Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznychTekst

Autor:Liao Yiwu
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Prowadzący umarłych

Opowieści o prowadzeniu umarłych są popularne i na północy, i na południu Chin. Zazwyczaj są one tak dramatycznie przesadzone, że trzeba odrzucić je jako wytwór wyobraźni. Kiedy w jednym z poprzednich wywiadów Li Changgeng, zawodowy żałobnik, wspomniał o prowadzeniu umarłych, wielu czytelników napisało do mnie z pytaniem, czy mają wierzyć w podany przez Li opis prowadzenia umarłych. Ja sam uważałem, że było w tym trochę prawdy i trochę zmyślenia, ale niedawno usłyszałem poniższą historię, która wydała mi się dość przekonująca. W rocznicę śmierci ojca pojechałem do Lijiaping w Syczuanie, gdzie mój ojciec się urodził i gdzie pochowane są jego prochy. Po odprawieniu rytuałów – zapaleniu kadzidła, odpaleniu petard i skłonieniu się przed jego grobem – odwiedziłem Luo Tianwanga, mistrza feng shui, który wybrał miejsce pochówku mojego ojca. Luo to stary przyjaciel rodziny, teraz ma ponad siedemdziesiąt lat. Wyglądał na zdrowego i pełnego energii; wciąż ma ostry wzrok i jasny umysł. Rozmawialiśmy dość długo.

Liao Yiwu: W dzieciństwie, które tu spędziłem, stale słyszałem od naszej sąsiadki, trzeciej babci Wang, opowieści o prowadzeniu umarłych. Mówiła, że w Syczuanie ludzie mówią na to jo shi. Shi oznacza zwłoki, a słowo jo pochodzi z zawołania „jo-ho, jo-ho”, jakie wydają prowadzący umarłych. Myśli pan, że w tych historiach jest trochę prawdy?

Luo Tianwang: Jasne. Prowadzenie umarłych nigdy nie było zawodem oficjalnie uznanym, ale uprawiano go od czasów starożytnych. Kiedy byłem młody, miałem kilku przyjaciół, którzy trudnili się handlem solą. Podróżowali pieszo po nieutwardzonych drogach do centralnych prowincji Shanxi i Henan. Po drodze mijali czasami pozamykane sklepy i warsztaty, które na drzwiach miały napis: „Prowadzenie umarłego przez granicę”. Te szyldy budziły w nich lęk – powiewały na zimnym wietrze na opustoszałej górskiej drodze. Kiedy przyjaciele mi o tym opowiedzieli, zapytałem: „Kiedy człowiek umiera, robi się sztywny, jak więc może przekroczyć granicę?”. Nie wiedzieli, a ja poznałem odpowiedź dopiero kilka lat później.

Liao: Zwłoki miałyby przekraczać granicę? Czy chodziło o granicę, która oddziela światy żywych i umarłych?

Luo: Nie, chodziło o dosłowne przekraczanie granicy prowincji czy okręgu. Jak już mówiłem, transport nie był wtedy zbyt dobrze rozwinięty. Tak zwana autostrada narodowa była nieutwardzoną drogą z koleinami. Kiedy prowadzący interesy człowiek zmarł w podróży, na skutek nagłej choroby albo wypadku, trudno było przetransportować ciało z powrotem do jego rodzinnej wioski, żeby zostało pochowane w ojczystej ziemi. A jeśli zmarły nie zostanie wrócony rodzimej ziemi, jak nakazuje zwyczaj, nazywa się go samotną duszą i bezdomnym duchem. Dlatego właśnie, ponieważ nie było autobusów ani ciężarówek, jeżeli rodzinę było na to stać, najmowała zawodowych prowadzących umarłych.

Liao: Ale jak to możliwe, żeby zwłoki chodziły? Czy kryła się za tym magia? Słyszałem, że prowadzący umarłych kazali chodzić po zwłokach czarnemu kotu, wytwarzając w ten sposób elektryczność, dzięki której zwłoki mogły się poruszać jak kukiełka.

Luo: To nonsens.

Liao: Widział pan kiedyś prowadzącego umarłych?

