Królowa Saby

Tekst
Autor:
Z serii: Na osi czasu
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mój oj­ciec cię za­bi­je. Oskar­żę cię przed całą radą!

– Do­praw­dy? Spyta­ją cię: „Czy krzycza­łaś?”, „Kto cię słyszał?”, „Dla­cze­go nie po­szłaś do swo­je­go kró­lew­skie­go ojca po pierw­szym ra­zie?”. Je­śli ja ze­znam, że pró­bo­wa­łaś mnie uwieść, a do tego wy­ra­żę oba­wę o two­ją cno­tę, to jak myślisz, komu uwie­rzą? – Wie­dzia­łam, że miał ra­cję. Był bra­tem kró­lo­wej i mi­strzem wody. Ja zaś byłam cór­ką ko­bie­ty uro­dzo­nej pod złą gwiaz­dą i czę­sto zo­sta­wa­łam sama. – Kie­dy po­ślą po akuszer­kę, a ona stwier­dzi, że nie je­steś nie­tknię­ta, nie będę miał in­ne­go wy­bo­ru, jak tyl­ko publicz­nie cię od­trą­cić, dla do­bra re­puta­cji mo­jej i kró­lo­wej.

Po­win­nam po­czuć świę­ty gniew. Po­win­nam oskar­żyć go przed oj­cem, byle tyl­ko uciec od nie­go – i od każ­de­go in­ne­go męż­czyzny, po­nie­waż po tak wiel­kim skan­da­lu ża­den spra­wie­dli­wy mąż nie po­ślu­bi mnie bez so­wi­tej ła­pów­ki. Za­miast tego ogar­nął mnie wstyd. Czułam go ni­czym zgni­li­znę pod skó­rą.

Bła­ga­łam Sha­rę, by tej nocy nie zo­sta­wia­ła mnie sa­mej w łóż­ku. Ale ona nie mo­gła od­mó­wić kró­lo­wej, je­śli ta ją we­zwie.

W ko­lej­nych mie­sią­cach Sa­diq zgwał­cił mnie jesz­cze dwukrot­nie. W tym sa­mym cza­sie nad wzgó­rza­mi zbie­ra­ły się chmu­ry, a drze­wa­mi wstrzą­sa­ły pierw­sze po­dmu­chy sil­nych wia­trów. Nad­cho­dzi­ła pora desz­czo­wa.

•••

Za­czę­ły się desz­cze, a ja wciąż nie rusza­łam się z łóż­ka. Po­to­ki spływa­ły ze wzgórz przez całe po­po­łu­dnie. Po­rywa­ły ze sobą drze­wa, zie­mię i bu­dyn­ki, któ­re sta­ły na ich dro­dze do rzek. Na­resz­cie prze­spa­łam całą noc, wy­czer­pa­na czuwa­niem w mi­nio­nych ty­god­niach. W koń­cu byłam bez­piecz­na. Mistrz wody prze­bywał bo­wiem poza pa­ła­cem – ob­ser­wo­wał po­wódź i stan ka­na­łów wraz z ro­bot­ni­ka­mi, któ­rzy na­pra­wia­li wy­ło­my w ślu­zach.

Przed świ­tem wsta­łam i po­de­szłam do okna. Moja tuni­ka osła­nia­ła szczupłą fi­gurę; stra­ci­łam do­pie­ro co na­byte mło­dzień­cze krą­gło­ści. Chwyciw­szy się pa­ra­pe­tu, z roz­ma­chem otwo­rzyłam okien­ni­cę. W ogro­dzie pra­co­wa­li pierw­si słudzy; do­strze­głam ich syl­wet­ki w sła­bym świe­tle po­ran­ka. Po­dob­nie jak pod­czas tylu nocy po śmier­ci mat­ki, szuka­łam Sied­miu Sióstr. Ale tam­te­go ran­ka nie było ich wi­dać. Sta­łam przy oknie jesz­cze dłu­go po tym, jak nie­bo się roz­ja­śni­ło, a gwiaz­dy za­czę­ły blak­nąć. Ob­ser­wo­wa­łam ruchy na nie­bie.

Po raz pierw­szy od lat za­czę­łam się mo­dlić. Nie do Shams, któ­ra nie zdo­ła­ła ochro­nić mo­jej mat­ki, ale do Al­ma­qa­ha, któ­ry ją przy­jął.

Ocal mnie albo po­zwól mi umrzeć.

Tyl­ko tyle. Zdję­łam bran­so­le­tę z rubi­na­mi – naj­cen­niej­szą rzecz, jaką po­sia­da­łam – i po­ło­żyłam ją na pa­ra­pe­cie.

Tam­te­go dnia do ogro­du w po­śpie­chu wpa­dli męż­czyź­ni. Ich krzyki do­tar­ły do mo­jej kom­na­ty przez otwar­te okno. Nie­długo po­tem w sali ko­biet roz­legł się do­no­śny po­je­dyn­czy jęk.

Go­dzi­nę póź­niej moja opie­kun­ka przy­była z wie­ścia­mi: jed­na z bram na ślu­zie nie wy­trzyma­ła na­po­ru wody. Sa­diq zo­stał po­rwa­ny przez po­wódź.

Unio­słam wzrok do nie­ba.

Je­stem cała two­ja.

•••

Nig­dy nie od­na­le­zio­no cia­ła Sa­di­qa. Mie­siąc po jego śmier­ci Ha­gar­lat oskar­żyła mnie przed moim oj­cem. Mia­ła ścią­gnię­tą twarz, ubra­nie wi­sia­ło na niej jak na szkie­le­cie. A na mnie zno­wu pa­so­wa­ły suk­nie, jak­bym zyska­ła kształ­ty, któ­re ona stra­ci­ła z żalu.

– Ta dziew­czyna to prze­kleń­stwo dla domu. – Ła­mał jej się głos. – Prze­klę­ła mo­je­go bra­ta i mnie!

– Moja kró­lo­wo, prze­sa­dzasz – stwier­dził oj­ciec. W jego gło­sie słychać było zmę­cze­nie.

