Chicago w ogniuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Elizabeth Camden
Chicago w ogniu

tłumaczenie Martyna Żurawska

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Into the Whirlwind

Autor:

Dorothy Mays

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Martyna Żurawska

Redakcja:

Agata Duplaga

Brygida Nowak

Korekta:

Natalia Lechoszest

Dominika Wilk

Skład i projekt okładki:

Alicja Malinka

ISBN 978-83-65843-33-3

© 2013 by Dorothy Mays

Bethany House Publisher

© 2017 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

Zdjęcie z okładki

© Photogenica PHX83431954

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2017, wydanie I

Druk: Drukarnia Opolgraf

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

I

Chicago

8 października 1871 roku

Przed Mollie wyrosła ściana ognia. Miasto płonęło od wielu godzin, a gorący wiatr nieprzerwanie rozprzestrzeniał pożar mknący po wąskich ulicach i rozświetlający nocne niebo. Trudno było oddychać. Powietrze wypełniał dym i popiół, drapiąc gardło tak dotkliwie, że pragnienie zaczęło doskwierać Mollie bardziej niż duchota. Napierający tłum ludzi uciekających na północ utrudniał utrzymywanie się na nogach.

Miasto, które tak mocno kochała, przestawało istnieć. Ogień pochłaniał budynki, zamieniając je w sterty gruzu, co z kolei odcinało ludziom drogę ucieczki i potęgowało panikę. Przed nastaniem poranka Chicago mogło się zamienić w dymiącą ruinę.

– Mollie, uważaj! – krzyknął Zack.

Podążyła za jego spojrzeniem. Oszalały koń bez jeźdźca pędził wprost na nią, tratując przy okazji kilka osób tłoczących się na ulicy. Jakaś kobieta wrzasnęła i uskoczyła w bok, lecz Mollie była unieruchomiona przez stojący obok niej wóz. Bezradnie cofnęła się na dźwięk końskich kopyt, aż wtem ręce Zacka owinęły się wokół jej talii i w ostatniej chwili usunęły ją z pola zagrożenia.

– Dziękuję – wysapała, nim dopadł ją gwałtowny atak kaszlu.

– No, dalej – rozkazał, chwytając dziewczynę za rękę i ciągnąc za sobą. – Musimy przejść przez rzekę, zanim most spłonie. Uda nam się, Mollie. – Uśmiechnął się do niej, a biel zębów kontrastowała z czarną od sadzy twarzą.

Zack Kazmarek okazał się prawdziwym wybawieniem w całym tym chaosie. Dzięki nieprzeciętnej budowie ciała potrafił przebijać się przez wzburzoną ciżbę i zapewnić im obojgu szybszą ewakuację na północ. Popiół zdążył już pokryć jego płaszcz dość grubą warstwą, nadal jednak dało się dostrzec wykwintność samego ubioru oraz wysoką pozycję społeczną mężczyzny, który go nosił. Zack towarzyszył Mollie w drodze przez prawdziwe piekło, a mimo to nie usłyszała od niego ani słowa skargi.

Dlaczego człowiek, który jej nie cierpiał, okazał się nagle tak wspaniałomyślny? Przez trzy ostatnie lata Zack trzymał dystans z lodowatą obojętnością – czemu zatem teraz ratował ją z narażeniem życia?

Tłum zgęstniał jeszcze bardziej przy moście na Rush Street. Jacyś ludzie przed nimi wrzeszczeli i nakłaniali tę wielką, ruchomą masę do odwrotu. Wykrzykiwanych przez nich słów nie sposób było jednak dokładnie usłyszeć, gdyż zagłuszał je ryk wiatru oraz dźwięk dzwonów alarmowych, ale zbliżywszy się nieco, Mollie zrozumiała, w czym tkwi problem.

Most się palił.

– Jeszcze możemy przez niego przebiec – powiedziała, rzucając się naprzód.

Most był długi mniej więcej na sto metrów, a pomarańczowe płomienie lizały już drewniane balustrady. Deski zaczynały się gdzieniegdzie tlić, lecz całość nadal sprawiała dość solidne wrażenie. Kilku śmiałków ruszyło już pędem na drugi brzeg rzeki, Mollie zaś – mając świadomość ściany ognia pozostającej za nią – zbierała siły, aby podążyć ich śladem.

Ręka Zacka zamknęła ją w mocnym uścisku. Zatrzymał dziewczynę na miejscu i zmusił do spojrzenia mu w twarz. Jego oczy lśniły, a skórę pokrywała sadza zmieszana z potem, kiedy przysuwał się bliżej i usiłował przekrzyczeć ryk wiatru i ognia:

– Mollie, ten most nie wytrzyma! Nie zamierzam patrzeć, jak idziesz na śmierć! Musimy się jakoś przedostać do mostu na Clark Street.

