Królowa Saby

Tekst
Autor:Tosca Lee
Z serii: Na osi czasu
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kró­lo­wa Saby au­tor­stwa To­ski Lee to ka­wa­łek kunsz­tow­nej pro­zy, bo­ga­tej sce­ne­rii i skrupulat­nie opra­co­wa­nych de­ta­li hi­sto­rycz­nych. Kró­lo­wa Saby przez całe ty­siąc­le­cia była po­sta­cią mało zna­ną, ale To­sca Lee przy­wra­ca ją do życia – oka­zuje się ona sil­ną, zdol­ną i osza­ła­mia­ją­co atrak­cyj­ną ko­bie­tą.

Al­li­son Pa­ta­ki, au­tor­ka be­st­sel­le­rów „New York Ti­me­sa”

Nie są­dzi­łam, że ist­nie­je po­wieść, któ­ra zyska moje więk­sze uzna­nie niż Judasz, ale w Kró­lo­wej Saby To­sca Lee prze­cho­dzi samą sie­bie. Rów­nie po­cią­ga­ją­ca jak arab­skie kró­le­stwo i fa­scynują­ca jak jego wład­czyni, Kró­lo­wa Saby urze­ka pięk­nem, głę­bią, in­te­li­gen­cją i po­mysło­wym pi­sar­stwem.

Erin He­aly, au­tor­ka be­st­sel­le­ro­wych Mo­ther­less oraz Stran­ger Things

Kró­lo­wa Saby to fa­scynują­ca, peł­na mą­dro­ści po­wieść opar­ta na pie­czo­ło­wi­cie do­bra­nych ma­te­ria­łach, któ­ra przy­pad­nie do gustu za­rów­no czytel­ni­kom wie­rzą­cym, jak i nie­wie­rzą­cym. Wy­ra­zi­ste pięk­no pi­sar­stwa Lee jest wprost nie­zrów­na­ne. Czułam się, jak­by prze­ma­wia­ła do mnie sama kró­lo­wa, jak­by jej trud­no­ści i zwycię­stwa do­tyczyły mnie.

Re­bec­ca Kan­ner, au­tor­ka Sin­ners and the Sea

Kró­lo­wa Saby to nie baj­ko­wy ro­mans opo­wia­da­ją­cy o ko­bie­cie, któ­ra usy­cha z tę­sk­no­ty za wy­ma­rzo­nym kró­lem. To­sca Lee po raz ko­lej­ny udo­wad­nia, że nie boi się ni­cze­go. Dzię­ki jej wręcz nie­roz­waż­nej od­wa­dze zyskuje­my nie­po­praw­ną, nową wer­sję hi­sto­rii wład­czyni sil­nej ro­zu­mem i ser­cem. Ta lek­tura bę­dzie za­przą­tać ci myśli jesz­cze dłu­go po prze­czyta­niu ostat­niej stro­ny.

Pam Ho­ge­we­ide, au­tor­ka Unla­dyli­ke: Re­si­sting the In­justi­ce of In­e­qua­li­ty in the Church

Sza­lo­na po­dróż na wiel­błą­dzie przez pustynię, peł­na zwro­tów, za­krę­tów i nie­spo­dzia­nek […]. Wy­staw­na kró­lew­ska uczta zło­żo­na z elo­kwen­cji, wy­obraź­ni i wy­ra­zi­stej myśli prze­wod­niej. Do­sko­na­le opo­wie­dzia­na, pięk­na hi­sto­ria. To­sca Lee ma ser­ce po­et­ki, umysł na­ukow­ca i wy­obraź­nię pi­sar­ki.

Josh Olds, li­fe­is­sto­ry.com

Lee jest skrupulat­ną ba­dacz­ką, któ­ra kon­se­kwent­nie sta­ra się uczynić swo­je opo­wie­ści nie tyl­ko wia­rygod­nymi, lecz tak­że do bólu re­ali­stycz­nymi. Kró­lo­wa Saby to hi­sto­ria, któ­ra po­rusza nie­bo i zie­mię – ak­cja, in­tryga, ro­mans, a na­wet mi­styka spra­wia­ją, że po­wieść czyta się jed­nym tchem. Ka­lej­do­skop po­szcze­gól­nych re­la­cji bi­blij­nych uka­że czytel­ni­kom hi­sto­rię kró­lo­wej Saby i Sa­lo­mo­na w cał­kiem no­wym świe­tle.

dr Joe Ca­they, bi­bli­sta Dal­las Bap­tist Uni­ver­si­ty

Gdyby Ce­cil B. De­Mil­le był wśród nas, z pew­no­ścią stwo­rzył­by ad­ap­ta­cję fil­mo­wą Kró­lo­wej Saby. To im­po­nują­ce ar­cy­dzie­ło. Po­nad­cza­so­wa opo­wieść, któ­ra wzno­si czytel­ni­ków na wy­żyny mi­ło­ści i wal­ki, o ja­kich mało kto słyszał. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku ulu­bio­ne­go fil­mu, bę­dziesz chciał prze­żywać bo­gac­two i głę­bię Kró­lo­wej Saby wciąż na nowo.

Mi­cha­el Na­po­liel­lo Jr., Ra­dar Pic­tures


Wszyst­kim tym, któ­rzy wy­ruszyli w dro­gę.

Pro­log

Oto opo­wieść, któ­rą słysze­li­śmy: kró­lo­wa pustyn­nej kra­iny od­bywa po­dróż na pół­noc z bar­dzo wiel­ką oka­za­ło­ścią[1], by od­dać hołd kró­lo­wi i jego Bogu Jah­we. To hi­sto­ria kró­lo­wej, któ­rej ser­ce pod­bił król, nim po­wró­ci­ła do swej kra­iny z na­rę­czem da­rów.

W taką opo­wieść mamy wie­rzyć.

Praw­da się­ga o wie­le głę­biej, niż są w sta­nie wy­obra­zić so­bie ba­ja­rze. Bo­gac­twa oka­zują się o wie­le bar­dziej bez­cen­ne, ta­jem­ni­ce – wszech­ogar­nia­ją­ce, a za­rów­no mi­łość, jak i zdra­da – bar­dziej na­mięt­ne i nisz­czyciel­skie.