– Do­praw­dy? Mój brat – jej na­rze­czo­ny – nie żyje, a ja dwukrot­nie po­ro­ni­łam, od kie­dy prze­kro­czyłam pro­gi tego domu. Jej wła­sna mat­ka uro­dzi­ła tyl­ko jed­ną dziew­czyn­kę, po czym zmar­ła z syn­kiem w brzuchu. Po­wia­dam ci, ta dziew­czyna spro­wa­dza śmierć na wszyst­kich do­oko­ła!

Kie­dy oj­ciec w koń­cu na mnie spoj­rzał, wie­dzia­łam, że zno­wu zo­ba­czył cień ko­bie­ty, któ­rą po­ślu­bił nie dla ko­rzy­ści, ale z mi­ło­ści. Wresz­cie po­ję­łam, dla­cze­go nie po­cie­szał mnie w ża­ło­bie ani nie szukał ze mną kon­tak­tu, gdy za­mil­kłam po jej śmier­ci.

– Żono – prze­mó­wił i ski­nął gło­wą.

– Albo ją ode­ślesz, albo ja odej­dę z dwo­ru i za­bio­rę ze sobą syna, o ile ona i jego nie za­bi­je, jak to uczyni­ła z wła­sną mat­ką i nie­na­ro­dzo­nym bra­tem! Moja mat­ka w moim wie­ku mia­ła już sied­mio­ro dzie­ci, a moja sio­stra pię­ciu sy­nów. A ja przez czte­ry lata nie do­no­si­łam ani jed­nej cią­ży. Czy masz za­miar na­ra­zić na to samo ryzyko na­sze ko­lej­ne nie­na­ro­dzo­ne dzie­ci?

Od­wró­ci­łam się do niej z sy­kiem. Już nie przy­po­mi­na­łam zie­lo­nej ga­łę­zi, któ­ra za­ła­mu­je się pod cię­ża­rem jed­ne­go pta­ka. Byłam go­to­wa na wszyst­ko. Mo­gła­bym prze­kląć ją, jej syna i każ­de ocze­ki­wa­ne dziec­ko w jej ło­nie, każ­de­go człon­ka jej ple­mie­nia wraz z jego wiel­błą­da­mi i ko­za­mi, aż po ostat­nie­go par­szywe­go psa.

Ale od­dech, za­czerp­nię­ty po to, by to uczynić, uszedł ze mnie ni­czym roz­ma­rzo­ne wes­tchnie­nie. Przez jed­ną sza­leń­czą chwi­lę omal nie wy­bu­chłam śmie­chem.

Nie mo­gła mi nic zro­bić. Nie mo­gła ode­brać mi żad­nej rze­czy, któ­ra nie zo­sta­ła mi już ode­bra­na albo któ­rej sama nie chcia­ła­bym po­rzucić – łącz­nie z moim życiem.

Ja, któ­ra nie mia­łam żad­nej wła­dzy, nie mu­sia­łam wy­po­wia­dać ani sło­wa. Ha­gar­lat stra­ci­ła nade mną zwierzch­ność. W tam­tej chwi­li i ona zda­ła so­bie z tego spra­wę. Pa­trzyłam, jak po­wo­li bled­nie.

– Tak – po­wie­dzia­łam do ojca. – Ode­ślij mnie. Wy­praw mnie przez wodę do kra­iny swo­jej mat­ki. Przy­dziel mi ka­pła­nów i za­opatrz w dary dla tam­tej­szej świą­tyni Al­ma­qa­ha, a ja zło­żę je w ofie­rze w two­im imie­niu.

Czyż­by przez jego twarz prze­mknął cień ulgi? Nie mo­głam wi­nić go za to, że zgo­dził się tak pręd­ko. Al­ma­qah był i jego wy­ba­wie­niem.

Tam­tej je­sie­ni we­szłam na po­kład stat­ku wraz z na­uczycie­lem, or­sza­kiem ka­pła­nów i no­wymi za­rząd­ca­mi po­wsta­ją­cej ko­lo­nii. Wieź­li­śmy ze sobą mnó­stwo ka­dzi­deł, ofiar i da­rów dla świą­tyni w Pun­cie. Nie po­zwo­lo­no mi za­brać mo­jej opie­kun­ki ani Sha­ry – Ha­gar­lat tego do­pil­no­wa­ła – przy­szedł więc czas na łza­we po­że­gna­nia. Uca­ło­wa­łam je w szyje i po­wie­rzyłam opie­ce bo­gów.

Po­sta­no­wio­no, że już nig­dy nie wró­cę do pa­ła­cu w Ma­ri­bie, jego ciem­nych ko­ryta­rzy i jesz­cze mrocz­niej­szych wspo­mnień. Że spę­dzę w Pun­cie – i w po­ko­ju – resz­tę swo­ich dni.

Ale Al­ma­qah, już raz we­zwa­ny, miał wo­bec mnie inne pla­ny.

[2] Psia Gwiaz­da – Sy­riusz; przyp. red.

[3] Sie­dem Sióstr – Ple­ja­dy; przyp. red.

[4] Obie ro­śli­ny są tok­sycz­ne; przyp. red.

2

Śni­ła mi się mgła spo­wi­ja­ją­ca wzgó­rza przed porą desz­czo­wą. Bia­ła jak mle­ko, wzbu­rza­na pierw­szymi po­dmu­cha­mi wi­chru, nim roz­le­gnie się stłumio­ny ryk spływa­ją­cych wód. Po chwi­li wody pie­ni­ły się już, ka­pryśnie zmie­nia­jąc ko­lor – od bia­łe­go po żół­ty, kie­dy tra­fia­ły na mie­li­znę. Śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne po­to­ki mogą po­nieść ze sobą wiel­błą­da, a na­wet cały dom, gdy z im­pe­tem spływa­ją do rze­ki ku ślu­zom i le­żą­cym w dole po­lom.

