PołtawaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PE­TER EN­GLUND




Ty­tuł ory­gi­na­łu: Pe­ter En­glund,

PO­LTA­VA Be­rät­tel­sen om en ar­més un­der­gâng

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

Skład: Dą­brow­ski dtp

Ko­rek­ta: Anie­la Łaj­kow­ska

Ory­gi­nal­na wer­sja ni­niej­szej książ­ki wy­da­na zo­sta­ła przez Atlan­tis, Stoc­kholm.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Pe­ter En­glund / Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by „Fin­na”

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-62913-57-2

Wy­da­nie I

Gdańsk 2003

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel. (+48) 603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Dedykacja

  OD REDAKCJI

  Prolog

  1 Gronostaj

  Wymarsz

  2 Niedziela przed południem

  3 Droga do Połtawy

  4 Wojna

  5 Wyprawa wojenna

  6 Anatomia pola bitwy

  7 Dowództwo szwedzkie odbywa naradę

  8 Niedziela wieczór

  Bitwa

  9 „A teraz w imię boże, panowie!”

  10 „Nie wolno dać wrogowi ani chwili wytchnienia”

  11 „Kawalerio naprzód, w imię Jezusa!”

  12 „Ludzie giną na próżno”

  13 „Spraw Boże, żeby był tutaj general major Roos”

  14 „Wróg opuszcza swoje pozycje!”

  15 „To nie moje wojsko, tylko króla”

  16 „Idą na rzeź jak biedne, niewinne owce”

  17 „Żadna kula nas nie trafi”

  18 „Jak trawa czekająca na ścięcie kosą”

  19 „Nawet diabeł ich nie powstrzyma!”

  20 „To szaleństwo, to szaleństwo!”

  21 „A on strzela, kłuje, rąbie, depcze”

  22 „Wszystko stracone!”

  23 „Wszyscy tu do nas uciekają!”

  24 „Stosy zabitych”

  Odwrót

  25 „Nagroda 100 tysięcy rubli”

  26 „Będą walczyć, jeśli im rozkażę!”

  27 „Lepiej niech się bronią, bo inaczej dostaną się do niewoli”

  28 „Polały się łzy”

  Epilog

  29 „Garść ziemi”

  Galeria postaci

  Przypisy

Książ­kę tę po­świę­cam zwy­kłe­mu żoł­nie­rzo­wi pie­cho­ty – Eri­cho­wi Mâne­mu, któ­ry na­le­żał do pią­te­go plu­to­nu kom­pa­nii gmi­ny Hun­dra, re­gi­men­tu Up­pland. Jego żoną była Ka­rin Mats­dot­ter Erich zmarł po tym, jak wcze­snym ran­kiem 28 czerw­ca 1709 r tra­fio­ny zo­stał w pierś kulą ar­mat­nią. Jego cia­ło nadal leży tam, gdzie padł od kuli, po­grze­ba­ne na polu, w od­le­gło­ści czte­rech ki­lo­me­trów na pół­noc­ny za­chód od ukra­iń­skie­go mia­sta Po­łta­wa.

OD REDAKCJI

Po­łta­wa jest tym dla Ro­sjan, czym dla nas Grun­wald. Co roku rze­sze wy­cie­czek szkol­nych od­wie­dza­ją pole, na któ­rym na­ro­dzi­ła się po­tę­ga Ro­sji Pio­tra I.

To tam nie­wąt­pli­wie mia­ła miej­sce jed­na z tych bi­tew, któ­re zmie­ni­ły ob­raz Eu­ro­py. Za­mknę­ła ona pew­ną epo­kę – okres po­tę­gi Szwe­cji. To tu, na ukra­iń­skich po­lach Szwe­cja, jak pi­sze au­tor, „ze­szła ze sce­ny Eu­ro­py i za­sia­dła na wi­dow­ni”. Nig­dy póź­niej Szwe­dzi nie osią­gnę­li ta­kie­go zna­cze­nia w świe­cie, jak w okre­sie po­prze­dza­ją­cym Po­łta­wę. No, może za wy­jąt­kiem lat, w któ­rych zdo­by­wa­li oni mi­strzo­stwo świa­ta w ho­ke­ju, po­ko­nu­jąc mię­dzy in­ny­mi Ro­sjan. Ale to już jest ra­czej punkt wi­dze­nia mi­ło­śni­ków tej dys­cy­pli­ny spor­to­wej, do któ­rej ni­żej pod­pi­sa­ny się za­li­cza. Jed­no­cze­śnie to wła­śnie pod Po­łta­wą na­ro­dzi się nowe, tak zna­czą­ce dla Eu­ro­py mia­sto – Pe­ters­burg. Otwie­ra się bo­wiem dla Ro­sjan han­del przez Bał­tyk, a ich oknem na świat sta­nie się mia­sto nad Newą.

Pol­ski czy­tel­nik po raz pierw­szy bę­dzie miał oka­zję za­po­znać się z tak szcze­gó­ło­wym opi­sem bi­twy po­łtaw­skiej. Opi­sał ją Szwed, a więc czło­wiek, któ­ry nie­wąt­pli­wie jest emo­cjo­nal­nie zwią­za­ny z jed­ną ze stron. Trze­ba jed­nak przy­znać, ze zro­bił to w spo­sób na­praw­dę obiek­tyw­ny. Jak przy­sta­ło na Szwe­da, chłod­no ana­li­zu­je błę­dy po­peł­nio­ne w bi­twie za­rów­no przez jed­ną, jak i dru­gą stro­nę, przy­ta­cza okru­cień­stwo za­rów­no Szwe­dów, jak i Ro­sjan. Gdy­bym chciał okre­ślić jed­nym sło­wem to, co sta­ło się pod Po­łta­wą, użył­bym jed­ne­go tyl­ko sło­wa: rzeź. Pro­cent za­bi­tych po obu stro­nach był bo­wiem jed­nym z naj­wyż­szych w hi­sto­rii wo­jen na prze­strze­ni wie­ków! Nie bez przy­czy­ny za­miesz­czo­ny więc zo­stał w książ­ce ob­raz We­resz­cza­gi­na – Apo­te­oza Woj­ny. A może Ro­sja­nin, ma­lu­jąc go, miał na my­śli wła­śnie Po­łta­wę?

