Niezwyciężony. Tom 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

  VIII Na Danię! 1 Czy Berlin płonie? 2 Punkt zwrotny pod Brześciem 3 Feldmarszałek Bille uchyla kapelusza 4 „Z tymi barbarzyńcami nic nie załatwimy”

  IX Przeprawa przez Bełt 1 „Niech Bóg ma nas w swej opiece!” 2 Szturm na twierdzę Frederiksodde 3 Marsz po lodzie 4 „Wyczyn o wiele bardziej niezwykły niż wszystkie inne”

  X Od wojny do wojny 1 Pokój w Roskilde 2 „On kocha wojnę bardziej niż swój kraj” 3 Kolejna ryzykowna gra 4 „Walka mordercza, a nie regularna”

  XI Atak na Kopenhagę 1 Czy mamy jeszcze króla? 2 Atak na Kopenhagę 3 „Przemijają jak sen” 4 Walka o wyspy

  XII Pokój 1 Trzy koncerty w Hadze 2 „Najchętniej chcieliby umrzeć” 3 U bram mrocznego Plutona 4 „Łajdaka już nie ma”

  BIOGRAFIE BOHATERÓW KSIĄŻKI

  INFORMACJA OD TŁUMACZA

  ANEKS NR 1

  ANEKS NR 2

  Fotografie

  Przypisy

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Den oöve­rvin­ner­li­ge

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Au­tor map: Mar­tin Ek, Eken pro­duk­tion

Ilu­stra­cje: z dzieł XIX-wiecz­nych

Re­dak­cja: Piotr Tra­fi­łow­ski, Wi­told Bier­nac­ki, An­drzej Ryba

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Co­py­ri­ght: © Pe­ter En­glund 2000

Co­py­ri­ght © Bok­för­la­get Atlan­tis AB 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion FIN­NA

Ory­gi­nal­na wer­sja książ­ki wy­da­na zo­sta­ła w Szwe­cji przez wy­daw­nic­two Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-62913-94-7

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-752 Gdańsk, Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel: 603 892 042

ema­il: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

VIII Na Danię!

1 Czy Berlin płonie?

Na po­cząt­ku był znak. Nie­bo, któ­re oglą­da­my nocą, nie jest tym sa­mym nie­bem, któ­re oglą­dał miesz­ka­niec XVII-wiecz­nej Eu­ro­py. Nie ob­cu­je­my też z tą samą przy­ro­dą. Gwiaz­dy, pla­ne­ty, ga­tun­ki zwie­rząt i ro­ślin są co praw­da te same, ale róż­ni­ca po­le­ga na tym, że tam, gdzie dziś do­strze­ga­my zja­wi­sko, ów­cze­sny czło­wiek wi­dział znak. Lu­dzie żyli wte­dy w świe­cie, któ­ry zda­wał się skła­dać z sa­mych zna­ków i za­po­wie­dzi: wiel­kich i ma­łych, mrocz­nych i ja­snych. Wie­le z tych za­cho­wań mia­ło swe źró­dła w zwy­cza­jach i tra­dy­cjach, któ­re z ko­lei bar­dzo ści­śle były zwią­za­ne z ów­cze­snym spo­so­bem my­śle­nia: tam bo­wiem, gdzie my­śli­my o czymś w ka­te­go­rii skut­ku i przy­czy­ny i trzeź­wo pró­bu­je­my usta­lić, jak do­szło do tego, że X wpra­wio­ne zo­sta­ło w ruch, nasi przod­ko­wie roz­wa­ża­li to w ka­te­go­rii za­mia­ru i celu, sta­ra­jąc się do­wie­dzieć, jaki był sens tego, że X wpra­wio­ne zo­sta­ło w ruch. Dla­te­go też przy­ro­dy na­le­ża­ło się w tam­tych cza­sach strzec, ale nie w związ­ku z tym, z czym czło­wiek miał do czy­nie­nia na co dzień, tyl­ko z tym, co było nie­zwy­kłe, nie­co­dzien­ne i co od­bie­ga­ło od nor­my, bo te wła­śnie nie­zwy­kłe zja­wi­ska nio­sły ja­kieś prze­sła­nie dla czło­wie­ka.