– Ma­ke­do…

Otwo­rzyłam oczy i wpa­trywa­łam się w su­fit przez bal­da­chim roz­po­star­ty nad łóż­kiem. Tań­czyły tam smuż­ki świa­tła. Rzuca­ły cie­nie przez tka­ni­nę, któ­ra chro­ni­ła mnie przed bez­li­to­snymi ko­ma­ra­mi.

Usłysza­łam cyka­dy. Na­wet przez za­mknię­te okien­ni­ce prze­dzie­ra­ły się wy­da­wa­ne przez nie dźwię­ki, ukła­da­ją­ce się w me­lo­die. W świe­cie po­mię­dzy snem a jawą moż­na by wziąć te od­gło­sy za mia­ro­we bęb­nie­nie desz­czu, któ­re ko­łysze z po­wro­tem do snu…

Na skro­ni po­czułam mu­śnię­cie ust, de­li­kat­ne jak skrzydeł­ka ćmy. Wy­cią­gnę­łam rękę, by po­chwycić ko­smyk wło­sów, owi­nąć go so­bie wo­kół pal­ca i po­czuć jego za­pach. Męż­czyzna prze­sunął cie­płą dłoń po moim cie­le. Woń ka­dzi­dła ule­cia­ła. Tka­ni­ny pach­nia­ły po­żą­da­niem, za­spo­ko­jo­nym kil­ka go­dzin wcze­śniej w wio­sen­nym upa­le.

– Ma­ke­do… – szep­tał. Imię to nada­ła mi ro­dzi­na bab­ki, kie­dy przy­byłam do Pun­tu. W ten spo­sób po­zbyłam się wy­nisz­czo­nej Bil­kis.

Przy­cią­gnę­łam go do sie­bie i po­szuka­łam usta­mi jego sło­nej szyi. Za­mruczał, za­wa­hał się przez chwi­lę, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, po czym mnie przy­tulił. Wy­da­wa­ło mi się, że słyszę deszcz, bęb­nią­cy mia­ro­wo, a po­tem prze­dzie­ra­ją­cy się przez huk po­wo­dzi.

Kie­dy znie­rucho­mie­li­śmy, po­now­nie za­pa­dłam w sen.

– Ma­ke­do…

Głę­bo­ko wes­tchnę­łam z za­do­wo­le­nia.

– Mu­sisz wsta­wać.

Roz­war­łam cięż­kie po­wie­ki, a on oparł się na łok­ciu i gła­dził mnie po wil­got­nym czo­le. Wło­sy spływa­ły mu na twarz czar­ną ka­ska­dą. Ma­qar, któ­re­go za­moż­ny oj­ciec służył mo­je­mu w ra­dzie kró­lew­skiej. Ma­qar, wo­jow­nik, któ­ry przy­był tu dwa lata temu wraz z in­nymi osad­ni­ka­mi z Saby, by pra­co­wać w ko­pal­ni zło­ta i wes­przeć woj­ska.

Ma­qar, mój uko­cha­ny.

Przy­cią­gnę­łam go do sie­bie i oplo­tłam ra­mio­na­mi.

– Jest śro­dek nocy.

– Owszem – za­mruczał. Krót­kie wło­ski na jego bro­dzie ła­sko­ta­ły mnie w po­li­czek. Od­sunął się, a ja tym ra­zem nie mo­głam go przy­cią­gnąć. – Chodź, księż­nicz­ko.

 

Na łożu zo­sta­łam tyl­ko ja w sze­lesz­czą­cej po­ście­li.

– Do­kąd?

Wie­le razy opusz­cza­li­śmy pa­łac w środ­ku nocy i skra­da­li­śmy się jak dzie­ci, by za­żyć ką­pie­li w ogro­do­wych ba­se­nach przy świe­tle gwiazd albo obej­mo­wać się w sa­dzie, aż do świ­tu, w to­wa­rzystwie cie­kaw­skich dud­ków spo­glą­da­ją­cych na nas z drzew mo­rin­gi.

– Wspa­nia­ła nowa przy­go­da.

– Nie wi­dzisz, że mnie wy­mę­czyłeś?

Za­śmiał się lek­ko.

– A myśla­łem, że było od­wrot­nie.

– Ty je­steś jak waza, któ­ra nig­dy się nie opróż­nia.

– A ty jak stud­nia, któ­ra nig­dy nie wy­sy­cha. Ale te­raz chodź.

Prze­to­czyłam się na swo­ją stro­nę. Kie­dy tak stał, wy­glą­dał jak jed­na ze sta­tue­tek z brą­zu, któ­re umiesz­cza­no w świą­tyn­nych wnę­kach. Przy­się­gam na każ­de­go – zna­ne­go czy nie­zna­ne­go – boga: był po pro­stu pięk­ny.

– Po­wiedz, że mnie ko­chasz. – Ale kie­dy ką­ci­ki ust unio­sły mi się w uśmie­chu, on go nie od­wza­jem­nił.

– Wiesz, że tak. – W jego spoj­rze­niu do­strze­głam dziw­ny cień. Może to przez lam­pę, w któ­rej do­pa­la­ły się reszt­ki oli­wy? Może zmarszcz­ki na jego czo­le zro­bi­ły się głęb­sze?

Znik­nął za pa­ra­wa­nem i za­czął się ubie­rać.

Po­sła­łam mu za­gad­ko­wy uśmiech.

– Co to za przy­go­da, któ­ra nie może po­cze­kać do ko­lej­nej nocy?

– Zo­ba­czysz.

Za ścia­ną roz­le­gło się de­li­kat­ne skrzypie­nie. Eu­nuch przy­dzie­lo­ny mi przez sio­strę bab­ki sy­piał za drzwia­mi pię­tro wy­żej. Dla­cze­go krzą­tał się o tej go­dzi­nie?

Pod­nio­słam się na łok­ciach, już cał­ko­wi­cie przy­tom­na.

Ma­qar wró­cił. W jed­nej ręce miał mój ha­fto­wa­ny ka­fta­nik, drugą wy­cią­gnął ku mnie.

