Królowa Saby

Tekst
Autor:
Z serii: Na osi czasu
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Ma­rib, klej­not Saby, le­żał na roz­sta­ju dróg. Sa­bej­ski szlak han­dlo­wy biegł od wy­żyn po­łu­dnio­we­go Ha­dra­mau­tu na pół­noc do Da­masz­ku, a tra­sy nad­mor­skie – od Ofi­ru po te­re­ny oka­la­ją­ce wschod­ni od­ci­nek rze­ki In­dus. Kto­kol­wiek zaj­mo­wał się prze­wo­zem przy­praw, nie­wol­ni­ków, zło­ta, ko­ści sło­nio­wej, ka­dzi­dła, tka­nin, klej­no­tów czy eg­zo­tycz­nych zwie­rząt, mu­siał pro­wa­dzić in­te­re­sy na sa­bej­skich dro­gach i w por­tach. A to ozna­cza­ło, że od te­raz mu­siał mieć do czynie­nia ze mną.

W pierw­szych mie­sią­cach rzą­dów po­sła­łam osad­ni­ków na pół­noc, do wiel­kiej do­li­ny Dżau­fu. Po­wie­rzyłam im naj­lep­sze zie­mie zdra­dziec­kich Na­sh­sha­nów i Amań­czyków. W za­mian za to mie­li wznieść obo­zy woj­sko­we i nowe świą­tynie w oa­zach. Szlak han­dlo­wy – naj­waż­niej­sza ar­te­ria pro­wa­dzą­ca przez ser­ce zjed­no­czo­ne­go kró­le­stwa Saby – był bez­piecz­ny.

Przy­ję­łam do służ­by mę­żów, któ­rzy za mnie wal­czyli, oraz ich krew­nych, a tak­że Pustyn­ne Wil­ki. We­zwa­łam naj­po­tęż­niej­szych moż­nych z kró­lew­skich ple­mion na rytual­ną ucztę w świą­tyni, by za­wrzeć pak­ty po­ko­jo­we.

Desz­cze spa­dły ob­fi­cie; na po­lach wscho­dzi­ły sor­go i pro­so. Na skra­ju pustyni kwi­tły na ró­żo­wo ta­ma­rysz­ki i mi­mo­zy, pia­ski po­kryły się nie­bie­ski­mi to­mił­ka­mi.

Stwo­rzyłam kor­pus in­żynie­rów, któ­rzy mie­li na­pra­wiać ka­na­ły i usuwać muł. Po­ra­dzi­łam się Wa­ha­bi­la w spra­wie spo­tka­nia no­wych mi­ni­strów han­dlu i skar­bu oraz ich za­stęp­ców z rad­ca­mi za­mor­skiej ko­lo­nii w Pun­cie.

Ofia­ro­wa­łam fi­gurę Ma­qa­ra z brą­zu świą­tyni. Umie­ści­łam ją na­prze­ciw­ko sta­tue­tek mat­ki i ojca. Po­sąż­ki Ha­gar­lat i mo­je­go przy­rod­nie­go bra­ta usunę­łam, od­pra­wiw­szy nad nimi uprzed­nio rytuał zdję­cia klą­twy. Ale w od­róż­nie­niu od fi­gury mo­je­go ojca, na któ­rej wy­pi­sa­no jego licz­ne za­sługi zwią­za­ne z sze­rze­niem kul­tu Al­ma­qa­ha, a tak­że po­sąż­ka mat­ki, ma­ją­ce­go wy­chwa­lać po­tę­gę bo­gów prze­ja­wio­ną w jej pięk­nie, na sta­tuet­ce Ma­qa­ra wid­niał tyl­ko je­den wy­raz: Ser­ce. Miał przy­po­mi­nać o tym, cze­go po­zba­wił mnie Al­ma­qah.

W cią­gu dnia nie po­zwa­la­łam so­bie na myśli o Ma­qa­rze. Ale no­ca­mi Sha­ra, moja przy­ja­ciół­ka z dzie­ciń­stwa, tuli­ła mnie moc­no, gdy łzy tryska­ły mi z oczu jak przez gli­nia­ną tamę. Przy­ci­ska­łam ala­ba­stro­wy słój z pyłem z jego mo­gi­ły do pier­si. Ten pył na­le­ża­ło mie­szać z wi­nem i pić, by zła­go­dzić żal, ale nie potra­fi­łam się do tego zmu­sić. Wino w kie­li­chu za bar­dzo przypomi­na­ło mi krew w mi­sie.