W ciągu wszystkich lat pobieżnej znajomości z nieskazitelnym Zackiem Kazmarkiem nigdy nie zauważyła cienia wahania pod jego szytymi na miarę garniturami i nakrochmalonymi kołnierzykami koszul. Teraz lustrował ją od stóp do głów oszalałym wzrokiem. Chwycił ją za ramiona w sposób sugerujący, iż za nic w świecie nie pozwoli jej stanąć na moście, a to z kolei kazało jej pomyśleć, że... że przejmuje się jej losem. To było niemożliwe... zbyt słabo się przecież znali.

Zaledwie sześć dni temu odbyli pierwszą prawdziwą rozmowę. Wcześniej Zack był tylko prawnikiem wypłacającym jej pieniądze i przyprawiającym o onieśmielenie.

Sześć dni wydawało się teraz wiecznością.

Sześć dni wcześniej

Papier był gruby i kremowy, zapisany ekskluzywnym atramentem, z nazwą firmy wytłoczoną złotymi literami. Mollie po raz drugi odczytała wiadomość.

Panno Knox,

chciałbym się z Panią spotkać i przedyskutować potencjalne posunięcia biznesowe. Jeszcze dzisiaj, około godziny czternastej, pojawię się w Illinois Watch Company.

Zachariasz Kazmarek,

Prawnik Hartman’s, Inc.

Mimo urzędowego tonu tej krótkiej notatki Mollie była wystarczająco bystra, żeby się wystraszyć.

Zack Kazmarek posiadał opinię prawniczego geniusza, a na co dzień wspierał jedno z największych imperiów handlowych w całym stanie. Trzymał w szachu pół Chicago, podczas gdy druga połowa miasta się go bała. Mollie należała do obu kategorii jednocześnie. Zawsze zachowywał wobec niej lodowatą uprzejmość, co bynajmniej nie oznaczało, że czuła się przy nim bezpieczna. Plotki na temat Kazmarka krążyły z ust do ust i stały się już niemal legendami.

Pracownię wypełniał warkot tokarek, a robotnicy w pocie czoła wykonywali maleńkie części do zegarków, jednak miarowy stuk laski Franka Spencera wyraźnie odcinał się od innych dźwięków.

– Dobre wieści? – zapytał.

– Nie wiem – odparła Mollie. Przysunęła się do niego nieco bliżej, aby nikt w pracowni nie mógł ich podsłuchać, i cicho odczytała Frankowi krótki list.

Puste oczy słuchacza spoczęły nieruchomo na jakimś punkcie w oddali, kiedy pochłaniał kolejne słowa, zapisując je w swoim bystrym umyśle. Niewiele osób zdecydowałoby się zatrudnić niewidomego w charakterze adwokata, jednak Mollie wciąż odczuwała wobec Franka wdzięczność za uratowanie życia jej ojcu podczas bitwy pod Winston Cliff. Mógł się zatem czuć w 57th Illinois Watch Company jak w domu. Był dla niej kimś w rodzaju drugiego ojca, ufała mu bezgranicznie.

Frank potarł dłonią policzek, przetwarzając w głowie usłyszane informacje.

– W ciągu tych wszystkich lat naszej współpracy z firmą należącą do Hartmana nikt nigdy nie pofatygował się osobiście do fabryki. To dziwne. – Jego ton zdradzał zatroskanie. Frank był, poza Mollie, jedyną osobą w firmie, która znała kruchość ich finansowego położenia.

57th Illinois Watch Company wytwarzała najpiękniejsze zegarki w Ameryce. Ze swoim lakierowanym cyferblatem oraz ręcznie zdobionym, złotym etui, każdy z nich był majstersztykiem, który zachwycał artyzmem wykonania. W ślad za tym podążała oczywiście bardzo wysoka cena. W całym Chicago tylko sklep Hartmana mógł sobie pozwolić na rozprowadzanie tak luksusowych artykułów. Zdobiony marmurowymi podłogami i żyrandolami z kryształu, zaopatrywał milionerów w indyjskie szafiry, francuskie perfumy oraz włoski zamsz, tak delikatny, że w dotyku do złudzenia przypominał jedwab. U Hartmana sprzedawano także wysadzane szlachetnymi kamieniami czasomierze wychodzące z pracowni 57th Illinois Watch Company.