Mi­łość… To sło­wo jest jak ro­śli­na, któ­ra usy­cha pod słoń­cem bez­kre­snej pustyni; sta­no­wi esen­cję daw­no po­grze­ba­ną w jej pia­skach. Taka też oka­że się moja opo­wieść dla lu­dzi, któ­rzy prze­mie­rzyli owe nie­uro­dzaj­ne dro­gi. Jak­by moja sto­pa nig­dy tam nie sta­nę­ła. Nie pa­mię­ta­ją mnie góry ani nie mó­wią o mnie wody Dha­ny, ożywia­ją­ce płod­ne oko­licz­ne te­re­ny. Z dala od pustyni nie­uchron­nie zbie­ra się muł. To ła­ska.

Fi­la­ry wiel­kiej świą­tyni wznie­sio­nej na prze­ciw­le­głym brze­gu Wą­skiej Wody będą no­si­ły kie­dyś moje imię: Bil­kis, Córa Księ­życa. Na za­cho­dzie pa­ła­co­we ko­lum­ny na­zwa­no na moją cześć: Ma­ke­da, Ko­bie­ta Ognia. Służyłam jako ka­płan­ka i zjed­no­czyciel­ka, no­si­łam imię swo­je­go kró­le­stwa – Saby. Dla Izra­eli­tów byłam wład­czynią kra­iny won­no­ści, któ­rą na­zywa­li Sze­bą.

Byłam dla nich też nie­rząd­ni­cą.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że hi­sto­rycy opo­wie­dzą wam inną hi­sto­rię, a ka­pła­ni – inną. To wła­śnie ludz­kie osą­dy wy­da­ją się trwać w świe­cie ogar­nię­tym żą­dzą pod­bo­ju. Na­sze dzia­ła­nia poza sy­pial­nią i w ogó­le do­mem zo­sta­ną za­cho­wa­ne w pa­mię­ci, je­śli opu­ści­my do­mo­we pie­le­sze. W ten oto spo­sób zo­sta­nie­my okryci hań­bą, po­nie­waż wy­szli­śmy z ukrycia. Praw­da o na­szym życiu oka­że się ulot­na ni­czym woń ka­dzi­dła.

To jesz­cze trud­niej­sze dla kró­lo­wej, któ­ra nie może po­zwo­lić so­bie na ule­głość. Hi­sto­ria nie wie, jak po­go­dzić się z na­szą am­bi­cją czy po­tę­gą, kie­dy je­ste­śmy na tyle sil­ne, by prze­trwać. Ka­pła­ni nie znaj­du­ją zro­zu­mie­nia dla tych z nas, któ­rymi rzą­dzi­ło bo­skie sza­leń­stwo cie­ka­wo­ści. W taki oto spo­sób zo­sta­łyśmy okop­co­ne dy­mem z ognia świę­te­go obu­rze­nia tych, któ­rzy po­zaz­dro­ści­li nam wy­ima­gi­no­wa­nej roz­pusty. Sta­łyśmy się kusi­ciel­ka­mi, la­dacz­ni­ca­mi i he­re­tycz­ka­mi.

Byłam już każ­dą i żad­ną z nich – w za­leż­no­ści od tego, kto opo­wia­dał hi­sto­rię.

Za mo­rzem, w Sa­bie, gór­skie desz­cze już ustą­pi­ły, a wody po­tęż­nej Dha­ny zra­sza­ją pola o świ­cie. Za kil­ka mie­się­cy han­dla­rze z pół­no­cy przy­płyną w po­szuki­wa­niu won­no­ści i zło­ta. Przy­nio­są wie­ści o kró­lu, któ­ry ich po­sy­ła.

Nie wy­ma­wia­łam jego imie­nia od lat.

Owszem, ta hi­sto­ria wy­da­rzyła się na­praw­dę. Ale w mo­ich ustach praw­dzi­wa opo­wieść roz­po­czyna się tak:

Nig­dy nie mia­łam zo­stać kró­lo­wą.

[1] 1 Krl 10,2; przyp. tłum.

1

Moja mat­ka, Isme­ni, uro­dzi­ła się pod Psią Gwiaz­dą[2] o ośle­pia­ją­cym bla­sku. Po­dob­no za­cza­ro­wa­ła mo­je­go ojca – po­jął ją za żonę cał­ko­wi­cie otuma­nio­ny. Król nie wy­brał­by prze­cież ko­bie­ty ze swo­je­go ple­mie­nia, sko­ro mógł po­przez mał­żeń­stwo za­wrzeć so­jusz z in­nymi lu­da­mi.

Wi­dzia­łam, jak śle­dzo­no ją wzro­kiem za każ­dym ra­zem, gdy po­ja­wia­ła się w pa­ła­co­wych por­tykach, za­wie­sza­no roz­mo­wy, póki nie znik­nę­ła z pola wi­dze­nia. Rzad­ko zaj­mo­wa­ła miej­sce u boku ojca w sali są­do­wej. Kie­dy do tej kom­na­ty na­pływa­li lu­dzie, wzbie­ra­li gwał­tow­nie jak wody, gdy księ­życ prze­sła­nia cień. Moja mat­ka, ze swo­ją śnia­dą skó­rą, brwia­mi przy­po­mi­na­ją­cymi skrzydła sy­no­gar­li­cy i war­ga­mi stwo­rzo­nymi do wy­szep­tywa­nia mo­dlitw, sta­no­wi­ła naj­kunsz­tow­niej­sze ze wszyst­kich dóbr Saby. Dzwo­nie­nie kro­pel desz­czu na ta­ra­sach znaj­du­ją­cych się na wzgó­rzach nie do­rów­nywa­ło mu­zyce pa­cior­ków u rąb­ków jej szat, a woń naj­lep­sze­go ka­dzi­dła z Ha­dra­mau­tu nie umywa­ła się do za­pa­chu jej per­fum.

