. Całkiem mi się ten pomysł spodobał. Zgodziłem się. Dziewczyna nazywała się Xu Meiying. Żadne z nas nie było zbyt wybredne. Niedługo po tym, jak ją poznałem, podziękowałem swatce, wydałem przyjęcie weselne i wyprowadziłem się z Shimenkanu. Jak pan wie, na wsi kobiety zwykle przeprowadzają się po ślubie do rodziny męża. U mnie było odwrotnie. Miejscowi nazywali mnie przygarniętym zięciem.

Liao: Żona wiedziała o pana przeszłości w sanatorium dla trędowatych?

Zhang: Sama spędziła w nim jakiś czas, ale też ją wypuścili, tak jak mnie, bo nic jej nie wyszło w badaniach. Mimo to ludzie bali się z nią przebywać. Pewnie dlatego poznali ją ze mną. Nawet dziś tutejsi ludzie obawiają się trądu. Jeśli myślą, że ktoś może być chory, zaraz go zamykają w izolatce. Wielu zdrowych ludzi trafiło do szpitala tylko dlatego, że sąsiedzi z wioski podejrzewali u nich trąd. No więc, jak się okazało, mieliśmy z Xu Meiying podobną historię. Przede mną miała kilku chłopaków. Żaden nie miał dobrej opinii. Żaden nie żył uczciwie z pracy na roli. Byli albo złodziejami, albo łajdakami. W porównaniu z nimi byłem dobrą partią.

Zamieszkaliśmy razem i zaczęliśmy sypiać w jednym łóżku. Ona była ode mnie o jakieś trzy lata młodsza. Kiedy się pobraliśmy, dopiero zaczęli budować tę drogę. To powinno panu uświadomić, jak dawno to było. Razem uprawialiśmy ziemię i żyło nam się w miarę dobrze.

Liao: Mieliście dzieci?

Zhang: Nie. Moja żona wiele lat chorowała.

Liao: Słyszałem, że spalono ją żywcem. Kiedy to się stało?

Zhang: Nie pamiętam dokładnie. Chyba z dziesięć lat temu. Spotkała złego smoka i opętał ją jego duch. Nie mogliśmy znaleźć lekarstwa. Wszystko zaczęło się wiosną. Kiedy orałem pole, zaatakował mnie kolejny wąż Ma. Nie chciałem go zabijać, ale wyglądał bardzo groźnie. Ze strachu zatłukłem go na śmierć. Niedługo po tym było święto Qingming, kiedy cała wieś idzie na cmentarz i oddaje cześć zmarłym. Moja żona odwiedziła tego dnia grób swojej matki. Kiedy wróciła do domu, mieliśmy gościa – jej krewną z okręgu Fumin. Mieszkała u nas trzy miesiące. Podarowała mojej żonie kolorowy materiał. Żona uszyła z niego kołdrę.

Liao: Chwila, zgubiłem się. Wróćmy do tego złego smoka.

Zhang: Tej nocy była straszna burza. Lał deszcz. Tuż przed świtem uderzył piorun. Nasz dom aż się zatrząsł. Nagle razem z błyskawicą pojawił się zły smok, spadł z góry jak pokrywa na wielki kocioł. Widziałem jego głowę, na pół schowaną w chmurze, i ogon, którym machał nad cmentarzem. Żona otworzyła okno i chciała wyjrzeć, żeby zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. Jak tylko otworzyła to okno, usłyszałem głośny krzyk. Przybiegłem i zobaczyłem, że leży na podłodze. Miała zamknięte oczy i nie mogła się odezwać. Nagle się poderwała, wrzeszcząc jak sam diabeł, powtarzając, że zaraz głowa jej się rozpadnie z bólu. Potem straciła wzrok. Do tego jeszcze ogłuchła.