Luo: Tak. Na początku lat pięćdziesiątych nowy rząd komunistyczny rozesłał po całym kraju zespoły, których zadaniem było wdrożenie reformy rolnej polegającej na odebraniu ziemi bogatym i rozdaniu jej biednym. Zespół dzielił ludzi na kategorie według majątku i przekonań. Bogaci właściciele ziemscy i nacjonaliści zostali uznani za wrogów ludu, wielu było torturowanych albo skazanych, jeśli nie uciekli wcześniej w góry albo nie zapłacili triadom za ochronę. Ponieważ w mojej rodzinie trzy pokolenia zajmowały się feng shui, uznano nas za szerzycieli zabobonów i nie wolno mi było brać udziału w działalności związanej z redystrybucją ziemi. Nie miałem nic do roboty i w pewien ciemny, pochmurny dzień po południu, kiedy szedłem sobie drogą we wsi, nagle minęło mnie coś czarnego i zwalistego, aż dreszcz przebiegł mi po plecach. To coś było okryte wielką peleryną koloru atramentu. Skraj peleryny był zachlapany błotem, i co jakiś czas ukazywał się spod niego skórzany but. Ciężkie kroki dudniły, jakby ktoś walił w ziemię drewnianym klockiem. Nagle podbiegł do mnie mój kolega Prosiak i szepnął mi do ucha: „To są zwłoki”.

Te słowa napędziły mi stracha. Pobiegłem naprzód, żeby zobaczyć tę pelerynę z przodu. Kilka kroków przed nią szedł mężczyzna ubrany w beżową koszulę, w ręce trzymał lampion z białym papierowym kloszem, a w zgięciu łokcia miał przewieszony kosz pełen fałszywych pieniędzy1. Co kilka minut sięgał wolną ręką do kosza, brał garść pieniędzy i rzucał je w górę. Zna pan ten rytuał, prawda? Nazywa się „wkupywaniem się w tamten świat”. Ludzie na wsiach ciągle wierzą, że fałszywymi pieniędzmi można przekupić duchy, strażników zwłok, żeby nie stały zmarłemu na przeszkodzie w drodze do nieba.

Liao: To znaczy, że ludzie wierzyli kiedyś, że świat zmarłych jest tak samo skorumpowany jak świat żywych. Ale po co lampion w biały dzień?

Luo: Żeby oświetlać drogę do nieba. Poza tym biały lampion, fałszywe pieniądze i czarna peleryna tworzą atmosferę żałoby. Lampion miał też cel praktyczny – ale niech pan pozwoli, że dokończę opowieść. Postanowiliśmy z Prosiakiem, że pójdziemy za tymi prowadzącymi umarłych. Zwłoki wyglądały na o głowę wyższe od przeciętnego człowieka i nosiły duży słomkowy kapelusz. Pod kapeluszem była biała papierowa maska – jedna z tych ze smutną miną, jakie zakładają śpiewacy operowi. Mężczyzna idący przodem skandował „jo-ho, jo-ho” a zwłoki, o dziwo, były mu posłuszne, jak dobrze wyćwiczony żołnierz. Szły dosłownie krok w krok za przewodnikiem. Na przykład, kiedy mieli wejść po kamiennych schodach, przewodnik powiedział: „Jo-ho, jo-ho, będą schody”. Zwłoki przystanęły na sekundę, ale zaraz zaczęły wchodzić po schodach, odchylając się sztywno do tyłu. Szliśmy za nimi z Prosiakiem przez jakieś sześć, siedem kilometrów, aż do małej gospody przy spokojnej bocznej drodze. Zwłoki zaczekały przed wejściem, a przewodnik wszedł do środka, zastukał palcami w ladę i powiedział zniżonym głosem: „Przybył bóg szczęścia”.

Liao: Co to znaczy?

Luo: Widocznie było to umówione hasło, bo gospodarz kiwnął głową, uśmiechnął się i wyszedł zza kontuaru. Ukłonił się przewodnikowi i zaprowadził go wraz ze zwłokami na tyły gospody. My przekradliśmy się na tylne podwórze i łatwo znaleźliśmy pokój, w którym zatrzymali się prowadzący umarłych, bo przewodnik zostawił pod drzwiami lampion. Chcieliśmy podejść bliżej, ale gospodarz na nas nakrzyczał. Złapał mnie za rękaw i warknął: „Zmykać mi stąd, gówniarze. I nikomu ani słowa, zrozumiano?”.

Liao: Czy ten gospodarz nie bał się, że udzielanie gościny zwłokom przyniesie mu pecha?