Kie­dy od­po­czywa­łyśmy na so­fie w upal­ne po­po­łu­dnia, spla­ta­łyśmy pal­ce, a ja po­dzi­wia­łam tur­kusy w jej pier­ście­niach. Pra­gnę­łam mieć rów­nie smu­kłe dło­nie i sto­py jak ona. Tyl­ko tego chcia­łam; nig­dy nie przy­szło mi do gło­wy, że ja­ki­kol­wiek inny ele­ment jej pięk­na mógł­by zo­stać przy­zna­ny jesz­cze jed­ne­mu śmier­tel­ni­ko­wi.

Czę­sto otrzymywa­łyśmy dary od ojca: rzad­kie cytrusy spro­wa­dza­ne z pół­no­cy, kryją­ce pod gorz­ką skór­ką sło­dycz, śpie­wa­ją­ce pta­ki i grze­bie­nie z ko­ści sło­nio­wej zza Wą­skiej Wody, bele naj­lep­szych egip­skich tka­nin, z któ­rych mat­ka szyła mi sza­ty pa­sują­ce do jej su­kien.

Ale naj­wspa­nial­szymi skar­ba­mi były dla mnie pio­sen­ki, któ­re śpie­wa­ła mi jako ko­łysan­ki, pro­sto do ucha. I mo­dli­twy, któ­rych uczyła mnie, gdy klę­ka­łyśmy przed fi­gur­ka­mi boż­ków. Słod­ki za­pach ka­dzi­dła utrzymu­ją­cy się na jej wło­sach. Nig­dy nie prze­ga­nia­ła mnie, gdy przy­wdzie­wa­ła kró­lew­skie sza­ty. Kie­dy cho­dzi­ła do ojca w nocy, nig­dy nie zda­rzyło się, żeby ran­kiem znów nie le­ża­ła zwi­nię­ta obok mnie. Saba roz­cią­ga­ła się od sa­me­go skra­ju gó­rzyste­go wy­brze­ża aż do stóp pustyni. Ja jed­nak cie­szyłam się, że mój świat nie się­ga da­lej niż kom­na­ta mat­ki.

Wie­czo­ra­mi sia­dywa­łam przed mat­czyną szka­tuł­ką na bi­żute­rię i ozda­bia­łam uszy kol­czyka­mi. Ra­mio­na opa­da­ły mi pod cię­ża­rem na­szyj­ni­ków, pod­czas gdy ona le­ża­ła na so­fie przy swo­im sto­li­ku. Był on po­kryty zło­tem, tym błysz­czą­cym krusz­cem, któ­ry na­wet w sła­bym świe­tle lam­py wy­da­wał się po­zła­cać wszyst­ko do­oko­ła – po­li­czek mat­ki, srebr­ny kie­lich w jej dło­ni.

Póź­niej tań­czyłam, a ona kla­ska­ła. Bran­so­let­ki po­brzę­ki­wa­ły mi na kost­kach. Naj­pierw był to ta­niec pory desz­czo­wej, kie­dy to mon­sun prze­mie­rza su­che wą­wo­zy, a po­tem ła­god­nej let­niej mżaw­ki, któ­ra wy­wa­bia źdźbła pro­sa spod zbrą­zo­wia­łej w zi­mie gle­by. I ta­niec gór­skie­go ko­zio­roż­ca – ukła­da­łam ręce nad gło­wą tak, by przy­po­mi­na­ły za­wi­nię­te rogi. Uda­wa­łam też lwy po­lu­ją­ce na te zwie­rzę­ta, czym za­wsze ją roz­śmie­sza­łam. Po­tem wsta­wa­ła, by do mnie do­łą­czyć. Rzę­dy czer­wo­nych ko­ra­li po­dzwa­nia­ły jej na szyi przy każ­dym tup­nię­ciu.

 

– Bę­dziesz pięk­niej­sza ode mnie – po­wie­dzia­ła pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy opa­dłyśmy na po­dusz­ki.

– Nig­dy, mamo! – Nie po­tra­fi­łam so­bie tego na­wet wy­obra­zić.

Wy­cią­gnę­ła rękę, a ja po­ło­żyłam na niej swo­ją dłoń.

– Ja nie byłam tak uro­dzi­wa w two­im wie­ku – stwier­dzi­ła i po­ca­ło­wa­ła mnie w czubek gło­wy. – Ale bądź ostroż­na, mała Bil­kis. Pięk­no to broń, z któ­rej nie moż­na ko­rzystać wiecz­nie.

Za­nim zdą­żyłam za­pytać, co ma na myśli, mat­ka zsunę­ła z nad­garst­ka cięż­ką bran­so­le­tę sze­ro­ko­ści mo­jej dło­ni, po­krytą rubi­na­mi.

– Wi­dzisz te ka­mie­nie? Są tward­sze niż kwarc i szma­rag­dy. Nie pę­ka­ją pod na­ci­skiem, nie mięk­ną ze sta­ro­ści. Niech przy­po­mi­na­ją ci, moja go­łą­becz­ko, że mą­drość jest trwa­ła, a za­tem o wie­le cen­niej­sza. – Wsunę­ła mi bran­so­le­tę na ra­mię.

– Ale…

– Ci­chut­ko. Sie­dem Sióstr[3] wscho­dzi na nie­bie. Przy­cho­dzi pora na nowe. – Do­tknę­ła wi­szą­ce­go na mo­jej szyi amu­le­tu – wy­ko­na­nej z brą­zu tar­czy sło­necz­nej, z gra­we­rem z tyłu – któ­ry miał mnie chro­nić. – Co byś po­wie­dzia­ła na młod­sze­go kró­lew­skie­go bra­ta?

Usa­do­wi­łam się przy niej i za­czę­łam ba­wić się bran­so­le­tą. Od­kąd się­ga­łam pa­mię­cią, opie­kun­ka ka­za­ła mi pa­lić każ­de­go mie­sią­ca ka­dzi­dło przed ala­ba­stro­wą fi­gur­ką Shams, bo­gi­ni słoń­ca, w tej wła­śnie in­ten­cji.