To, co trze­ba przy­znać au­to­ro­wi, to to, że z bez­i­mien­ne­go tłu­mu po­tra­fił wy­ło­wić po­szcze­gól­ne jed­nost­ki, za­rów­no te z kor­pu­su ofi­cer­skie­go, jak i zwy­kłych, pro­stych żoł­nie­rzy i przy­bli­żyć nam ich syl­wet­ki. Dzię­ki temu bi­twa nie jawi się nam jako star­cie ano­ni­mo­wej masy lu­dzi, two­rzą­cej je­dy­nie sta­ty­stycz­ne licz­by. Po­zna­je­my kon­kret­nych uczest­ni­ków zda­rzeń, ich oso­bi­ste dra­ma­ty i roz­ter­ki, ich wal­kę o ży­cie, ale też i o ho­nor.

Au­tor ka­pi­tal­nie przy­bli­ża nam też pa­nu­ją­ce w tej epo­ce nor­my za­cho­wań pod­czas wal­ki. Z jed­nej stro­ny nie­rzad­ki jest zwy­czaj za­pra­sza­nia się ofi­ce­rów obu stron na po­sił­ki w trak­cie np. ob­lę­że­nia, z dru­giej – nie­bra­nie jeń­ców i wy­ci­na­nie prze­ciw­ni­ka w pień w cza­sie bi­twy rów­nież było prak­ty­ko­wa­ne i re­spek­to­wa­ne bez żad­nych pre­ten­sji ze stro­ny nie­przy­ja­cie­la! Oka­zu­je się, że tak słyn­na sce­na uśmier­ce­nia Azji Tu­haj­be­jo­wi­cza u Sien­kie­wi­cza nie była wca­le fik­cją czy też rzad­ko­ścią w ów­cze­snych cza­sach. Zresz­tą bar­dzo re­ali­stycz­ny opis wbi­cia na pal oraz in­nych zwy­cza­jo­wo sto­so­wa­nych w tam­tych cza­sach kar spra­wia, że pod­czas lek­tu­ry tej książ­ki czę­sto „włos sta­je nam dęba”! Au­tor nie szczę­dzi nam okrut­nych szcze­gó­łów bi­twy. Mi­strzow­skie pió­ro En­glun­da spra­wia, że mamy wra­że­nie, jak­by­śmy byli na­ocz­ny­mi ob­ser­wa­to­ra­mi bi­twy. Jego dba­łość o szcze­gó­ły, a tak­że żywa re­la­cja spra­wia, że od­no­si­my wra­że­nie ja­ko­by au­tor re­la­cjo­no­wał nam tę bi­twę na żywo, tak jak mecz pił­kar­ski!

 

En­glund nie za­da­wa­la się jed­nak tyl­ko szcze­gó­ło­wym opi­sem bi­twy. Sta­ra się tak­że do­ciec przy­czyn kon­flik­tu, pod­kre­śla­jąc mie­dzy in­ny­mi wagę czyn­ni­ka eko­no­micz­ne­go wo­jen. We­dług nie­go jest on pra­przy­czy­ną wszyst­kich kon­flik­tów. Nie bez słusz­no­ści, przed­sta­wia nam tezę, że w tam­tych cza­sach woj­na stwa­rza­ła je­dy­ną dro­gę do szyb­kie­go awan­su spo­łecz­ne­go i bo­gac­twa. Nada­nia ziem moż­na było bo­wiem wte­dy otrzy­mać tyl­ko z no­wych, zdo­by­tych te­ry­to­riów, a gra­bież mie­nia prze­ciw­ni­ka przy­no­si­ła nie­ba­ga­tel­ne do­cho­dy. Stąd tak wiel­ki pro­cent ochot­ni­ków w ar­mii szwedz­kiej, dla któ­rych woj­na była je­dy­ną szan­są po­pra­wie­nia bytu so­bie i swo­jej ro­dzi­ny. Nie była więc ona wca­le po­strze­ga­na jako zło, a wręcz prze­ciw­nie, przez wie­le lat był to spo­sób na ży­cie dla wie­lu Szwe­dów.

Po­ita­wa za­my­ka hi­sto­rię trzech – nie­za­leż­nych od sie­bie, a jed­nak two­rzą­cych pew­ną ca­łość – ksiąg, trak­tu­ją­cych o okre­sie świet­no­ści Szwe­dów. Część dru­ga, Nie­zwy­cię­żo­ny, któ­re­go głów­ną te­ma­ty­ką jest szwedz­ki „po­top” oraz po­stać kró­la Ka­ro­la X Gu­sta­wa, uka­że się jesz­cze w tym roku, część pierw­sza na­to­miast – Lata wo­jen – opi­su­ją­ca, w jaki spo­sób Szwe­cja z bied­ne­go, pe­ry­fe­ryj­ne­go pań­stwa sta­ła się po­tę­gą w Eu­ro­pie – praw­do­po­dob­nie w roku przy­szłym.

Pe­ter En­glund uro­dził się w 1957 roku w Nor­bot­ten w pół­noc­nej Szwe­cji. Na Uni­wer­sy­te­cie w Up­psa­li stu­dio­wał ar­che­olo­gię, fi­lo­zo­fię i hi­sto­rię, z któ­rej się dok­to­ry­zo­wał. Od 2002 roku jest człon­kiem Aka­de­mii Szwedz­kiej. Tego za­szczy­tu do­stę­pu­ją tyl­ko nie­licz­ni, na­praw­dę wy­bit­ni w swo­jej dzie­dzi­nie lu­dzie. Z ja­kim pol­skim au­to­rem moż­na by go po­rów­nać? My­ślę, że jest kimś z krę­gu Ja­sie­ni­cy i Ły­sia­ka, a więc pi­sa­rzy-po­pu­la­ry­za­to­rów hi­sto­rii. Może dla­te­go dzie­ła Szwe­da sprze­da­ją się w jego kra­ju w na­kła­dzie 200 tys. eg­zem­pla­rzy i są tłu­ma­czo­ne na wie­le ję­zy­ków.