Luo: Ponieważ zwłoki były okryte peleryną, inni goście nie mogli niczego podejrzewać, a miejscowi wręcz wierzyli, że prowadzący umarłych przynoszą szczęście, ponieważ śmierć to początek życia w innym świecie. Później dowiedziałem się, że właśnie dlatego chodzące zwłoki nazywano bogiem szczęścia. Było nawet takie powiedzenie: „Jak wejdzie w twoje progi bóg szczęścia, po nim odwiedzi cię dobry los”. Oczywiście gospodarz brał za nocleg od prowadzących umarłych trzy razy tyle co zwykle.

Ale wracając do mojej opowieści, mimo napomnień gospodarza nie chcieliśmy z Prosiakiem sobie pójść. Kręciliśmy się koło wejścia. Wkrótce gospodarz wrócił ze srebrną monetą w dłoni. W tamtych czasach taka moneta była warta sporo pieniędzy. Nie mógł ukryć podekscytowania. Kiedy nas zauważył, przywołał nas, dał nam trochę drobnych i kazał iść do restauracji w pobliżu i kupić smażonych orzeszków ziemnych, gotowanych świńskich uszu, świński ozór i trochę alkoholu. Kazał nam też kupić świeczki i fałszywe pieniądze w sklepie z artykułami żałobnymi. Powiedział, że prowadzący umarłych musi uzupełnić zapas na następny dzień. Zdziwiło nas, że gospodarz wyraźnie kazał nam wziąć z restauracji dwa komplety miseczek i pałeczek. Powiedział, że jeden jest dla boga szczęścia.

Szybko załatwiliśmy sprawunki i gospodarz gorąco nam podziękował. Dał nam jako napiwek kilka monet i poprosił, żebyśmy się napili z nim herbaty. Powiedział, że podczas ostatnich dwudziestu lat dawał nocleg ponad dziesięciu prowadzącym umarłych, których trasa wiodła przez tę okolicę. Zasypaliśmy go pytaniami. Zniżył głos do szeptu: „To nie umarły idzie, tylko żywy”. Prosiak i ja nie zrozumieliśmy. Gospodarz powiedział, że magia kryje się pod tą czarną peleryną. Ale nie chciał nam zdradzić nic ponad to. Prosiak powiedział: „Ale żyjemy teraz w czasach komunistycznych. Prowadzenie umarłych to zwyczaj z dawnego społeczeństwa. Teraz uważany jest za zabobon i zakazany. Nie ma powodu, żeby robić z niego przed nami tajemnicę. Nikomu nie powiemy. Ale jeśli pan nam nie powie, doniesiemy, że wynajmuje pan pokoje prowadzącym umarłych”. Błaganiami i groźbami wreszcie złamaliśmy gospodarza.

Liao: I na czym polega sekret?

Luo: Pod czarną peleryną ukrywają się dwa ciała: zmarły i żywy, który niesie zmarłego na plecach. W podróży ten, który niesie ciało, musi je przytrzymywać obiema rękami, żeby nie spadło na ziemię. Jak pan pewnie wie, ciało zmarłego sztywnieje i robi się ciężkie jak kamień. Trumnę dźwiga ośmiu mężczyzn. Niech pan sobie wyobrazi, jakie to musiało być trudne zadanie dla jednego człowieka, iść setki mil pod czarną peleryną, ze zwłokami na plecach. Ponieważ dźwigającemu trudno jest zginać kolana, jego ruchy są sztywne i niezgrabne. Poza tym, przez tę czarną pelerynę nie widzi drogi przed sobą. Pamięta pan ten biały lampion, o którym mówiliśmy? Światło lampionu służy do tego, żeby oświetlać drogę temu, który niesie zwłoki.

 

Liao: Kiedy prowadzący umarłych jedzą posiłki?

Luo: Zwykle jadają tylko jeden posiłek dziennie, a są w drodze dziesięć czy dwanaście godzin bez przerwy. Ponieważ pracują parami, zmieniają się i każdy niesie zwłoki co drugi dzień. Czasami podróż prowadzących umarłych może trwać i ponad miesiąc. Z uwagi na tak długi czas niemożliwe jest wyruszanie w trasę latem, bo zwłoki rozłożyłyby się w upale. Nawet zimą prowadzący umarłych muszą wstrzykiwać w ciało rtęć i inne substancje przeciwdziałające rozkładowi. Ponieważ klienci wiedzą, jak trudna to praca, są gotowi dużo zapłacić za ich usługi. Gospodarz powiedział nam, że ludzie wykonujący ten zawód muszą przejść wieloletnie szkolenie fizyczne. Często dobrze znają kung fu i mogą się bronić przed złodziejami.