– Po­do­ba mi się ten po­mysł.

Po­wie­dzia­łam tak, po­nie­waż wie­dzia­łam, że ta­kie sło­wa spra­wią jej przy­jem­ność. Nie do­da­łam jed­nak, iż wo­la­ła­bym bra­ta niż sio­strę, z któ­rą mu­sia­ła­bym rywa­li­zo­wać o uwa­gę mat­ki. Po­dzie­lę się nią z chłop­cem, bo wiem, że on w koń­cu i tak nas opu­ści, by sta­nąć u boku ojca i za­siąść na tro­nie.

Przy­się­głam mo­dlić się co­dzien­nie, by dziec­ko rze­czywi­ście oka­za­ło się chłop­cem.

Dzie­sięć dni póź­niej mat­ka prze­szła atak i ude­rzyła gło­wą o mar­mu­ro­wą ławę w ła­zien­ce. Tam­te­go wie­czo­ru po­wie­dzia­no mi, że opu­ści­ła mnie dla życia wiecz­ne­go i za­bra­ła ze sobą mo­je­go nie­na­ro­dzo­ne­go bra­ta.

Krzycza­łam tak dłu­go, aż upa­dłam i ude­rzyłam się o kra­wędź sto­li­ka. Wy­zwa­łam wszyst­kich od kłam­ców. Bła­ga­łam, by po­zwo­lo­no mi ją zo­ba­czyć, i od­pycha­łam każ­de­go, kto pró­bo­wał mnie do­tknąć. Moja mat­ka nig­dy by mnie nie zo­sta­wi­ła! Kie­dy w koń­cu mnie do niej za­bra­li, rzuci­łam się na nią, przy­war­łam do jej zim­nej szyi, póki mnie nie od­cią­gnę­li. Jej dłu­gie pukle za­plą­ta­ły się w moje pal­ce.

Gdy za­mknę­li kró­lew­skie mau­zo­leum w świą­tyni Al­ma­qa­ha, boga księ­życa, wciąż mia­łam przed ocza­mi jej ob­li­cze. Cza­sa­mi czułam jej za­pach, mięk­kość jej po­licz­ka przy moim, kie­dy spa­łam. Nie opu­ści­ła mnie. Przez pra­wie rok od jej śmier­ci nie mó­wi­łam. Wszyscy myśle­li, że onie­mia­łam z żalu. Ale tak na­praw­dę po pro­stu chcia­łam mó­wić tyl­ko z nią.

Szep­ta­łam do niej każ­de­go wie­czo­ru w łóż­ku, do­pó­ki jej głos nie ucichł na­stęp­ne­go lata, za­bie­ra­jąc ze sobą waż­ną część mnie. Mia­łam wów­czas sześć lat.

•••

Ha­gar­lat, druga żona mo­je­go ojca, nie była ani mło­da, ani pięk­na. Ale dzię­ki jej obec­no­ści w pa­ła­cu od­no­wio­no waż­ny so­jusz z Na­sh­sha­na­mi na pół­no­cy i przy­wró­co­no kon­tro­lę nad szla­kiem han­dlo­wym bie­gną­cym przez bez­kre­sną do­li­nę Dżau­fu. O ile tamy i ka­na­ły, któ­rymi płynę­ła woda po let­nich mon­sunach, za­pew­nia­ły Sa­bie życie, o tyle szlak ka­dzi­dla­ny za­pew­niał jej po­wie­trze. Każ­dy od­dech, jaki dało się za­czerp­nąć na jej dro­gach, był prze­sy­co­ny dro­go­cen­ną żywi­cą oli­ba­no­wą, bal­sa­mem i mir­rą.

Mia­łam osiem lat, gdy mój przy­rod­ni brat na­ruszył spo­kój czę­ści pa­ła­cu prze­zna­czo­nej dla ko­biet peł­nym wście­kło­ści wrza­skiem. Sta­ło się to tuż przed pierw­szymi wio­sen­nymi desz­cza­mi. Tego roku pod­czas uro­czysto­ści oj­ciec zło­żył zło­te fi­gur­ki Ha­gar­lat i mo­je­go bra­ta w świą­tyni. Opa­trzo­no je od­po­wied­ni­mi za­klę­cia­mi, by nikt ich stam­tąd nie usunął. Czułam się zdra­dzo­na na skutek tego bluź­nier­stwa; prze­cież moja mat­ka spo­czywa­ła w tym świę­tym miej­scu!

Ale na­wet po­ja­wie­nie się dzie­dzi­ca nie za­do­wo­li­ło kró­lew­skiej rady. Zda­niem jej człon­ków, mój oj­ciec nie do­rów­nywał swo­je­mu wo­jow­ni­cze­mu ojcu. Mój dzia­dek, Aga­bos, był lu­do­bój­cą. Rze­sze lu­dzi pa­dły ofia­rą jego am­bi­cji, kie­dy wal­czył o zjed­no­cze­nie czte­rech wiel­kich kró­lestw: Au­sa­nu, Ka­ta­ba­nu, Ha­dra­mau­tu i Saby, by rzą­dzić nimi wszyst­ki­mi. To Aga­bos po­ślu­bił księż­nicz­kę zza Wą­skiej Wody, po któ­rej jego dzie­ci odzie­dzi­czyły ciem­ny ko­lor skó­ry.

Mój oj­ciec, je­dyny z sy­nów Aga­bo­sa, któ­ry prze­trwał woj­ny, bar­dziej in­te­re­so­wał się upo­wszech­nia­niem kul­tu boga Al­ma­qa­ha w zjed­no­czo­nym kró­le­stwie niż po­sze­rza­niem gra­nic pań­stwa. Tam­te­go roku ogło­sił się ar­cy­ka­pła­nem. Prze­wod­ni­czył ucztom w świą­tyni i ubo­jom rytual­nym. Na­wet do mo­ich mło­dych uszu za­czę­ły do­cho­dzić szem­ra­nia z pa­ła­co­wych ko­ryta­rzy, przy­po­mi­na­ją­ce bzycze­nie psz­czół z ukryte­go gniaz­da.

