Królowa Saby

Tekst
Autor:
Z serii: Na osi czasu
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Od­gar­nę­łam mu z kar­ku ka­ska­dę wło­sów. Od­wró­cił gło­wę. Na­wet w ciem­no­ści wi­dzia­łam, że pa­trzy na mnie ze zdzi­wie­niem. Na­gle zna­la­złam się w moc­nym uści­sku jego ra­mion. Bęb­nie­nie desz­czu stłumi­ło jego wes­tchnie­nia.

4

Z przy­wód­ca­mi ple­mion spo­tka­łam się o świ­cie, na roz­cią­ga­ją­cym się na skra­ju pustyni roz­le­głym te­re­nie po­ro­śnię­tym roś­linnością. Sześć kop­czyków z ka­mie­ni – prymi­tyw­na imi­ta­cja słupów świą­tyni w Ma­ri­bie – wy­zna­cza­ło miej­sce po­lo­we­go sank­tua­rium, z któ­re­go ko­rzysta­li no­ma­dzi i po­dróż­ni­cy.

Ni­man, mój kuzyn, po­sta­rał się o mło­de­go ko­zła. Ni­man sam mógł zo­stać kró­lem, gdyby jego oj­ciec prze­trwał wy­pra­wy wo­jen­ne Aga­bo­sa. Ale ża­den z sy­nów Aga­bo­sa poza moim oj­cem nie prze­żył i dla­te­go ko­ro­nę prze­ka­za­no wła­śnie jemu. Koź­lę co ja­kiś czas me­cza­ło. Za­cząt­ki jego ro­gów za­krę­ca­ły się lek­ko do środ­ka, two­rząc ide­al­ny sierp nad łbem zwie­rzę­cia.

Wraz z Ni­ma­nem po­ja­wi­ło się jesz­cze coś, cze­go nie mia­łam na­dziei kie­dykol­wiek uj­rzeć: mar­kab.

Wcze­śniej wi­dzia­łam je­dynie jej wi­ze­runek na świą­tyn­nych drzwiach z brą­zu, na któ­rych przed­sta­wio­no zwycię­stwa mego dziad­ka. Te­raz uj­rza­łam ją na wła­sne oczy. Le­gen­da sta­ła się rze­czywi­sto­ścią.

Mar­kab – arka wy­ko­na­na z drew­na aka­cjo­we­go, ozdo­bio­na zło­tem i strusi­mi pió­ra­mi – peł­ni­ła funk­cję sztan­da­ru, a jed­no­cze­śnie była tro­feum wo­jen­nym. Z jej pod­sta­wy po obu stro­nach wy­sta­wa­ły zło­te rogi. Prze­sad­nie wy­gię­te w łuk, przy­wo­dzi­ły na myśl byka, atrybut boga księ­życa. Woj­ska mo­je­go dziad­ka wno­si­ły arkę na pola bi­tew. Sie­dzia­ła w niej dzie­wi­ca o ob­na­żo­nych pier­siach. Ża­den prze­ciw­nik nie był w sta­nie jej wy­kraść. Mar­kab za­gi­nę­ła jed­nak w ostat­nich la­tach pa­no­wa­nia mo­je­go przod­ka – a przy­najm­niej do­szły mnie ta­kie słuchy.

Na jej wi­dok w obo­zie za­pa­no­wa­ła ci­sza. Dzie­się­ciu mę­żów nio­sło mar­kab nad gło­wa­mi, a ko­lej­nych dwudzie­stu bie­gło obok niej dla upa­mięt­nie­nia dnia, w któ­rym wo­jow­ni­cy przy­kuli się do ramy arki, aby do ostat­nie­go tchu bro­nić jej i dzie­wi­czej kró­lo­wej woj­ny. Kie­dy wnie­sio­no arkę, do­strze­głam uchwyty, za po­mo­cą któ­rych da­wa­ło się przy­twier­dzić ją do grzbie­tu wiel­błą­da.

Dwóch ako­li­tów chwyci­ło mnie za ra­mio­na i za­pro­wa­dzi­ło na miej­sce. Go­dzi­nę wcze­śniej Asm po­dał mi gorz­ki wy­war z ko­rze­nia da­tury[5]. Na­tych­miast ze­bra­ło mi się na wy­mio­ty. Od­mó­wi­łam od­po­czyn­ku. Po­tem zwró­ci­łam jesz­cze dwukrot­nie.

Uklę­kłam przed mar­kab. W ustach mia­łam gorz­ki po­smak, a moje roz­pusz­czo­ne wło­sy wiły się po łyd­kach i zie­mi. Na­gle nie­bo nade mną prze­sło­ni­ła ja­kaś po­stać. Asm. Po­zła­ca­na czasz­ka byka Al­ma­qa­ha wy­da­wa­ła się uno­sić nad jego gło­wą, oczy zia­ły ni­czym czar­ne otwo­ry bez dna, nos wy­glą­dał jak usta z wy­szcze­rzo­nymi zę­ba­mi. Omal nie krzyk­nę­łam na ten wi­dok.