Byliśmy z Prosiakiem zdumieni, kiedy tego słuchaliśmy. Prosiak chciał zaraz iść na tył gospody, żeby się przekonać, czy to prawda. Gospodarz go powstrzymał, mówiąc, że drzwi do pokoju prowadzących umarłych są zamknięte. Ja odezwałem się wtedy: „To możemy przyłożyć uszy do drzwi i podsłuchiwać”. Gospodarz wykręcił mi ucho: „Jak was przyłapią, obetną wam uszy i każą sobie podać jako zakąskę”. Prowadzący umarłych to ludzie bardzo skryci. Jak wejdą do pokoju, to już z niego nie wychodzą, aż do wczesnego rana, kiedy ruszają w dalszą drogę. Tej nocy w gospodzie nic się nie działo, więc rozmawialiśmy z gospodarzem dość długo. Kiedy wreszcie wyszliśmy, na zewnątrz było całkiem ciemno. Gospodarz dał nam jeszcze trochę pieniędzy i kazał przysiąc, że nikomu nie zdradzimy, co widzieliśmy. Powiedział, że gdyby władze się dowiedziały, że udziela noclegu prowadzącym umarłych, kazaliby mu zamknąć gospodę.

Liao: I to już koniec tej historii?

Luo: Cierpliwości! Jeszcze nie skończyłem. Kiedy wróciłem do domu, nie mogłem zasnąć. Wciąż miałem przed oczyma widok prowadzących umarłych. Na drugi dzień rano obudził mnie naczelnik wioski, który chodził po ulicy i walił w gong. Zwoływał ważne zebranie wszystkich mieszkańców. Wyskoczyłem z łóżka, chwyciłem płaszcz i wybiegłem na mżący deszcz, bez śniadania. Sąsiedzi schodzili się ze swoich domów.

Kiedy byłem już prawie przy rynku, zauważyłem Prosiaka. Odciągnął mnie na stronę i ściszonym głosem powiedział: „Muszę ci coś powiedzieć. Kiedy się wczoraj rozstaliśmy, nie mogłem przestać myśleć o tych historiach, które nam opowiedział gospodarz. Coś mi nie pasowało. Przewodniczący Mao kazał nam wykorzeniać zabobonne praktyki. A ci prowadzący umarłych kultywują zabobonną tradycję – są kontrrewolucjonistami! Nie mogłem zawieść Przewodniczącego Mao. Musiałem coś zrobić, inaczej byłbym współwinny. Wstałem więc w środku nocy, przeszedłem kilka kilometrów do biura władz okręgu i doniosłem na tych prowadzących umarłych członkom komisji do spraw reformy rolnej. Oni natychmiast skontaktowali się ze stacjonującą najbliżej jednostką Armii Narodowowyzwoleńczej. Zaprowadziłem żołnierzy i członków komisji do tej gospody”.

Wściekłem się, kiedy to usłyszałem. Uderzyłem go: „Przecież miałeś nie pisnąć ani słowa. Czy nie obiecaliśmy tego gospodarzowi?”. Prosiak spojrzał na mnie i uśmiechnął się złośliwie: „Co, myślałeś, że będę siedział cicho za parę nędznych monet?”.

Liao: No i okazało się, jakie miał szlachetne rewolucyjne pobudki. Chodziło o pieniądze, prawda?