Nie ufa­łam Ha­gar­lat. Nie dla­te­go, że po­pie­ra­ła jego gor­li­wość, ani dla­te­go, że mia­ła twarz jak wiel­błąd, ani na­wet dla­te­go, że za jej spra­wą na świat przy­szło to skrze­czą­ce coś zwa­ne moim bra­tem – ale dla­te­go, że przy­własz­czyła so­bie kom­na­tę mo­jej mat­ki wraz z jej bi­żute­rią i wy­par­ła imię Isme­ni z pa­mię­ci wszyst­kich poza mną.

Pa­łac stał się dla mnie obcy od chwi­li, gdy przy­byli tu słudzy mo­jej ma­co­chy i prze­dziw­ni ka­pła­ni. Na ko­ryta­rzach moż­na było usłyszeć ich twar­dy ple­mien­ny ak­cent. Moi nowi krew­ni – a na­wet ich nie­wol­ni­cy – po­mia­ta­li mną albo po pro­stu omi­ja­li mnie wzro­kiem; dzie­ci, z któ­rymi do­ra­sta­łam, na­bra­ły do mnie dy­stan­su w cią­gu roku mo­je­go mil­cze­nia.

– Odejdź! – krzyk­nął do mnie chło­piec imie­niem Lu­ban, kie­dy pró­bo­wa­łam wy­mknąć się z nim do staj­ni. W roku po­prze­dza­ją­cym śmierć mo­jej mat­ki spę­dzi­li­śmy tam wie­le go­dzin, kar­miąc wiel­błą­dy i cho­wa­jąc się przed opie­kun­ką. Te­raz Lu­ban był o kil­ka cen­tyme­trów wyż­szy ode mnie, a we­so­łe spoj­rze­nie, któ­rym mnie nie­gdyś ob­da­rzał, zni­kło. – Two­ja mat­ka nie żyje i to Ha­gar­lat jest kró­lo­wą. Te­raz je­steś bę­kar­tem.

Za­mruga­łam, za­sko­czo­na po­gar­dą ma­lu­ją­cą się na jego okrą­głej twa­rzy.

Na­stęp­nie pod­bi­łam mu oko.

– Je­stem cór­ką kró­la! – krzyk­nę­łam. Sta­łam nad nim do­pó­ty, do­pó­ki ktoś mnie nie od­cią­gnął.

Za karę nie po­zwo­lo­no mi zjeść ko­la­cji, ale i tak nie mia­łam ape­tytu. Już wcze­śniej byłam świad­kiem sy­tua­cji, gdy po śmier­ci jed­ne­go z ro­dzi­ców dzie­ci sta­wa­ły się sługa­mi po­tom­stwa, któ­re je za­stą­pi­ło. Nig­dy nie przy­pusz­cza­łam, że i mnie to spo­tka.

– Je­steś księż­nicz­ką. Nie za­po­mi­naj, kim je­steś – po­wie­dzia­ła mi tego wie­czo­ru opie­kun­ka. Ale ja nie wie­dzia­łam, kim je­stem. Wie­dzia­łam tyl­ko tyle, że ona i jej cór­ka Sha­ra to je­dyne bli­skie oso­by, któ­re mi po­zo­sta­ły.

Choć nikt inny nie na­zywał mnie „bę­kar­tem” – przy­najm­niej nie pro­sto w oczy – nie spo­sób było nie za­uwa­żyć po­gar­dli­wych spoj­rzeń, co­raz mniej­sze­go wy­bo­ru ma­te­ria­łów na suk­nie, co­raz rzad­szych pre­zen­tów od ojca, a w koń­cu ich bra­ku.

Pew­ne­go dnia wkro­czyłam zuchwa­le do kom­na­ty Ha­gar­lat. Wła­śnie dyk­to­wa­ła plan przy­ję­cia z oka­zji pierw­szych uro­dzin mo­je­go bra­ta. Na so­fie le­ża­ły bele far­bo­wa­nych tka­nin i rzad­kie­go je­dwa­biu.

– Gdzie są rze­czy, któ­re przy­sy­ła mi oj­ciec? – za­pyta­łam. Usłysza­łam, jak wszyscy wo­kół za­czerp­nę­li po­wie­trza, i ką­tem oka do­strze­głam prze­ra­że­nie na twa­rzy mo­jej pia­stun­ki.

Ha­gar­lat od­wró­ci­ła się do mnie. Na jej twa­rzy ma­lo­wa­ło się za­sko­cze­nie tak wy­raź­ne jak wzo­ry z hen­ny na jej czo­le. W uszach mia­ła zie­lo­ne ja­spi­sy. Wo­kół po­sze­rza­ją­cej się ta­lii za­wią­za­ła gru­by zło­ty pas. Po­myśla­łam so­bie, że wy­glą­da jak wy­stro­jo­ny osioł.

– Dla­cze­go pytasz, dziec­ko? Czyż­by za­po­mniał o to­bie? A tutaj przy­słał tak wie­le da­rów! Och, two­ja twarz wy­glą­da okrop­nie. – Wy­cią­gnę­ła rękę w kie­run­ku mo­je­go po­licz­ka. Do­kład­nie w chwi­li, gdy dol­na war­ga za­czę­ła mi drżeć, zo­ba­czyłam bran­so­le­tę z rubi­na­mi, na­le­żą­cą nie­gdyś do mo­jej mat­ki. Dała mi ją przed śmier­cią.

– Skąd to masz?! – spyta­łam. Opie­kun­ka od­cią­gnę­ła mnie, sy­cząc, bym się uci­szyła. – To moje!

– Co, to? – zdzi­wi­ła się Ha­gar­lat. – Sko­ro tak wie­le dla cie­bie zna­czy, to weź ją so­bie. – Zdję­ła bran­so­le­tę i rzuci­ła mi ją. Błyskot­ka spa­dła na pod­ło­gę u mo­ich stóp.