Ka­płan prze­mó­wił. Choć do­brze zna­łam jego szorst­ki głos, wy­da­wa­ło mi się, że sło­wa wy­do­bywa­ły się z bydlę­ce­go pyska. Na za­cho­dzie, nad gó­ra­mi, za­grzmia­ło.

– Oto czyni­my ofia­rę z krwi – wody, soli i ochry życia – byś wy­słuchał mo­dli­twy swej cór­ki. Al­ma­qa­hu, bogu księ­życa i bu­rzy, usłysz swe­go sługę i speł­nij jego proś­bę! – Za­mach­nął się i na­gle w po­wie­trzu zna­la­zło się pięć ma­gicz­nych ka­mie­ni, któ­re na­stęp­nie po­to­czyły się po zie­mi. Dwa upa­dły zna­ka­mi do góry: ka­mień wą­tro­by i ka­mień krwi.

– Al­ma­qa­hu, usłysz i speł­nij – mam­ro­ta­li współ­ple­mień­cy, czci­cie­le Amma i Say­i­na, Ath­ta­ra i Wad­da, bo­gów słoń­ca, księ­życa oraz Gwiaz­dy Po­ran­nej[6], pól, desz­czu i bu­rzy. Bo­gów ich kra­in, przod­ków i kla­nów. Każ­dy z tych mę­żów przy­się­gał na bó­stwa z od­wie­dzo­nych te­re­nów, po­dob­nie jak ja przy­się­ga­łam na Say­i­na, gdy prze­bywa­li­śmy na wy­brze­żu, i na Amma w Ka­ta­ba­nie. Te­raz byli­śmy na su­we­ren­nym te­ryto­rium Saby.

Saba i Al­ma­qah, po­nad wszyst­ko.

Asm zwró­cił twarz na wschód, gdzie nad pustynią było wi­docz­ne bla­de sre­bro księ­życa. W dło­ni ka­pła­na lśnił sztylet o sier­po­wa­tym kształ­cie.

– Al­ma­qa­hu, przy­nieś swej cór­ce wiel­kie zwycię­stwo, daj zwin­ność mie­czom ze­bra­nych, jej krew­nych i so­jusz­ni­ków. Od­po­wiedz, czy tego dnia zdo­bę­dzie­my Ma­rib. Daj nam zwycię­stwo, byśmy mo­gli czcić cię po wsze cza­sy. Saba i Al­ma­qah, po­nad wszyst­ko!

Ple­mio­na za­wie­ra­ją wła­sne ukła­dy z bo­ga­mi, po­myśla­łam. Wszyscy lu­dzie mu­szą to czynić. Ale mój układ, za­war­ty wie­le dni temu, do­tyczył tyl­ko boga i mnie sa­mej.

Asm klę­czał przy koź­lę­ciu i trzymał jego łeb. Nie za­uwa­żyłam, kie­dy się po­ruszył. Ostrze błysnę­ło, a na­stęp­nie po­wo­li się unio­sło. W jed­nej chwi­li krew na­zna­czyła kre­mo­wą szyję zwie­rzę­cia ma­ka­brycz­nym uśmie­chem; po­tem trysnę­ła czer­wo­nym łukiem w po­wie­trze.

Ako­li­ta padł na ko­la­na, by zła­pać ją do zło­tej mied­ni­cy. Pa­trzyłam, jak na­czynie się wy­peł­nia, aż ob­raz za­ma­zał mi się ni­czym kar­ma­zyno­wy roz­prysk na kra­wę­dzi misy. Nie było wia­tru; czułam moc­ną me­ta­licz­ną woń.

Wpa­trywa­łam się, ska­mie­nia­ła, jak ze zwie­rzę­cia ucho­dzi życie. Zwią­za­ne nogi koź­lę­cia w koń­cu opa­dły bez­wład­nie na pia­sek.

Gdy Asm po­ruszył się, by roz­ciąć koź­lę­ciu brzuch, po­wie­dzia­łam so­bie, że nie będę na to pa­trzeć. Kie­dy od­wra­ca­łam wzrok, mi­mo­wol­nie do­strze­głam, jak ako­li­ta po­cią­gnął za kra­wędź zie­ją­cej rany.

Odór trze­wi… Roz­dzie­ra­nie mię­sa jak prucie nie­zli­czo­nych nici… Asm, za­krwa­wio­ny aż do przed­ra­mion, wy­ci­na­ją­cy wą­tro­bę…

W peł­nym lęku zdu­mie­niu pa­trzyłam, jak ją bada, a na­stęp­nie roz­ci­na de­li­kat­nie ni­czym owoc.

– Wróż­ba jest po­myśl­na – oświad­czył. – Dziś zdo­bę­dzie­my Ma­rib!

Lud wzniósł okrzyk. Moja krew pul­so­wa­ła zbyt szyb­ko, zbyt gło­śno.

– Co bę­dzie da­lej? – za­pytał ktoś.

