Francuska arystokratkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Louise Fuller

Francuska arystokratka

Tłumaczenie: Agnieszka Baranowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Revenge at the Altar

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2018

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2018 by Louise Fuller

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5527-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Margot Duvernay podniosła wzrok znad laptopa i wyjrzała przez okno swego prywatnego odrzutowca, który właśnie wylądował na płycie lotniska. Nieświadomie skubała nerwowo bransoletkę z napisem „Drużyna panny młodej” uwierającą ją w nadgarstek.

Jako szefowa legendarnej firmy House of Duvernay produkującej najlepszej jakości szampana pracowała non stop. Zwłaszcza ostatnie pięć lat dało jej się we znaki, emocjonalnie i finansowo, do tego stopnia, że wypad do Monte Carlo na tydzień panieński Giselle był jej pierwszym urlopem od wielu miesięcy. Niestety, niespodziewana wiadomość od ojca przerwała jej krótkie wakacje. Z samolotu przeszła szybko do limuzyny i wyciągnęła z kieszeni telefon. Odsłuchała ponownie nagranie, krzywiąc się na dźwięk lecącej w tle skocznej muzyczki. Dlaczego nie odebrała wcześniej telefonu?! Jej brązowe oczy pociemniały, na Emilu po prostu nie można było polegać, tak łatwo się rozpraszał… Z drugiej strony, pierwszy raz wspomniał o sprzedaży udziałów, co należało odnotować na plus.

Oparła się wygodnie i przyglądała się coraz wyraźniejszym zarysom imponującej siedziby firmy pozostającej w rodzinie od dwustu pięćdziesięciu lat. Ten widok zawsze wzbudzał w niej mieszaninę dumy i poczucia odpowiedzialności. Uwielbiała to miejsce – chłodne, ciche wnętrza, duchy historii unoszące się w powietrzu, symetrię fasady… Dla niej to zawsze będzie coś więcej niż cegły – to dziedzictwo, które niestety bywało także ciężarem. Margot westchnęła ciężko. Gdy dorastała, do głowy by jej nie przyszło, że kiedyś stanie za sterami House of Duvernay, nigdy nie marzyła ani o władzy, ani o tak ogromnej odpowiedzialności. Z natury unikała znajdowania się w centrum zainteresowania i po ukończeniu studiów z ulgą przyjęłaby stanowisko szefowej nowego, niewielkiego działu środowiska. Jednak tragiczna śmierć jej starszego brata Yves’a na stoku narciarskim w Verbier nie pozostawiła jej wyboru, musiała przejąć rodzinny interes. Ojciec zapewne chętnie zająłby prestiżowe stanowisko szefa, ale rodzina jego przedwcześnie zmarłej żony zbyła go chłodnym milczeniem. Margot nie zdziwiła się. Największą pasję Emile’a stanowiło dopracowywanie opalenizny, a nie analizowanie trendów rynkowych. Jej drugi brat, Louise, miał zaledwie szesnaście lat, a dziadek był już w zbyt podeszłym wieku, by jej pomóc. Senior rodu ledwie poradził sobie ze śmiercią córki, która niezamierzenie przedawkowała leki, ale po śmierci wnuka załamał się całkowicie i po kilku udarach nadal walczył, by powrócić do sprawności. Dlatego Margot, jak zwykle, musiała posprzątać bałagan pozostawiony przez innych. Z tej samej przyczyny teraz śpieszyła się z powrotem do Epernay.

Gdy tylko przeszła przez foyer i wsiadła do windy, jej telefon zaczął wibrować. Zerknęła na ekran i w jej mocno bijącym sercu rozbłysła iskierka nadziei. Nareszcie ojciec odezwał się ponownie.

– Emile. Właśnie miałam do ciebie dzwonić…

– Naprawdę? Myślałem, że jeszcze się dąsasz.