Byłem przerażony i prowadzałem ją do wielu lekarzy. Wydałem całe nasze oszczędności. Kazałem jej pić wszystkie napary, jakie przepisali lekarze, ale jej się ciągle pogarszało. Nikt nie wiedział, co spowodowało jej chorobę. Po wsi zaczęły się roznosić pogłoski. Z czasem robiły się coraz bardziej dramatyczne i nieprawdopodobne. Wszyscy w wiosce zaczęli wierzyć, że choroba mojej żony była zemstą za to, że zabiłem dwa węże Ma. Mówili, że rozgniewałem smoka i że aby się zemścić, użył przeciwko mojej rodzinie swoich magicznych mocy.

Zaprosiłem miejscowego mnicha taoistycznego, żeby odprawił egzorcyzmy. Ale duch smoka był dla niego za silny. Potem ktoś przedstawił mnie ślepemu wróżbiarzowi. On kazał mi się oprowadzić po domu. Powęszył trochę tu, trochę tam i wyszedł bez słowa. Nigdy więcej się nie odezwał. Widziałem, że Xu Meiying nie pożyje długo. Poszedłem pomówić z jej starszym bratem, a potem porozmawiałem o jej chorobie z naczelnikiem wioski. Obaj się upierali, że u mojej żony znów odezwał się trąd. Niektórzy starzy mieszkańcy wioski mówili mi nawet, że jej matka zmarła na trąd.

 

Liao: Myślałem, że trąd nie jest dziedziczny. Jest?

Zhang: A skąd ja mam wiedzieć? Nie wiedzieliśmy, co robić. Biegałem w kółko jak kurczak, któremu obcięli łeb. Kiedy przyszedł do nas starszy brat Xu Meiying, nie chciał wejść do środka. Kazał mi wyjść przed dom. Zobaczyłem, że przyprowadził ze sobą sporą grupę ludzi, łącznie z naczelnikiem. Powiedział mi, że wymyślili rozwiązanie, które będzie dla mnie dobre. Potem, jak ławica ryb, wieśniacy podchodzili po kolei i podawali mi rękę. Wszyscy mówili to samo: „Na dłuższą metę okaże się, że tak będzie dla ciebie dobrze”.

Liao: O co im chodziło?

Zhang: Nie miałem pojęcia. Jako przygarnięty zięć nie miałem tak naprawdę dużo do powiedzenia w sprawach wioski. Gdybym próbował się z nimi kłócić, zapluliby mnie na śmierć.

W każdym razie na drugi dzień rano stawiła się przed naszym domem cała wieś. Wywołali mnie na zewnątrz, kazali się odsunąć spory kawałek i nie ruszać z miejsca. Zdjęli drzwi, położyli na nich Xu Meiying i ruszyli. Brat powiedział jej, że zabierają ją do szpitala. Była tak słaba, że nie mogła nawet kiwnąć ręką. Krzyknął, żeby zrobić im przejście, i wyprowadzili ją z podwórza, znieśli do podnóża góry. Zgodnie z tradycją, każdy dom we wsi dał wiązkę drzewa, aż zebrał się duży stos. Przywiązali Xu Meiying do drzwi sznurem, a potem położyli ją na tych drzwiach na stosie. Ktoś polał drewno benzyną i sprawdził, czy dobrze nasiąkło. Potem podłożyli ogień.

Liao: Zrobił pan coś, żeby ich powstrzymać?

Zhang: Kilku mężczyzn mnie trzymało, żebym nie mógł się ruszyć. Widziałem tylko, jak w niebo wzbił się pióropusz czarnego dymu i zasłonił słońce. Wtedy mocno buchnęły płomienie. Nie chciałem patrzeć, ale ciekawość we mnie zwyciężyła. Wyciągnąłem szyję i stanąłem na palcach. Widziałem tylko ścianę ognia.

Ciało Xu Meiying było jak kawałek skóry, który zaczyna się kurczyć. Coraz bardziej ciemniała.

Liao: Nie mogę uwierzyć, że podpalili ją, kiedy jeszcze żyła. Czy jakoś nie zareagowała?