Ka­płan po­dał okrwa­wio­ny ka­wał mię­sa ako­li­cie, a od drugie­go po­moc­ni­ka wziął misę z krwią. Z pew­nym opóź­nie­niem zda­łam so­bie spra­wę z tego, że klę­czał przede mną.

– Córo Al­ma­qa­ha, spójrz na za­war­tość na­czynia i po­wiedz mi, co wi­dzisz.

Ode­rwa­łam wzrok od czar­nych otwo­rów w czasz­ce byka.

Misa. Tyle krwi! Na­chyli­łam się i spoj­rza­łam na czer­wo­ną ciecz, w gąszcz życia i śmier­ci. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło mi się, że nie sto­ję na skra­ju pustyni, lecz w pa­ła­cu. Znów je­stem małą dziew­czyn­ką, któ­ra przy­wie­ra do cia­ła swej mar­twej mat­ki. Wo­kół mo­ich pal­ców wiją się jej wło­sy. A po­tem zno­wu mam dwa­na­ście lat i je­stem złak­nio­na wy­ba­wie­nia. Rubi­ny zdo­bią­ce bran­so­le­tę mo­jej mat­ki są tak samo kar­ma­zyno­we jak pla­my krwi na zło­tym brze­gu misy…

Ten ob­raz mnie spo­wi­jał, za­cie­śniał się wo­kół mo­je­go cia­ła. Ogłuszyło mnie ostre dzwo­nie­nie w uszach.

– Moja kró­lo­wo, co wi­dzisz? – Głos Asma do­cho­dził jak­by z da­le­ka.

– Ka­dzi­dło. Z żywi­cy oli­ba­no­wej – usłysza­łam swo­je sło­wa.

Chcia­łam go do­tknąć, ale wstał z ko­lan. Za­chwia­łam się i po­szuka­łam opar­cia. Moje dło­nie spo­czę­ły na brze­gu misy. Po chwi­li po­da­łam ją ko­muś.

– Szlak ka­dzi­dla­ny – usłysza­łam z od­da­li głos ka­pła­na. – Szlak ka­dzi­dla­ny! Al­ma­qah za­pew­nia ci po­myśl­ne rzą­dy! – Ze­bra­ni za­czę­li wzno­sić okrzyki – wszyscy oprócz Ma­qa­ra, któ­ry ści­snął mnie za ra­mio­na. Dzie­li­ły nas moje wy­cią­gnię­te ręce, moje ocie­ka­ją­ce krwią pal­ce.

Ma­qar ob­jął mnie i za­wo­łał, by kró­lo­wej przy­nie­sio­no wodę i coś do je­dze­nia. Kie­dy spoj­rzał na mnie, do­strze­głam, że jego ob­li­cze było po­chmur­ne jak nie­bo na za­cho­dzie. Do­tknę­łam jego twa­rzy.

W nocy, a po­tem po­now­nie tuż przed świ­tem nad­ra­bia­li­śmy za­le­gło­ści w na­szym łożu po­lo­wym – po ci­chu, acz żar­li­wie. O brza­sku przy­się­głam so­bie w chwi­li ci­szy, że przed koń­cem lata weź­mie­my ślub. Nie ob­cho­dzi­ło mnie to, ja­kie były za­mia­ry jego ojca. Mógł so­bie myśleć z sa­tys­fak­cją, że wszyst­ko to ukar­to­wał. Nie­waż­ne. To ja wy­gra­łam.

Od stro­ny obo­zo­wi­ska nad­biegł ja­kiś czło­wiek. Wsta­łam z wy­sił­kiem. Do­pie­ro te­raz za­uwa­żyłam, że roz­ma­za­łam Ma­qa­ro­wi krew na po­licz­ku i pier­si.

– Od pół­no­cy nad­cią­ga­ją wo­jow­ni­cy! – krzyk­nął męż­czyzna. – Set­ki!

Ręce wszyst­kich mę­żów wo­kół nas po­wę­dro­wa­ły do mie­czy, ale Amań­czyk ob­wie­ścił do­no­śnie: – Wi­dzisz, kró­lo­wo? Moi lu­dzie na­de­szli. – Ski­nął w kie­run­ku wiel­kie­go zgro­ma­dze­nia wi­docz­ne­go na ho­ryzon­cie.

•••

Kie­dy wo­jow­ni­cy przy­go­to­wywa­li się do dro­gi, przy­sta­nę­łam przy mar­kab, by mu­snąć pal­cem zdo­bią­ce ją po­zła­ca­ne rogi. Skub­nę­łam le­ni­wie strusie pió­ro. Zło­te ele­men­ty były do­brze wy­ko­na­ne, bar­dzo gład­kie. Nie mia­ły naj­mniej­szej rysy. Po­dob­nie jak drew­no aka­cjo­we – tak mi się przy­najm­niej wy­da­wa­ło. Pió­ra rów­nież były nie­na­ruszo­ne, aż na­zbyt dzie­wi­cze i świe­że, by czło­wiek mógł uwie­rzyć w to, że od daw­na od­wie­dza­ły pola bi­tew…

Bar­dzo spryt­nie.