Margot powstrzymała narastającą irytację. Jej ojciec czasami zachowywał się, jakby nie miał za grosz empatii. Nie odpowiadał na jej esemesy, aż spanikowała, sądząc, że może zmienił zdanie. A teraz robił jej wyrzuty… Na szczęście niepotrzebnie się zamartwiała, jego podekscytowany głos świadczył o gotowości do sprzedaży. Nareszcie, pomyślała z ulgą. Nie mógł podjąć tej decyzji w lepszym momencie. Firma znowu znajdzie się w jednych rękach, i to przed ślubem Louisa, co na pewno doda dziadkowi sił do walki o zdrowie. Ślub Louisa oznaczał kontynuację rodu. Dla banku będzie się liczyło głównie to, że Margot zostanie większościowym udziałowcem firmy.

– Tato! – Ojciec zachowywał się jak dziecko, ale dzisiaj wyjątkowo postanowiła nie robić mu wymówek. – Wiesz doskonale, że próbowałam się z tobą skontaktować. Dzwoniłam kilkanaście razy. Gdzie się zatrzymałeś? Przyjechać po ciebie czy przysłać samochód?

Była tak podekscytowana, że serce prawie wyskakiwało jej z piersi. Czekała na ten moment całą wieczność. Odkupienie „straconych” udziałów, jak nazywał je dziadek, stanowiło jej cel od chwili, gdy przejęła kontrolę nad firmą. Chciała zjednoczyć biznes i rodzinę, posprzątać w końcu bałagan wywołany przez nieudany związek jej rodziców i tragiczną śmierć matki. Stosunki pomiędzy jej ojcem a dziadkami zawsze były napięte. Emile może i wyglądał jak gwiazdor filmowy, ale dla nich zawsze pozostał ujeżdżaczem koni, który uciekł z ich dziewiętnastoletnią córką. Jego decyzja, by żyć z pieniędzy zgromadzonych w funduszu powierniczym Colette, tylko pogłębiła ich niechęć do zięcia. Gdy po śmierci żony Emile odmówił przekazania udziałów w firmie dzieciom, wszelkie kontakty zostały zerwane. Emile upierał się, że jego postępowanie motywował instynkt samozachowawczy, ale teściowie oskarżali go o złośliwość. Fakt, że zagroził wywiezieniem dzieci do Szwajcarii, jeśli udziały zostaną mu siłą odebrane, rozjuszył dziadka. Postawił dwa warunki: Emile miał wyznaczyć teściów na prawnych opiekunów swoich dzieci i pozwolić, by zachowały nazwisko matki.

Margot wzdrygnęła się na myśl o rodzinnym konflikcie. Ale może czas w końcu zabliźnił rany? Byłoby cudownie, gdyby w końcu się pogodzili i to przed ślubem Louisa, pomyślała z nadzieją. Najpierw jednak musiała odnaleźć Emile’a.

– Tato? – powtórzyła nieco spokojniej. – Powiedz, gdzie chciałbyś się spotkać.

– Właśnie w tej sprawie dzwonię… – W jego głosie nagle pojawiło się napięcie.

– Próbowałem, nie możesz mnie winić… Nie teraz, kochanie, połóż to tam – rzucił do kogoś, najpewniej kobiety. Nawet w takiej chwili Margot nie mogła liczyć na jego wyłączną uwagę. – Czekałem tak długo, jak mogłem…

Serce Margot zamarło, a palce zacisnęły się na telefonie.

– Winić cię? Za co?

– To była taka dobra oferta, kurczaczku…

Na dźwięk przezwiska, które nadał jej w dzieciństwie, zmroziło ją.

– Jaka oferta? Co ty zrobiłeś, tato? – Margot wysiadła z windy w atrium, z którego przechodziło się do jej gabinetu. Przy drzwiach czekała na nią asystentka, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

– To, co ty powinnaś była zrobić dano temu – bronił się Emile. – Więc nie rób awantury, sama przecież mnie namawiałaś do sprzedaży udziałów. Sprzedałem je i to za świetną cenę!

Margot miała wrażenie, że w jej głowie eksplodowała bomba. Krew szumiała jej w uszach, a podłoga zaczęła się niebezpiecznie usuwać spod jej stóp.