Zhang: Była ślepa i głucha. Nie jadła od wielu dni i pewnie była już w śpiączce. Nawet gdyby była przytomna, śmierć nastąpiłaby w ciągu paru sekund. Płomień był tak duży, że czułem gorąco z odległości kilku stóp. Stos się zawalił i jej ciało zapadło się w ogień. Wtedy młodzi mężczyźni dorzucili do niego kije.

Liao: Jakie kije?

Zhang: Na wypadek gdyby Xu Meiying próbowała zeskoczyć ze stosu i uciekać. Gdyby tak było, kijami zapędziliby ją z powrotem do ognia.

Liao: Co za bezkarna tłuszcza.

Zhang: Nie rozumiem?

Liao: Mówię o ludziach, którzy zabili pańską żonę.

Zhang: Zrobili to ze strachu przed trądem. Nie mieli innego wyjścia. Ogień palił się ponad dwie godziny. Niezależnie od tego, jak człowiek jest wychudzony, tyle trwa spalenie ludzkiego ciała.

Liao: Smucił się pan? Płakał?

Zhang: Nie. Niektórzy sąsiedzi mówili mi, że widzieli, jak wokół płomieni owija się ogon złego smoka.

Liao: Wierzy pan w to?

Zhang: Tak, wierzę. Po śmierci Xu Meiying nadal używałem kołdry, którą uszyła. Pewnej nocy miałem koszmar, w którym wąż, grubości miski na ryż, owinął mi się wokół ciała. Dusiłem się. Zamachnąłem się łopatką i waliłem nią węża, aż rozbolały mnie ręce i wszędzie była krew. Kiedy się obudziłem, leżałem na podłodze. Wypadłem z łóżka. Strasznie się wystraszyłem. Bałem się znów zasnąć. Na drugi dzień wyniosłem kołdrę na pole i podpaliłem. I co? Buchnęło takim płomieniem, jakby kołdra była nasiąknięta oliwą. Śmierdziało palonym ciałem. Widocznie ukrywał się w niej wąż. Kiedy kołdra do szczętu spłonęła, zakopałem popiół. Odtąd w moim domu nie ma już duchów.

Liao: Czy zebrał pan szczątki żony i wyprawił pogrzeb?

Zhang: Starszy brat Xu Meiying zebrał jej kości i pochował koło Wzgórza Białego Piasku. Ale to nie był koniec uroczystości.

Musiałem wydać ucztę, żeby podziękować sąsiadom, którzy pomogli.

Liao: Spalili panu żonę na stosie, a pan musiał ich nakarmić w geście wdzięczności. Nie uważał pan, że coś tu nie gra?

Zhang: To, co zrobili, było dla mojego dobra. Nie skarżyłem się, że jedzą moje jedzenie. Nie mogłem im żałować: chciałem, żeby każdy na uczcie najadł się tak, że nie dałby już rady zmieścić w brzuchu niczego więcej. Jeśli oni byli zadowoleni, to ja też byłem zadowolony. Dałem im jedzenie, a oni je przyrządzili. Naczelnik wioski przyprowadził do mnie kilku mężczyzn, którzy zabrali świnię z chlewu i zabili. Wzięli też mięso, które suszyło się u powały. Postawili garnek na piecu i zaczęli gotować mięso, zanim jeszcze rozwiał się dym z ciała mojej żony. Ugotowali wielki gar ryżu. Jak na wielkie święto. Niedługo potem się ściemniło. Wieśniacy z zapalonymi pochodniami przyszli z dużymi miseczkami na ryż i zebrali się pod moim domem, czekając na początek uczty. We wsi było około trzydziestu gospodarstw. Z każdego domu wysłano na ucztę głowę rodziny. Skończyło się tak, że wydałem wszystkie oszczędności, a i tak ich nie starczyło – musiałem jeszcze się zapożyczyć. Nie miałem tyle ryżu, żeby nakarmić aż tak wielu ludzi. Naczelnik pożyczył mi pieniądze. Powiedział, że mogę mu oddać po jesiennych zbiorach.