Na­chmu­rzyłam się i wsta­łam z łóż­ka.

– Pręd­ko – po­wie­dział, po­now­nie zni­ka­jąc za pa­ra­wa­nem.

Po chwi­li pa­trzyłam, jak za­ci­ska nad szczupłymi bio­dra­mi pas. Kie­dy się­gnął po miecz, wie­dzia­łam, że nie bę­dzie­my się ką­pać. Wśli­zgnę­łam się w swo­je odzie­nie.

Ma­qar pod­szedł i ukuc­nąw­szy przede mną, za­ło­żył mi na sto­py san­da­ły. Nim wstał, pod­niósł na mnie wzrok. To było to samo spoj­rze­nie, któ­re po­dą­ża­ło za mną, jak­bym była sa­mym słoń­cem, od­kąd po­ja­wił się u do­wód­cy gar­ni­zo­nu, a nie­co póź­niej u pa­ła­co­we­go straż­ni­ka. Ale dziś w jego oczach wy­czyta­łam coś wię­cej, ja­kąś dziw­ną na­dzie­ję.

– Ko­cha­ny, cóż to?

– Chodź. – Wstał i po­dał mi we­lon.

Ya­fush, mój eu­nuch, cze­kał z po­chod­nią w dło­ni. Pło­mie­nie rzuca­ły świa­tło na jego skó­rę o ciem­nym od­cie­niu. W uchu Nubij­czyka błysz­cza­ło zło­te kół­ko. Pa­trzyłam raz na nie­go, raz na Ma­qa­ra. Od kie­dy to mój ko­cha­nek dzia­ła w po­ro­zu­mie­niu z chro­nią­cym mnie sługą?

Na­gle przy­szło mi do gło­wy, że może Ma­qar za­pla­no­wał tej nocy se­kret­ny ślub. Ileż to razy roz­ma­wia­li­śmy o tym w na­szym ogro­do­wym łożu pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem!

Księż­nicz­ka nie wy­bie­ra so­bie męża. Ale mój oj­ciec, choć od cza­su wy­gna­nia mnie mi­nę­ło już sześć lat, nie po­czynił żad­nych usta­leń w tej spra­wie. Wie­dzia­łam, że Sa­diq przed śmier­cią po­dzie­lił się z in­nymi in­for­ma­cją o moim utra­co­nym dzie­wic­twie. Wia­do­mo mi było rów­nież, że wszyst­ko to sta­ło się za spra­wą Ha­gar­lat.

Wal­czyłam z myśla­mi.

Ma­qar, mój uzdro­wi­ciel, wie­dział, że nie przy­cho­dzę do jego łoża jako dzie­wi­ca. Nig­dy nie spytał, dla­cze­go po­cząt­ko­wo roz­pacz­li­wie uni­ka­łam zbli­że­nia. Kie­dy wresz­cie zna­la­złam się w jego ra­mio­nach, po­czułam wdzięcz­ność za wszyst­kie zda­rze­nia, któ­re mnie tutaj do­pro­wa­dzi­ły; pięk­no tych dni da­le­ce prze­wyż­sza­ło zgro­zę daw­nych nocy. Ma­qar mar­no­wał swo­je arysto­kra­tycz­ne po­cho­dze­nie dla mnie, dla wy­gna­nej. Nie mo­głam na­wet za­pew­nić mu przy­wi­le­jów – sta­no­wi­ska w ra­dzie i inne naj­bar­dziej pre­sti­żo­we w Sa­bie zo­sta­ły za­ję­te przez krew­nych Ha­gar­lat. Ale tutaj, w Pun­cie, nie mógł na­rze­kać na nie­do­sta­tek. Ani ja na brak mi­ło­ści.

O tym wszyst­kim roz­myśla­łam, kie­dy sta­wia­łam pierw­sze kro­ki za drzwia­mi swo­jej kom­na­ty.

Po­ta­jem­ny ślub. Uśmiech­nę­łam się do sie­bie. W ta­kim ra­zie nie za­da­ję wię­cej pytań.

Po­szłam za nimi ko­ryta­rzem na dzie­dzi­niec na par­te­rze. Mi­nę­li­śmy ko­lum­na­dę i wy­szli­śmy na ze­wnątrz. Ogro­dy były pod­świe­tlo­ne, cyka­dy w naj­lep­sze gra­ły swój kon­cert. Się­gnę­łam po dłoń Ma­qa­ra. Uniósł moje pal­ce do ust, ale nie pa­trzył na mnie.

Spoj­rza­łam na Ya­fusha, któ­ry szedł obok. Gdy wi­dzia­ło się jego umię­śnio­ne ra­mio­na i ka­mien­ny wy­raz twa­rzy, moż­na było nie zo­rien­to­wać się, że nie jest w peł­ni męż­czyzną. Co ta­kie­go po­wie­dział mu Ma­qar, że ma tak po­nurą minę? Czyż to nie ra­do­sna chwi­la? Dla­cze­go ża­den z nich nie wy­glą­da na za­do­wo­lo­ne­go?

Coś było nie tak.

Kie­dy prze­kra­cza­li­śmy mniej­szą bra­mę pół­noc­ną, ser­ce za­czę­ło wa­lić mi w pier­si. Opu­ści­ły mnie wszyst­kie ro­man­tycz­ne myśli o drze­wach mo­rin­gi i ślu­bach.

Nie chcia­łam iść da­lej.

– Do­kąd mnie za­bie­ra­cie? Po­wiedz­cie mi to w tej chwi­li!

Ma­qar od­wró­cił się do mnie. Jego twarz była zmie­nio­na nie do po­zna­nia. Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam go bez prze­zna­czo­ne­go dla mnie uśmie­chu cza­ją­ce­go się na ustach lub przy­najm­niej w oczach. Ale te­raz, w świe­tle po­chod­ni… Nie było to ob­li­cze męż­czyzny ma­ją­ce­go za chwi­lę po­ślu­bić ko­chan­kę, lecz czło­wie­ka, któ­ry zma­ga się z sa­mym sobą.