•••

Zmie­rza­li­śmy na za­chód, by po­wi­tać Amań­czyków na rów­ni­nie Ma­ri­bu. Tam­ten czło­wiek miał ra­cję: były ich set­ki. Po przy­łą­cze­niu się do nas sfor­mo­wa­li pra­we skrzydło. Do­bie­ga­ło po­łu­dnie i za­czął pa­dać deszcz. Wło­sy przy­kle­iły mi się do gło­wy, a we­lon do twa­rzy. Od rana z oko­licz­nych wio­sek przy­bywa­li ko­lej­ni mę­żo­wie i te­raz było ich ra­zem już pra­wie czte­ry ty­sią­ce. Sta­no­wi­li zjed­no­czo­ną kró­lew­ską eskor­tę, efekt so­juszu mi­li­tar­ne­go.

 

Przed nami, za Dha­ną, któ­ra płynę­ła po le­wej stro­nie, wi­dać było skraj po­łu­dnio­wej oazy Ma­ri­bu, zie­le­nią­cej się po­śród wdzie­ra­ją­cych się wszę­dzie pia­sków pustyni. Ser­ce za­czę­ło mi szyb­ciej bić.

Nie są­dzi­łam, że kie­dykol­wiek jesz­cze uj­rzę te pola, a na­wet je­śli tak, to nie po­myśla­ła­bym, iż uznam to za bło­go­sła­wień­stwo. Te­raz mój duch umac­niał się, gdy pa­trzyłam na rwą­cą rze­kę. Jej nurt, la­ta­mi wi­dywa­ny w snach, był zno­wu re­al­ny. A da­lej – świą­tynia po­śród po­łu­dnio­wej oazy, po­łą­czo­nej ze sto­li­cą wą­skim trak­tem wio­dą­cym nad wo­da­mi.

Gdy do­brnę­li­śmy do wschod­nie­go skra­ju mniej­szych oaz na pół­no­cy, Ni­man gwał­tow­nie ob­ró­cił się w sio­dle.

– Saba i Al­ma­qah, po­nad wszyst­ko! – krzyk­nął i uniósł włócz­nię.

Ci, któ­rzy znaj­do­wa­li się naj­bli­żej, pod­chwyci­li to ha­sło. W cią­gu kil­ku mi­nut okrzyk zmie­nił się w ryk nie­mal czte­rech ty­się­cy gło­sów, za­głusza­ją­cy za­rów­no deszcz, jak i szum wody.

Po­win­ni­śmy już do­strzec za­chod­nie mury Ma­ri­bu. Na­gle ho­ryzont za­drżał ni­czym po­wie­trze pod wpływem fali upa­łu na piasz­czystej dro­dze. Przez mo­ment po­myśla­łam, że to oma­my po na­po­ju spo­rzą­dzo­nym przez Asma – czy ra­czej po tych kil­ku jego kro­plach, któ­rych nie zwró­ci­łam. Ale wte­dy ich zo­ba­czyłam.

Sze­re­gi wo­jow­ni­ków. Całe mnó­stwo.

Na­bat dał sy­gnał, byśmy się za­trzyma­li. Gdzieś z tyłu za­brzmiał krót­ki dźwięk rogu, ob­wiesz­cza­ją­cy wszyst­kim roz­kaz.

Ma­qar zbli­żył się do mnie.

– Niech twój ka­płan prze­pro­wa­dzi cię trak­tem do świą­tyni. Na­tych­miast! – po­wie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem. – Chroń ją – zwró­cił się do Ya­fusha.

Po­wstrzyma­łam eu­nucha ge­stem.

– Nie.

Ma­qar jed­nak na­le­gał.

– Nie mo­żesz tego oglą­dać. Nie bę­dziesz bez­piecz­na. Nie przy tylu prze­ciw­ni­kach!

– Nie będę ucie­kać, kie­dy inni wal­czą w moje imię.

– Zrób to, póki czas – syk­nął.

– I co – mam cze­kać na ra­port z pola bi­twy? Na po­słań­ca, któ­ry po­wia­do­mi mnie, czy je­stem kró­lo­wą, czy nie?

– To wszyst­ko nie bę­dzie mia­ło żad­ne­go sen­su, je­śli zgi­niesz! Sam po cie­bie przyj­dę, gdy bę­dzie po wszyst­kim. Wkro­czysz do mia­sta w chwa­le. Ale do tego cza­su przy­najm­niej bę­dziesz mia­ła tu azyl…

Nie mu­siał koń­czyć tego zda­nia – zna­łam jego dal­szy ciąg: „Je­śli prze­gra­my”.

– A co niby mam ro­bić w świą­tyni? Do­ko­nać żywo­ta jako ka­płan­ka, nie po­sta­wiw­szy już nig­dy sto­py poza jej mu­ra­mi? – Po­krę­ci­łam gło­wą. – Nie zo­sta­wię mo­jej mar­kab. Nie zo­sta­wię cie­bie.