Liao: Spalenie człowieka żywcem jest wbrew prawu. Zgłosił pan to na policję?

Zhang: Dlaczego? Przecież oni mi pomogli.

Liao: Wciąż pan tak uważa?

Zhang: Tak. Wszyscy w wiosce też tak uważają.

Liao: W innych częściach Chin zaszły duże zmiany. Tutaj nie widzę, żeby coś się zmieniło.

Zhang: Nieprawda, tu się dość dużo zmienia. Jakiś czas temu zbudowali drogę, a teraz ją poszerzają. Ludziom wolno robić interesy. Każdy goni, żeby zarabiać pieniądze. Ja hoduję świnie, psy i kurczaki. Jestem za stary, żeby uprawiać ziemię, więc dzierżawię ją innym. Moja obecna żona i ja nie potrzebujemy dużo. No to i nie narzekamy.

Liao: Od jak dawna jest pan z nową żoną?

Zhang: Od jakichś pięciu lat. Wcześniej mieszkała po drugiej stronie góry. Żadne z dzieci nie chciało się nią opiekować. Ktoś przyprowadził ją do mnie, żebym miał towarzystwo.

Liao: Czy ona wie o Xu Meiying?

Zhang: Nigdy nie pytała, a ja nie zamierzam jej mówić. Nie sądzę, żeby chciała o tym słyszeć. Od lat nie mogłem sobie z nikim porozmawiać. A teraz, kiedy mam ją, mam się do kogo odezwać.

Liao: Nadal myśli pan o Xu Meiying?

Zhang: No cóż… wszystko przez złego smoka. Niedługo po jej śmierci żona jej starszego brata też dostała się pod jego urok i bardzo poważnie zachorowała. Taoistyczny mnich, którego zaprosili, żeby wypędził złego ducha, kazał im nakarmić smoka ludzkim mózgiem. Brat Xu zakradł się więc o północy na cmentarz, wykopał niedawno pochowane zwłoki i wydobył z czaszki trochę mózgu. Zabrał go domu i dał żonie do zjedzenia. Powiedział mi, że słyszał, jak pod mostem smok wyje ze złości.

Liao: Mózg zmarłego jest pełen zarazków i wirusów. Pewnie zachorowała po tym, jak go zjadła.

Zhang: No może, ja tam nie wiem.

Liao: Mam wrażenie, że czas się tu zatrzymał. Każdego dnia słychać tylko, jak wieje wiatr.

Zhang: Tak, ale słyszymy też, jak przejeżdżają ciężarówki. Jesteśmy bardzo wdzięczni doktorowi Sunowi. Dzięki jego Kościołowi odbudowałem dom. Wierzę teraz w Boga. Dzięki Bogu co miesiąc odwiedza mnie lekarz i zabiera do kościoła po drugiej stronie góry. Nikt w kościele się ode mnie nie odsuwa. Wszyscy są bardzo mili. Modlę się do Boga codziennie, prosząc, żeby zły smok nie wrócił i znów nie przyniósł ludziom nieszczęścia.

Chłopski cesarz

Tydzień po Chińskim Nowym Roku 1998 przeprowadziłem wywiad z czterdziestoośmioletnim Zeng Yinglongiem, chłopem, który w 1985 roku obwołał się cesarzem, a swoje rodzinne miasto w prowincji Syczuan ogłosił niepodległym królestwem. Zeng usłyszał zarzuty licznych przestępstw kontrrewolucyjnych, w tym zorganizowania i przewodnictwa działalności wywrotowej przeciwko miejscowej władzy oraz polityce jednego dziecka. Zważywszy na to, że był człowiekiem zupełnie niewykształconym i nieuświadomionym, sąd złagodził mu wyrok z kary śmierci na dożywotnie więzienie. Zeng został umieszczony w więzieniu o podwyższonym rygorze w Górach Daba w północno-wschodniej części Syczuanu. Był z natury optymistą i stosował się do więziennych reguł. Wszyscy strażnicy i współwięźniowie go lubili. Żartobliwie zwracali się do niego „Wasza Wysokość”.