Kiedy trzy lata wcześniej odziedziczyła interes, Mollie zdała sobie sprawę z jego specyficznej rynkowej sytuacji. Wszystkie zegarki sprzedawali Louisowi Hartmanowi. Posiadanie tylko jednego klienta oznaczało, że gdy król biznesu zdecyduje się nawiązać współpracę z kimś innym, oni pójdą z torbami. Firma pozostawała na łasce Hartmana – wizyta jego prawnika budziła więc w Mollie zrozumiałe obawy.

Pan Kazmarek przyprawił ją swoim listem niemal o atak paniki; bezwiednie zaczęła miąć elegancki papier w dłoniach.

– Za chwilę miałam wyjść na lunch, ale teraz jestem zbyt zdenerwowana, żeby cokolwiek przełknąć – wyznała.

Frank także wyglądał na przestraszonego, gdy poprawiał kamizelkę i nerwowo kręcił głową, jakby nadal mógł wodzić wzrokiem po warsztacie.

– Czy wszystko jest na swoim miejscu? Skoro chce się z nami zobaczyć prawnik, może mu zależeć na kontroli naszego stanu posiadania.

Mollie rozglądnęła się badawczo po pracowni. Kochała każdy milimetr tego budynku, łącznie z jego ceglanymi ścianami i wysokimi oknami. Wielkie pomieszczenie, w jakim się znajdowali, wypełniało dwadzieścia stołów do pracy – wystarczająco wysokich, by robotnicy mogli wykonywać swoje zajęcia bez nadwyrężania pleców. Każdy z nich był zaopatrzony w lupę jubilerską, pincety i szpilki, aby łączyć ze sobą delikatne części mechanizmu. Po drugiej stronie warsztatu rzemieślnicy grawerowali złote pokrywy do zegarków. Najcenniejszym nabytkiem Mollie okazało się małżeństwo Ulyssesa i Alice Adairów, których artystyczne dzieła ze złota, emalii i szlachetnych kamieni stanowiły strzeliste hymny do piękna.

 

Pierwsze wspomnienia Mollie wiązały się z zabawą pośród tych stołów oraz z obserwowaniem, jak ojciec wyczarowuje najpiękniejsze zegarki na świecie. Kiedy była malutka, miała silne przeświadczenie, że tata jest inteligentny niczym Leonardo da Vinci, skoro z drgających i tykających fragmentów metalu potrafi stworzyć niewielkie maszyny, idealnie odmierzające czas. W przeciwieństwie do zwykłych zegarmistrzów ze Wschodniego Wybrzeża, Silas Knox stawiał na wyroby pretendujące do miana dzieł sztuki, na które chicagowskie elity chętnie wydawały fortunę.

Mollie przejawiała tyle zacięcia artystycznego co główka kapusty, ale za to wyśmienicie znała się na prowadzeniu biznesu oraz na samej produkcji zegarków. Sprężynki nauczyła się wytwarzać w wieku dziesięciu lat. Dwa lata później umiała już łączyć śrubki w wewnętrznych mechanizmach i opanowała cały proces produkcyjny. Teraz, gdy została właścicielką firmy, głównie pilnowała rachunków i przeprowadzała transakcje. Nadal jednak uwielbiała przykładać do oka lupę, by składać w całość maleńkie uszczelki, kółeczka i sprężynki, a ostatecznie otrzymywać z nich zgrabny zegarek kieszonkowy. Najlepsza w tym wszystkim była pewność, że następnego dnia obudzi się i zacznie robić dokładnie to samo.

Ale tylko pod warunkiem, że zdoła ocalić interes.

– Alice, mogłabyś mi pomóc przygotować biuro na wizytę pana Kazmarka? Wszystko musi wyglądać idealnie.

Alice odłożyła grawerkę.

– To ważne spotkanie, prawda? – spytała. W jej głosie nadal dał się słyszeć lekki irlandzki zaśpiew. Artystyczny talent Alice sprawił, że dzisiaj była kimś zupełnie innym niż tamta biedna dziewczyna, jedząca przed dwudziestoma laty surowe ziemniaki w ojczystej Irlandii.

Nie należało wywoływać paniki, zanim się nie dowiedzą, czego właściwie chce pan Kazmarek.

– To tylko zwykła rozmowa z kimś od Hartmana – odparła niedbale Mollie.

Alice podniosła się z miejsca.

– W takim razie musimy cię przygotować. Z tą fryzurą i w takim stroju wyglądasz jak strażnik więzienny, który ma właśnie sprawdzać cele przed pójściem spać.