Po­go­dze­nia się ze śmier­cią uko­cha­ne­go nie uła­twia­ło mi rów­nież to, że jego oczy wpa­trywa­ły się we mnie spod cien­kich po­wiek Sal­ba­na, jego ojca. Za każ­dym ra­zem, gdy wzywa­łam Sal­ba­na w cha­rak­te­rze do­rad­cy, nie po­tra­fi­łam na nie­go spoj­rzeć. Co gor­sza, rad­ni za­czę­li de­ba­to­wać nad za­le­ta­mi naj­now­szej ofer­ty mo­je­go mał­żeń­stwa i ko­niecz­no­ścią wy­zna­cze­nia spad­ko­bier­cy.

– Le­d­wie za­sia­dłam na tro­nie – po­wie­dzia­łam pew­ne­go dnia. – Czy ma­cie mnie już dość, że myśli­cie o mo­jej śmier­ci?

– Nig­dy, moja kró­lo­wo. – Tęgi Aba­mar z Au­sa­nu po­krę­cił gło­wą. – Obyś pa­no­wa­ła sto lat.

– Jed­na­ko­woż już wcze­śniej roz­wa­ża­łaś so­jusz z in­nym kla­nem – prze­mó­wił ci­cho Sal­ban, czym mnie prze­stra­szył. Do tej pory li­to­ści­wie mil­czał, gdy była o tym mowa. – Dla­cze­góż nie roz­wa­żyć go te­raz?

Po­czułam, że mam zim­ne pal­ce. Tyl­ko z Ma­qa­rem roz­ma­wia­łam na te­mat ślu­bu…

– Ro­zu­miem… że masz na myśli moje krót­kie na­rze­czeń­stwo w cza­sach, kie­dy byłam dziec­kiem? – spyta­łam bar­dzo ostroż­nie. Nie wy­po­wiem imie­nia Sa­di­qa.

Ski­nął gło­wą, ale było już za póź­no. Nie­pew­ność, za­wie­szo­na na tak dłu­go po tam­tej nocy przed śmier­cią Ma­qa­ra, raz jesz­cze tar­gnę­ła moim ser­cem.

– Al­ma­qah wpro­wa­dził mnie na ten urząd, a ja wpro­wa­dzi­łam was – po­wie­dzia­łam, po­pa­trując zna­czą­co to na jed­ne­go, to na drugie­go. – Al­ma­qah ob­ja­wi nam przy­szłość. Ale te­raz mamy o wie­le bar­dziej na­glą­ce spra­wy.

Tam­te­go lata, gdy żywi­ca wy­cie­ka­ła z drzew u pod­nó­ży gór, a rol­ni­cy po­czę­li na­ci­nać cien­ką korę, po­zwo­li­łam, by mło­de ko­bie­ty z eli­tar­nych ro­dzin sa­bej­skich i au­sań­skich do­glą­da­ły mo­ich kom­nat, a męż­czyź­ni staj­ni. Ka­pła­ni i ka­płan­ki ca­łe­go pan­te­onu bo­gów służyli memu do­mo­stwu.

Po­świę­ca­łam temu wszyst­kie­mu uwa­gę, le­d­wie zda­jąc so­bie spra­wę z pory dnia. Mie­sią­ce roz­róż­nia­łam je­dynie na pod­sta­wie ob­ser­wa­cji ka­pryśne­go księ­życa, któ­ry wi­dzia­łam przez okno każ­dej nocy.