Zna­ki mo­gły prze­ja­wiać się w naj­róż­niej­szy spo­sób, mia­ły róż­ny sens i róż­nych nadaw­ców. Ktoś, kto po­sia­dał wie­dzę albo by­stre oko, za­uwa­żał zna­ki na każ­dym kro­ku, na­wet w rze­czach co­dzien­nych: je­śli psy ja­dły tra­wę, za­no­si­ło się na deszcz; je­śli coś chrzę­ści­ło pod sto­pa­mi, na­le­ża­ło ocze­ki­wać wi­zy­ty; je­śli cia­sto opa­dło w pie­cu, zwia­sto­wa­ło to zbli­ża­ją­ce się we­se­le; je­śli w cza­sie wi­gi­lii zga­sła jed­na ze świec, śmierć ostrzy­ła swą kosę na go­spo­da­rza domu; i tak da­lej, i tak da­lej. Znacz­nie po­waż­niej­szą wy­mo­wę po­sia­da­ły zło­wiesz­cze kłę­by chmur, któ­re tu i ów­dzie gro­ma­dzi­ły się na nie­bie, zmie­nia­ły kształt, roz­ra­sta­ły się, wi­ro­wa­ły, przy­bie­ra­ły kształ­ty fi­gur i przed­mio­tów, a na­wet ca­łych ar­mii, któ­re bez­dź­więcz­nie ście­ra­ły się ze sobą na fir­ma­men­cie. Re­gu­lar­nie po­ja­wia­ły się też wie­ści o chmu­rach, któ­re na­gle otwie­ra­ły się i wy­rzu­ca­ły ze swe­go wnę­trza prze­róż­ne przed­mio­ty i zwie­rzę­ta albo spa­da­ły na zie­mię w po­sta­ci krwa­we­go desz­czu. Tego ro­dza­ju oso­bli­wo­ści uwa­ża­no czę­sto za opa­ry, któ­re wzno­szą się w górę z umę­czo­nej zie­mi, bę­dąc ob­ra­zem zła ra­czej niż jego za­po­wie­dzią. Więk­szy cię­żar ga­tun­ko­wy jako ostrze­że­nie mia­ły bar­dziej na­ma­cal­ne rze­czy, jak na przy­kład zde­for­mo­wa­ne zwie­rzę­ta; cie­lę­ta z dwo­ma gło­wa­mi albo ryby z dziw­ny­mi na­ro­śla­mi były sta­łym skład­ni­kiem ta­kie­go ro­zu­mo­wa­nia, a zja­wi­ska ta­kie od­no­to­wy­wa­no z dresz­czem roz­ko­szy jako za­po­wiedź albo ostrze­że­nie dla grzesz­nej i zbłą­ka­nej ludz­ko­ści. Nie wspo­mnę już o nie­po­ko­ju, jaki opa­no­wy­wał lu­dzi, kie­dy na nie­bie po­ja­wi­ła się ja­kaś ko­me­ta; po­zo­sta­wia­ła ona po so­bie za­wsze bo­ga­ty po­siew w po­sta­ci pam­fle­tów i ulo­tek, gdzie sta­ra­no się wy­tłu­ma­czyć fe­no­men tego cia­ła nie­bie­skie­go: czy na­le­ża­ło się spo­dzie­wać za­ra­zy czy też no­wej woj­ny – a może był to ko­lej­ny do­wód na trwa­ją­cy nie­ustan­nie kon­flikt mię­dzy Bo­giem a Sza­ta­nem? O wie­le bar­dziej po­wszech­nym zja­wi­skiem była astro­lo­gia – sto­so­wa­na po­wszech­nie sztu­ka tłu­ma­cze­nia zna­ków, któ­ra swą mą­drość cią­gnę­ła z po­ło­że­nia gwiazd i in­nych ciał nie­bie­skich. Tyl­ko tyle po­zo­sta­ło nam dzi­siaj z tam­te­go świa­ta, peł­ne­go cu­dow­ne­go i nie­prze­nik­nio­ne­go cha­osu, na któ­ry skła­da­ły się cuda, ta­jem­ni­ce i ome­ny.

W ten cu­dow­ny świat wie­rzy­li wszy­scy: od naj­bied­niej­sze­go chło­pa, któ­ry nie­kie­dy po­siadł na­wet sztu­kę wró­że­nia z gwiazd, aż po naj­po­tęż­niej­szych wład­ców, któ­rzy z za­sa­dy za­trud­nia­li wła­snych astro­lo­gów, a ko­rzy­sta­li z ich usług w chwi­li po­dej­mo­wa­nia waż­nych de­cy­zji. Bo, jak w 1933 roku na­pi­sał pe­wien Szwed, uwa­ża­no, że w gwiaz­dach zna­leźć moż­na wska­zów­ki, i to nie tyl­ko w od­nie­sie­niu do tego, kie­dy na­le­ża­ło