– Wy­bacz mi, kró­lo­wo! – ko­rzyła się moja opie­kun­ka. Wy­szar­pa­łam się z jej uści­sku i rzuci­łam się, by pod­nieść bran­so­le­tę. Bra­ko­wa­ło w niej jed­ne­go ka­mie­nia. Z sza­leń­stwem w oczach za­czę­łam go szukać. W koń­cu opie­kun­ka siłą wy­pro­wa­dzi­ła mnie z kom­na­ty.

Po tym in­cyden­cie uni­ka­łam pa­ła­cu jak ognia. Ucie­ka­łam do ogro­dów i po­pa­da­łam w za­du­mę przy ba­se­nach albo nuci­łam mat­czyne pio­sen­ki. Zaj­mo­wa­ły mnie rów­nież lek­cje z na­uczycie­lem, któ­re­go przy­dzie­lił mi oj­ciec – rze­ko­mo po to, bym nie pa­ko­wa­ła się w ta­ra­pa­ty.

Przez trzy lata chło­nę­łam po­ezję su­me­ryj­ską, egip­skie pi­sma i ba­bi­loń­skie opo­wie­ści o stwo­rze­niu świa­ta. Przy­cho­dzi­łam do pa­ła­co­wych skrybów i czyta­łam do­kumen­ty są­do­we, za­glą­da­jąc im przez ra­mię. Ustę­po­wa­li mi dla świę­te­go spo­ko­ju. Głów­ny skryba ojca po­zwa­lał mi po­dzi­wiać swo­je im­po­nują­ce pi­sma, a kie­dy uda­ło mi się upić go wi­nem pod­kra­dzio­nym z piw­ni­cy, opo­wia­dał na­wet o bi­twach sto­czo­nych przez dziad­ka. Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam na kup­ców, któ­rzy mie­li wró­cić z no­wymi skar­ba­mi: zwo­ja­mi per­ga­mi­nu, gli­nia­nymi ta­blicz­ka­mi i pa­pie­rem we­li­no­wym. Na­wet ło­dygi pal­mo­we, na któ­rych za­pi­sy­wa­li ra­chun­ki, uwa­ża­łam za cen­ne.

Po raz pierw­szy od cza­su odej­ścia mat­ki do świa­ta cie­ni od­na­la­złam ra­dość. Mój mały brat, Dha­mar, zo­sta­nie kró­lem. A ja będę prze­mykać pa­ła­co­wymi ko­ryta­rza­mi, w któ­rych roz­grywa­ły się spo­ry po­li­tycz­ne i prywat­ne in­trygi wo­kół lu­dzi po­wra­ca­ją­cych z od­le­głych miejsc. Uciek­nę od wszyst­kie­go i wszyst­kich…

Poza za­sięg wzro­ku bra­ta Ha­gar­lat…

Sa­diq, gru­bas o le­ni­wym spoj­rze­niu, był jak wąż. Miał ta­lent do prze­ko­nywa­nia do­rad­ców ojca o swo­jej użytecz­no­ści. Służ­ki i nie­wol­ni­cy czę­sto o nim plot­ko­wa­li. Jak twier­dzi­li, uro­dził się pod sil­nym ome­nem, co w prak­tyce ozna­cza­ło, że do­ro­bił się spo­re­go ma­jąt­ku na mał­żeń­stwie swo­jej sio­stry z moim oj­cem. Za­cho­wywał się, jak­by na­le­ża­ło do nie­go pół pa­ła­cu, choć nie po­tra­fi­łam po­jąć, dla­cze­go.

W rze­czywi­sto­ści Sa­diq przy­własz­czył so­bie tyl­ko jed­ną oso­bę: mnie.

Śle­dził mnie wzro­kiem w por­tykach. Czułam jego spoj­rze­nie na ple­cach i ra­mio­nach. Wbi­jał je we mnie za każ­dym ra­zem, gdy po­ja­wia­łam się w ala­ba­stro­wym ko­ryta­rzu.

Nie tyl­ko ja to za­uwa­żyłam.

– Nie zdzi­wię się, je­śli Ha­gar­lat po­pro­si twe­go ojca, by wy­dał cię za Sa­di­qa – oznaj­mi­ła moja opie­kun­ka pew­ne­go wie­czo­ru, skar­ciw­szy mnie uprzed­nio za to, że nie dbam o wło­sy. Sha­ra, któ­ra była dla mnie jak sio­stra, spoj­rza­ła na mat­kę, a po­tem na mnie. Od chwi­li przy­bycia ro­dzi­ny Ha­gar­lat do pa­ła­cu co­raz bar­dziej nie mo­gła znieść jej człon­ków, choć­by z po­czucia lo­jal­no­ści wo­bec mnie.

– Oj­ciec się nie zgo­dzi – od­par­łam.

– A to dla­cze­go?

– Ma już Sa­di­qa po swo­jej stro­nie.

Na­wet wów­czas nie mia­łam złudzeń co do swo­jej przy­szło­ści. W cią­gu kil­ku lat po­ślu­bię ta­kie­go czy in­ne­go arysto­kra­tę.

Ale nie Sa­di­qa.

– Ha­gar­lat nie kryje swo­jej mi­ło­ści do bra­ta – po­wie­dzia­ła opie­kun­ka, roz­cze­sując mi wło­sy. – Ani umie­jęt­no­ści za­pew­nia­nia so­bie wzglę­dów two­je­go ojca.

 

– On na­wet nie jest przy­wód­cą ple­mie­nia!

– Jest bra­tem kró­lo­wej. Do koń­ca roku zo­sta­nie mi­strzem wody, wspo­mnisz moje sło­wa.

Spoj­rza­łam na nią scep­tycz­nie. Mistrz wody nad­zo­ro­wał roz­dzie­la­nie przy­pływów wiel­kiej rze­ki Dam, któ­ra na­wad­nia­ła oazy po obu stro­nach Ma­ri­bu. Spra­wo­wał też zwierzch­nic­two nad naj­waż­niej­szymi ple­mio­na­mi w sto­li­cy. Tyl­ko pra­wy i sza­no­wa­ny czło­wiek mógł roz­strzygać nie­uchron­ne spo­ry o przy­dział wody.