Tam­tej je­sie­ni, gdy z drzew ka­dzi­dla­nych zo­sta­ły już ze­bra­ne łzy bia­łej żywi­cy, a desz­cze po­wró­ci­ły, żal wstrzymał wresz­cie swo­je noc­ne wi­zyty u mnie. Jego miej­sce za­ję­ły obo­wiąz­ki. Rzad­ko kie­dy za­pa­da­łam w głę­bo­ki sen, a je­śli mi się to uda­wa­ło, śni­łam je­dynie o za­sła­nej cia­ła­mi zie­mi i ofiar­nym koź­lę­ciu. Czę­sto bu­dzi­ło mnie wy­cie wia­tru w ka­mien­nych pasz­czach lwów pod pa­ła­co­wymi gzym­sa­mi. Wy­da­wa­ło mi się wte­dy, że słyszę la­men­tują­ce du­sze. Ob­la­na po­tem, pod­cho­dzi­łam do sto­li­ka, by prze­czytać spra­woz­da­nia z roz­mów pro­wa­dzo­nych w moim imie­niu, a tak­że prze­studio­wać kwo­ty dzie­się­cin ze­bra­nych na pra­ce publicz­ne.

– Moja kró­lo­wo – za­czę­ła Sha­ra, pod­no­sząc się z je­dwab­nych po­du­szek, na któ­rych spa­ła obok mnie w łóż­ku. – Nie od­pocz­niesz? Pi­sma nie uciek­ną do jutra.

– Za chwil­kę – od­par­łam, po­dob­nie jak nie­mal każ­dej nocy.

Nie mo­głam jej po­wie­dzieć, że nie śmiem dać so­bie wy­tchnie­nia. Że urząd, któ­ry dźwi­gam na bar­kach ni­czym oło­wia­ny płaszcz, zbyt sło­no kosz­to­wał i mu­szę mą­drze dzier­żyć wła­dzę, któ­rej tak bar­dzo nie mo­głam znieść. Co gor­sza, uwa­ga Sal­ba­na przy­wró­ci­ła do okrut­ne­go życia nie­pew­ność do­tyczą­cą za­mia­rów Ma­qa­ra. Ty­sią­ce razy mia­łam ocho­tę po­słać po jego ojca, by za­żą­dać od­po­wie­dzi na pyta­nie, któ­re­go god­ność nie po­zwa­la­ła mi za­dać. Była to za­gad­ka nie do roz­wią­za­nia; żad­ne po­twier­dze­nie dwuli­co­wo­ści Ma­qa­ra nie było­by w sta­nie prze­ko­nać mnie, że mnie nie ko­chał, ale nie ist­nia­ło też ta­kie za­prze­cze­nie, któ­re przy­nio­sło­by po­kój memu ser­cu.

Ani jed­no, ani drugie nie zwró­ci mi go.

Jed­no wie­dzia­łam na pew­no: byłam te­raz kró­lo­wą. I nie mia­łam in­ne­go po­mysłu, jak tyl­ko pra­co­wać dnia­mi i no­ca­mi. In­a­czej chyba bym zwa­rio­wa­ła.

•••

– Moja kró­lo­wo – prze­mó­wił Wa­ha­bil pew­ne­go ran­ka, gdy spo­tka­łam się ze swo­imi oso­bi­stymi do­rad­ca­mi. Pod­nio­słam wzrok, prze­stra­szo­na. Uświa­do­mi­łam so­bie, że przy­snę­łam na sie­dzą­co.

– Wy­bacz mi – po­wie­dzia­łam. – Pro­szę, kon­tynuuj.

– Ob­ra­du­je­my już od kil­ku go­dzin. Może krót­ka prze­rwa? – za­pro­po­no­wał i ski­nął na skrybę, któ­ry sie­dział w rogu. Po­zo­sta­li mę­żo­wie za­czę­li wsta­wać.

– Nie – od­par­łam ostro. – Rad­ny Abya­da jest świe­żo po ślu­bie. Za­kończ­my na­sze spra­wy, by mógł jak naj­prę­dzej zna­leźć się u boku swej mło­dej mał­żon­ki, przy któ­rej z pew­no­ścią już jest myśla­mi. – Wo­kół roz­le­gły się chi­cho­ty.

– Ojjj – za­jąk­nął się Abya­da, prze­chyla­jąc gło­wę. – To praw­da. Tyle że nie je­stem już mło­dzie­niasz­kiem, a ona jest nie­zwykle żywio­ło­wa, gdyż bar­dzo pra­gnie dziec­ka. Zwło­ka mi się przy­da – będę mógł ze­brać siły.