Chciał­bym go­rą­co po­dzię­ko­wać tłu­ma­czo­wi książ­ki, Woj­cie­cho­wi Ły­ga­sio­wi, ab­sol­wen­to­wi Skan­dy­na­wi­sty­ki Uni­wer­sy­te­tu Gdań­skie­go za to, że zdo­łał na­mó­wić mnie do wy­da­nia tej książ­ki i za jego ty­ta­nicz­ną pra­cę, dzię­ki cze­mu uda­ło nam się wy­dać Po­ita­wę w sto­sun­ko­wo krót­kim cza­sie. Dzię­ku­je Ra­fa­ło­wi Kle­czew­skie­mu za kon­sul­ta­cję me­ry­to­rycz­ną książ­ki. Dzię­ku­ję też Sven­ska In­sti­tu­tet za do­fi­nan­so­wa­nie jej wy­da­nia.

Wszyst­kich wiel­bi­cie­li do­brej książ­ki hi­sto­rycz­nej za­pra­szam więc na praw­dzi­wą czy­tel­ni­czą ucztę. Prze­śledź­my prze­bieg tej dra­ma­tycz­nej bi­twy wraz z En­glun­dem, któ­ry jak kie­dyś Szwe­dzi orę­żem, dziś zdo­by­wa Eu­ro­pę swo­im pió­rem…

An­drzej Ryba

Prolog

Gdy­by to było moż­li­we, to od­da­li­by­śmy wła­dzę w ręce spra­wie­dli­wo­ści. Ale wła­dza nie po­zwa­la kie­ro­wać sobą tak, jak nam się to po­do­ba, bo ma cha­rak­ter na­ma­cal­ny. W prze­ci­wień­stwie do niej, spra­wie­dli­wość jest czymś du­cho­wym, czymś, co kon­tro­lu­je­my we­dług na­sze­go uzna­nia. Dla­te­go spra­wie­dli­wość zło­żo­no w ręce wła­dzy i dla­te­go to, co wi­dzi­my, zmu­sze­ni je­ste­śmy na­zy­wać spra­wie­dli­wo­ścią. Wła­dza stoi nad spra­wie­dli­wo­ścią, bo to ona two­rzy pra­wo.

1 Gronostaj

Pamięć to za­dzi­wia­ją­ca rzecz. Dłu­go po tym, jak ka­ta­stro­fa osią­gnę­ła swój tra­gicz­ny fi­nał, przed swą śmier­cią w nie­wo­li, cią­gle bar­dzo wy­raź­nie pa­mię­tał on ten epi­zod z gro­no­sta­jem.

Zda­rzy­ło się to trze­cie­go dnia, w peł­ni lata, w cza­sie du­cho­ty, w miej­scu gdzie nie moż­na było zna­leźć skraw­ka cie­nia. Siny z wy­cień­cze­nia, zły i wy­mę­czo­ny bie­gun­ką oraz dłu­go­trwa­łą spie­ko­tą, szu­kał chłod­ne­go miej­sca, aby uciąć so­bie drzem­kę. Ktoś usły­szał jego skar­gi, uli­to­wał się nad ża­ło­śnie wy­glą­da­ją­cym czło­wie­kiem i usta­wił za­im­pro­wi­zo­wa­ną osło­nę prze­ciw­ko słoń­cu. Obok nie­wiel­kie­go wozu za­cze­pio­no płaszcz na drzew­cach wzię­tych ze sztan­da­rów. Pe­łen wdzięcz­no­ści zrzu­cił z sie­bie pas i płaszcz woj­sko­wy, któ­ry wraz z ka­pe­lu­szem po­słu­żył mu za po­dusz­kę. Na zie­mi uło­żył kil­ka in­nych ubrań.

Le­żał tak tyl­ko przez kil­ka chwil, kie­dy na­gle po­czuł coś nie­przy­jem­ne­go; coś po­ru­szy­ło się pod jego gło­wą. Prze­stra­szo­ny pod­niósł się szyb­ko, bo prze­cież mógł to być ja­kiś wąż albo inna nie­bez­piecz­na ga­dzi­na. Jed­nak kon­tro­la za­wi­niąt­ka skła­da­ją­ce­go się z ka­pe­lu­sza i płasz­cza nie dała re­zul­ta­tu. Żoł­nierz do­szedł do wnio­sku, że to on sam się po­ru­szył i po­now­nie uło­żył się na zie­mi. Mi­nę­ła krót­ka chwi­la, gdy zno­wu po­czuł ja­kiś ruch, tym ra­zem sil­niej­szy niż po­przed­nio. Pod­sko­czył w górę i po­wo­li uchy­lił poły płasz­cza, a tam, z wnę­trza ka­pe­lu­sza, wy­sta­wa­ła gło­wa gro­no­sta­ja, któ­ra szyb­ko znik­nę­ła w środ­ku. Żoł­nierz chwy­cił za poły ka­pe­lu­sza w taki spo­sób, że gro­no­staj nie mógł się już z nie­go wy­do­stać. Za­wo­łał kil­ka osób, któ­re sta­ły w po­bli­żu i po­ka­zał im schwy­ta­ne żywe zwie­rzę. Ktoś za­ło­żył gru­bą rę­ka­wi­cę i chwy­cił sza­mo­czą­ce­go się bie­da­ka. Wszy­scy przy­glą­da­li się z za­cie­ka­wie­niem.