– Do świą­tyni. Wczo­raj do por­tu wpłynął sta­tek…

Sta­tek? O tej po­rze roku nie przy­pływa­ły już do nas stat­ki, na­wet z Egip­tu. – Co to ma wspól­ne­go z nami?

Prze­nio­słam wzrok z Ma­qa­ra na ska­li­stą prze­strzeń. W księ­życo­wym świe­tle po­chyło­ści wy­da­wa­ły się jesz­cze trud­niej do­stęp­ne. Na wi­docz­nym nie­opo­dal wzgó­rzu wzdłuż krę­tej dro­gi do świą­tyni tli­ła się sła­ba po­świa­ta rzuca­na przez po­chod­nie.

– Ma­ke­do… – rzekł Ma­qar z wa­ha­niem. Kie­dy się od­wró­ci­łam, na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się udrę­ka. – Pa­mię­taj o jed­nym: nig­dy cię nie oszuki­wa­łem.

Wpa­trywa­łam się w nie­go, zdu­mio­na tym oświad­cze­niem.

– Myślę, że księż­nicz­ka po­win­na iść do świą­tyni – ode­zwał się Ya­fush.

Zno­wu pa­trzyłam to na jed­ne­go, to na drugie­go, ale nie po­wie­dzie­li nic wię­cej.

– Ża­den z was nic mi nie po­wie? W ta­kim ra­zie skończ­my z tymi za­gad­ka­mi!

Ze­bra­łam sza­tę i ruszyłam przed nimi. Ser­ce wciąż wa­li­ło mi w pier­si.

Wspi­na­łam się ścież­ką pro­wa­dzą­cą do świą­tyni. Mi­ja­łam ka­mien­ne ste­le na gro­bach mo­ich przod­ków. Stą­pa­łam zbyt gło­śno po­śród bzycze­nia owa­dów.

Na szczycie wzgó­rza cze­kał ja­kiś czło­wiek. Na tle noc­ne­go nie­ba jego syl­wet­ka wy­da­wa­ła się czar­na. Je­śli mia­ła­bym są­dzić po sza­cie, był to ka­płan. Ar­cy­ka­płan, o czym świad­czyła jego ogo­lo­na gło­wa, wi­docz­na w księ­życo­wym świe­tle. Czy i on weź­mie udział w tym przed­sta­wie­niu? Kie­dy do­tar­li­śmy na miej­sce, uniósł dłoń w ge­ście bło­go­sła­wień­stwa. Jego głos brzmiał szorst­ko po­śród ci­szy nocy.

– Księż­nicz­ko.

Nad nim wzno­si­ła się świą­tyn­na twier­dza. Fryzy w kształ­cie ko­zio­roż­ców spo­wi­jał cień. Rzeź­bio­ne drew­nia­ne drzwi sta­ły otwo­rem. W środ­ku ja­śnia­ło świa­tło po­chod­ni – ni­czym wiel­kie, błysz­czą­ce oko.

Co cze­ka­ło na mnie za tymi drzwia­mi, w środ­ku nocy?

Kie­dy spoj­rza­łam pyta­ją­co na Ma­qa­ra, w od­po­wie­dzi tyl­ko ski­nął gło­wą. Wte­dy po­ję­łam, że co­kol­wiek znaj­do­wa­ło się w środ­ku, mu­sia­łam sta­wić temu czo­ła jako pierw­sza.

Przez jed­ną sza­lo­ną chwi­lę roz­wa­ża­łam, czy nie po­biec ścież­ką w dół – nie do pa­ła­cu ani na­wet do ogro­dów, ale na mrocz­ny cmen­tarz. Tam przy­najm­niej mu­sia­ła­bym zmie­rzyć się je­dynie ze skor­pio­na­mi. Czułam się jed­nak tak, jak­by samo przyj­ście tu za­gro­dzi­ło mi dro­gę po­wrot­ną.

Pod­nio­słam wzrok na księ­życ, a na­stęp­nie we­szłam do świą­tyni.

Na we­wnętrz­nym dzie­dziń­cu sta­ło pię­ciu męż­czyzn. Za­mruga­łam, usi­łując przy­zwycza­ić oczy do świa­tła po­chod­ni. Twa­rze ze­bra­nych wy­ło­ni­ły się z cie­nia.

Roz­po­zna­łam Has­sa­ta, prze­wod­ni­czą­ce­go rady Pun­tu i za­ra­zem mo­je­go da­le­kie­go krew­ne­go. U jego boku stał Na­bat, do­wód­ca gar­ni­zo­nu. U żad­ne­go z nich nie było wi­dać oznak snu tej nocy; może w ogó­le się nie po­ło­żyli. Obok Na­ba­ta do­strze­głam trzech męż­czyzn w stro­jach sa­bej­skich. Za pasy za­tknę­li sztyle­ty, a przy bio­drach no­si­li mie­cze.

– Księż­nicz­ko – prze­mó­wił Has­sat, ski­nąw­szy gło­wą.

– Rad­ny Has­sa­cie – za­jąk­nę­łam się w od­po­wie­dzi. Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Byłam za­sko­czo­na jego wi­do­kiem. Naj­wyraź­niej cze­kał na mnie.

– Wy­bacz, że we­zwa­li­śmy cię tutaj w taki spo­sób.

Zło­żyłam dło­nie, by prze­sta­ły się trząść.

Has­sat pod­szedł do mnie. Świa­tło ognia tań­czyło na jego ostrych rysach. Wska­zał na swo­ich trzech to­wa­rzyszy.

– Ci mę­żo­wie przy­byli tutaj, choć na­ra­zi­li się na ogrom­ne ryzyko.

– Z pew­no­ścią… – urwa­łam, by od­chrząk­nąć. Po­czułam ucisk w gar­dle. – Z pew­no­ścią, sko­ro przy­byli z Saby. Zbli­ża się pora desz­czo­wa. – Tyl­ko głupiec prze­pra­wia się przez wodę w tym cza­sie. Głupiec… lub czło­wiek skraj­nie zde­spe­ro­wa­ny.