Uśmiech­nę­łam się do nie­go.

– Mimo to bę­dzie­my kon­tynuo­wać – oznaj­mi­łam.

Ni­man i Khal­kha­rib wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Ya­tha przy­glą­dał się swo­im zło­żo­nym dło­niom.

– A za­tem? – za­chę­ci­łam ich.

Wa­ha­bil wol­no pod­niósł się zza od­le­głe­go krań­ca sto­łu, pod­szedł i ukło­nił mi się, prze­sła­nia­jąc po­zo­sta­łych.

– Moja kró­lo­wo – prze­mó­wił ci­cho, kła­dąc dłoń ozdo­bio­ną pier­ście­nia­mi na wy­po­le­ro­wa­nym he­ba­no­wym sto­le. – Je­steś wy­czer­pa­na.

– To non­sens – od­par­łam. – Po pro­stu nie dzia­ła na mnie ta czuwa­licz­ka, któ­rą tak z Ya­thą za­chwa­la­cie.

Po­zo­sta­li ro­ze­śmia­li się z grzecz­no­ści. Ale Wa­ha­bil wy­pro­sto­wał się i po­krę­cił gło­wą.

– Mar­twi­my się o wa­szą wy­so­kość. Prze­mę­czasz się, kró­lo­wo. Służ­ba mówi, że pra­wie nie śpisz, zja­dasz tyl­ko nie­wiel­kie por­cje…

– Służą mi ko­bie­ty, Wa­ha­bi­lu. Two­ja mat­ka i żony z pew­no­ścią też tak mó­wi­ły. One nie są za­in­te­re­so­wa­ne spra­wa­mi kra­ju, sta­nem tamy, ka­na­ła­mi na po­łu­dniu ani wy­mia­ną ol­brzymich ilo­ści mir­ry za egip­skie ko­nie.

– A jed­nak i my to do­strze­ga­my. Kró­lo­wo, je­śli ist­nie­je ja­kieś zmar­twie­nie, któ­re po­wstrzymu­je cię od je­dze­nia i wy­po­czyn­ku, bła­gam, po­zwól mi po­słać po le­ka­rza.

Przy sto­le za­pa­no­wa­ła ci­sza. Czułam na so­bie cię­żar spoj­rzeń zgro­ma­dzo­nych. Ni­ma­na, mego kuzyna. Abya­dy. Khal­khariba i Ya­thy. Na­ba­ta. Aba­ma­ra. Ich wy­ro­zumia­łość prze­pla­ta­ła się ze znie­cier­pli­wie­niem, two­rząc swo­istą mo­zai­kę.

– Za­pew­niam was, że mam się do­brze – oświad­czyłam. – Może mimo wszyst­ko po­win­ni­śmy zro­bić so­bie prze­rwę.

– Je­steś zjed­no­czyciel­ką Saby. Two­ja oso­ba to skarb dla kró­le­stwa, zwłasz­cza że nie masz dzie­dzi­ca. Mu­sisz dbać o swo­je sa­mo­po­czucie. Je­śli nie dla swo­je­go do­bra…

Ude­rzyłam dłoń­mi w stół i gwał­tow­nie wsta­łam.

– Cze­go ode mnie żą­da­cie? Cze­go jesz­cze, co mia­łam do ofia­ro­wa­nia, nie od­da­łam wam, Sa­bie? W czym­że was za­wio­dłam, że mnie upo­mi­na­cie? Od­da­łam się na służ­bę! Ma­cie moje po­słuszeń­stwo! Tak wie­lu po­nio­sło śmierć! Cze­go jesz­cze chce­cie?

 

– Moja kró­lo­wo… – za­czął Wa­ha­bil. – Może mał­żeń­stwo zmniej­szyło­by ten cię­żar. I za­pew­ni­ło dzie­dzi­ca…

– Nie będę roz­ma­wiać o mał­żeń­stwie! – oznaj­mi­łam. Jed­nym ruchem ręki zmio­tłam ze sto­łu ster­tę per­ga­mi­nów wraz ze zło­tym kie­li­chem.