Przy­szła mu do gło­wy pew­na myśl: oni też, tak jak ten gro­no­staj, byli więź­nia­mi. Tak samo jak to zwie­rzę, trzy­ma­ne w uści­sku, zna­leź­li się w pu­łap­ce. Po­wie­dział, żeby wy­pu­ści­li gro­no­sta­ja; skie­ro­wał swe my­śli i ma­rze­nia ku Bogu: tak jak to zwie­rzę od­zy­ska­ło wol­ność bez szko­dy na cie­le, tak on pro­si, aby i oni wszy­scy, ja­kimś cu­dow­nym spo­so­bem mo­gli bez szwan­ku opu­ścić to miej­sce.

Tego roku wy­da­rzy­ło się wie­le rze­czy. Była to naj su­row­sza zima, ja­kiej nie pa­mię­ta­li naj­star­si lu­dzie, a we Fran­cji głód zbie­rał ob­fi­te żni­wo. W An­glii czło­wiek o na­zwi­sku Ri­chard Ste­ele za­czął wy­da­wać cza­so­pi­smo zna­ne póź­niej jako „The Ta­tler”, we Wło­szech roz­po­czę­to pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we w sta­ro­żyt­nym Her­ku­la­num. Nie­da­le­ko wy­brze­ża Chi­le pe­wien sta­tek za­brał na po­kład roz­bit­ka – Ale­xan­dra Sel­kir­ka. Na jed­nej z wysp ar­chi­pe­la­gu Juan Fer­nan­dez spę­dził on czte­ry lata w sa­mot­no­ści; jego prze­ży­cia sta­ły się kan­wą po­wie­ści pt. Ro­bin­son Cru­soe. Afgań­czy­cy w Khan­da­ha­rze zbun­to­wa­li się prze­ciw­ko Per­som, w Ja­po­nii zaś wła­dzę ob­jął nowy, spra­gnio­ny re­form szo­gun – Ie­no­bu To­ku­ga­wa. A gdzieś w Ro­sji ja­kiś czło­wiek wy­pu­ścił na wol­ność schwy­ta­ne­go wcze­śniej gro­no­sta­ja, z na­dzie­ją, że od­da­li to zbli­ża­ją­cą się ka­ta­stro­fę. Czło­wiek ten nie wie­dział jesz­cze, że to on sam był tym, któ­ry w cią­gu nad­cho­dzą­cej doby miał do tej ka­ta­stro­fy do­pro­wa­dzić.

Wymarsz

Spo­ro lat mi­nie, nim na­dej­dą wiel­kie cza­sy

Gdy Wschód, wspar­ty mocą księ­ży­ca,

Zdo­bę­dzie łup wspa­nia­ły w 1700 roku

I zbli­ży róg Pół­no­cy do swych gra­nic.

Da­le­ko od swe­go kra­ju

Król pe­wien prze­gra bi­twę

Jego świ­ta umy­ka

W bla­sku zło­te­go sier­pa księ­ży­ca

No­stra­da­mus, Prze­po­wied­nie, 1555

2 Niedziela przed południem

Woj­na sza­la­ła już od dzie­wię­ciu dłu­gich lat, a ci, któ­rzy umie­li od­czy­ty­wać zna­ki, wie­dzie­li, że zbli­ża się de­cy­du­ją­ca chwi­la, że być może na­dej­dzie ona za kil­ka dni. Była nie­dzie­la. Wo­kół sza­re­go, ukra­iń­skie­go mia­stecz­ka Po­łta­wa sta­ły, przy­glą­da­jąc się so­bie wza­jem­nie, dwie duże ar­mie: szwedz­ka i ro­syj­ska. Były jak dwie dzi­kie be­stie, za­sty­głe w bez­ru­chu w bli­skiej od­le­gło­ści od sie­bie, go­to­we do sko­ku. Ar­mia ro­syj­ska po­wo­li, krok za kro­kiem, zbli­ża­ła się do ob­lę­żo­ne­go przez Szwe­dów mia­stecz­ka. Ro­syj­skie od­dzia­ły znaj­do­wa­ły się już koło wsi Ja­kow­ce, w od­le­gło­ści 5 ki­lo­me­trów od mia­sta. Szwedz­cy zwia­dow­cy z bli­ska przy­glą­da­li się, jak Ro­sja­nie pra­cu­ją nad umoc­nie­niem swe­go no­we­go obo­zu. Ale i w szwedz­kim obo­zie przy­go­to­wy­wa­no się do de­cy­du­ją­ce­go star­cia. Od­dzia­ły, któ­re po­roz­rzu­ca­ne były po ca­łej oko­li­cy, zgro­ma­dzo­ne te­raz zo­sta­ły w po­bli­żu Po­łta­wy i cze­ka­ły w go­to­wo­ści. Zu­peł­nie jak dwo­je dzi­kich zwie­rząt, sto­ją­cych z wy­pro­sto­wa­ny­mi ogo­na­mi, go­to­wych do wal­ki z prze­ciw­ni­kiem. Nie wia­do­mo było tyl­ko, kto zada pierw­szy wście­kły cios.

Obie ar­mie zbli­ża­ły się do sie­bie co­raz bar­dziej w cią­gu ostat­nie­go ty­go­dnia. Go­rą­ce dni tego lata peł­ne były bi­tew i po­ty­czek. Przez cały czas do­cho­dzi­ło do starć pro­wo­ko­wa­nych przez Ro­sjan. Ten dzień, 27 czerw­ca 1709 r., nie był ja­kimś wy­jąt­ko­wym dniem. Wcze­snym ran­kiem obóz szwedz­ki roz­brzmie­wał okrzy­ka­mi na alarm. Oto bo­wiem kil­ka szwa­dro­nów ro­syj­skiej jaz­dy przedar­ło się przez ze­wnętrz­ną li­nię szwedz­kich stra­ży, za­bi­ło kil­ku żoł­nie­rzy i prze­do­sta­ło się pra­wie do sa­me­go środ­ka obo­zu, za­nim ich stam­tąd nie prze­pę­dzo­no. Sy­tu­acja szyb­ko wró­ci­ła do nor­my. Była to dru­ga nie­dzie­la po dniu św. Trój­cy, więc oko­ło go­dzi­ny dzie­wią­tej od­by­ło się na­bo­żeń­stwo.