– Za­po­mnij o mnie! Te­raz po­wi­nie­nem być dla cie­bie ni­kim! Dla do­bra Saby…

Na­ra­sta­ło we mnie coś zbyt dłu­go skrywa­ne­go, zbyt dłu­go za­po­mnia­ne­go. Świę­te, za­cie­kłe obu­rze­nie. Sprze­ciw wo­bec po­now­ne­go wy­rze­ka­nia się swo­je­go imie­nia, praw na­leż­nych z ty­tułu uro­dze­nia z po­wo­du wstydu czy lęku… Wszyst­kie po­wo­dy do wstydu, wszel­kie lęki z prze­szło­ści opa­dły ze mnie ni­czym sko­rupa.

– Czy myślisz, że nie wie­dzia­łam, iż znaj­dę się w nie­bez­pie­czeń­stwie, kie­dy zga­dza­łam się na po­wrót? Że mogę zgi­nąć, gdy tyl­ko po­sta­wię sto­pę na zie­miach Saby lub w każ­dej in­nej chwi­li? Je­stem cór­ką mo­jej mat­ki i nie będę się kryć! – oznaj­mi­łam pod­nie­sio­nym gło­sem. Ze­rwa­łam we­lon. – Je­stem cór­ką kró­la, na­masz­czo­ną przez sa­me­go Al­ma­qa­ha! – I wte­dy się od­wró­ci­łam i krzyk­nę­łam do ota­cza­ją­cych mnie lu­dzi: – Je­stem wnucz­ką wiel­kie­go Aga­bo­sa, zjed­no­czycie­la Saby! Do kogo na­le­ża­ła mar­kab? Do nie­go. Te­raz jest moja. Jest na­sza!

Za mną roz­brzmia­ły okrzyki, lu­dzie unie­śli mie­cze. Khal­kha­rib i inni od­wró­ci­li się, by na mnie spoj­rzeć. Nie mia­ło zna­cze­nia to, że to wca­le nie była za­gi­nio­na mar­kab mo­je­go dziad­ka. W tej chwi­li nią bę­dzie. Pod­nio­słam się w sio­dle.

– Czy czło­wiek może po­ko­nać oso­bę wy­bra­ną przez bo­gów? To my je­ste­śmy po­tom­stwem Al­ma­qa­ha, któ­ry obie­cał nam po­myśl­ność, ja­kiej nikt do­tąd nie wi­dział! Saba! I Al­ma­qah! Po­nad wszyst­ko!

Okrzyki zmie­ni­ły się w ryk.

Ma­qar miał ka­mien­ną twarz. Po­ruszał usta­mi. Choć nie wy­dał z sie­bie ani jed­ne­go dźwię­ku, w ja­kiś spo­sób wie­dzia­łam, o co pytał.

„Kim ty je­steś?”

Po­now­nie za­brzmiał dźwięk rogu. Wo­jow­ni­cy z pół­no­cy zbli­ża­li się; po­ko­na­li już po­ło­wę dzie­lą­cej nas wcze­śniej dro­gi. Na­bat przy­glą­dał im się uważ­nie. Wy­da­wa­ło mi się, że mam­ro­cze coś do sie­bie. Khal­kha­rib, któ­ry je­chał obok nie­go, po­chylił się w sio­dle i po­wie­dział coś szyb­ko.

Na­bat krzyk­nął do nas przez wrza­wę:

– Jest ich za mało! Mamy prze­wa­gę!

– Pod każ­dym wzglę­dem – po­twier­dził Ni­man, uśmie­cha­jąc się po­nuro. – Saba i Al­ma­qah!

Za­nim wo­jow­ni­cy ruszyli do przo­du, na krót­ką chwi­lę prze­sta­łam wi­dzieć pole bi­twy. Był tyl­ko Ma­qar, któ­ry na mnie pa­trzył. Jego twarz mia­ła nie­od­gad­nio­ny wy­raz, wła­ści­wy dla ko­goś, kto ko­ja­rzy drugą oso­bę, ale jej nie roz­po­zna­je.

Wtem usta­wie­ni w sze­re­gi lu­dzie po­mknę­li na­przód, za­gar­nia­jąc po dro­dze wszyst­ko ni­czym mon­sun nad­cią­ga­ją­cy ku gór­skim wą­wo­zom.

Przedar­li­śmy się przez pół­noc­ną oazę. Rze­ka zło­żo­na z ty­sią­ca mę­żów na wiel­błą­dach wy­da­wa­ła się mnie opływać. Li­czą­ca trzy ty­sią­ce lu­dzi pie­cho­ta zwar­ła sze­re­gi. Współ­ple­mień­cy, przy­wykli do życia w mia­stach i na wsiach, w jed­nej chwi­li po­wró­ci­li do swo­ich ko­czow­ni­czych ko­rze­ni, jak oswo­jo­ne zwie­rzę­ta, któ­re dzi­cze­ją pod wpływem za­pa­chu krwi.