Podczas wywiadu zauważyłem, że ten „Syn Niebios” – jak my, Chińczycy, nazywamy prawdziwych cesarzy – zaczął łysieć na czubku głowy, ale jego wąskie oczy wciąż błyszczały cwaną arogancją. Na nogach miał znoszone wojskowe buty, a na niebieski uniform więzienny włożył krótką niebieską kurtkę. Podwinął rękawy i rozmawialiśmy bez przerwy przez dwie godziny, podczas których wydawał edykt za edyktem.

Liao Yiwu: Czy pan jest tym znanym cesarzem, o którym mówi się w tym więzieniu?

Zeng Yinglong: Proszę się do mnie zwracać „Wasza Wysokość”.

Liao: Dobrze. Wasza Wysokość, kiedy podjęliście rolę cesarza? Zeng: Wasza Wysokość nie chciał być cesarzem. Koronowało go ponad dziesięć tysięcy jego poddanych. Opowiem panu, jak to się wszystko zaczęło. Jakieś dziesięć lat temu z rzeki wyszła ogromna salamandra i skryła się w szczelinie wielkiego kamienia w środku rzeki Wu. Miejscowi nazywali tę skałę „kamieniem bodhisattwy Guanyin”. Ta tajemnicza salamandra umiała mówić jak człowiek. Co wieczór wielu wieśniaków słyszało, jak śpiewa w swojej szczelinie balladę. Ballada szła tak: „Fałszywy smok tonie, prawdziwy smok wypływa na powierzchnię. Na południe od rzeki panują spokój i szczęście”. Z czasem historia o śpiewającej jaszczurce rozniosła się po setkach wsi w okolicy. Nawet małe dzieci umiały śpiewać tę balladę. Miejscowy mistrz feng shui, Ma Xing, bardzo się tym zainteresował i postanowił zbadać, skąd się wzięła ta historia. Pewnego wieczoru przyszedł na brzeg rzeki Wu z grupką mieszkańców wsi i czekał, aż salamandra zacznie śpiewać. Wreszcie zaśpiewała. Wtedy Ma wskoczył wraz z towarzyszami do łodzi i popłynął w stronę głosu. Wreszcie zobaczył skałę, a na niej salamandrę. W ogóle nie bała się tłumu. Zamiast uciec, tylko pomachała ogonem, jakby zapraszała ludzi, żeby podeszli bliżej. Ma otworzył jej pysk patykiem i wyjął jej z gardła długą na trzy cale żółtą jedwabną wstążkę. Była na niej zapisana ballada. Ma zwrócił twarz ku niebu, zamknął oczy i zaczął śpiewać jak mnich. Później wzniósł ręce ze wstążką nad głowę, ukląkł i trzy razy pokłonił się do ziemi. Kiedy podniósł się z klęczek, powiedział swoim towarzyszom, że właśnie rozmawiał z duchem w niebie i odebrał boskie instrukcje.

Wasza Wysokość nie wiedział nic o tej legendarnej śpiewającej salamandrze. Uciekał wtedy przed prawem. Rząd wprowadził bardzo surową politykę jednego dziecka. Miejscowe władze wymierzały bardzo surowe kary tym, którzy spodziewali się drugiego dziecka. Chodzili po wsi z lekarzami i pukali od drzwi do drzwi, nie przepuścili żadnemu domowi. Jeżeli odkryli, że kobieta jest w ciąży z drugim czy trzecim dzieckiem, posyłali ją do kliniki na aborcję i musiała zapłacić wysoką karę. Kobiety w wieku rozrodczym musiały poddawać się sterylizacji albo dawać sobie założyć spiralę. Wasza Wysokość ma dwie córki, ale bardzo chciał mieć syna, który nosiłby nazwisko rodowe. Aby uniknąć kary, dołączył do innych mieszkańców i potajemnie przeprowadził się z żoną do innej prowincji. Wasza Wysokość znalazł się w północno-zachodniej prowincji Sinkiang, gdzie imał się różnych prac na budowach. Z błogosławieństwem nieba doczekał się syna, któremu dał na imię Yan-Ze [co znaczy Trwająca Łaska]. Po jego urodzeniu Wasza Wysokość zabrał żonę i dzieci do prowincji Henan, gdzie osiedlili się w mieście Xinxiang.