Trzę­słam się z nie­po­ję­tej dla mnie wście­kło­ści. Czer­pa­łam ze źró­dła, któ­re od daw­na wy­da­wa­ło mi się wy­schnię­te.

– Wy, któ­rzy mnie tu spro­wa­dzi­li­ście, po­nie­waż nie chcie­li­ście pion­ka Na­sh­sha­nów na tro­nie. – Wbi­ja­łam wzrok po ko­lei w każ­de­go z nich. – Nie myśl­cie so­bie, że z moją po­mo­cą uczyni­cie kró­lem któ­re­goś ze swo­ich po­plecz­ni­ków. To ja je­stem kró­lo­wą i to ja, z woli Al­ma­qa­ha, będę rzą­dzić tym kra­jem!

Po­sław­szy ostat­nie spoj­rze­nie zgro­ma­dzo­nym przy sto­le, opa­dłam z po­wro­tem na sie­dze­nie.

– Ob­ra­dy uwa­żam za za­mknię­te.

•••

Tej nocy Asm przy­szedł do mo­jej prywat­nej kom­na­ty – tej sa­mej, któ­ra nie­gdyś na­le­ża­ła do mego ojca.

– Wa­ha­bil cię przy­słał – po­wie­dzia­łam zmę­czo­nym gło­sem. Na ze­wnątrz mżyło. Do mo­ich uszu do­cho­dził przy­tłumio­ny ryk ka­mien­nych lwów, wy­wo­ła­ny desz­cza­mi, któ­re po­wo­li się koń­czyły.

– Nie ma czło­wie­ka, któ­ry mógł­by po­słać pierw­sze­go ka­pła­na Al­ma­qa­ha do­kąd­kol­wiek – od­parł. – Ale owszem, pro­sił mnie o in­ter­wen­cję.

Od­wró­ci­łam wzrok.

– Czy i ty za­mie­rzasz mnie upo­mi­nać?

W Pun­cie pod­czas no­wiu mia­łam zwyczaj przy­glą­dać się noc­nej ofie­rze, skła­da­nej po to, by Al­ma­qah po­wró­cił na nie­bo­skłon. Ale tutaj nie po­szłam wą­ską ścież­ką do świą­tyni od cza­su rytual­nej uczty sprzed kil­ku mie­się­cy.

– Jak­że miał­bym cię upo­mi­nać? Córa Al­ma­qa­ha musi wy­peł­niać wła­sną wolę.

Za­śmia­łam się lek­ko.

– Chyba w to nie wie­rzysz?

Nie wie­dzia­łam, jak wy­ra­zić swo­je od­czucie, że bycie kró­lo­wą to wy­rok do­żywot­niej sa­mot­no­ści. Czułam każ­dy skra­wek ro­sną­ce­go nie­ustan­nie dy­stan­su mię­dzy mną a mo­imi naj­bliż­szymi, moim do­rad­cą, a tak­że myśla­mi, któ­rych nie mo­głam, nie ośmie­li­ła­bym się wy­po­wie­dzieć na głos.

Nie po­wiem mu prze­cież, że nig­dy nie czułam się bar­dziej znie­wo­lo­na i opusz­czo­na przez bo­gów.

Dla­te­go nie po­wie­dzia­łam nic wię­cej.

– Może Córa Al­ma­qa­ha musi pa­mię­tać, kim jest?

Tak­so­wa­łam Asma wzro­kiem, gdy roz­ło­żył się na ni­skiej so­fie przy­le­ga­ją­cej do mo­je­go sie­dzi­ska. Nig­dy nie no­sił ob­szytych srebr­ną ni­cią szat ani kap­tura, jak zwykli to ro­bić inni ka­pła­ni. Pro­ste odzie­nie przy­da­wa­ło po­wa­gi jego sta­no­wi­sku bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek eks­tra­wa­gan­cja. Wy­da­wał mi się wiecz­nie mło­dy, nie­mal nie­śmier­tel­ny. Je­dyną ska­zę sta­no­wi­ła rana na no­dze po bi­twie; już za­wsze bę­dzie kulał. Sła­be świa­tło lam­py sto­ją­cej na zło­tym sto­le mo­jej mat­ki, przy­nie­sio­nym tu z po­wro­tem z kom­nat Ha­gar­lat, uwydat­nia­ło ko­lor jego skó­ry, taki sam jak u miesz­kań­ców Pun­tu i mo­ich tam­tej­szych krew­nych. Była to bar­wa le­d­wie o od­cień ciem­niej­sza od ko­lo­ru mo­jej skó­ry.