– Mówiłeś, że będę miała prawo pierwokupu – jęknęła.

– Przecież do ciebie dzwoniłem – rzucił i roześmiał się, ewidentnie rozbawiony czymś, co działo się tam, gdzie był, a co wyraźnie było dla niego ważniejsze niż Margot.

– Tato, byłam na panieńskim… – W panice próbowała znaleźć rozwiązanie. – Nie podpisuj niczego, poczekaj na mnie, proszę. Gdzie jesteś?

– Za późno, podpisałem dokumenty rano, bardzo rano. On wyrwał mnie z łóżka – poskarżył się. – Porozmawiaj lepiej z nim, zamiast się mnie czepiać. Już powinien tam być.

– Kto?!

Odpowiedział jej dźwięk kostek lodu pluskających się w drinku. Ojciec już jej nie słuchał.

– Rozejrzyj się w biurze – rzucił beztrosko. – Może zgodzi się odsprzedać udziały? – zasugerował niepewnie. – Chociaż wyglądało na to, że strasznie mu na nich zależy. A to przecież człowiek sukcesu! Wszyscy o nim mówią!

Margot nie wierzyła własnym uszom. Ojciec całe życie kierował się jedynie własnym interesem, nikt inny nigdy się dla niego nie liczył… O kim mówi? Jej mózg działał na najwyższych obrotach. Przypomniała sobie nagłówki w gazetach widzianych na wystawach kiosków w Paryżu, większości z nich towarzyszyło zdjęcie – nie sposób było zapomnieć tego przenikliwego, władczego spojrzenia dwukolorowych oczu, jednego zielonego, drugiego niebieskiego…

– O kim? – jęknęła, łudząc się jeszcze, że się myliła.

– O Maxie Montigny. Podobno zamienia wodę w wino – roześmiał się Emile. – Może rozrusza tę zmurszałą budę.

 

Margot zabrakło słów. Emile natychmiast skorzystał z jej milczenia, by zakończyć niewygodną rozmowę.

– Muszę lecieć, kocham cię – rzucił pośpiesznie i rozłączył się.

Max Montigny, pomyślała ze zgrozą Margot. Ostatni raz widziała się z nim dziesięć lat temu. Od tamtej pory usilnie udawała sama przed sobą, że ich związek, jego kłamstwa, jej złamane serce – że to wszystko wcale się nie wydarzyło. Całkiem nieźle jej szło. O całej historii wiedział jedynie Yves, wszyscy inni uważali Maxa za zaufanego pracownika, który z czasem stał się bliskim przyjacielem rodziny. Dla niej swego czasu był wcieleniem marzeń: muskularny, rosły brunet o pięknym, surowym profilu, emanujący intensywną męską energią. Niestety on traktował ją jak powietrze. A gdy już ją zauważył, żartował sobie z niej w braterski sposób. Aż pewnego dnia spojrzał na nią inaczej, uważniej, tak przenikliwie, że zaparło jej dech w piersi. Na samo wspomnienie tego odległego w czasie momentu, rumieniła się. Zaczarował ją, omotał, zniewolił. Poszłaby za nim na koniec świata. Oddała mu serce i ciało. Stał się dla niej wszystkim, jej mężczyzną, na zawsze. A przynajmniej do dnia, kiedy złamał jej serce i odszedł bez wyrzutów sumienia, nie oglądając się za siebie. Ból początkowo był nie do zniesienia. Przez wiele dni udawała chorą, leżąc w łóżku, z głową pod kołdrą, szlochając niemo, by dziadek niczego nie zauważył. Teraz była już mądrzejsza, nie zamierzała ronić łez. Musiała działać. Weszła do sekretariatu i przywitała się ze swoją asystentką, choć słowa ledwie przechodziły jej przez ściśnięte boleśnie gardło.

– Dzień dobry, Simone.