Może był to wy­nik dzia­ła­nia da­tury, ale choć zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że jesz­cze nig­dy nie pro­wa­dzi­łam wiel­błą­da z taką mocą, przez chwi­lę czułam się, jak­bym płynę­ła. Wiel­błą­dzi­ca ko­łysa­ła mnie ni­czym fale sta­tek; nie był to cięż­ki chód, ja­kie­go do­świad­czyłam w cią­gu ostat­nich ty­god­ni. A prze­cież nie je­cha­łam tak szyb­ko jak wo­jow­ni­cy. Męż­czyź­ni mi­ja­li mnie, pięk­ni w swo­jej dzi­ko­ści; bar­wy jeźdź­ców i ich zwie­rząt wy­mie­sza­ły się, two­rząc peł­ną ener­gii mo­zai­kę.

Ya­fush zbli­żył się do mnie i ścią­gnął moje wo­dze. Ma­qar, z mie­czem w dło­ni, je­chał po drugiej stro­nie. Mia­łam na so­bie tyl­ko płót­no i je­dwab, a moją je­dyną bro­nią był sztylet.

Pierw­szy sze­reg wo­jow­ni­ków z pół­no­cy przed nami wy­da­wał się słab­nąć i za­ła­mywać po jed­nej stro­nie. Na dwukrot­ny ostry dźwięk rogu moi łucz­ni­cy, któ­rzy kuca­li w sio­dłach, wy­pu­ści­li w ich stro­nę mo­rze strzał. W od­da­li mę­żo­wie z pół­no­cy upa­da­li; ich sze­re­gi przy­po­mi­na­ły te­raz szczer­ba­te uzę­bie­nie.

Ale na le­wym skrzydle na­sza moc­niej­sza li­nia fron­tu osy­pywa­ła się ni­czym zie­mia ze wzgó­rza. Na­bat krzyczał coś do Khal­kha­ri­ba, któ­ry wy­da­wał się go nie słyszeć. Wśród na­szych wo­jow­ni­ków za­czął sze­rzyć się po­płoch.

Zwal­nia­łam. Ta utra­ta pręd­ko­ści aż bo­la­ła. Ja­dą­cy przede mną męż­czyź­ni, któ­rzy wcze­śniej, przy ogni­skach, gła­ska­li swo­je wiel­błą­dy jak uko­cha­nych przy­ja­ciół, te­raz wy­wrza­ski­wa­li ich imio­na ni­czym okrzyki wo­jen­ne.

Coś było nie tak. Spoj­rza­łam za sie­bie i do­strze­głam spo­rą lukę w na­szych sze­re­gach – nie wśród pie­cho­ty i jaz­dy na prze­dzie, ale wła­śnie na ty­łach. Na­stą­pi­ła dłuż­sza chwi­la dez­orien­ta­cji… i wtem na­gły szczęk ostrzy, błysk me­ta­lu tam, gdzie nie po­win­no go być.

Ma­qar sta­rał się prze­krzyczeć wrza­wę.

Za­ci­snę­łam po­wie­ki, po czym je otwo­rzyłam. Chcia­łam oce­nić sy­tua­cję. Pa­trzyłam, jak sze­re­gi na skrzydle kur­czą się i za­ła­mu­ją w miej­scu, gdzie wal­czyli Ka­ta­bań­czycy. Co się sta­ło?!

I wte­dy mnie olśni­ło.

Amań­czycy nas zdra­dzi­li.

Przed nami jaz­da skrę­ci­ła w lewo, by ode­przeć ko­lej­ny atak wo­jow­ni­ków z pół­no­cy. Za chwi­lę wro­go­wie nas oto­czą.

– Księż­nicz­ko! – Prze­stra­szyłam się tonu Ya­fusha. Eu­nuch po­tra­fił ca­łymi dnia­mi mil­czeć. Jesz­cze nig­dy nie słysza­łam, by w pa­ni­ce pod­no­sił głos. Do­myśli­łam się, że chce po­ta­jem­nie za­brać mnie z pola bi­twy, nim wro­go­wie opa­nują ścież­kę pro­wa­dzą­cą do świą­tyni i uciecz­ka sta­nie się nie­moż­li­wa. Szarp­nę­łam lej­ce, ale było już za póź­no. Po­staw­ny Nubij­czyk chwycił mnie moc­no za tuni­kę. Moja wiel­błą­dzi­ca wy­rywa­ła się do przo­du. Na­gle za­wi­ro­wa­łam w po­wie­trzu i ude­rzyłam w bok wiel­błą­da Ya­fusha. Zwie­rzę za­chwia­ło się i na mo­ment opa­dło do tyłu. W tym mo­men­cie od­wró­cił się do nas Ma­qar. Po­sław­szy mi ostat­nie spoj­rze­nie, z im­pe­tem ruszył z ludź­mi swo­je­go ojca.