Siać, sa­dzić, po­lo­wać na pta­ki, iść na zwie­rza, ło­wić ryby, oświad­czać się, bu­do­wać, prze­pro­wa­dzać się, strzyc wło­sy itp.; zna­leźć tam moż­na było wie­dzę o zmia­nach re­li­gij­nych, sek­tach i par­tiach, o ugru­po­wa­niach po­li­tycz­nych, woj­nach i bi­twach, gło­dzie i dro­żyź­nie, za­ra­zie i in­nych cho­ro­bach, o wszel­kie­go ro­dza­ju grze­chach i prze­wi­nie­niach, o pro­sty­tu­cji i cu­dzo­łó­stwie, o spo­rach, kłót­niach, za­bój­stwach, a zwłasz­cza o umy­słach ludz­kich, o roz­sąd­ku, przy­ro­dzie, szczę­ściu i prze­ciw­no­ściach losu, po­dró­ży i wę­drów­ce, mał­żeń­stwie, dzie­ciach, przy­ja­cio­łach i wro­gach, sta­nach, uwa­run­ko­wa­niach i za­mia­rach, zwy­cię­stwach i klę­skach, nę­dzy i wię­zie­niu, o go­dzi­nie śmier­ci i o wie­lu in­nych rze­czach.

 

Czyż ktoś mógł so­bie po­zwo­lić na re­zy­gna­cję z ta­kiej wspa­nia­łej wie­dzy? Po­cho­dzi­ła ona z okre­su po­gań­skie­go, ale wy­mie­sza­ła się z wąt­ka­mi chrze­ści­jań­ski­mi w taki spo­sób, że gwiaz­dom albo pla­ne­tom nie przy­da­wa­no wła­snej mocy; po­wia­da­no, że były one na­rzę­dzia­mi w rę­kach Boga, któ­ry za ich po­mo­cą wpły­wał na losy świa­ta.

A jed­nak moż­na w po­ło­wie XVII wie­ku do­strzec wzra­sta­ją­cy scep­ty­cyzm w sto­sun­ku do astro­lo­gii, i to nie tyl­ko wśród jej naj­za­go­rzal­szych kry­ty­ków – na­ukow­ców – ale i wśród teo­lo­gów i du­cho­wień­stwa, któ­rzy w tym wła­śnie cza­sie za­bra­li się za pie­le­nie ogród­ków po­ro­słych chwa­stem ciem­no­ty, aby tym spo­so­bem po­ło­żyć kres sze­rzą­cej się wszę­dzie ma­gii lu­do­wej, wróż­biar­stwu i prze­są­dom; może nie tak bar­dzo dla­te­go, iż były to prze­są­dy, ale głów­nie dla­te­go, że zja­wi­ska ta­kie sta­ły się za­gro­że­niem dla ich mo­no­po­lu na wła­dzę; no­wo­cze­sne, sil­ne pań­stwo, stwo­rzy­ło ko­ścio­ło­wi moż­li­wość po­waż­ne­go in­ge­ro­wa­nia w ży­cie co­dzien­ne prze­cięt­ne­go czło­wie­ka. Ofia­rą tej kru­cja­ty pa­dli też nie­któ­rzy astro­lo­go­wie, któ­rych oskar­ża­no o to, że „sta­ra­ją się za­stą­pić Boga na urzę­dzie” albo że są po pro­stu oszu­sta­mi. Upły­nę­ło jed­nak spo­ro cza­su, za­nim bru­tal­nym re­for­ma­to­rom spod zna­ku krzy­ża uda­ło się od­nieść zna­czą­ce suk­ce­sy. Od ty­się­cy lat bo­wiem i ci wiel­cy, i ma­lut­cy rzu­ca­li peł­ne na­dziei albo stra­chu spoj­rze­nia w stro­nę nie­ba, w da­rem­nym za­mia­rze od­czy­ta­nia bo­żych pla­nów.