– Jest kró­lo­wą – po­wie­dzia­łam w koń­cu, się­ga­jąc po wino.

– Uko­cha­ną przez lud.

– Oni ko­cha­ją mnie za to, co mogę dla nich zro­bić – od­par­łam. – Chcą zie­mi, ceł i roz­są­dza­nia spraw na ich ko­rzyść. – Pod­nio­słam wzrok. Asm sub­tel­nym ge­stem za­chę­cił mnie, bym mó­wi­ła da­lej. – Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że to samo mu­szą mó­wić o nas bo­go­wie, gdy za­no­si­my do nich proś­by i bła­ga­nia. Nie­płod­na ko­bie­ta – o dzie­ci, cho­ry – o zdro­wie, rol­nik – o deszcz, a kupiec – o do­brą po­go­dę i bez­piecz­ną po­dróż.

– Kró­lo­wa zaś – o przy­chyl­ność, któ­ra już zo­sta­ła jej oka­za­na.

Przez chwi­lę mil­cza­łam.

– Nie wie­dzia­łam, że przy­chyl­ność ma tak wy­so­ką cenę.

– Za­wsze jest ja­kaś cena – od­parł ci­cho ka­płan. – Czyż sama nie da­rzysz naj­więk­szą przy­chyl­no­ścią tych, któ­rzy do­wio­dą swe­go od­da­nia, bez wzglę­du na po­nie­sio­ne stra­ty? Tych, któ­rzy po­ślą swo­ich lu­dzi, by zdo­byli dla cie­bie tron, na­wet za cenę ich śmier­ci? Któ­rzy na twój roz­kaz wznio­są obo­zy woj­sko­we oraz za­pro­po­nują naj­lep­sze wa­run­ki na szla­kach han­dlo­wych wio­dą­cych przez two­je zie­mie?

– Je­śli praw­dą jest to, co mó­wisz, to na­sze mo­dli­twy są ni­czym in­nym jak za­wie­ra­niem ukła­dów. Nikt, kto prze­kra­cza pro­gi mego pa­ła­cu, nie czyni tego bez na­dziei na ko­rzy­ści. My tak­że od­da­je­my bo­gom cześć w na­dziei na speł­nie­nie na­szych próśb. Nic dziw­ne­go, że bo­go­wie gar­dzą na­szymi pró­ba­mi za­pa­no­wa­nia nad ich de­cyzja­mi po­przez po­boż­ność. Że ude­rza­ją w nas, kie­dy naj­mniej się tego spo­dzie­wa­my, tyl­ko po to, by udo­wod­nić na­szą nie­moc – stwier­dzi­łam gorz­ko.

– Na­praw­dę uwa­żasz, że bo­go­wie są tak ma­łost­ko­wi?

– Tak to ro­zu­miem – po­wie­dzia­łam. – Msz­czą się na nas, po­nie­waż nig­dy nie ofia­ro­wa­li­śmy im tego, cze­go na­praw­dę chcą.

– A cóż to mia­ło­by być?

Wzruszyłam ra­mio­na­mi.

– Nie pyta­my o isto­tę bo­gów, o to, czy chcą zo­stać po­zna­ni. Prze­le­wa­my krew w ich imię. Czyni­my to ze stra­chu. Ale nie chce­my ich po­znać. Nie da­je­my im mi­ło­ści. Nie na­praw­dę. Te­raz poj­mu­ję – mó­wi­łam, wpa­trując się bez­na­mięt­nie w ala­ba­stro­wy pal­nik na sto­li­ku, na ka­dzi­dło nik­ną­ce w oczach. – I są­dzę, że mu­szą być naj­bar­dziej sa­mot­nymi isto­ta­mi na świe­cie – do­da­łam mięk­ko. – A może nie chcą zo­stać po­zna­ni, a moja sa­mot­ność to rzecz ludz­ka?