Luo: Nie do końca. W tamtych czasach wszyscy chcieli się zasłużyć w oczach nowej władzy. Prosiak starał się tylko być członkiem grupy. Z jego pomocą żołnierze uzbrojeni w karabiny wpadli do gospody, wzięli do niewoli gospodarza i jego pracowników. W milczeniu przeszli na tyły, zatrzymali się przed pokojem prowadzących umarłych i zapukali do drzwi. Nie było odpowiedzi. Żołnierze zaczęli walić do drzwi, aż wreszcie usłyszeli w środku jakiś szmer. „Kto tam?” – zapytał głos. To ich rozwścieczyło i wyważyli drzwi kolbami. Wpadli do środka i poświecili latarkami. Prosiak, który to wszystko widział, powiedział, że obaj prowadzący umarłych stali w bieliźnie koło łóżek i się trzęśli. Zwłoki, wciąż okryte czarną peleryną, były oparte o ścianę. Jeden z żołnierzy ściągnął pelerynę i zobaczyli, że pod nią kryje się ciało kobiety, bogaczki – miała trwałą ondulację i mocny makijaż, była ubrana w drogą zieloną jedwabną cheongsam2. Ani wieśniacy, ani żołnierze nigdy wcześniej nie byli tak blisko takiej bogatej damy. Z ciekawości niektórzy dotykali jej twarzy, a inni macali materiał szaty. Jej nos, uszy i usta były wypełnione rtęcią i jakimś śmierdzącym płynem, ale to ich nie powstrzymało.

Prowadzący umarłych podnieśli ręce do góry. Żołnierze kazali im i gospodarzowi stanąć pod ścianą, obok zwłok. Ponieważ w tamtych czasach nie było elektryczności, żołnierze zapalili biały lampion prowadzących umarłych i zaczęli ich przesłuchiwać. Prosiak powiedział, że to wyglądało dość niesamowicie, w tak słabo oświetlonym pomieszczeniu.

Liao: Kim byli ci prowadzący umarłych?

Luo: To byli bracia z prowincji Shanxi. Starszy miał trzydzieści pięć lat, był krępy i bardzo mocno umięśniony. Młodszy miał trzydzieści jeden lat, był szczuplejszy i wyższy. Ich ojciec zajmował się prowadzeniem umarłych przez wiele lat i znany był w swojej okolicy jako Guijianchou – wojownik, który przeraża ducha. Bracia wcześnie nauczyli się od niego zawodu. Mówili, że przez jakiś czas próbowali uprawiać ziemię, ale zrezygnowali, bo nie mogli związać końca z końcem. Kiedy żołnierze naciskali ich, żądając informacji o zmarłej kobiecie, bracia popatrzyli po sobie i potrząsnęli głowami. Powiedzieli, że udzielanie informacji o zmarłych jest wbrew etyce ich zawodu. Żołnierze bili ich po twarzach i mierzyli z pistoletów w głowy, krzycząc: „Przewodniczący Mao mówi tak: łagodność dla tych, którzy przyznają się do winy, a surowe kary dla tych, którzy odmawiają współpracy”. Śmiertelnie przerażeni bracia padli na podłogę i wszystko wyznali.

Liao: Kim była ta kobieta?

Luo: Żoną oficera armii narodowej. Kiedy nacjonaliści przegrali, ten oficer z żoną przenosili się z miejsca na miejsce. Była zima, żona dostała zapalenia płuc. Na łożu śmierci kazała mężowi obiecać, że pochowa ją w jej rodzinnej wiosce. Kupił taczki, załadował na nie ciało żony i dwie walizki i zaczął pchać taczki po krętych górskich drogach Xishenba. Tam spotkał tych dwóch braci. Zmęczony wysiłkiem, obiecał zapłacić im dużo pieniędzy, jeżeli przetransportują jego zmarłą żonę do jej rodzinnej wioski. Bracia przyjęli zlecenie i przez dwa miesiące nieśli zmarłą przez bardzo trudne okolice. Kiedy Prosiak i ja ich spotkaliśmy, dzieliło ich od celu podróży tylko szesnaście kilometrów.

Liao: Co się z nimi stało?

Luo: Żołnierze kazali braciom zanieść zwłoki do magistratu. Tam zamknęli ich w ciemnym pokoju, razem z ciałem.

Liao: Szkoda mi ich. Prowadzenie umarłych to była ciężka fizyczna praca, cięższa niż uprawa roli. Nie byli wyzyskiwaczami, tylko robotnikami, czyli sojusznikami komunizmu.

Luo: Zgadzam się, że prowadzący umarłych byli robotnikami. Gdyby zwłoki były, powiedzmy, ciałem biednej chłopki, ponieśliby tylko lekką karę. Ale popełnili podwójną zbrodnię: po pierwsze, trudnili się zajęciem związanym z tradycją i zabobonami; po drugie, pracowali dla nacjonalistycznego oficera. A współpraca z wrogiem była uważana za poważne przestępstwo.