Sa­diq nie miał żad­nej z tych cech.

– Ogra­ni­czy swo­je dzia­ła­nia do przyj­mo­wa­nia ła­pó­wek.

– Bil­kis!

– Taka jest praw­da. Sa­diq to lar­wa, któ­ra ssie pierś swo­jej sio­stry!

Opie­kun­ka wzię­ła głę­bo­ki od­dech. Była o krok od przy­wo­ła­nia mnie do po­rząd­ku. Ale za­nim zdą­żyła wy­do­być z sie­bie pierw­sze sło­wo, Sha­ra upu­ści­ła lu­ster­ko w ra­mie z brą­zu, któ­re wła­śnie po­le­ro­wa­ła. Z ło­sko­tem upa­dło na dy­wan.

– Nie­zda­ra! – Jej mat­ka stra­ci­ła pa­no­wa­nie nad sobą. Sha­ra wy­da­wa­ła się jej nie słyszeć. Wbi­ła wzrok w pod­ło­gę.

Na­gle opie­kun­ka wy­pu­ści­ła z ręki pukiel mo­ich wło­sów, któ­re wcze­śniej za­czę­ła spla­tać w war­kocz. Zlek­ce­wa­żyła to i skło­ni­ła się tak ni­sko, że po­myśla­łam, iż skrę­ci so­bie kark.

Po­wo­li okrę­ci­łam się na stoł­ku.

Pod zwień­czo­nymi łukiem drzwia­mi do na­szej wspól­nej kom­na­ty sta­ła Ha­gar­lat. We­lon mia­ła spię­ty z tyłu, a z jej uszu spa­dał deszcz zło­ta. W przed­sion­ku za nią sta­ły dwie służ­ki. Ze­sko­czyłam ze stoł­ka.

Przez chwi­lę nikt się nie po­ruszył. Na­wet się nie ukło­ni­łam, gdy po­de­szła do mnie w mil­cze­niu. Za­trzyma­ła się przed lu­ster­kiem i schyli­ła się po nie, jak­by to była po­rzuco­na za­baw­ka. Rzuciw­szy na nie okiem, wzię­ła szmat­kę od za­sko­czo­nej Sha­ry i wy­tar­ła nią po­wierzch­nię lu­ster­ka, po czym mi je po­da­ła.

– Że­byś le­piej wi­dzia­ła – prze­mó­wi­ła, po czym wy­szła, rzuca­jąc szmat­kę za sie­bie.

Kie­dy tyl­ko znik­nę­ła, moja opie­kun­ka i Sha­ra rów­no­cze­śnie się do mnie od­wró­ci­ły. Mia­ły po­bla­dłe twa­rze. Nie pyta­łam, ja­kim cu­dem drzwi do ze­wnętrz­nej kom­na­ty mo­gły być otwar­te. To nie mia­ło zna­cze­nia.

W cią­gu ty­god­nia ogło­szo­no moje za­rę­czyny. Moje i Sa­di­qa.

Rzuci­łam się ojcu do stóp w sali au­dien­cyj­nej – jego prywat­nej kom­na­cie, miej­scu, gdzie bywał nie kró­lem, lecz czło­wie­kiem.

– Bła­gam, nie wy­da­waj mnie za nie­go! – wo­ła­łam. Do­tyka­łam skó­ry jego san­da­łów, cią­gnę­łam go za rą­bek sza­ty, by przy­ci­snąć go so­bie do czo­ła.

– Bil­kis – prze­mó­wił z wes­tchnie­niem. Unio­słam gło­wę, choć wca­le na mnie nie pa­trzył. W sła­bym świe­tle lam­py zmarszcz­ki wo­kół jego oczu wy­da­wa­ły się bar­dziej wy­raź­ne. Przy dol­nych rzę­sach bra­ko­wa­ło cha­rak­te­rystycz­nej czar­nej kre­ski. – Czy nie mo­żesz tego uczynić? Dla Saby, a przede wszyst­kim dla Al­ma­qa­ha?

– Co mnie ob­cho­dzą ja­cyś bo­go­wie? – spyta­łam. – I tak ro­bią, co chcą!

– A czy ty je­steś bo­gi­nią, że też pra­gniesz je­dynie wy­peł­niać swo­ją wolę? – spytał mięk­ko.

– Zro­bi­ła to, bo słysza­ła, że źle mó­wię o Sa­di­qu. Od­po­kutuję to! – Opu­ści­łam gło­wę i przy­war­łam do jego stóp. – Prze­pro­szę. Będę służyć w jej kom­na­cie. Ale, pro­szę, nie rób mi tego!

Wy­cią­gnął dło­nie, by po­móc mi się wy­pro­sto­wać.

– Ha­gar­lat chce, żeby na­sze wię­zi ple­mien­ne się za­cie­śni­ły. Dla­cze­go nie? Twój brat zo­sta­nie kró­lem. Czy na­praw­dę myślisz, że kró­lo­wa jest aż tak ma­łost­ko­wa?

Wy­rwa­łam się z jego uści­sku.

– Nie wiesz, że ona mnie nie­na­wi­dzi? – Cof­nę­łam się i sta­nę­łam nie­co da­lej od po­dium, przed tro­nem, w świe­tle lam­py. Otwo­rzyłam usta, by po­no­wić proś­bę, ale za­wa­ha­łam się, gdy spo­strze­głam, jak oj­ciec na mnie pa­trzy.

Przez chwi­lę po­ruszał usta­mi, jak­by nie po­tra­fił wy­do­być z sie­bie sło­wa. Jego twarz po­bla­dła.

– Isme­ni…? – prze­mó­wił sła­bym gło­sem. Uniósł dłoń. Jego pal­ce za­drża­ły w po­wie­trzu.

– Oj­cze?

Po­de­szłam do nie­go po­now­nie. Kie­dy pró­bo­wa­łam chwycić go za ko­la­na, na­gle się wzdrygnął.

– Oj­cze, to ja, Bil­kis!