Deszcz prze­stał pa­dać.

Ka­płan nic nie od­po­wie­dział. Spoj­rza­łam na nie­go i do­strze­głam, że wpa­truje się we mnie ze zdu­mie­niem.

– Jak to się dzie­je, że masz ta­kie prze­myśle­nia i zgłę­biasz umysły bo­gów? – spytał.

Za­mruga­łam z za­kło­po­ta­niem.

– Mam je od za­wsze. Te myśli są ze mną dnia­mi i no­ca­mi. Z pew­no­ścią i ty nad tym roz­myśla­łeś i mo­żesz coś po­wie­dzieć. Mów więc. Po­wiedz mi, w jaki spo­sób bo­go­wie wy­zbywa­ją się chę­ci bycia po­zna­nymi i za­miast tego za­wie­ra­ją z nami ukła­dy. Jak mam prze­trwać choć­by go­dzi­nę bez wo­ła­nia do nich: dla­cze­go? Dla­cze­go Al­ma­qah ode­brał mi Ma­qa­ra? Dla­cze­go tak się sta­ło, sko­ro była­bym go­to­wa znieść myśl, że tak na­praw­dę nikt nie zna mnie dłu­żej niż on?

Cho­ciaż Asm wie­dział o moim uczuciu do Ma­qa­ra, za­wstydzi­łam się, gdy te sło­wa wy­do­były się z mo­ich ust.

– Wiem, co po­wiesz: wte­dy ko­cha­ła­bym Al­ma­qa­ha tyl­ko dla­te­go, że speł­nił moje pra­gnie­nia. I to praw­da. A to nie jest mi­łość. Je­stem tak samo win­na jak każ­dy, kto cier­pi z bra­ku cze­goś, cze­go sam nie jest w sta­nie dać!

Asm mil­czał. W ci­szy słychać było tyl­ko ude­rze­nia mo­je­go ser­ca.

– Czyż nie taka jest praw­da? – spyta­łam.

Nie­znacz­nie ski­nął gło­wą.

– Bo­go­wie są nie­po­zna­wal­ni. Jako po­śred­ni­cy mamy za za­da­nie je­dynie prze­wi­dywać i speł­niać ka­prysy Al­ma­qa­ha…

– Tak, po­przez fi­gur­ki, uczty i roz­le­wa­nie krwi na oł­ta­rzu. Tak, tak, wiem – od­par­łam, od­sta­wia­jąc kie­lich z nie­tknię­tym wi­nem. – Ale dla­cze­go? Cóż przy­cho­dzi im z na­sze­go cier­pie­nia? Czy to wy­raz aro­gan­cji, że żą­da­ją na­sze­go bo­jaź­li­we­go uwiel­bie­nia? Czy oba­wy, że je­śli nie bę­dzie­my śpie­wać, wy­krzyki­wać ich imion i wzno­sić nie­zli­czo­nych świą­tyń na ich cześć, to prze­sta­ną ist­nieć? Nie­za­leż­nie od po­wo­du, za­sta­na­wiam się, czy od­bie­ra­ją nam to, co uko­cha­li­śmy, po to, byśmy mu­sie­li ich wzywać, szukać ja­kie­goś zna­cze­nia w tej mar­nej eg­zysten­cji? Dla­cze­go? Dla­cze­go?! Pytam o to dniem i nocą!

Pa­trzył na mnie jak na wy­rocz­nię. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się mie­sza­ni­na zdzi­wie­nia i czci. I choć dzie­li­ły nas za­le­d­wie dwie dłu­go­ści ręki, zda­wa­ło mi się, jak­by to była prze­paść.

– Po raz pierw­szy… – za­czął de­li­kat­nie – za­zdrosz­czę ci od­po­wie­dzial­no­ści, któ­rą no­sisz na bar­kach jak brze­mię. Mo­żesz poj­mo­wać umysły bo­gów le­piej niż kto­kol­wiek z nas.

I to było naj­gor­sze ze wszyst­kie­go. Do kogo mam się więc zwró­cić, je­śli nie do ka­pła­na?