 

Pewnie zapyta pan, jak ta część życia Waszej Wysokości ma się do opowieści o legendarnej śpiewającej salamandrze? Jak przypomni pan sobie balladę, zaczyna się ona tak: „Prawdziwy smok wypływa na powierzchnię”. Prawdziwy smok to Zhen-shen-long. To brzmi podobnie do mojego imienia, Zeng-ying-long. Poza tym w balladzie mowa jest o tym, że „na południe od rzeki panują spokój i szczęście”. Znajdowałem się w Henanie, czyli „na południe od rzeki”. Miasto, w którym się osiedliłem, nazywało się Xinxiang, co znaczy „nowo zamieszkałe tereny”.

Kilka dni po spotkaniu z salamandrą Ma zebrał grupę moich przyszłych poddanych. Przeszli pieszo setki kilometrów do Henanu, żeby się spotkać z Waszą Wysokością. Kiedy tylko Ma zobaczył Waszą Wysokość, wyjął z torby szatę z wyhaftowanym smokiem i zarzucił na Waszą Wysokość. Potem Ma i jego towarzysze uklękli i skandowali: „Dziesięć tysięcy lat3 dla Cesarza”. Wasza Wysokość nie mógł zamknąć oczu na wolę swoich poddanych. Nie mógł też nie posłuchać woli nieba. Dlatego właśnie Wasza Wysokość wrócił do rodzinnego miasta jako cesarz swojego ludu, założył nową dynastię i ustalił rok 1985 pierwszym rokiem swojego panowania.

Liao: Jak się nazywała wasza dynastia?

Zeng: Nazywała się Dayou.

Liao: Co to znaczy?

Zeng: „Dayou” znaczy „Wszystko jest wspólne” Kiedy Wasza Wysokość został koronowany, wydał pierwszy cesarski edykt: „Razem uprawiamy ziemię, dzielimy się majątkiem i możemy mieć tyle dzieci, ile chcemy”. Ten edykt był wśród moich poddanych szalenie popularny.

Liao: Jak duże było państwo Waszej Wysokości?

Zeng: Właściwie Wasza Wysokość rządził tylko trzema okręgami na styku prowincji Hunan, Kuejczou i Syczuan.

Liao: Wasza Wysokość pozwoli, że będę szczery. Jak wynika z dokumentów sądowych, odtworzyliście starożytną historię, opisaną w Zapiskach historyka przez słynnego Sima Qiana. Według historii podanej w Zapiskach, Chen Sheng, chłopski rebeliant z czasów dynastii Qin [221 p.n.e.-2o6 n.e.] usiłował skrzyknąć ludność przeciwko cesarzowi i zająć jego miejsce na tronie, wkładając żółtą wstążkę do wnętrza ryby. Potem kucharz „przypadkiem” odkrył w rybie wstążkę, na której było napisane „Cesarz Chen Sheng”. Wszyscy wierzyli, że to przekaz od boga Niebios i wszyscy przyłączyli się do powstania wszczętego przez Chena, które doprowadziło ostatecznie do upadku dynastii Qin. Wygląda na to, że Ma odwzorował tę historię w każdym szczególe. Wymagało to nie lada planowania.