W świe­cie nie­pew­no­ści i stu­le­ciu nie­po­ko­ju po­trze­ba opar­cia się na czymś pew­nym była wszech­obec­na. Oprócz do­kład­ne­go od­czy­ty­wa­nia co­dzien­no­ści, zna­ków przy­ro­dy i tych przy­cho­dzą­cych z nie­ba, ist­niał też cały sze­reg me­tod sto­so­wa­nych z my­ślą o tych, któ­rzy chcie­li znać przy­szłość. Więk­szość z tych me­tod, tak jak astro­lo­gia, ist­nia­ła w zwul­ga­ry­zo­wa­nej for­mie, po­nie­waż wy­ko­rzy­sty­wa­no je jako źró­dło za­rob­ku na jar­mar­kach albo re­kla­mo­wa­no jako ostat­ni krzyk mody na dwo­rach. Cho­dzi tu za­rów­no o sztu­kę tłu­ma­cze­nia zna­cze­nia fi­gur i kształ­tów, ja­kie po­wsta­wa­ły po wla­niu sto­pio­ne­go oło­wiu albo wo­sku do wody, jak i chi­ro­man­cję, czy­li umie­jęt­ność wró­że­nia z rąk, po­twor­ka bę­dą­ce­go nie­ślub­nym dziec­kiem astro­lo­gii. Chi­ro­ma­cja wy­ko­rzy­sty­wa­ła ta­jem­ną na­ukę współ­cze­snej astro­no­mii o pla­ne­tach i przy­po­rząd­ko­wy­wa­ła ją do pal­ców (Mer­ku­ry, Sa­turn, We­nus, Słoń­ce, Jo­wisz), po­wierzch­ni dło­ni (Mars) i jej kra­wę­dzi (Księ­życ). W cza­sie roz­kwi­tu okul­ty­zmu, do któ­re­go do­szło na po­cząt­ku XVII wie­ku, ist­nia­ła też sztu­ka wró­że­nia, któ­ra sta­ra­ła się za­cho­wać swój nie­za­leż­ny, a na­wet eks­klu­zyw­ny cha­rak­ter, i tak jak al­che­mia sta­ła się dzie­dzi­ną do­stęp­ną dla nie­wie­lu wy­bra­nych. Była to ka­ba­li­sty­ka.

Wska­zy­wa­łem już wcze­śniej na pew­ną rzecz, ale chcę to zro­bić po­now­nie: je­śli bę­dzie­my przy­glą­dać się świa­tu in­te­lek­tu­al­ne­mu okre­su XVII wie­ku z du­że­go dy­stan­su, nasz wzrok za­trzy­ma się na szań­cu or­to­dok­sji i skost­nia­łe­go, ide­olo­gicz­ne­go do­gma­ty­zmu; je­śli jed­nak za­głę­bi­my się pod po­wierzch­nię tego świa­ta, to znaj­dzie­my tam za­dzi­wia­ją­co licz­ną i róż­no­rod­ną mie­szan­kę my­śli i for­my. Nie­któ­re z nich wy­da­ją się być nam bli­skie, a na­wet swoj­skie, jak na przy­kład nowe na­uki przy­rod­ni­cze i nowa fi­lo­zo­fia: to na ich pod­ło­żu po­wsta­nie kie­dyś to, co na­zy­wać bę­dzie­my no­wo­cze­sno­ścią. Inne wy­da­ją się cał­kiem nie­zro­zu­mia­łe, żeby nie po­wie­dzieć dzi­wacz­ne, jak na przy­kład róż­ne na­uki ta­jem­ne, któ­re cie­szy­ły się tak wiel­ka po­pu­lar­no­ścią w pierw­szej po­ło­wie stu­le­cia. Dziś trud­no je od sie­bie od­róż­nić, po­nie­waż no­wo­cze­sna na­uka od­nio­sła zwy­cię­stwo i świę­ci­ła swe dal­sze trium­fy przy dźwię­kach trąb i uro­czy­stych prze­mó­wie­niach. Te­raz jest z nami nie­od­łącz­nie zwią­za­na, pod­czas gdy wszyst­kie inne prą­dy okul­ty­stycz­ne tam­te­go stu­le­cia ze zro­zu­mia­łych przy­czyn po­wią­za­ne są z tymi, któ­rzy prze­gra­li i od daw­na są za­po­mnia­ni i po­kry­ci gru­bą war­stwą prze­szło­ści. Wte­dy było trud­niej. Ci, któ­rych uwa­ża­my dziś za pio­nie­rów po­stę­pu – Jo­han­nes Ke­pler czy Tyho Bra­he – nie znaj­dy­wa­li nic sprzecz­ne­go w tym, że ktoś jest za­rów­no astro­lo­giem, jak i astro­no­mem. Poza tym róż­ne­go ro­dza­ju szar­la­ta­ni zaj­mu­ją­cy się per­ską, ta­jem­ną wie­dzą o de­mo­nach, a tak­że ge­nial­ni fi­zy­cy, któ­rzy swy­mi teo­ria­mi to­ro­wa­li dro­gę temu, co no­wo­cze­sne, mo­gli po­szczy­cić się me­to­da­mi i twier­dze­nia­mi, któ­re zwy­kły ob­ser­wa­tor z tru­dem roz­róż­niał. Ale i wte­dy po­ja­wi­ło się coś ta­kie­go, co łą­czy­ło fi­zy­ków i mi­sty­ków: obie te dzie­dzi­ny zna­la­zły po­żyw­kę w spe­cjal­ne­go ro­dza­ju ener­giach wy­stę­pu­ją­cych w XVII wie­ku, a zwłasz­cza w głę­bo­kim dą­że­niu do zdo­by­cia pew­no­ści, któ­re­go źró­dłem był ogól­ny kry­zys i uczu­cie nie­pew­no­ści, tak cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tam­te­go stu­le­cia.