W ar­mii szwedz­kiej pa­no­wa­ła su­ro­wa dys­cy­pli­na ko­ściel­na. Każ­de­go ran­ka i wie­czo­ra od­by­wa­ła się mo­dli­twa, a każ­dej nie­dzie­li i w dni świą­tecz­ne msza świę­ta. Wszyst­kie te ce­re­mo­nie mia­ły duże zna­cze­nie i re­zy­gno­wa­no z nich tyl­ko w wy­jąt­ko­wych wy­pad­kach. Mimo, że zima tego roku była nie­zwy­kle chłod­na, cze­go efek­tem były od­mro­żo­ne koń­czy­ny i za­mar­z­nię­te cia­ła, mo­dli­twa od­by­wa­ła się co­dzien­nie pod go­łym nie­bem.

Tego dnia król Ka­rol XII uczest­ni­czył w na­bo­żeń­stwie dla swej gwar­dii przy­bocz­nej. Pro­wa­dził ją 37-let­ni ka­pe­lan ba­ta­lio­nu, An­dre­as We­ster­man. Był to jego pią­ty rok w ar­mii. Po­wo­ła­no go do służ­by pod szwedz­kim sztan­da­rem w 1705 r., sześć mie­się­cy po ślu­bie. W cza­sie tego krót­kie­go pół­ro­cza, spę­dzo­ne­go w na­mio­tach woj­sko­wych, jego żona oraz syn zmar­li i We­ster­man zo­stał sam na tym świe­cie. Tego ran­ka mo­dli­twę dla klę­czą­cych na zie­mi gwar­dzi­stów pro­wa­dził on, uczo­ny mąż. Kie­dyś dok­to­ry­zo­wał się, a jego pra­ca dok­tor­ska no­si­ła ty­tuł De Adia­pho­ria in bel­lo, vul­go neu­tra­li­ta­te. Woj­na zmu­si­ła go do za­nu­rze­nia się w brud­nej okrut­nej rze­czy­wi­sto­ści; mu­siał za­po­mnieć o na­uko­wych roz­pra­wach, uro­czy­sto­ściach aka­de­mic­kich i in­nych mi­łych skład­ni­kach ży­cia na uczel­ni. Rok wcze­śniej, pod Ho­łow­czy­nem, cho­dził po ba­gnie i roz­da­wał ko­mu­nię krzy­czą­cym w ago­nii żoł­nie­rzom. Zimą z wiel­kim tru­dem zmu­sił się do od­wie­dze­nia szpi­ta­la po­lo­we­go, peł­ne­go umie­ra­ją­cych, po­zba­wio­nych koń­czyn żoł­nie­rzy, smro­du i bru­du.

We­ster­man i jego ko­le­dzy byli waż­nym try­bi­kiem w kró­lew­skiej ma­chi­nie wo­jen­nej. Po­cie­sza­li umie­ra­ją­cych i zmę­czo­nych. Nad­zo­ro­wa­li tryb ży­cia żoł­nie­rzy i sta­li na stra­ży prze­strze­ga­nia wszyst­kich ry­tu­ałów re­li­gij­nych. Lu­dzi tych moż­na zro­zu­mieć do­pie­ro wte­dy, kie­dy pa­mię­ta się, że byli oni chrze­ści­ja­na­mi, że re­li­gia była nie­od­łącz­nym skład­ni­kiem w kształ­to­wa­niu się ich sto­sun­ku do świa­ta. Ate­izm w tam­tych cza­sach prak­tycz­nie nie ist­niał. Nie moż­na było so­bie wy­obra­zić świa­ta bez Boga. Swiat był ciem­ny i zim­ny, a czło­wiek mały i nagi, ska­za­ny przez swo­ją nie­do­sko­na­łość na ła­skę bożą. Re­li­gia była waż­nym czyn­ni­kiem, któ­ry po­zwa­lał wpły­wać i kon­tro­lo­wać ży­cie ludu, bez wzglę­du na to, czy cho­dzi­ło o chło­pów, czy zwy­kłych żoł­nie­rzy. W ar­mii sta­ra­no się wzmóc chęć żoł­nie­rzy do wal­ki i tłu­mić ich strach po­przez na­rzu­ca­nie im spo­so­bów my­śle­nia umo­co­wa­nych w re­li­gii, czę­sto o sym­bo­li­ce fa­ta­li­stycz­nej. Oto przy­kład: atak na ba­te­rię nie­przy­ja­ciel­skiej ar­ty­le­rii za­wsze był krwa­wym przed­się­wzię­ciem ze wzglę­du na dużą czę­sto­tli­wość, z jaką od­da­wa­no sal­wy. Na­kła­nia­no więc żoł­nie­rzy, aby nie sta­ra­li się scho­dzić z li­nii strza­łu, szu­ka­jąc osło­ny. Prze­ciw­nie: mie­li iść wy­pro­sto­wa­ni, z pod­nie­sio­ną gło­wą i pa­mię­tać, że „żad­na kula nie tra­fia czło­wie­ka, je­śli nie dzie­je się to z woli bo­żej, bez wzglę­du na to, czy się idzie pro­sto, czy w po­zy­cji po­chy­lo­nej”. Po każ­dej wal­ce, z uwa­gi na dużą licz­bę za­bi­tych, ofi­ce­ro­wie mie­li przy­po­mi­nać żoł­nie­rzom, że sta­ło się to z woli Pana. Dzię­ki temu moż­na było ocze­ki­wać, że każ­dy od­dział bę­dzie „męż­nie i z ocho­tą” sta­wał do wal­ki w ko­lej­nej bi­twie. Ka­pe­la­ni woj­sko­wi, tacy jak We­ster­man, od­gry­wa­li dużą rolę w dys­cy­pli­no­wa­niu żoł­nie­rzy i bu­dze­niu w nich woli wal­ki. Byli straż­ni­ka­mi cia­ła i du­cha. Ce­re­mo­nie ko­ściel­ne, mię­dzy in­ny­mi w for­mie ta­kich ran­nych na­bo­żeństw, były ele­men­tem utrzy­my­wa­nia wła­ści­we­go po­rząd­ku. Żoł­nie­rze mo­dli­li się do Wszech­mo­gą­ce­go, aby na­uczył ich po­słu­szeń­stwa i wia­ry we wła­dzę zwierzch­nią, i aby „jak naj­le­piej wy­peł­nia­li to, co w da­nej sy­tu­acji roz­ka­za­li ofi­ce­ro­wie”. Słu­dzy ko­ścio­ła to­wa­rzy­szy­li żoł­nie­rzom na polu wal­ki, aby opie­ko­wać się swo­ją trzód­ką i wspie­rać ją du­cho­wo. Moż­na wspo­mnieć wie­lu ka­pła­nów, któ­rzy stra­ci­li ży­cie, kie­dy – na przy­kład – sta­ra­li się za­wró­cić ucie­ka­ją­cych przed ostrza­łem żoł­nie­rzy.