Trudno uwierzyć, że ta starodawna sztuczka zadziałała po upływie dwóch tysięcy lat. Czy wieśniacy naprawdę uwierzyli, że to przekaz od boga Niebios?

Zeng: Cicho bądź. To grubiaństwo, mówić tak do Waszej Wysokości. Wasza Wysokość wie, że jesteś przebranym dziennikarzem i przysłało cię wrogie Królestwo Chin. Wasza Wysokość zaprzecza wszystkim twoim oszczerstwom.

Liao: Nie jestem dziennikarzem. Jestem tylko zwyczajnym badaczem i pisarzem. Może Wasza Wysokość nie chce dziś ze mną rozmawiać, ale nie sądzę, żeby prędko nadarzyła się kolejna okazja opowiedzenia ludziom spoza więzienia o sobie, swoich poddanych i swoim państwie. Z moich obserwacji wynika, że Wasza Wysokość jest bystry, dobrze zna historię Chin i ma ogromne ambicje. Z ambicjami trochę Wasza Wysokość przeholował, ale to zrozumiałe. Chyba Wasza Wysokość nie chce być pośmiewiskiem przyszłych pokoleń?

Zeng: W całej historii to powszechne, że generałowie czy cesarze ponoszą klęskę. Z czego tu się śmiać? Ale może mi pan obiecać, że zapisze pan wiernie, co Wasza Wysokość powie?

Liao: Tak, Wasza Wysokość. Obiecuję.

Zeng: Powiedzmy, że śpiewająca salamandra została zaczerpnięta ze starożytnej chińskiej opowieści. Ale reszta jest prawdą. Kiedy Wasza Wysokość wrócił do rodzinnego miasta, natychmiast mianował Ma Xing premierem. Według premiera Ma, Królestwo Dayou, położone w górach, miało niewielką populację. Moi poddani byli ludźmi staroświeckimi, spętanymi tysiącami lat tradycji przodków. Koncepcja dużych rodzin z wieloma potomkami płci męskiej była głęboko zakorzeniona w ich umysłach. Polityka planowania rodziny wprowadzona przez Królestwo Chin wzbudziła protesty w całym regionie. Wiele mężatek musiało uciekać w góry, ukrywać się po jaskiniach i żyć jak kobiety pierwotne. Wolały jeść surowe warzywa i pić wodę źródlaną, niż poddać się przymusowej aborcji czy sterylizacji. Premier Ma poradził, żeby Wasza Wysokość wykorzystał te powszechne nastroje antyrządowe. Ma polecił wszystkim ludziom Waszej Wysokości, żeby chodzili po domach i głosili pogląd, że rodzenie dzieci to nasze niezbywalne prawo, przekazane przez przodków. Im więcej mamy dzieci, tym lepiej nam się powodzi. Wychowanie może być trudne, ale ludzie w tej okolicy są przyzwyczajeni do biedy i trudów życia. Nie ma wielkiej różnicy, czy się wychowuje jedno dziecko, czy siedmioro, czy ośmioro. Każde kolejne dziecko to jeden promyk nadziei więcej dla naszego królestwa. A jeśli ktoś chce nam tę nadzieję odebrać, będziemy z nim walczyć aż do ostatka.

Po mobilizacji mas, która trwała pół roku, Wasza Wysokość zgromadził wystarczające poparcie i położył solidny fundament pod Królestwo Dayou. Wasza Wysokość wydał szereg cesarskich dekretów, w których nawoływał swoich poddanych do egzekwowania prawa do posiadania dużej rodziny. Gdyby jakaś kobieta urodziła ponad dziesięcioro dzieci, Wasza Wysokość miał nadać jej tytuł „Matki Królewskiej”.