– Dzień dobry, proszę pani. – Asystentka zawahała się. Wyglądała na zaaferowaną. – Nie wiedziałam, że pani dziś wróci, ale on, to znaczy pan Montigny twierdził, że pani się go spodziewa.

Margot uśmiechnęła się i skinęła głową. A więc to prawda, dotarło do niej. Przez chwilę łudziła się, że zaszło jakieś nieporozumienie, że źle zrozumiała Emile’a. Ale nie, Max już na nią czekał. Szczęka jej zdrętwiała od zmuszania się do uśmiechu, ale jak zwykle trzymała fason.

– W porządku, Simone, przepraszam, powinnam była zadzwonić. Jest w moim gabinecie? – Poczuła ukłucie gniewu – dopiero co pojawił się ponownie w jej życiu, a już była gotowa dla niego kłamać.

– Nie, powiedział, że chciałby zobaczyć salę posiedzeń… – Simone rzuciła jej kolejne niepewne spojrzenie.

Margot miała ochotę krzyczeć z bezsilności. Dlaczego nie mogła być jak inne dziewczyny? Powinna teraz być z Giselle, popijać drinki w barze i flirtować z kelnerami. Niestety nazwisko Duvernay zobowiązywało. Pokiwała głową i ruszyła w stronę sali posiedzeń.

– Osobiście go oprowadzę – syknęła pod nosem.

A potem wykopię z firmy i z mojego życia, dodała w myślach. Stanęła przed ciężkimi, dwuskrzydłowymi drzwiami ze wzrokiem utkwionym w mosiężnej klamce. Wolałaby uciec, ale Max nie znalazł się tutaj przypadkiem i musiała mu stawić czoło. Uniosła wysoko głowę, nacisnęła klamkę i weszła do środka. Wiedziała, że na jego widok coś poczuje, ale nie spodziewała się, że zaleje ją fala gorzkiego żalu i rozczarowania. Wszyscy twierdzili, że czas leczy rany, więc dlaczego cała się trzęsła, a jej serce przeszywał przenikliwy, rozdzierający ból? Nie powinien już na niej robić żadnego wrażenia, a jednak czuła dokładnie to samo, co wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy – nie wierzyła, że istniał naprawdę. Tak idealnie piękni ludzie po prostu nie istnieli!

Siedział odwrócony w jednym ze skórzanych foteli ustawionych wokół owalnego stołu. Rozparł się wygodnie i podziwiał widok za oknem. Margot nie mogła oderwać wzroku od tyłu jego głowy z gładko zaczesanymi włosami, które lubiła kiedyś głaskać. Zrobiło jej się niedobrze na samą myśl o swej słabości.

Wzięła głęboki oddech, zamknęła za sobą drzwi i przyglądała się, jak Max odwraca się w fotelu w jej stronę. Patrzyła na mężczyznę, który złamał jej serce, zranił jej dumę i podeptał młodzieńcze marzenia. Najpierw go pokochała, potem znienawidziła. Ale teraz sama nie wiedziała, co czuje. Sama już nie wiedziała, czy żołądek ściskał jej się z nienawiści, czy z pożądania. Nagle zaschło jej w ustach, a serce zabiło tak mocno, że Max na pewno je usłyszał. Przygrywało mu niczym werbel obwieszczający zwycięstwo, pomyślała z goryczą. O jaką nagrodę walczył? Spojrzała w jego niesamowite, dwukolorowe oczy i ujrzała w nich swoje odbicie – już nie dziewiętnastoletniej, ale nadal oszołomionej kobiety. Dziesięć ostatnich lat zmieniło go z nieprzyzwoicie przystojnego młodzieńca w mężczyznę, któremu trudno się było oprzeć. Zadrżała, gdy zdała sobie sprawię, że na jej twarzy zapewne malował się niemy zachwyt. Max uśmiechnął się, a ona miała ochotę rozpłynąć się u jego stóp.

– Margot, dawno się nie widzieliśmy!