 

Twar­de ży­cie re­li­gij­ne w ar­mii sta­je się ła­twiej­sze do zro­zu­mie­nia, kie­dy uświa­do­mi­my so­bie, że wszy­scy ci lu­dzie byli świę­cie prze­ko­na­ni o tym, że Bóg miał duży wpływ na losy wal­ki. W jed­nym z od­dzia­łów pie­cho­ty po­wie­dzia­no wy­raź­nie, że „po­nie­waż bło­go­sła­wień­stwo spły­wa wprost od wszech­mo­gą­ce­go Boga, na­le­ży wiel­bić jego wiel­kie i świę­te imię”. Ozna­cza­ło to po­win­ność sto­so­wa­nia się do za­sad bo­żych.

Więk­szość żoł­nie­rzy była świę­cie prze­ko­na­na, że Bóg stoi po ich stro­nie. Do­wo­dem na to mia­ło być dłu­gie pa­smo szwedz­kich zwy­cięstw od cza­su roz­po­czę­cia woj­ny przed dzie­się­ciu laty. Ten, kto miał nie­zbyt skom­pli­ko­wa­ny umysł, mógł za­uwa­żyć, że bło­go­sła­wień­stwo boże dla ar­mii szwedz­kiej było nie tyl­ko ja­kimś pro­stym ki­bi­co­wa­niem z try­bun na nie­bio­sach. Wprost prze­ciw­nie. Uwa­ża­no, że wie­le od­nie­sio­nych do­tąd zwy­cięstw wzię­ło się z bez­po­śred­niej in­spi­ra­cji bo­żej. Kie­dy stat­ki z woj­skiem do­bi­ja­ły do Ze­lan­dii, wzbu­rzo­ne mo­rze uspo­ko­iło się na­gle na oczach kró­la; w cza­sie bi­twy pod Na­rwą, Bóg ze­słał za­dym­kę śnież­ną, któ­ra po­zwo­li­ła na do­ko­na­nie nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku, w naj­bar­dziej ku temu spo­sob­nej chwi­li; tak­że szczę­śli­wej prze­pra­wie przez Dźwi­nę to­wa­rzy­szy­ła Opatrz­ność, a w cza­sie bi­twy pod Sa­la­der nie­bie­skie moce spo­wo­do­wa­ły, że ro­syj­skie dzia­ła strze­la­ły w nie­wła­ści­wym kie­run­ku; pod­czas bi­twy pod Frau­stadt po­now­nie śnieg roz­strzy­gnął o lo­sach wal­ki, sy­piąc pro­sto w oczy nie­przy­ja­cie­la, a po­tem, jak­by za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki, prze­stał pa­dać kie­dy szwedz­kim od­dzia­łom uda­ło się prze­ła­mać li­nię obro­ny; tak­że w zwy­cię­stwach od­nie­sio­nych nad Py­ha­jog­gi i War­tą wi­dzia­no pa­lec boży.

Taki spo­sób my­śle­nia, jak rów­nież wy­cią­ga­nie pier­wiast­ka bo­skie­go z tego, co trud­ne było do wy­tłu­ma­cze­nia albo wy­da­wa­ło się przy­pad­kiem, sta­no­wi­ło rzecz cał­ko­wi­cie na­tu­ral­ną dla czło­wie­ka epo­ki przed­in­du­strial­nej i było w peł­ni po­pie­ra­ne przez naj­wyż­sze wła­dze. Z ko­ściel­nych am­bon, a tak­że na po­lach bi­tew­nych roz­gła­sza­no, po­przez ta­kich lu­dzi jak We­ster­man, że Szwe­dzi mie­li Boga po swo­jej stro­nie; że byli jego na­ro­dem wy­bra­nym i na­rzę­dziem bo­żym. Nie było to tyl­ko przed­sta­wie­nie dla pu­blicz­no­ści z gór­nych ga­le­rii, bo na­wet sam król wie­rzył, że to praw­da. Tak jak dzie­ci Izra­ela, tak i szwedz­cy wo­jow­ni­cy ze­sła­ni zo­sta­li na zie­mię po to, by ka­rać od­stęp­ców od wia­ry i grzesz­ni­ków. Tymi, któ­rych chcia­no wy­chło­stać, byli nie­go­dzi­wi, bez­boż­ni wład­cy, pro­wa­dzą­cy woj­ny bez kon­kret­ne­go po­wo­du. Aby zna­leźć po­twier­dze­nie ta­kich teo­rii, nie wa­ha­no się na­wet przed wy­ko­rzy­sty­wa­niem ka­ba­li­stycz­nych sztu­czek słow­nych. Je­den z pa­sto­rów udo­wad­niał któ­re­muś z od­dzia­łów, że Szwe­dzi byli współ­cze­sny­mi Izra­eli­ta­mi, po­przez prze­sta­wie­nie li­ter w sło­wie AS­SUR (była to na­zwa Asy­rii, od­wiecz­ne­go wro­ga sta­ro­żyt­nych Izra­eli­tów), co da­wa­ło sło­wo RUS­SA!