Ya­fush po­chylił się ni­sko i wiózł mnie, ucze­pio­ną szyi wiel­błą­da, kie­dy na­gle nad­cią­gnął atak. Wo­jow­ni­cy wo­kół nas pa­da­li na zie­mię; strza­ły ster­cza­ły im z pier­si, ud, gar­deł.

Wy­cią­gnę­łam szyję i uj­rza­łam po­sze­rza­ją­cą się lukę w na­szych sze­re­gach. Na­bat i Sa­bej­czycy zwar­li się z prze­ciw­ni­ka­mi z pół­no­cy, a Ka­ta­bań­czycy pa­da­li pod na­po­rem zdra­dziec­kich Amań­czyków.

Chło­nę­łam ten wi­dok, le­d­wie świa­do­ma tego, że brak mi tchu. Nasz wiel­błąd pę­dził, ile sił w no­gach.

Ya­fush zbo­czył w kie­run­ku wą­skie­go trak­tu. Wte­dy gru­pa wo­jow­ni­ków z pół­no­cy ruszyła, by od­ciąć nam dro­gę.

Ma­qar. Gdzie jest Ma­qar? Wi­dzia­łam le­żą­cych współ­ple­mień­ców; wiel­błą­dy trą­ca­ły no­sa­mi swo­ich nie­rucho­mych wła­ści­cie­li lub bie­ga­ły w prze­ra­że­niu po­mię­dzy ran­nymi. Do­strze­ga­łam Asma. Trzymał się za nogę.

I wte­dy to zo­ba­czyłam. Bia­ły wiel­błąd, któ­ry niósł mar­kab. Bez­wład­ny, z łbem prze­chylo­nym na bok…

Gwał­tow­nym szarp­nię­ciem zdar­łam z ra­mion wierzch­nią sza­tę, a na­stęp­nie ze­sko­czyłam na zie­mię. Za­drża­ła pod mo­imi sto­pa­mi. Na chwi­lę stra­ci­łam od­dech. Brnę­łam po omac­ku przez bło­to, łak­nąc po­wie­trza. Płuca od­ma­wia­ły mi po­słuszeń­stwa. Na­gle mię­dzy że­bra­mi po­czułam ostry ból. Przez chwi­lę myśla­łam, że tra­fi­ła mnie strza­ła.

Usłysza­łam okrzyk: „Saba i Al­ma­qah!”.

Kro­ple desz­czu wpa­da­ły mi do oczu; wi­dzia­łam gwiaz­dy, któ­rych nie po­win­no być, w mro­ku, któ­ry nie ist­niał.

Do­strze­głam Ya­fusha. Ota­cza­li go lu­dzie z pół­no­cy. Szczęk ich mie­czy wy­da­wał mi się od­le­gły w świe­cie, któ­ry sta­wał się nie­re­al­ny. Umie­ram, po­myśla­łam. Le­piej tutaj, w ten spo­sób, niż przed są­dem Ha­gar­lat. Bło­to na po­licz­ku.

Ale na tym sa­mym polu bi­twy wal­czył Ma­qar. I Asm. I Ya­fush, i ty­sią­ce wo­jow­ni­ków. Wszyscy oni byli ele­men­ta­mi pak­tu, któ­ry za­war­łam z sa­mym Al­ma­qa­hem.

Wstań.

Moje zbun­to­wa­ne płuca wresz­cie za­czę­ły pra­co­wać. Od­dech, któ­ry wró­cił, był jed­nak nie do znie­sie­nia.

Wo­jen­ny ryk roz­brzmiał po­now­nie.

Ob­ró­ci­łam się i po­czułam ból w ra­mio­nach. Dzwo­ni­ło mi w uszach. Moje ser­ce wa­li­ło jak osza­la­łe. Pod­nio­słam się, jed­no­cze­śnie cięż­ka i lek­ka, ale zie­mia pode mną wi­ro­wa­ła. A przede mną, w oa­zie, le­ża­ło mnó­stwo ciał.

Gó­ro­wał nad nimi je­den przed­miot: zło­ta arka na bia­łej wiel­błą­dziej pla­mie. Lej­ce le­ża­ły w bło­cie. Za­to­czyłam się, po czym ruszyłam, kosz­mar­nie wol­no, do mar­kab.

Się­gnę­łam po uzdę, ale nie zdo­ła­łam jej po­chwycić, bo zwie­rzę szarp­nę­ło się gwał­tow­nie. Po chwi­li zna­la­złam wo­dze. Oplo­tłam wiel­błą­dzi łeb no­ga­mi, po czym przy­gwoź­dzi­łam zwie­rzę ca­łym swo­im cię­ża­rem. Mi­nę­ła wiecz­ność, nim moje sto­py zna­la­zły opar­cie na jego szyi. Nie da­łam rady usiąść w sio­dle. W koń­cu wiel­błąd mnie uniósł. Zła­pa­łam uchwyt z drze­wa aka­cjo­we­go i wdra­pa­łam się na arkę. Lej­ce ob­wią­za­łam so­bie wo­kół dło­ni.