Mollie zerknęła na swoją nakrochmaloną bluzkę i prostą spódnicę.

– A co jest nie tak z moim wyglądem?

– Warkocze nie pasują do żadnej kobiety mającej więcej niż dwanaście lat – chyba że chce nimi straszyć dzieci.

Mając na głowie burzę niesfornych, ciemnych loków, Mollie musiała zaplatać je w warkocze, jeśli chciała nadać fryzurze choć minimalne pozory ładu.

– To jest spotkanie biznesowe, nie prywatna pogawędka.

Alice chwyciła ją za ramię i zaciągnęła do starego lustra wiszącego na ścianie.

– Kiedy spotykasz się z pracownikami sklepu Hartmana, musisz wyglądać porządnie. Stylowo, elegancko i majętnie. – Alice zdjęła swój jedwabny japoński szal i zarzuciła go Mollie na ramiona.

Dziewczyna przejechała palcem po ręcznie drukowanym motywie na materiale.

– Pasowałby do ekspozycji w Luwrze.

– Najlepiej pasuje do twojej szyi – zapewniła Alice. Jednym ruchem uwolniła atramentowe włosy koleżanki, które rozsypały się bezładnie na plecach. Ze swoją bladą twarzą i niebieskimi oczami Mollie była dosyć ładna, ale te włosy wydawały się jej zawsze koszmarem, ignorowały bowiem wszelkie próby układania ich w staranne, schludne warkocze.

– Alice, spotykałam się już z Kazmarkiem dziesiątki razy ze związanymi włosami i nigdy od tego nie umarł.

Frank przysunął sobie krzesło i usiadł.

– Jaki on jest, ten pan Kazmarek?

Mollie przyglądała się paznokciowi swojego kciuka, podczas gdy Alice nadal pracowała nad ułożeniem jej fryzury. Ilekroć musiała się spotkać z prawnikiem Hartmana, zawsze czuła się przytłoczona.

– Nie wiem o nim zbyt wiele. Ustalamy wysokość wynagrodzeń na kolejny kwartał, przedstawiam mu modele z nowej kolekcji, a potem się żegnam.

– Ale jaki on jest? – naciskał Frank. – Czy ma poczucie humoru? Czy nawiązuje z tobą kontakt wzrokowy? A może cały czas gapi się w ścianę?

– W sumie nie wiem – wyznała. – Staram się załatwić sprawę tak szybko, jak to możliwe, i uciec. Trzyma w biurze małego ptaszka imieniem Lizzie, który nieustannie obija się o klatkę, a czasami zaczyna śpiewać.

Frank lekko kręcił głową.

– Och, Mollie, spotykasz się z tym człowiekiem od trzech lat i masz o nim do powiedzenia tylko tyle, że hoduje u siebie ptaka w klatce?

Takie naświetlenie faktów sprawiło, że nagle zawstydziła ją własna głupota. Znacznie łatwiej przychodziła jej obserwacja pierzastego stworzonka niż patrzenie w oczy człowiekowi, od którego w dużym stopniu zależała przyszłość jej firmy. Nawet lodowce na Morzu Północnym wydawały się emitować więcej ciepła niż pan Kazmarek. Był to przystojny mężczyzna, mierzący sobie niemal dwa metry wzrostu, o czarnych włosach i ciemnych oczach. A może jego włosy miały odcień kasztanowy? Tak naprawdę tego nie wiedziała... Po prostu bała się na niego patrzeć.

– Cóż, plotki krążące na jego temat są dość szokujące – rzekła. Pochyliła się nieco w przód, aby przekazać garść niepotwierdzonych informacji na temat metod, którymi Kazmarek miał się ponoć posługiwać w chicagowskim półświatku handlowym.

Alice skończyła układać jej włosy.

– No – mruknęła z satysfakcją. – Wyglądasz teraz jak arcydzieło Botticellego.

Mollie w zadziwieniu obejrzała rezultaty tych zabiegów. Jej włosy ogromnie zyskały na atrakcyjności, Alice uformowała je bowiem tak, jak robiły to owe kobiety z płócien wielkich romantyków, obecnie bardzo popularnych w Europie. Dwie złote wsuwki podtrzymywały część włosów na czubku głowy, reszta zaś opadała swobodnie na plecy. Całość wydała się jednak Mollie skrajnie niepraktyczna.

– To uczesanie przetrwa może z pięć minut – oznajmiła. Już w tej chwili zauważyła pierwsze niesforne kosmyki, które należało natychmiast odgarnąć.