Jego głos nie zmienił się w ogóle, nadal brzmiał jak ciemny, miękki aksamit i uwodził każdą zgłoską. Ona jednak wiedziała, że potrafił zwodzić, niczym ozdobne opakowanie skrywające podłe kłamstwa.

– Nie tęskniłam – burknęła. Stanęła po przeciwnej stronie stołu i położyła na nim torbę. – Wytrzymałabym jeszcze dekadę, nawet dwie.

Jej wrogość zdawała się nie robić na nim żadnego wrażenia, może nawet nieco go bawiła, sądząc po drgającym kąciku ust. Z drugiej strony Margot nigdy nie wiedziała, co naprawdę myślał. Niezależnie od tego, jak bardzo się zbliżyli fizycznie, zawsze pozostawał dla niej tajemnicą. Zaślepiona miłością i pożądaniem, nie zauważyła nawet, że nie było między nimi ani zaufania, ani szczerości, niezbędnych dla zbudowania zdrowego, szczęśliwego związku. Nigdy go naprawdę nie poznała. Natomiast on zdawał się czytać w niej jak w otwartej księdze. Klasyczny przypadek nastolatki zadurzonej w najlepszym przyjacielu brata. Na samą myśl o swoim zaślepieniu zarumieniła się ze wstydu.

– Podpis na świstku papieru nie oznacza, że coś nas łączy.

– Nie? – Kołysał się niedbale w fotelu, a jego oczy zdradzały rozbawienie.

– Nie, dlatego powinniśmy wszystko jak najszybciej sobie wyjaśnić.

– Chcesz, by mój prawnik skontaktował się z twoim prawnikiem? – zapytał niedbale, nie odrywając od niej wzroku. Doskonale wiedział, jaka będzie jej reakcja.

– To sprawa między nami. Niech tak zostanie.

– Czyli jednak coś nas łączy. Ale nie wiem, czy tym razem zgodzę się na działanie w ukryciu. Może jednak powinienem załatwić wszystko formalnie, przez prawników…

Max zmierzył ją chłodnym spojrzeniem. Czy naprawdę wydawało jej się, że to ona panuje nad sytuacją? Dziesięć lat temu zgodził się na jej warunki. Twierdziła, że potrzebuje czasu, by dojrzeć do ujawnienia ich związku przed rodziną. Jej uroda i seksapil zaślepiły go do tego stopnia, że nie od razu się zorientował, że nigdy nie planowała wyjawić nikomu swego grzesznego sekretu. Nie zamierzał drugi raz popełnić tego samego błędu.

Przyglądał się Margot z fascynacją – nigdy wcześniej nie widział jej wściekłej. Rzadko w ogóle okazywała emocje, przynajmniej poza sypialnią. Puls Maxa przyśpieszył, gdy przypomniał sobie ich pierwszy raz. Zaczarowała go swoim śmiałym spojrzeniem, obezwładniła, wtulając się w niego całym ciałem, a potem zelektryzowała, wbijając paznokcie w jego plecy. Czuł jej oddech na swych ustach, jakby to było wczoraj. Na pierwszy rzut oka wydawała się spokojną i poważną osobą, ale gdy pierwszy raz pocałował ją namiętnie, przeżył objawienie. Margot nagle eksplodowała nienasyconą namiętnością. Max zorientował się, że zrobiło mu się gorąco, jego ciało wibrowało pożądaniem, nawet po dziesięciu latach! Zacisnął mocno dłonie na podłokietnikach fotela, by nie próbować dotknąć Margot.

– Grozisz mi? – syknęła.

– Tylko niekompetentni słabeusze uciekają się do gróźb. My sobie jedynie rozmawiamy. Pamiętasz? Zdarzało nam się to czasami, choć najczęściej przerywałaś szybko rozmowę, by zaciągnąć mnie do łóżka.