– Księż­nicz­ko – prze­mó­wił je­den z nich. – Po­cho­dzę z arysto­kra­tycz­ne­go ple­mie­nia Ama­nu.

– Z wiel­kiej do­li­ny Dżau­fu – do­koń­czyłam po­wo­li. Na­zwa ta wy­da­ła się mo­je­mu ję­zyko­wi obca.

– To po­wa­ża­ny klan zwią­za­ny z li­czą­cymi się kup­ca­mi z Ga­ba­anu – do­dał Has­sat. – Ten czło­wiek to Khal­kha­rib, krew­ny naj­sę­dziw­sze­go człon­ka rady two­je­go ojca, któ­ry prze­cha­dza się już po kra­inie cie­ni. Ten obok to Ya­tha, krew­ny kró­lew­skie­go rad­ne­go Aba­ma­ra.

Mię­dzy pier­sia­mi spłynę­ła mi struż­ka potu. Oj­czyzny tych męż­czyzn two­rzyły nie­mal ide­al­ną li­nię pro­wa­dzą­cą z pół­no­cy na po­łu­dnie Saby, któ­rej gra­ni­ce na za­cho­dzie się­ga­ły gór, na wscho­dzie zaś – pustyni.

– Nie wi­dzia­łam wa­szych krew­nych od lat – po­wie­dzia­łam ostroż­nie. – Wiem jed­nak, że mój oj­ciec bar­dzo im ufał. Cze­go ode mnie chce­cie?

– Wraz z wo­za­mi han­dla­rzy do Ma­ri­bu nad­cią­gnę­ła pla­ga – za­czął Has­sat.

– Przy­kro mi to słyszeć.

Przez chwi­lę mil­cze­li­śmy.

Pa­trzyłam na nich z ro­sną­cym za­kło­po­ta­niem.

W koń­cu pod­szedł do mnie mąż imie­niem Ya­tha.

– Księż­nicz­ko, za­ra­za do­tar­ła do pa­ła­cu. Twój oj­ciec jest cho­ry. Już wcze­śniej nie czuł się naj­le­piej. Od­kąd wy­ruszyli­śmy w dro­gę, nie wie­my, czy jesz­cze żyje.

Cof­nę­łam się o krok. Ale kie­dy uj­rza­łam Ma­qa­ra, któ­ry stał za mną, zbli­żyłam się do nich zno­wu.

– Król żył, kie­dy opusz­cza­li­ście pa­łac. Dla­cze­go więc do mnie przy­cho­dzi­cie? Sen­sow­niej było­by po­cze­kać, by mieć pew­ność, czy żyje, czy nie!

– Zbli­ża się mon­sun. Nie mo­gli­śmy cze­kać.

– A więc przy­byli­ście oznaj­mić mi je­dynie, że jest cho­ry?

Nie. Nie ryzyko­wa­li­by prze­pra­wy przez wodę tyl­ko z tego po­wo­du.

Czy mi się wy­da­je, czy cyka­dy umil­kły? Czyż­by cie­nie rzuca­ne przez te mury opu­ści­ła cała ma­gia, jak­by wraz z przy­byciem po­słań­ców świą­tynia sta­ła się już tyl­ko bu­dow­lą z ka­mie­nia wa­pien­ne­go i za­pra­wy?

– Jest coś jesz­cze – prze­mó­wił mąż z Ama­nu. – Ha­gar­lat za­dba­ła o to, by wszyst­kie naj­waż­niej­sze sta­no­wi­ska ob­ję­li jej krew­ni.

– Je­stem tego świa­do­ma.

– Wie­le ple­mion, w tym na­sze, nie znie­sie jed­nak pa­no­wa­nia Na­sh­sha­nów i ich so­jusz­ni­ków. Król jest po­sunię­ty w la­tach. Nie­za­leż­nie od tego, czy prze­żyje jesz­cze kil­ka dni, czy też na­wet rok, wkrót­ce roz­pę­ta się woj­na o tron.

– Ale mój brat…

– Ma do­pie­ro dzie­sięć lat i jest pion­kiem w rę­kach Na­sh­sha­nów.

– Ale to on jest dzie­dzi­cem!

Ma­qar sta­nął u mo­je­go boku.

– Ma­ke­do… nie jest prze­cież je­dynym dzie­dzi­cem – po­wie­dział bar­dzo ci­cho.

Wpa­trywa­łam się w nie­go tak dłu­go, aż na skó­rze po­czułam chłód, po­mi­mo bra­ku po­wie­trza w świą­tyni.

 

– Ple­mio­na Ama­nu na pół­no­cy aż po ludy Ha­dra­mau­tu na da­le­kim po­łu­dniu są go­to­we wes­przeć two­je rosz­cze­nia – oznaj­mił Ya­tha.

Usłysza­łam te sło­wa, ale ich nie poj­mo­wa­łam.

– Punt rów­nież – do­dał Na­bat, któ­ry do tej pory mil­czał. – Z ra­do­ścią uj­rzał­by wnucz­kę Aga­bo­sa na tro­nie zjed­no­czo­nych ziem.

Tak wła­śnie się to od­bywa?

– Mój brat tak­że jest wnukiem Aga­bo­sa – usłysza­łam wła­sne sło­wa. – Dla­cze­go Punt miał­by po­pie­rać rosz­cze­nia do tro­nu tyl­ko jed­ne­go z nas?

– Ha­gar­lat nie jest lo­jal­na wo­bec Pun­tu – po­wie­dział Has­sat. – Ob­cho­dzą ją tyl­ko to­wa­ry eks­por­to­we, zło­to i cła, któ­re jej krew­ni po­bie­ra­ją od kup­ców po­dró­żują­cych przez zie­mie Na­sh­sha­nów szla­kiem han­dlo­wym na pół­noc.