– Zostaw! Tutaj nie chodzi o porządek – powiedziała Alice. – Wiem, że coś takiego nie mieści się w twoim matematycznym mózgu, ale zaufaj mi: wyglądasz wspaniale.

– Olśniewająco – potwierdził Frank.

Mollie posłała niewidomemu prawnikowi rozbawione spojrzenie.

– A ty skąd wiesz?

– Znam Alice Adair i jej artystyczny kunszt. Mollie, zostaw włosy w spokoju. Musisz zrobić dobre wrażenie na pracowniku Hartmana.

Z drugiej strony pomieszczenia doszedł ich jakiś hałas. Metalowa miska stuknęła o podłogę, a gruba warstwa pyłu wysypała się z niej wprost na nogi Declana McNabba. Proszek diamentowy! Declan, firmowy specjalista od polerowania metalu, używał mieszanek tego proszku i oleju migdałowego, aby nadać materiałowi lustrzany połysk. Teraz rozsypał porcję proszku o wartości stu dolarów, Mollie zaś wcale nie była pewna, czy zdołają zgarnąć cenny surowiec z podłogi.

Ale nie o to chodziło. Bardziej zaskoczyła ją panika w spojrzeniu Declana.

– Dla... dla... dlacze... dlaczego...

Mollie uklękła i położyła mu dłoń na kolanie. Z trudem zmuszała się, aby patrzeć, jak dorosły mężczyzna rozkleja się w taki sposób. Declan był dobrze zbudowany i przystojny, lecz podczas każdego ataku spazmów sprawiał wrażenie, jakby miał się zaraz rozpaść na kawałki.

– Uspokój się, Declanie. Jeśli nie dasz rady nic powiedzieć, napisz mi to.

Declan sięgnął po stos kartek leżących na biurku i zaczął bazgrać drżącą dłonią: „Po co przychodzi prawnik? Mamy kłopoty?”.

Takie pytania były dla Mollie ciosem w samo serce. Na razie nie mieli żadnych kłopotów, ale to się z pewnością zmieni, jeżeli Hartman zerwie kontrakt. Ludzie tacy jak Frank czy Declan stracą zatrudnienie. Sam Declan być może już nigdy nie znajdzie innej pracy. Cierpiał na tę samą tajemniczą chorobę, jaka trapiła wielu innych weteranów wojny domowej – nagłe ataki paniki połączone z drżeniem, które nadchodziły znikąd i wisiały nad nieszczęśnikiem niczym trująca chmura, uniemożliwiająca mu dostęp do światła dziennego.

W trakcie wojny ojciec Mollie służył w 57. Pułku Piechoty Stanu Illinois, który w wyniku błędnych decyzji dowódców został przygwożdżony do nadmorskich skał i zdziesiątkowany po trzydniowych walkach. Większość żołnierzy zginęła albo uległa poważnym okaleczeniom. Ci, którzy przeżyli, stali się dla ojca Mollie jak bracia. Ogłosił, że każdy weteran owej pamiętnej bitwy zostanie przyjęty do pracy w chicagowskiej fabryce zegarków, jeśli tylko wyrazi takie życzenie. Swojej firmie Knox nadał nazwę nawiązującą do niegdysiejszego batalionu, zaś piętnastu spośród czterdziestu pracowników to dawni żołnierze z rozmaitymi obrażeniami. Mąż Alice stracił prawą nogę, co nie przeszkadzało mu teraz być jednym z najlepszych grawerów świata. Gunner Wilson, znany powszechnie jako Stary Gunner, przeszedł amputację ręki, a jednak na co dzień utrzymywał warsztat w czystości, jakiej nie powstydziłaby się żadna sala operacyjna. Franka z kolei oślepił szrapnel. Kiedy brakowało dla niego zadań zgodnych z jego prawniczym wykształceniem, zajmował się polerowaniem metalu. Declan zaś był zdrowym, sprawnym mężczyzną, lecz skołatany umysł fundował mu często irracjonalne napady lęku.

Mollie znalazła szufelkę i zgarnęła na nią część drogocennego proszku. Nie nadawał się on już jednak do użytku.

– Nie chcę, żebyś się tym martwił – zwróciła się do Declana. – Pozostaję w stałym kontakcie z ludźmi Hartmana, bo muszę mieć pewność, że wysyłamy mu towar, jakiego oczekują klienci. Dzisiaj będzie tak samo.