W latach pięćdziesiątych dość często widywało się ludzi, na których wykonywano wyroki po tym, jak oskarżono ich na tak zwanej „sesji wylewania żalów”. Dlatego się wystraszyłem, kiedy Prosiak powiedział, co zrobił prowadzącym umarłych. Wkrótce rynek naszej wioski wypełnił się gapiami. Przez mżawkę widziałem, jak ludzie rozglądają się na wszystkie strony. Głośne bębnienie i bicie w gongi zagłuszały gwar. Ci, którzy już się nie wcisnęli na rynek, wdrapali się na dach silosu. Wieśniacy rzadko bywają w mieście i nie mają stałego dostępu do rozrywek. Zebrania towarzyszące publicznym oskarżeniom były dla wielu gapiów darmowym dramatem. Żaden z nich nie chciałby takiej okazji przegapić.

Pod silosem postawiono prowizoryczne podium. Nowo mianowany szef okręgu siedział w środku za długim stołem prezydialnym, w szarym mundurze jak Przewodniczący Mao. Koło niego siedzieli szef komisji do spraw reformy rolnej i trzech żołnierzy. W pierwszym rzędzie stało kilkanaście drewnianych krzeseł i stołków. Były zarezerwowane dla szefa wioskowej milicji, przewodniczącego nowo utworzonego Komitetu Rewolucyjnego Ubogiego Chłopstwa i kilku chłopskich działaczy. Wkrótce gongi i bębny ucichły. Szef okręgu wziął do ręki mikrofon, który co jakiś czas wydawał z siebie przeraźliwe piski. Podsunął go sobie bliżej ust: „Wprowadźmy najpierw na scenę Zhang Kana, niegodziwego właściciela ziemskiego, oraz Liu Chana, przywódcę bandy rozbójników i ich sługusów”.

Trochę mi ulżyło, że nie wezwano prowadzących umarłych. Ludzie, którzy stali pod podium, przesunęli się, żeby przepuścić przestępców. Na scenę wypchnięto ponad dziesięć osób. Byli ubrani w wysokie czapki błaznów, ręce mieli związane z tyłu, a na piersiach zawieszono im czarne kartonowe plansze z takimi napisami, jak „zły właściciel ziemski Zhang Kan” itd. Kiedy stali na podium, szef okręgu podniósł prawą rękę i krzyknął: „Precz z klasą wyzyskiwaczy! Śmierć złym posiadaczom ziemskim i rozbójnikom!”. Jak na dany sygnał, wszyscy podnieśli prawe ręce i zaczęli wykrzykiwać te hasła. Kiedy krzyki ucichły, jacyś biedni działacze chłopscy wstali i zaczęli opowiadać straszne historie o tym, jak źle byli traktowani i wyzyskiwani przez tych właścicieli ziemskich przed nastaniem komunizmu. Po ich świadectwach nastąpiła kolejna runda okrzyków. Potem żołnierze sprowadzili z podium oskarżonych i ich sługusów i zaprowadzili na pobliskie pole. Wszystkich zastrzelili na miejscu.

Liao: A co się stało z prowadzącymi umarłych?

Luo: Po tym, jak szef okręgu zarządził egzekucję, ludzie zaczęli szeptać: „Słyszeliśmy, że dziś w nocy aresztowali jakichś prowadzących umarłych. Gdzie oni są?”. Szef okręgu nie zawiódł tłumu. Mniej więcej pół godziny później na podium przywiedziono prowadzących umarłych. Ludzie natychmiast zaczęli się przepychać bliżej podium, chcąc jak najlepiej wiedzieć tych, którzy mieli posiadać magiczną moc sprawiania, że umarli chodzą. W zebranie wkradł się spory chaos i w zamieszaniu stratowano kilkoro dzieci. Żołnierze na podium wstali i wskoczyli w tłum, żeby zaprowadzić jakiś porządek. Usiłowali odsunąć tłum od sceny. Szef okręgu krzyczał do mikrofonu: „Spokój, spokój, nie pchać się! Chaos da naszym wrogom klasowym okazję do tego, żeby napytać nam kłopotów!”.