Taki wła­śnie chrze­ści­jań­ski pan­cerz na­kła­da­no szwedz­kim żoł­nie­rzom. Miał on nie tyl­ko skło­nić ich do wal­ki z więk­szą we­rwą i wia­rą, ale i uczy­nić z nich twar­dych wo­jow­ni­ków. To wła­śnie or­to­dok­syj­na na­uka lu­te­rań­ska, któ­ra na­rzu­ci­ła ca­łej Szwe­cji sta­ro­te­sta­men­to­we za­sa­dy, była źró­dłem fi­lo­zo­fii, któ­rą wbi­ja­no żoł­nie­rzom do gło­wy. Kara i ze­msta sta­ły się mo­ty­wem wio­dą­cym we wszyst­kich prze­po­wied­niach, a wśród klę­czą­cych żoł­nie­rzy krą­żył po­gląd, że nie czas tu na mi­ło­sier­dzie wo­bec wro­ga, bo prze­sła­nie boże mó­wi­ło o ka­rze. Żoł­nie­rzy za­chę­ca­no do pa­le­nia i mor­do­wa­nia w imię Wszech­mo­gą­ce­go. Krwa­we jat­ki, do­ko­ny­wa­ne przez Izra­eli­tów w cza­sach sta­ro­te­sta­men­to­wych, sta­ły się uspra­wie­dli­wie­niem dla wła­snych mor­dów.

Teo­ria o po­mo­cy bo­żej dla Szwe­dów zbu­do­wa­na zo­sta­ła na ba­zie pro­stych prze­sła­nek, co było za­rów­no jej moc­ną, jak i sła­bą stro­ną. To, że Bóg był so­jusz­ni­kiem Szwe­dów wła­śnie, ła­two było udo­wod­nić dzię­ki zwy­cię­stwom od­no­szo­nym na po­lach bi­tew­nych, bo prze­cież nie by­ło­by to moż­li­we bez Jego ak­cep­ta­cji. Ro­dzi­ło się jed­nak py­ta­nie, co sta­ło­by się, gdy­by pew­ne­go dnia za­miast zwy­cię­stwa przy­szła po­raż­ka? Gro­zi­ło­by to roz­pad­nię­ciem się ca­łej teo­rii; oka­za­ło­by się, że miecz pro­pa­gan­dy ma dwa ostrza i wła­śnie zwró­cił się w prze­ciw­ną stro­nę. Bóg dał­by tu na­ocz­ny do­wód na to, że prze­niósł swą opie­kę na wro­ga. Co za strasz­na myśl! Byli już tacy, tego go­rą­ce­go lata, któ­rzy za­czy­na­li za­uwa­żać, że nie wszyst­ko było tak, jak po­win­no być. Ta­kie zda­rze­nia jak sro­ga zima czy wiel­ka od­wilż po­strze­ga­no jako coś wię­cej, niż tyl­ko zwy­kłe zja­wi­ska me­te­oro­lo­gicz­ne. Prze­czu­wa­no, że zbli­ża się czas kary dla Szwe­cji i jej miesz­kań­ców. Czy to moż­li­we, że wła­śnie tego roku, w czerw­cu, Bóg prze­stał już opie­ko­wać się swym wy­bra­nym na­ro­dem?

We­ster­man nie zdą­żył tego ran­ka do­koń­czyć tra­dy­cyj­ne­go na­bo­żeń­stwa. W trak­cie wy­gła­sza­ne­go ka­za­nia po­ja­wi­li się na­gle Ko­za­cy. Nad­je­cha­li wśród krzy­ków oraz strza­łów i do­tar­li na od­le­głość kil­ku­set me­trów od kwa­ter szwedz­kich. Część Ko­za­ków za­po­ro­skich – sprzy­mie­rzeń­ców kró­la szwedz­kie­go – ru­szy­ło do ata­ku prze­ciw­ko na­trę­tom. Uda­ło się ich prze­pę­dzić bez więk­sze­go pro­ble­mu. Zda­rze­nie to nie było czymś nie­zwy­kłym – sta­no­wi­ło ty­po­wy przy­kład wy­pa­dów, któ­ry­mi Ro­sja­nie do­ku­cza­li Szwe­dom. Nie po­cią­ga­ły one za sobą więk­szych ofiar śmier­tel­nych ani strat ma­te­rial­nych, ale wpły­wa­ły zna­czą­co na mo­ra­le żoł­nie­rzy szwedz­kich. Tego typu utarcz­ki zda­rza­ły się pra­wie bez prze­rwy, dniem i nocą. Po­zba­wia­ły żoł­nie­rzy tak po­trzeb­ne­go im spo­ko­ju i wy­po­czyn­ku oraz zmu­sza­ły do pra­wie sta­łej go­to­wo­ści bo­jo­wej, wy­sy­sa­jąc z od­dzia­łów szwedz­kich resz­tę sił. Do­dać do tego na­le­ży nie­mi­ło­sier­ny upał, któ­rym od dłuż­sze­go cza­su do­tknię­ta była cała Ukra­ina. Nie­któ­rzy po­wia­da­li, że taki żar był rze­czą nie­na­tu­ral­ną. Wie­lu żoł­nie­rzy ar­mii szwedz­kiej za­czę­ło wy­ka­zy­wać pierw­sze ozna­ki wy­czer­pa­nia.