Margot wpatrywała się w niego z mieszaniną oburzenia i tęsknoty. Gdyby tylko mogła zarzucić mu kłamstwo! Niestety rzeczywiście, jeśli chodziło o Maxa, była nienasycona. Tylko co z tego? Uniosła wysoko głowę. Przynajmniej niczego nie ukrywała, nie udawała jak ci, którzy uwodzili dla pieniędzy…

Odsunęła głośno jeden z foteli i usiadła, wyciągnęła z torby pióro i oprawioną w skórę aktówkę. Ignorując przyglądającego jej się w milczeniu Maxa, otworzyła aktówkę i zaczęła coś szybko pisać. Kiedy skończyła, wyrwała kartkę i popchnęła ją w jego stronę po stole. Wtedy rozpoznał druk – wypisała mu czek! Czek! Na chwilę wstrzymał oddech, zamarł bez ruchu i siłą woli próbował zdusić narastającą gwałtownie furię.

– Co to? – zapytał cicho.

Margot zacisnęła mocno usta.

– Nie będę udawać, że rozumiem twój sposób myślenia, ale wiem, co cię motywuje. Tak jak dziesięć lat temu zależy ci wyłącznie na pieniądzach.

Zauważyła, że na jego twarzy odmalowało się niedowierzanie.

– Niesamowite – odezwał się po chwili milczenia. – Myślałem, że takie gesty zdarzają się jedynie w filmach.

– Żałuję, że to nie film, wtedy mogłabym cię z niego po prostu wyciąć – odparła chłodno.

Max był tak wściekły, że pociemniało mu w oczach. Oczywiście, że chodziło o pieniądze, tak jak wtedy! A właściwie o to, że on ich nie miał. Duvernaye nie popełniali mezaliansów i nie wiązali się z biedakami z niższych klas. Nawet z takimi, których pozornie przyjmowali do swego grona z otwartymi ramionami i traktowali prawie jak członków rodziny. Mimo że oficjalnie pozostawał jedynie ich pracownikiem, okazali mu wiele serca i sympatii, a on, idiota, uwierzył, że lojalnością zasłużył sobie na miejsce w ich kręgu. Po jakimś czasie, gdy emocje opadły, zauważył, że zakochując się w córce swoich dobroczyńców, zrobił coś niewybaczalnego – przekroczył cienką linię, której istnienia nie był świadom. Niestety było już za późno, stracił wszystko: pracę, dom i poczucie godności. Teraz jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Rozparł się wygodnie w fotelu, rozluźnił spięte mięśnie i uśmiechnął się.

– Za mało.

Margot zacisnęła zęby. Jej brązowe oczy pociemniały gniewnie.

– Nawet nie spojrzałeś. Zapewniam cię, że wystarczy.

Nawet gdyby zapełniła cały druk jedynie zerami, i tak byłaby za hojna. Wystarczająco dużo ją już kosztował – bólu i cierpienia. Margot nie mogła uwierzyć, że znowu pojawił się w jej życiu i czegoś od niej żądał!

– Więc weź czek i wyjdź.

Zamknęła ostentacyjnie książeczkę czekową.

– Dlaczego przyjechałeś, Max? – zapytała.

Wzruszył ramionami.

– Jestem teraz członkiem zarządu i dyrektorem. Uznałem, że powinniśmy porozmawiać.

– Mogłeś zadzwonić.

– I pozbawić się całej przyjemności? – Uśmiechnął się, choć jego oczy pozostały zimne. – Poza tym chciałem sobie wybrać gabinet. – Zatoczył dłonią koło. – Dobrać biurko, tapetę, takie tam…

Margot spiorunowała go wzrokiem, choć wewnątrz całą się trzęsła. Nagle poczuła, że to wszystko ją przerasta: rozmowa z ojcem, wykup udziałów przez Maxa, jego niespodziewane ponowne pojawienie się w jej życiu… Miała dość.

– Przestań! Nie mówisz chyba poważnie, to jakieś szaleństwo!

Max uniósł wysoko brwi.

– Dlaczego?

– Ty i ja, my… – zamilkła, bo zdała sobie sprawę, że dla niego nigdy nie istniało żadne „my”, stanowiła dla niego jedynie środek do celu.