W tym czasie umarł pewien poważany mieszkaniec wioski. Dożył ponad stu lat. W moich stronach, kiedy człowiek dożyje zaawansowanego wieku, traktuje się go z wielkim szacunkiem. Kiedy umiera, wyprawia się mu porządny pogrzeb. Wielu ludzi przybywa z daleka, żeby wziąć udział w takiej uroczystości, w nadziei, że przejdzie na nich trochę szczęścia zmarłego. Ponieważ w pogrzebie tego starca miało uczestniczyć wielu wieśniaków, postanowiliśmy wykorzystać tę okazję do oficjalnego proklamowania narodzin Królestwa Dayou. Premier Ma, z zawodu mistrz feng shui, włożył w przygotowanie pogrzebu dużo czasu i energii. Przez dwa dni chodził po górach i przekraczał rzeki, żeby znaleźć pomyślne miejsce dla grobu starca. Wreszcie znalazł miejsce dość daleko od wioski. Przez cały tydzień była wystawiona otwarta trumna. Mnisi z pobliskiej świątyni przychodzili i całymi dniami i nocami śpiewali sutry. Opat świątyni pomógł nam też wybrać pomyślną datę pogrzebu.

Zgodnie z lokalną tradycją, w dniu pogrzebu trumnę należało złożyć w ziemi przed wschodem słońca. Dzięki temu duch starca mógł stać się nieśmiertelny i wstać razem ze słońcem. Stosując się do wskazówek Ma, procesja pogrzebowa, w której uczestniczyło kilka tysięcy żałobników, wyruszyła około północy. Na czele szła miejscowa orkiestra dęta. Ponieważ starzec był zwyczajnym chłopem, jego pogrzeb nie był wydarzeniem, w którym mógłby uczestniczyć cesarz. Ale Wasza Wysokość musiał się ukorzyć i udawać zwykłego wieśniaka. Kiedy kondukt żałobny piął się wąską ścieżką pod górę, migotliwe światła pochodni niesionych przez żałobników mieszały się z gwiazdami na niebie. Z daleka trudno było odróżnić światła pochodni od gwiazd. W pewnym momencie premier Ma odwrócił się i ukląkł. Powiedział: „Wasza Wysokość, proszę spojrzeć na ten cudowny widok. Bóg Niebios jest po naszej stronie”.

Zgodziłem się z nim i dałem znać, żeby wstał i dogonił kondukt. Główny żałobnik, którego wynajęliśmy, żeby zawodził i śpiewał, miał naprawdę donośny głos. Kiedy zaśpiewał jedną linijkę pieśni, ludzie odpowiadali mu kolejną. Echo zawodzeń i śpiewów było tak głośne, że góra jakby od niego wibrowała. „Nie zwlekaj, szybko chodź, / U Niebios bram już czeka dzień. / Chwilę odpocznij i zaraz wstań, / Znajdź żonę, syna spłodź”.

Liao: To ciekawe. Pieśń o reinkarnacji nawet się rymowała.

Zeng: Do prawdziwej reinkarnacji jeszcze nie doszło. Wreszcie dotarliśmy do miejsca pochówku. Kiedy nadszedł czas, żeby zacząć uroczystość, Niu Daquan, który był moim szefem administracji, zebrał dziesięciu strażników królewskich z mojego królestwa i zaczęli odprawiać rytuał tańca słońca. W miarę jak rytm bębnów przyspieszał, wielu ludzi nie mogło mu się oprzeć i dołączyło do tańca. Napięcie rosło. W pewnym momencie premier Ma zdjął koszulę, wyjął z torby flagę Królestwa Dayou przedstawiającą smoka i zaczął wymachiwać nią nad głową. Tupał nogami i potrząsał głową w ekstazie. Później wyjął z kieszeni garść grochu i rzucił w górę, skandując: „Potrzebujemy zmiany, potrzebujemy zmiany”. Ludzie natychmiast rzucili się zbierać groch, który jest symbolem długiego życia. Nagle za górą pokazały się ciemne chmury, a towarzyszyły im głośne uderzenia pioruna i błyskawice. Spadł na nas ulewny deszcz, jakby Niebiosa wysłały na ziemię tysiące zbrojnych wojowników.