Ro­syj­ska pę­tla za­ci­ska­ła się z go­dzi­ny na go­dzi­nę. Pro­wo­ka­cyj­ne wy­pa­dy skie­ro­wa­ne w stro­nę szwedz­kich po­ste­run­ków nie usta­wa­ły i trwa­ły przez resz­tę po­po­łu­dnia. Na za­le­sio­nym wzgó­rzu, któ­re cią­gnę­ło się wzdłuż rze­ki Wor­skli, znaj­do­wał się wy­su­nię­ty zwiad kon­ny; jego za­da­nie po­le­ga­ło na prze­szka­dza­niu ro­syj­skim pa­tro­lom, któ­re co­raz czę­ściej po­ja­wia­ły się w po­bli­żu. W tym wła­śnie miej­scu do­szło do ma­łej po­tycz­ki, w któ­rej ży­cie stra­ci­ło trzech żoł­nie­rzy szwedz­kich. Na­tych­miast do­sła­no po­sił­ki: dwu­dzie­stu musz­kie­te­rów i sze­ściu jeźdź­ców.

Wie­dzia­no, że szyb­kie prze­ciw­dzia­ła­nie mo­gło dać wy­su­nię­tym stra­żom chwi­lę od­de­chu; za­uwa­żo­no to już w cza­sie drob­nych so­bot­nich po­ty­czek. Pod­od­dział skła­da­ją­cy się z żoł­nie­rzy gwar­dii kró­lew­skiej, pod do­wódz­twem ka­pi­ta­na von Pol­la, znaj­do­wał się za nie­wiel­kim wzgó­rzem, ukry­ty w za­ro­ślach. Wy­sta­wio­ny był tym sa­mym na ostrzał ze stro­ny Ko­za­ków, strze­la­ją­cych z du­żej od­le­gło­ści. W ten spo­sób kule tra­fi­ły czte­rech kon­nych, jed­ne­go po dru­gim. Wte­dy na po­ste­ru­nek skie­ro­wał się je­den z ofi­ce­rów naj­wyż­sze­go do­wódz­twa, ge­ne­rał Adam Lu­dwig Le­wen­haupt. Dwu­dzie­stu musz­kie­te­rów od­ko­men­de­ro­wa­no pod do­wódz­two 18-let­nie­go cho­rą­że­go Mal­col­ma Sinc­la­ira i po­le­co­no mu pod­jąć pró­bę wcią­gnię­cia Ko­za­ków w za­sadz­kę.

Ten mło­dy pod­ofi­cer – w prze­ci­wień­stwie do swe­go prze­ło­żo­ne­go von Pol­la – prze­żył woj­nę, a jego udzia­łem sta­ła się spek­ta­ku­lar­na ka­rie­ra. Zo­stał po­słem par­la­men­tu szwedz­kie­go i człon­kiem taj­nej ko­mi­sji; w 1738 r. wy­sła­no go do Tur­cji. Pró­bo­wał tam po­zy­skać suł­ta­na tu­rec­kie­go do no­wej woj­ny z Ro­sją, któ­ra cza­iła się już na ho­ry­zon­cie zda­rzeń. W dro­dze po­wrot­nej zo­stał za­mor­do­wa­ny przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza, któ­ry po­dą­żał za nim, aby wy­kraść taj­ne do­ku­men­ty. Czyn ten wy­wo­łał wiel­ką bu­rzę w Szwe­cji. Śmierć Sinc­la­ira wy­ko­rzy­sta­no zręcz­nie w ak­cji pro­pa­gan­do­wej skie­ro­wa­nej prze­ciw­ko Ro­sji, m.in. w for­mie słyn­nej Pie­śni o Sinc­la­irze, skła­da­ją­cej się z 90 zwro­tek. Jego śmierć przy­czy­ni­ła się do wy­bu­chu no­wej woj­ny z Ro­sją w 1741 r. Tak więc Sinc­la­ir prze­żył jed­ną woj­nę z Ro­sją, aby – pa­ra­dok­sal­nie – wie­le lat póź­niej po­przez swo­ją śmierć wy­wo­łać dru­gą.

Pod­od­dział Sinc­la­ira za­cza­ił się w miej­scu, gdzie pla­no­wa­no zro­bić za­sadz­kę, cho­wa­jąc się za za­ro­śla­mi w zu­peł­nej ci­szy. Żoł­nie­rzom roz­ka­za­no, aby nie otwie­ra­li ognia, za­nim Ko­za­cy nie znaj­dą się w za­się­gu szwedz­kich ka­ra­bi­nów. Le­wen­haupt ze­brał tym­cza­sem mniej­szy pod­od­dział dra­go­nów i skie­ro­wał się w stro­nę Ko­za­ków. Jed­nak ci uni­ka­li bez­po­śred­nie­go star­cia (Le­wen­haupt do­wie­dział się póź­niej, że ich za­da­nie po­le­ga­ło na nie­ustan­nym zaj­mo­wa­niu swo­ją obec­no­ścią żoł­nie­rzy szwedz­kich, pod­czas gdy wy­so­cy ran­gą ofi­ce­ro­wie ro­syj­scy do­ko­ny­wa­li re­ko­ne­san­su oko­li­cy). Szwe­dzi pró­bo­wa­li więc oszu­kać Ko­za­ków, co­fa­jąc się na ich wi­dok, uda­jąc, że ogar­nął ich na­gły strach. Kie­dy zo­ba­czy­li to Ko­za­cy, na­bra­li od­wa­gi i ru­szy­li ga­lo­pem wśród gło­śnych okrzy­ków, spo­wi­ci kłę­ba­mi ku­rzu, uno­szą­ce­go się spod koń­skich ko­pyt. Gdy Szwe­dzi po­now­nie za­trzy­ma­li się i zwró­ci­li fron­tem w stro­nę wro­ga, Ko­za­cy wstrzy­ma­li ko­nie i za­czę­li strze­lać ze swej znie­na­wi­dzo­nej przez Szwe­dów bro­ni z od­le­gło­ści po­nad dwu­stu me­trów.