– Nie chcę cię tutaj nigdy więcej widzieć – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Powiedz, ile chcesz – zażądała.

Nie odpowiadał tak długo, że straciła już wszelką nadzieję, a kiedy pokręcił powoli głową, zamarła z przerażenia.

– Nie chcę i nie potrzebuję twoich pieniędzy.

W jej oczach dostrzegł niedowierzanie i zakłopotanie, co sprawiło mu ogromną przyjemność. Wykup udziałów, szalony pod wieloma względami, okazał się tego wart.

– Weź ten czek albo… Wszystko mi jedno, tak czy siak, nie zamierzam z tobą dłużej dyskutować. Wyjdź, zanim wezwę ochronę.

– Nie ma mowy – odpowiedział spokojnie. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie, przyprawiając Margot o dreszcze. – Nie jestem już tylko najemnikiem, maleńka. Szefuję międzynarodowej firmie winiarskiej i, co ważniejsze, od dzisiaj jestem też dyrektorem tego przedsiębiorstwa i zamierzam zrobić wszystko, by świetnie prosperowało.

Margot miała wrażenie, że nagle w powietrzu zabrakło tlenu. Tylko głupiec nie doceniłby mężczyzny takiego jak Max Montigny.

– Twojego przedsiębiorstwa – dodał, rozsiadając się wygodnie. – Chociaż to może się wkrótce zmienić.

– Co przez to rozumiesz? – zapytała cicho, bo zaschło jej w gardle. – O czym ty mówisz?

Max wzruszył ramionami.

 

– Mieszkasz w wielkim zamku, masz limuzynę z szoferem i latasz prywatnym odrzutowcem, ale ja widziałem twoje księgi.

Już miała zaprotestować, ale uciszył ją jednym uśmiechem, który sugerował, że wiedział więcej, niż sądziła. Poczuła, jak skóra cierpnie jej ze strachu.

– Dosyć przygnębiająca lektura. Oczywiście, na pierwszy rzut oka wszystko wygląda nieźle, ale w rzeczywistości wykrwawiacie się.

Margot pobladła. Każde słowo Maxa wybuchało w jej głowie niczym granat. Ogłuchła, oszołomiona przedzierała się przez zgliszcza, walcząc o każdy oddech.

– To nieprawda – wychrypiała. Miała wrażenie, że ktoś ściska jej płuca imadłem. – Ostatnie kilka miesięcy dały nam się we znaki, ale…

– Miesięcy? Raczej lat. – Jego głos nie zdradzał żadnych emocji. – Twoja rodzina popada w ruinę, a ja chcę przy tym być.

Margot zamarła, zahipnotyzowana jego badawczym spojrzeniem.

– O czym ty mówisz?

– O zadośćuczynieniu. Ty i twoja rodzina zniszczyliście mi życie, teraz ja zobaczę, jak wasze obraca się w pył.

Margot pokręciła gwałtownie głową.

– Nie, nie, nie. To ty mnie uwiodłeś, a potem oświadczyłeś mi się, żeby położyć łapę na moich pieniądzach.

Max milczał chwilę, a potem wzruszył ramionami, obojętnie, jakby fakt, że złamał jej serce, nic dla niego nie znaczył. Teraz już miała pewność, że mówił poważnie.

Ogień w oczach Margot zgasł, ale Max powtarzał sobie, że nic go to nie obchodzi. Zasługiwała na wszystko, co ją spotkało. Oni wszyscy zasługiwali.

– I zapłaciłem za to. Ty i twoja rodzina zostawiliście mnie z niczym. Nie wystawiliście mi nawet referencji, żadna winnica nie chciała mnie zatrudnić.

Przypomniał sobie, jak bezradny się czuł po tym, jak Margot go odrzuciła, ale szybko odgonił bolesne wspomnienie. Odwrócił wzrok, by nie widzieć jej bladej, wstrząśniętej twarzy.

– Teraz twoja kolej. Dlatego wykupiłem udziały od twojego ojca. Żeby mieć siedzenie w pierwszym rzędzie.