Ale ludzie nie chcieli się cofnąć. Kto by ich winił? Starszy z braci i odziane w cheongsam zwłoki związano razem, plecami do siebie. Młodszemu bratu kazano włożyć czarną pelerynę i nieść lampion i kosz z fałszywymi pieniędzmi. Na tył głowy nałożono mu tę przerażającą białą maskę. Starszy brat miał na piersiach zawieszoną czarną tablicę z napisem „sługus kontrrewolucyjnych zwłok”. Kiedy żołnierz spuszczał głowę starszego brata w dół na znak żalu i skruchy, wyglądało to tak, jakby podnosiła się głowa przywiązanych do niego zwłok. Widać było trwałą ondulację i makijaż. Była to scena dość przerażająca, ale i komiczna. Ludzie wydawali z siebie odgłosy zdziwienia. Jakaś kobieta krzyknęła: „To niegodziwa lisica!”.

Liao: Czy obrażanie zwłok nie jest tabu? Ludzie nie obawiali się zemsty za bezczeszczenie zmarłych?

Luo: Wszystkich tak poniosły emocje tamtej chwili, że kompletnie zapomnieli o tradycjach i tabu. To było jak cyrk. Tłum coraz bardziej się rozochocał. Podniecenie się udzielało. Niektórzy młodzi próbowali się wdrapać na podium, żeby dotknąć zwłok. Żołnierze mocowali się z nimi, usiłowali ich trzymać z dala. To było jak lincz. Nagle usłyszeliśmy głośny trzask: podium się zawaliło. Ludzie zaczęli krzyczeć i przewracać się na siebie. Jeden z żołnierzy podniósł karabin i kilka razy wystrzelił w niebo. Dopiero wtedy tłum się uciszył i opanował.

Dwaj bracia mieli szczęście, przydała się ich znajomość kung fu. Odpierali ataki tłumu i ponieśli tylko drobne obrażenia. Później żołnierze odwiązali zwłoki od starszego brata i odprowadzili braci do ciemnicy. W nocy bracia wybili szybę i uciekli. Wkrótce jednak znalazł ich patrol, który puścił się za nimi w pogoń i dopadł kilka kilometrów od miejsca ucieczki. Starszy brat, mimo że został postrzelony w nogę, nie chciał się poddać. Kiedy wspinał się pod górę, przypadkiem stanął na obluzowanym kamieniu i spadł w przepaść. Zaraz potem młodszego pojmali, bo nie stawiał oporu.

 

Liao: Został zabity?

Luo: Pozwolili mu zawinąć ciało starszego brata i zwłoki żony oficera w słomiane maty, wykopać grób i pochować oboje razem za wsią. Potem ten, który przeżył, został deportowany do swojej rodzinnej wioski wraz ze świadectwem zgonu brata. Słyszałem później, że władze pośmiertnie oskarżyły jego brata o „odmowę przyznania się do zbrodni i popełnienie rytualnego samobójstwa dla uczczenia kontrrewolucjonistki”.

Liao: Co za zakończenie.

Luo: Ale to jeszcze nie był koniec. Po kilku dniach u naczelnika wioski pojawili się niespodziewani goście: krewni żony nacjonalistycznego oficera. Dostali od wdowca list, w którym prosił, żeby powitali ciało. Zbudowali więc ołtarz i byli gotowi na urządzenie czuwania przy zwłokach. Czekali i czekali, ale prowadzący umarłych ciągle się nie pojawiali. W końcu dowiedzieli się od kogoś, co się stało na zebraniu z okazji publicznego oskarżenia.

Liao: Ale co mogli zrobić? Zmarła była już pochowana.

Luo: Płakali, krzyczeli, poszli aż do samego szefa okręgu. Błagali go, żeby oddał im ciało. Normalnie szef okręgu nie miałby odwagi spełnić takiej prośby, która dotyczyłaby żony oficera armii nacjonalistów. Ale fiasko publicznego oskarżenia w połączeniu z zabiciem prowadzącego umarłych, którego uważano za przedstawiciela klasy robotniczej, sprawiły, że stracił rezon.

Bał się, że krewni zmarłej zwrócą się do kogoś na wyższym szczeblu i będzie miał przez to kłopoty. Dlatego pozwolił im wykopać ciało. Krewni kobiety najęli profesjonalnych żałobników, którzy zanieśli ciało w rodzinne strony. Była to spora procesja w starym stylu, na którą władze okręgu przymknęły oczy.

Dla tej kobiety była to długa podróż do domu. A co do starszego z braci, to smutne, że ktoś, kto przez całe życie prowadził umarłych do domów ich przodków, został pochowany z dala od własnej wsi.