– Jest już póź­no – stwier­dził i spoj­rzał w stro­nę za­kra­to­wa­ne­go okna. Od po­chod­ni w kró­lew­skich ogro­dach na dole biła po­świa­ta.

– Pro­szę, mój kró­lu. Kie­dyś byłam two­ją cór­ką. Je­śli żywisz jesz­cze ja­kieś uczucia wzglę­dem mnie…

– To po­sta­no­wio­ne. – Miał zmę­czo­ny głos. Świa­tło lam­py za­mi­go­ta­ło i wte­dy do­strze­głam, że na jego twa­rzy od­ci­snę­ły swo­je pięt­no wszyst­kie lata, któ­re na­stą­pi­ły po śmier­ci mo­jej mat­ki. Mi­łość zo­sta­ła prze­sło­nię­ta bó­lem.

Póź­niej Sa­diq wy­da­wał się być wszę­dzie. Stał w por­tykach, kie­dy wy­cho­dzi­łam do ogro­dów. Snuł się przy fon­tan­nach, gdy szłam na lek­cje. I choć nie zbli­żał się do mnie na oczach wszech­obec­nych straż­ni­ków, jego wzrok się­gał do­słow­nie wszę­dzie, ni­czym pie­ką­ce słoń­ce.

Prze­sta­łam przy­cho­dzić na wspól­ne po­sił­ki. Za­czę­łam uni­kać lek­cji. Wi­dok Sa­di­qa – po­cząw­szy od spo­so­bu, w jaki no­sił zdob­ny sztylet, za­tknię­ty wy­so­ko za pas i jak­by do­wo­dzą­cy jego mę­sko­ści, aż po nie­zli­czo­ne pier­ście­nie na pal­cach – na­pa­wał mnie obrzy­dze­niem. Opie­kun­ka za­pew­nia­ła mnie, że z cza­sem będę pa­trzeć na nie­go in­a­czej. Je­dyne po­cie­sze­nie sta­no­wi­ło dla mnie to, że nig­dy nie zo­sta­wia­no mnie z nim sam na sam i tak mia­ło być aż do ślu­bu, któ­ry miał na­stą­pić za trzy lata.

Sa­diq nie był jed­nak czło­wie­kiem ho­no­ru.

Mia­łam dwa­na­ście lat, kie­dy po raz pierw­szy po­ło­żył na mnie swo­je łap­ska.

Obu­dzi­ło mnie de­li­kat­ne skrzypie­nie drzwi. Nie byłam sama. W pierw­szej chwi­li, kie­dy sta­nął w sła­bym świe­tle lam­py, po­myśla­łam, że to Ba­ram, eu­nuch. On też miał wy­dat­ny brzuch i po­dwój­ny pod­bró­dek. Był je­dynym męż­czyzną, któ­ry mógł prze­bywać w kom­na­tach dla ko­biet.

I wte­dy spo­strze­głam błysk rę­ko­je­ści sztyle­tu.

Sa­diq prze­mie­rzył po­kój trze­ma su­sa­mi, a ja po­de­rwa­łam się i za­wo­ła­łam Ba­ra­ma. Sa­diq ude­rzył mnie moc­no w twarz.

Bro­ni­łam się, gdy przy­gwoź­dził mnie swo­im cię­ża­rem, a po­chwa jego sztyle­tu wbi­ja­ła mi się mię­dzy że­bra; na­past­nik był jed­nak dwa razy więk­szy ode mnie.

– Ba­ram i ko­bie­ty są przy mo­jej sio­strze, któ­ra wła­śnie po­ro­ni­ła two­je­go no­we­go bra­cisz­ka – wy­sy­czał mi do ucha. Cuch­nął zwie­trza­łymi per­fuma­mi i wi­nem. – Poza tym nikt nie sprze­ci­wi się no­we­mu mi­strzo­wi wody.

Za­ci­snął dłoń na moim gar­dle. Drugą ręką pod­cią­gnął mi suk­nię. Szar­pa­łam się z nim pra­wie do nie­przytom­no­ści, ale na dar­mo. Po­tem za­ci­snę­łam po­wie­ki.

Przez ko­lej­ne trzy dni nie wsta­wa­łam z łóż­ka.

Opie­kun­ka we­zwa­ła me­dyka, któ­ry stwier­dził, że nie mam go­rącz­ki. Jego zda­niem, byłam je­dynie otę­pia­ła, za­cho­wywa­łam się jak ktoś, kto nie chciał już żyć w swo­jej skó­rze. Sa­di­qo­wi uda­ło się nie zo­sta­wić śla­dów na mo­jej szyi i twa­rzy. Je­dynie na udach mia­łam za­dra­pa­nia od jego pier­ście­ni.

Chcia­łam wstać tyl­ko po to, by pójść na pustynię i po­zo­stać tam do­pó­ty, do­pó­ki nie po­chło­ną mnie pia­ski. Ale i na to nie zna­la­złam siły. Kie­dy na­stał wie­czór czwar­te­go dnia, za­wo­ła­łam opie­kun­kę. Po­pro­si­łam, by przy­nio­sła mi wy­ciąg z wil­czych ja­gód, któ­re­go Ha­gar­lat używa­ła, by mieć szer­sze źre­ni­ce. Albo nek­tar z ro­do­den­dro­nu[4].

Ale ona tyl­ko za­mruga­ła gwał­tow­nie. Była zdez­o­rien­to­wa­na.

– Dla­cze­go, dziec­ko? Dla­cze­go pro­sisz o ta­kie rze­czy? Już je­steś pięk­na, a taki na­pój spo­wo­du­je, że się roz­cho­rujesz.

Nie po­tra­fi­łam zmu­sić się do tego, by po­wie­dzieć jej praw­dę.

Za­miast tam­tych mik­stur po­da­ła mi czuwa­licz­kę do żucia. Ale na­wet ta ro­śli­na o stymu­lu­ją­cym dzia­ła­niu nie po­mo­gła mi wstać z łóż­ka.

Wkrót­ce Sa­diq zgwał­cił mnie po raz drugi.