– Czy ty nie ro­zu­miesz? Ja nie wiem nic! Bła­gam i w od­po­wie­dzi słyszę tyl­ko ci­szę. Wiem tyle, że Al­ma­qah mnie opu­ścił. Mnie, któ­ra wznio­sła świą­tynie na jego cześć. Czym­że go znie­wa­żyłam, że za­brał mi Ma­qa­ra?

A cóż ta­kie­go uczynił Ma­qar? Czyż­by mnie oszukał i Al­ma­qah po­sta­no­wił zgła­dzić go za ob­łudę? Wi­dzia­łam jego ostat­nie spoj­rze­nie. Rzucił się do wal­ki. Dla­cze­go? Z po­trze­by po­kuty? Czy z mi­ło­ści?

Nie ist­nia­ła wy­rocz­nia ani wróż­ba z wnętrz­no­ści, ani po­je­dyn­cza gwiaz­da, ani cały gwiaz­do­zbiór, dzię­ki któ­rym mo­gła­bym po­znać praw­dę. A ka­płan le­żą­cy tuż przy mnie nie po­tra­fił od­gad­nąć woli Al­ma­qa­ha le­piej ode mnie.

– To hi­sto­ria, któ­rą opo­wia­da­łam so­bie, kie­dy prze­sta­łam od­da­wać cześć bo­gi­ni Shams – po­wie­dzia­łam, ocie­ra­jąc z po­licz­ka go­rą­ce łzy. – Każ­da żywa isto­ta usy­cha pod tym sa­mym ża­rem, któ­ry zsy­ła nam życio­daj­ne słoń­ce. Ale księ­życ przy­bywa w chło­dzie nocy, by spra­wo­wać rzą­dy nad ko­chan­ka­mi i sna­mi, ożywiać na­sio­na, któ­re spo­czywa­ją w zie­mi. Te­raz wiem, że ziar­na gni­ją w ciem­no­ści, a świa­tło księ­życa pada na każ­de­go: i na chłop­kę, i na kró­lo­wą. Po­dob­nie zresz­tą jak pro­mie­nie słoń­ca. W ten spo­sób ża­den czło­wiek nie znaj­du­je się na uprzywi­le­jo­wa­nej po­zycji, a bo­go­wie ro­bią, co chcą, i to my przy­pi­suje­my ich dzia­ła­niom zna­cze­nie. Albo tak się dzie­je… albo bo­go­wie nie ist­nie­ją.

Mil­czał.

– Nie oskar­żysz mnie o bluź­nier­stwo? Mó­wię ta­kie rze­czy wła­sne­mu ka­pła­no­wi! To­bie, któ­ry na­wet nie za­sy­pujesz mnie fra­ze­sa­mi. Czy mnie nie po­tę­piasz?

– Nie będę pra­wił ci ba­na­łów – po­wie­dział w koń­cu bar­dzo ci­cho. – Je­steś Córą Al­ma­qa­ha. Masz u nie­go wzglę­dy. Je­śli nie prze­mó­wi do cie­bie, do ko­góż in­ne­go miał­by prze­mó­wić?

Po krót­kim cza­sie od­szedł, wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny, a ja nie mo­głam po­wstrzymać się od myśli, że w ja­kiś spo­sób za­ra­zi­łam go swo­imi oba­wa­mi. I nie wie­dzia­łam, czy to do­brze, że być może za­cznie szukać od­po­wie­dzi dla do­bra nas oboj­ga… A je­śli ta­kich od­po­wie­dzi nie da się uzyskać, a on od­szedł stra­pio­ny, mo­głam po pro­stu zo­sta­wić go w spo­ko­ju.

Tam­tej nocy spo­dzie­wa­łam się, że każ­de pyta­nie, z któ­re­go te­raz w peł­ni zda­łam so­bie spra­wę i ośmie­li­łam się je wy­po­wie­dzieć na głos, bę­dzie nę­ka­ło mnie aż do świ­tu. Za­miast tego po raz pierw­szy od mie­się­cy prze­spa­łam spo­koj­nie kil­ka go­dzin. Tak jak­by po wy­rzuce­niu z sie­bie tych myśli na ja­kiś czas uszła ze mnie truci­zna, a może na­wet po­zbyłam się ja­kie­goś żą­dła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?