Tak do końca w to nie wierzyła, ale stan Declana z sekundy na sekundę się pogarszał: strużki potu spływały mu po twarzy, a każdy jej mięsień drgał. Jak to jest żyć z permanentnie rozchwianym umysłem? Declan miał zaledwie trzydzieści dwa lata, kiedy – jako obiecujący wykładowca uniwersytecki – zaciągnął się w szeregi oddziałów Północy. Mollie z trudem odnajdywała w swoim pracowniku ślady tamtego odważnego chłopaka, którego znał niegdyś jej ojciec. Żal jej było Declana, choć z drugiej strony obawiała się wrażenia, jakie może on wywrzeć na panu Kazmarku.

Mollie strzepnęła resztki proszku diamentowego na szufelkę. Nie po raz pierwszy (i z pewnością nie ostatni) drżące dłonie Declana przyczyniły się do małej katastrofy. Mężczyzna stanowił dla firmy problem, rzeczą roztropną wydawało się zatem poprosić go, aby na resztę dnia poszedł do domu. Jakie wrażenie mógłby zrobić nerwowy, niestabilny emocjonalnie pracownik na Zachariaszu Kazmarku? Instynkt podpowiadał jej, by natychmiast usunęła Declana z pola widzenia. Należało przecież zaprezentować jedynemu klientowi kompetentną, wiarygodną twarz przedsiębiorstwa.

Ale nie mogła odesłać Declana do domu. Będąc człowiekiem inteligentnym, natychmiast odgadłby, o co chodzi. Nie miała serca mu tego robić. Nie śmiałaby deptać godności tych, którzy całymi latami pracowali na sukces jej firmy.

Niech Zack Kazmarek zobaczy warsztat w jego pełnej, niedoskonałej krasie. Mollie mogła zagwarantować ludziom pracę tak długo, jak długo będą wypuszczać na rynek najpiękniejsze zegarki świata.


Wziąwszy sobie do serca delikatne wyrzuty Franka, Mollie bacznie przyjrzała się Zackowi Kazmarkowi, gdy po raz pierwszy przekraczał próg ich pracowni. Był to wysoki mężczyzna o potężnej posturze, ciemnych włosach oraz przenikliwych oczach, którymi wodził po warsztacie niczym jastrząb w poszukiwaniu ofiary. Wyglądał nieskazitelnie i onieśmielająco w szytej na miarę marynarce z kamizelką oraz w białej koszuli ze sztywnym kołnierzem. Nawet wiatr wiejący od otwartych drzwi nie zdołał wyrządzić najmniejszej szkody jego starannie uczesanym włosom. Mollie pośpieszyła mu na spotkanie, pędem pokonując kilka schodów prowadzących na półpiętro.

– Panie Kazmarek, witam w siedzibie Fifty Seventh Illinois Watch Company. To dla nas zaszczyt, że możemy pana tutaj gościć.

Podał jej rękę i spojrzawszy na nią badawczo, nie powiedział ani słowa. Ten wzrok na co dzień przyprawiał o drżenie miejscowych biznesmenów i działaczy związków zawodowych, toteż Mollie odruchowo skinęła głową w nerwowym geście. Dosięgnął ich kolejny powiew wiatru i dziewczyna poczuła, jak wsuwki Alice zaczynają się przesuwać na jej głowie. Dlaczego dała się koleżance namówić na tę bzdurną fryzurę?

– Wygląda pani inaczej – rzekł Kazmarek beznamiętnym tonem.

Był to pierwszy osobisty komentarz, jaki kiedykolwiek od niego usłyszała.

 

– Zechce pan wejść do środka? Z przyjemnością pokażę panu nasze stanowiska pracy. Zatrudniamy ogółem czterdzieści osób, podzielonych na osiemnaście różnych specjalizacji. – Wolno pokonywała kolejne stopnie, wskazując na rozstawione stoły. – Wszystkie etapy produkcyjne, począwszy od cięcia metalu, a na pracach zdobniczych skończywszy, wykonujemy w warsztacie.

Nie potwierdził najlżejszym ruchem zamiaru towarzyszenia jej czy chociażby zamknięcia drzwi, mimo że dmący od nich wiatr stawał się uciążliwy. Zawróciła więc i zatrzasnęła je własnoręcznie.

– Musimy tu bardzo uważać na miejskie odpady – oświadczyła przepraszająco. – Mechanizmy zegarków są wyjątkowo czułe.

Cień rozbawienia przemknął mu po twarzy.

– Naprawdę powiedziała pani „miejskie odpady”?

Uśmiechnął się do niej po raz pierwszy od początku ich znajomości i zauważyła niewielką szczelinę między jego przednimi zębami. Ot, drobna niedoskonałość. Jak to się stało, że wcześniej jej nie dostrzegła?