– Ale mój oj­ciec…

– Wy­bacz, księż­nicz­ko… – ode­zwał się Khal­kha­rib. – Król w tej chwi­li może już nie żyć. Je­śli nie wró­cisz, inni upo­mną się o swo­je pra­wa. I je­że­li nie otrzyma­ją ich z ty­tułu wię­zów krwi, to we­zmą je so­bie siłą. Nikt nie spo­dzie­wa się two­je­go po­wro­tu przed desz­cza­mi. Je­śli się po­spie­szymy, unik­nie­my woj­ny i obro­ni­my twój tron.

– Sabą nie rzą­dzą ko­bie­ty!

– Wolą Al­ma­qa­ha jest, by tak się sta­ło. Nasi lu­dzie są go­to­wi. Szyko­wa­li­śmy się do tej chwi­li od lat.

Go­dzi­nę temu byłam odu­rzo­na snem i szczę­ściem życia w Pun­cie, a Saba wy­da­wa­ła mi się od­le­gła; płyną­ce tam po desz­czach po­to­ki wi­dywa­łam je­dynie w snach. Na­gle to do mnie do­tar­ło: ple­mio­na pół­noc­ne sprze­ci­wia­ły się ro­sną­cym wpływom Na­sh­sha­nów. Moje ple­mię pra­gnę­ło od­zyskać wła­dzę, a ludy po­łu­dnio­we sta­ra­ły się zdo­być spe­cjal­ne wzglę­dy. Ależ im się spie­szyło! Do cze­go? Do obiet­ni­cy przy­szłych przy­wi­le­jów czy na­dziei na mał­żeń­stwo po­li­tycz­ne? Prze­cież w grę wcho­dził tron.

I wte­dy zro­zu­mia­łam. Nie cho­dzi­ło im o to, żeby Sabą rzą­dzi­ła ko­bie­ta. Mał­żeń­stwo z kró­lo­wą mia­ło uczynić z jed­ne­go z nich kró­la.

A przy mnie stał Ma­qar, przy­sła­ny mi dwa lata temu przez jego ojca wraz z or­sza­kiem żoł­nie­rzy…

Kie­dy to so­bie uświa­do­mi­łam, spoj­rza­łam na nie­go in­a­czej. Wte­dy on le­d­wie za­uwa­żal­nie po­krę­cił gło­wą. I choć słysza­łam jego nie­wy­po­wie­dzia­ną myśl, pod ma­ską uko­cha­ne­go zo­ba­czyłam ob­ce­go czło­wie­ka.

Kim je­stem, sko­ro nie jego ko­chan­ką?

Kró­lo­wą?

Pion­kiem.

•••

– Moi lu­dzie gro­ma­dzą się w por­cie na­wet w tej chwi­li – Na­bat mó­wił do po­zo­sta­łych, któ­rzy za­czę­li je­den przez drugie­go snuć wi­zje po­wro­tu.

– Mój oj­ciec może jesz­cze żyć! – krzyk­nę­łam, uci­na­jąc ich dys­kusję.

Khal­kha­rib spoj­rzał na mnie tak, jak­by wła­śnie przy­po­mniał so­bie o moim ist­nie­niu.

– Ale może nie do­trwać do na­sze­go po­wro­tu, księż­nicz­ko. A Ha­gar­lat i jej do­rad­cy obej­mą tron i będą go bro­nić siłą. Mon­suny nad­cho­dzą. Al­ma­qah uśmiech­nął się do nas. Mu­si­my wy­ruszać na­tych­miast.

•••

Tam­tej nocy od­trą­ci­łam Ma­qa­ra.

– Co jesz­cze przede mną ukrywa­łeś? Ja­kie in­trygi knułeś za mo­imi ple­ca­mi przez te dwa lata?

Zła­pał mnie za nad­garst­ki. Za­czę­łam młó­cić pię­ścia­mi po­wie­trze. Przy­cią­gnął mnie do pier­si. Za­bib, służ­ka, wy­co­fa­ła się i uda­wa­ła, że jej tu nie ma, choć prze­cież nadal krzą­ta­ła się po mo­jej kom­na­cie i pa­ko­wa­ła bi­żute­rię, suk­nie oraz dro­go­cen­ne zwo­je. Świ­ta­ło. Nie­bo wy­glą­da­ło zło­wiesz­czo. Nie­wol­ni­cy i zbroj­ni nie­śli mój do­bytek w stro­nę kon­wo­ju cze­ka­ją­ce­go na pa­ła­co­wym dzie­dziń­cu. Eskor­tę tę przy­go­to­wa­no nie wia­do­mo kie­dy, bez mo­jej wie­dzy.

– Na­zywa­cie mo­je­go bra­ta pion­kiem w rę­kach Na­sh­sha­nów. A jed­nak oto je­ste­ście – ty i ci lu­dzie przy­cho­dzi­cie do mnie po tym, jak przez lata knuli­ście za mo­imi ple­ca­mi! Mo­gli­ście zo­stać zde­ma­sko­wa­ni w każ­dej chwi­li. Nie zna­cie Ha­gar­lat tak jak ja! Jak dłu­go moje życie było w nie­bez­pie­czeń­stwie, a ja o ni­czym nie wie­dzia­łam?

– Ma­ke­do – prze­mó­wił wresz­cie, tuląc mnie moc­no do sie­bie. – Każ­dy z tych mę­żów przy­siągł cię chro­nić. Żoł­nie­rze. Moi lu­dzie tu, w pa­ła­cu. Ya­fush, któ­ry śpi nie­opo­dal two­jej kom­na­ty…

– I ty, któ­ry śpisz w jej wnę­trzu. O, ja głupia! Przez chwi­lę myśla­łam, że wy­pro­wa­dzasz mnie z pa­ła­cu w nocy, by wziąć po­ta­jem­ny ślub! – Ro­ze­śmia­łam się z okrucień­stwem, po czym za­sło­ni­łam oczy, zła i upo­ko­rzo­na.

– O ni­czym in­nym nie ma­rzę.

– Na­wet te­raz two­je za­pew­nie­nia brzmią szcze­rze – stwier­dzi­łam z go­ryczą.