– Córa Al­ma­qa­ha! – wy­krzyk­nął je­den z na­szych. Nie byłam w sta­nie doj­rzeć jego bro­ni. Do­myśla­łam się, że jest ran­ny. Po­dał mi swój bat. Chwyci­łam go, ob­ję­łam aka­cjo­wą ramę i na­ka­za­łam wiel­błą­do­wi biec.

Cha­os. Do­tar­łam do prze­trze­bio­ne­go skrzydła. Ser­ce wa­li­ło mi w pier­si. Wo­ła­łam Ma­qa­ra, a kie­dy go nie zna­la­złam, za­czę­łam wzywać do­no­śnie każ­de­go boga, któ­re­go imię zna­łam. Gdzieś przede mną po­now­nie roz­brzmiał sy­gnał do wal­ki.

Al­ma­qa­hu!

 

Nie za­uwa­ża­łam, że wro­go­wie słab­ną. Le­d­wie słysza­łam dźwię­ki ro­gów mo­ich krew­nych. Używa­jąc ca­łej swo­jej siły, sta­nę­łam w mar­kab.

Te­raz li­czył się dla mnie tyl­ko je­den wi­dok. Tyl­ko jed­na twarz.

W koń­cu doj­rza­łam Ma­qa­ra. Wło­sy ob­le­pia­ły mu za­krwa­wio­ną twarz. Amań­czycy wła­śnie się pod­da­wa­li, ale dla nie­go było już za póź­no.

•••

Póź­niej po­wia­da­no, że wzywa­łam po­tę­gi Al­ma­qa­ha ze zdo­bio­nej sier­po­wa­tymi ro­ga­mi mar­kab, jak­bym sie­dzia­ła na tro­nie. Że ze­rwa­łam z sie­bie sza­tę ni­czym nie­gdysiej­sze dzie­wi­ce wo­jen­ne i za­grze­wa­łam swo­ich wo­jow­ni­ków do wal­ki okrzyka­mi, aż do klę­ski prze­ciw­ni­ków.

Praw­da była taka, że Ya­fush po­chwycił mnie, gdy spa­da­łam z wiel­błą­da. Że na­wet kie­dy wnie­śli mnie do mia­sta i ogło­si­li kró­lo­wą, ca­łymi ty­god­nia­mi le­ża­łam w łóż­ku z po­ła­ma­nymi że­bra­mi, nie mo­gąc się wy­bu­dzić.

Mój uko­cha­ny nie żył. Ko­ro­na na­le­ża­ła do mnie.

Ha­gar­lat, mój przy­rod­ni brat Dha­mar i ich wpływo­wi po­plecz­ni­cy zo­sta­li zgła­dze­ni z roz­ka­zu Wa­ha­bi­la, mo­je­go no­we­go do­rad­cy. Udzie­li­łam po­zwo­le­nia Ni­ma­no­wi, na­sze­mu współ­ple­mień­co­wi, by w od­we­cie na­je­chał Na­sh­sha­nów, Amań­czyków i ich so­jusz­ni­ków. Znisz­czo­no ich stud­nie, za­bra­no im ty­sią­ce wiel­błą­dów i uczynio­no ich nie­wol­ni­ka­mi.

Moi krew­ni po­wró­ci­li w chwa­le, ale ja nie czułam się zwycięż­czynią. Zyska­łam kró­le­stwo za­trute ża­lem.

Dryfo­wa­łam mię­dzy świa­do­mo­ścią a zba­wien­nym snem, wy­wo­ła­nym na­po­jem po­da­wa­nym mi przez le­ka­rza. W tych go­dzi­nach czę­sto roz­ma­wia­łam z Ma­qa­rem. Cza­sem z czło­wie­ka sta­wał się on koź­lę­ciem; jego krew spływa­ła do zło­tej mied­ni­cy.

Wresz­cie obu­dzi­łam się na do­bre i strą­ci­łam dzban z na­po­jem na pod­ło­gę.

Kie­dy Asm prze­wod­ni­czył skła­da­niu w świą­tyni ofia­ry z pię­ciu­set byków i trzystu koź­ląt, po­sła­łam w za­stęp­stwie mło­dą dzie­wi­cę, by zaj­rza­ła do ma­ka­brycz­ne­go na­czynia. Asm był zdu­mio­ny tym, że nie będę gło­sić prze­po­wied­ni oso­bi­ście. Nig­dy nie wy­zna­łam mu praw­dy: tam­te­go dnia, na skra­ju pustyni, pro­si­łam o ka­dzi­dło, świa­do­ma, że je­stem bli­ska omdle­nia.

Ale kie­dy zaj­rza­łam do misy, nie zo­ba­czyłam żad­ne­go ob­ra­zu.

[5] Da­tura – in­a­czej bie­luń, ro­śli­na o wła­ści­wo­ściach ha­lu­cyno­gen­nych; przyp. tłum.

[6] Gwiaz­da Po­ran­na – pla­ne­ta We­nus; przyp. red.