Gdyby nie czuła się taka zdenerwowana, może nawet podzieliłaby jego wesołość.

– Każdy zegarek składa się ze stu piętnastu oddzielnych części wielkości ziarenka ryżu – rzekła. – Kiedy te części zostają ze sobą połączone, najmniejszy pyłek albo... no tak... miejskie odpady mogą spowodować tarcie i zakłócić pracę mechanizmu. Musimy zatem dbać o nienaganną czystość w fabryce.

Gdy po raz kolejny schodziła po stopniach, poczuła, jak ciężar wsuwek zaczyna się przemieszczać we włosach. Ona tymczasem musiała oprowadzić Kazmarka po zakładzie.

– Wszystkie śrubki, uszczelki i sprężyny wykonujemy na miejscu. Zaraz pan zobaczy nasze nowe tokarki do polerowania metalu.

Gość wykazywał brak zainteresowania.

– Czy moglibyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać na osobności? Tak jak napisałem w liście, chciałbym pani przedstawić pewną propozycję.

Jego słowa nie zdawały się sugerować chęci zerwania kontraktu, ale Mollie nie była jeszcze niczego pewna i czuła, jak serce wyrywa się jej z piersi. Z trudem zachowywała spokój.

– Mam biuro na tyłach zakładu. Poproszę mojego adwokata, by nam towarzyszył. Nigdy nie podejmuję żadnych istotnych decyzji bez konsultacji z Frankiem Spencerem.

– Naturalnie – rzekł Kazmarek.

Gdy kierowali się w stronę gabinetu, Mollie zdała sobie sprawę, że warsztat nie jest mu tak do końca obojętny. Lustrował go bacznie swoimi ciemnymi oczami, rejestrując rozkład stołów do pracy, skrzyń z materiałami, a nawet kule Ulyssesa Adaira oparte o jego biurko. Kiedy mijali Ulyssesa, poprosiła go, aby wezwał Franka do jej gabinetu.

Wiedziała, że w środku będzie im strasznie ciasno. Nie miała żadnego biurka, jedynie ogromny stół, który zajmował większość pomieszczenia. Mollie dokonywała przy nim wszelkich kalkulacji niezbędnych do funkcjonowania przedsiębiorstwa. Na stole piętrzyły się zazwyczaj stosy ksiąg rachunkowych, a także przeróżne instrukcje obsługi, ale – w oczekiwaniu na tę dzisiejszą wizytę – zebrała je wszystkie razem i wyniosła do magazynu.

– Proszę usiąść – powiedziała, wpuszczając go do środka. – Napije się pan czegoś? Zawsze trzymamy w pogotowiu dzbanek ciepłej herbaty.

Czy on jej w ogóle słuchał? Nie patrzył Mollie w oczy, lecz jego wargi rozciągnęły się w półuśmiechu.

– Nawet pani nie przypuszcza, jak mocno mnie kusi, żeby wyjąć tę wsuwkę.

Wytrzeszczyła oczy. Jego głos był miękki i cichy, przyjemny jak gorąca czekolada z bitą śmietaną. Zupełnie nie pasował do oficjalnego charakteru tego spotkania. Podczas gdy Kazmarek mówił, wsuwka wciąż wędrowała w dół, uwalniając coraz więcej zbuntowanych loczków. To było idiotyczne. Nie zdoła skupić się na interesach ze świadomością, że lada chwila cała fryzura ulegnie zniszczeniu.

– Mogę pana na moment przeprosić? Pójdę sprawdzić, co zatrzymało mojego współpracownika.

Skoro tylko drzwi się za nią zamknęły, natychmiast wytrząsnęła z włosów obie wsuwki. Gęste loki rozsypały się na wszystkie strony, ona zaś w popłochu dopadła biurka Alice.

– Szybko! Za chwilę czeka mnie najważniejsza rozmowa biznesowa w całym moim życiu, a wyglądam jak nierządnica babilońska!

Alice zdusiła w sobie śmiech i poprawiła włosy koleżanki.

– Tym razem użyję spinek.


Jak to możliwe, że jej bystry adwokat natychmiast poczuł awersję do tego obcego człowieka? Wróciwszy do gabinetu, usłyszała, że Frank i pan Kazmarek wymieniają uszczypliwości.

– A zatem nigdy nie uczęszczał pan na studia prawnicze – rzekł Kazmarek bez ogródek.

Frank wyprostował się na krześle.