– Po­nie­waż są praw­dzi­we! Ale jak­że mógł­bym cię po­ślu­bić, sko­ro wie­dzia­łem, że ten dzień na­dej­dzie – choć nie chcia­łem, by tak się sta­ło? – Wy­pu­ścił mnie z ob­jęć. – Jak miał­bym to zro­bić?!

– Przez cały czas kła­ma­łeś w żywe oczy!

– Nie. Al­ma­qah wie, że po­ślu­bił­bym cię choć­by w tej chwi­li, gdybyś tyl­ko ze­chcia­ła.

– Ja­kie to wy­god­ne z two­jej stro­ny! Zo­stał­byś kró­lem. Po­wiedz mi, pro­szę, czy taki był za­miar two­je­go moż­ne­go ojca? Czy po­in­struo­wał cię też, w jaki spo­sób mnie uwieść?

– Ma­ke­do. – Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się udrę­ka. – Bła­gam…

– Po­wiedz mi, że to nie był od po­cząt­ku jego plan, kie­dy knuł z in­nymi, bym ob­ję­ła tron.

– So­jusz­ni­cy daw­no temu za­war­li pakt, że nie będą ci skła­dać ofert mał­żeń­stwa po­li­tycz­ne­go, aby nie ścią­gnąć na sie­bie uwa­gi Ha­gar­lat. Nie, do­pó­ki…

Spo­licz­ko­wa­łam go. Po chwi­li ude­rzyłam go po­now­nie.

– Ja­kie to spryt­ne z wa­szej stro­ny! A ja myśla­łam, że o mnie za­po­mnia­no na tyle lat, aż do dziś. I nie ostrze­głeś mnie ani chwi­li wcze­śniej. W za­mian za te wszyst­kie noce, kie­dy ci się od­da­wa­łam, mo­głeś przy­najm­niej wy­świad­czyć mi taką przy­sługę.

Pod­niósł głos.

– Jak niby mia­łem ci o tym po­wie­dzieć?! Czy nie ro­zu­miesz, że byłem roz­dar­ty? Co mam zro­bić, że­byś mi uwie­rzyła? Po­wiedz, a uczynię to!

– Już za póź­no. A te­raz ci lu­dzie przy­szli po to, by mnie stąd za­brać, a ja mam po­słusz­nie pod­dać się ich żą­da­niom? Cóż, nie zro­bię tego!

Krzyk­nę­łam do Za­bib, by prze­sta­ła pa­ko­wać moje rze­czy.

Wszyst­ko wo­kół znik­nę­ło; moja oso­bi­sta świą­tynia – miej­sce uchodź­stwa, na­uki, spo­ko­ju, a póź­niej od­krywa­nia mi­ło­ści – sta­ła pusta. To tutaj szlo­cha­łam Ma­qa­ro­wi w ra­mię, gdy po raz pierw­szy przy­szedł do mnie i uzdro­wił mnie sło­wem oraz czuło­ścią. To tutaj mia­łam na­dzie­ję spę­dzić resz­tę swo­je­go życia, po­grą­żo­na w le­ni­wym za­do­wo­le­niu; chcia­łam ślę­czeć nad wciąż po­więk­sza­ją­cymi się zbio­ra­mi zwo­jów, z dala od de­mo­nów prze­szło­ści.

A te­raz wszyst­ko to roz­mywa­ło się przed mo­imi ocza­mi jak góry Saby ma­ja­czą­ce na ho­ryzon­cie.

Po mo­ich po­licz­kach spływa­ły łzy upo­ko­rze­nia, go­rą­ce i sło­ne ni­czym roz­le­głe Mo­rze Czer­wo­ne.

– Ma­ke­do… – Po­now­nie zła­pał mnie za nad­garst­ki. – Mi­ło­ści moja.

– Nic mi nie mów o mi­ło­ści. Bła­gam cię. Okaż mi tę ła­skę.

Przy­cią­gnął mnie do sie­bie z roz­pacz­li­wą siłą.

– Po­wiedz, co mam uczynić!

Mia­łam ocho­tę po­wie­dzieć, by so­bie po­szedł, wró­cił z tymi wszyst­ki­mi ludź­mi za mo­rze i dał mi spo­kój. Ale nie po­tra­fi­łam znieść myśli o tym, że mo­gło­by go tutaj za­brak­nąć. Za­ak­cep­to­wa­łam wy­gna­nie, po­nie­waż było tu bez­piecz­nie. Dzię­ki Ma­qa­ro­wi to miej­sce sta­ło się pięk­ne.

– Ode­ślij ich – od­par­łam. – Miesz­kaj tu ze mną, tak jak do tej pory. Niech nic się nie zmie­nia. Je­śli je­steś szcze­ry, zo­stań ze mną, mimo że nig­dy nie za­sią­dę na tro­nie.

– Jak dłu­go będę w sta­nie uchro­nić cię od nie­bez­pie­czeństw, gdy wła­dzę obej­mie ktoś inny – ktoś, kogo pod­sta­wo­wym ce­lem bę­dzie uni­ce­stwie­nie każ­de­go kon­kuren­ta? Czy na­praw­dę myślisz, że za­cho­wasz życie, je­śli twój brat zo­sta­nie kró­lem?

– W ta­kim ra­zie uciek­nij­my na wieś i za­po­mnij­my, że kie­dykol­wiek sy­pia­li­śmy w mu­rach ja­kie­goś pa­ła­cu! Kupi­my sad i bę­dzie­my upra­wiać rolę. Do­ko­na­my żywo­ta w po­ko­ju… – Gdy to mó­wi­łam, wie­dzia­łam, że moje prze­świad­cze­nie o ta­kiej moż­li­wo­ści było rów­nie fał­szywe jak ilu­zja wol­no­ści przez te wszyst­kie lata. Tak na­praw­dę bła­ga­łam nie jego, lecz boga, któ­ry nie­gdyś wy­ba­wił mnie od Saby, a te­raz w okrut­ny spo­sób wzywał tam z po­wro­tem.