– Zdobyłem uprawnienia do wykonywania zawodu, pracując u boku dwóch sędziów Sądu Najwyższego Stanu Illinois – odparł sztywno. – To całkowicie legalna ścieżka edukacyjna. W ten właśnie sposób Abraham Lincoln został prawnikiem.

Kazmarek lekko uniósł czarną brew.

– Porównuje się pan do Abrahama Lincolna?

– Taka metoda przyswajania wiedzy jest znacznie bardziej efektywna niż ślęczenie w salach wykładowych na Yale. – Ton, jakim Frank wymówił nazwę „Yale”, mógłby się równie dobrze odnosić do pary brudnych skarpetek.

Mollie zaparło dech. Czy nie wspominała już dziś Frankowi o kiepskiej reputacji Kazmarka? I o krążących na jego temat plotkach?

– Wielkie nieba! – powiedziała przymilnym tonem. – Wychodzę na dwie minuty, a po powrocie zastaję pojedynek Gotów z Wizygotami.

Kazmarek skoczył na równe nogi. Czyżby się zarumienił? Nie miała co do tego całkowitej pewności. Mężczyzna odchrząknął, poprawił kołnierzyk koszuli i przybrał ową rzeczową minę, która zawsze jej się z nim kojarzyła. Po chwili odsunął dla niej krzesło, ona zaś splotła dłonie na oparciu, żeby choć na chwilę przestały drżeć.

– Od razu przejdę do sedna – oświadczył Kazmarek, ponownie siadając. Wcześniejszy przebłysk humoru zniknął, a z rozmówcy zaczął znowu emanować zawodowy profesjonalizm, do jakiego Mollie była już przyzwyczajona.

– Kilka lat temu firma Hartman’s podjęła decyzję o stopniowym przejmowaniu swoich kluczowych dostawców. Wydaje się nam rzeczą sensowną, aby mieć coś do powiedzenia w przedsiębiorstwach, które świadczą dla nas usługi. Od dawna pozostajemy pod wrażeniem pani zegarków, w związku z czym pragnęlibyśmy odkupić Fifty Seventh Illinois Watch Company.

Mollie odjęło mowę. Podejrzewała, że usłyszy narzekania na jakość produktów, a w najgorszym wypadku groźbę zerwania kontraktu. Zupełnie nie spodziewała się natomiast propozycji sprzedaży firmy. Kiedy pan Kazmarek wyłuszczał szczegóły oferty, siedziała cicho w absolutnym oszołomieniu.

– Chcemy całego przedsiębiorstwa, włączając w to sprzęt i zawartość magazynów. Umowa obejmowałaby nieruchomości, wiedzę technologiczną oraz prawa do poszczególnych modeli – zarówno tych wchodzących w skład poprzednich kolekcji, jak i aktualnych.

W miarę wypowiadania przez niego kolejnych słów mózg Mollie budził się z letargu i zaczynał w pośpiechu kalkulować. Mieli na stanie niesprzedany dotąd towar o wartości piętnastu tysięcy dolarów, jednak o rzeczywistym znaczeniu firmy decydował nowoczesny sprzęt oraz wielość artystycznych rozwiązań. Sama renoma przedsiębiorstwa również zasługiwała na uwzględnienie w rachunkach. Nie należało zatem przystawać na kwotę niższą niż czterdzieści tysięcy. Przy odrobinie szczęścia może nawet czterdzieści pięć.

Gdy Kazmarek na nowo podjął swoją przemowę, serce Mollie stanęło.

– Biorąc pod uwagę aktualny stan magazynu oraz waszą nienaganną reputację, jesteśmy skłonni zaoferować sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Płatne w gotówce. Niezwłocznie.

Mollie ledwo siedziała na miejscu – zwłaszcza że Kazmarek nie przestawał mówić, czyniąc propozycję coraz bardziej kuszącą.

– Chcemy, aby panna Knox nadal zajmowała się bieżącymi projektami, zgadzamy się także płacić trzyprocentowe honorarium za każdą następną kolekcję. Zależy nam na szybkim dokonaniu transakcji, a zatem oferta straci ważność w przyszły poniedziałek, dokładnie za tydzień.

W sercu Mollie na moment zagościła nadzieja, zasnuta jednak prędko przez ciemną chmurę. Ten warsztat to nie tylko piękne modele zegarków z emaliowanymi tarczami.

– A moi pracownicy? Co z nimi? – W oczekiwaniu na odpowiedź wstrzymała oddech.

– Proszę ich u siebie zatrzymać – rzekł. – Nie zamierzamy ingerować w nic, co przyczynia się do kunsztownego wykonania zegarków zdobiących wystawy sklepowe sieci Hartman’s.