Od­no­si się to zwłasz­cza do tych wszyst­kich, któ­rzy pa­ra­li się ka­ba­łą. Byli oni czę­ścią po­tęż­nej fali mi­sty­cy­zmu, któ­ra prze­la­ła się przez kon­ty­nent. W tym za­le­wie pseu­do­nauk nie bra­ko­wa­ło tak zna­nych ty­pów jak zwo­len­ni­cy Pa­ra­cel­su­sa1, teo­zo­fo­wie2, pan­so­fo­wie3, ró­żo­krzy­żow­cy4, her­me­ty­cy5 astro­lo­go­wie czy al­che­mi­cy, uto­pi­ści, pro­ro­cy Apo­ka­lip­sy, zwo­len­ni­cy eks­ta­zy, ma­rzy­cie­le i wszel­kiej ma­ści bun­tow­ni­cy; ko­cha­no ich albo prze­śla­do­wa­no z taką samą gor­li­wo­ścią. Ka­ba­ła mia­ła pier­wot­nie swe ko­rze­nie w ju­da­izmie, li­czy­ła wie­le lat, była dzie­dzi­ną ta­jem­ni­czą i skom­pli­ko­wa­ną, któ­ra sta­ra­ła się wy­do­być z Bi­blii ukry­te praw­dy za po­mo­cą da­le­ko roz­wi­nię­tej ge­ma­trii, czy­li me­to­dy po­le­ga­ją­cej na tym, że po­je­dyn­cze li­te­ry słów prze­kła­da­ne są na ję­zyk liczb, a z owych liczb two­rzy się nowe sło­wa. W XVI wie­ku okro­jo­na for­ma ka­ba­li­sty­ki spo­tka­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem na­ukow­ców chrze­ści­jań­skich, to­też wkrót­ce wie­lu z nich za­czę­ło stu­dio­wać licz­bę wer­se­tów w Bi­blii czy dat z hi­sto­rii, aby tym spo­so­bem roz­szy­fro­wać to, co – jak uwa­ża­no – ukry­te zo­sta­ło przez Boga. Ra­dość była wiel­ka, po­nie­waż wy­da­wa­ło się, że w ka­ba­li­sty­ce od­kry­to nowe, po­tęż­ne na­rzę­dzie po­moc­ne przy ba­da­niu wie­dzy o przy­szło­ści.

To wła­śnie dzie­dzi­na zwią­za­na z prze­po­wia­da­niem przy­szło­ści oka­za­ła się wraż­li­wa na wa­ha­nia ko­niunk­tu­ral­ne. Szwe­dzi od­czu­li to na wła­snej skó­rze, kie­dy Szwe­cja włą­czy­ła się w woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią. Ar­mia szwedz­ka ma­sze­ro­wa­ła przed sie­bie w at­mos­fe­rze gęst­nie­ją­cej od zna­ków, ob­ja­wień, prze­po­wied­ni i bez­dź­więcz­nych bi­tew, któ­re roz­gry­wa­ły się na nie­bo­skło­nie… szcze­gól­ną po­pu­lar­ność zdo­by­ła so­bie zwłasz­cza jed­na prze­po­wied­nia, któ­ra roz­prze­strze­nia­ła się w at­mos­fe­rze pod­eks­cy­to­wa­nia i pro­pa­gan­dy, nad któ­rą go­rącz­ko­wo pra­co­wa­ły szwedz­kie krę­gi dwor­skie: prze­po­wied­nia o „Lwie z Pół­no­cy”. Gło­si­ła ona, że w cza­sie nę­dzy, w ja­kiej przy­szło żyć spra­wie­dli­wym – to zna­czy pro­te­stan­tom – zja­wi się lew z pół­no­cy, to zna­czy król Szwe­cji, któ­ry zgro­ma­dzi wo­kół sie­bie swych uci­ska­nych bra­ci, po­ko­na orła – to zna­czy ce­sa­rza albo pa­pie­ża – rzu­ci so­bie pod sto­py część Afry­ki i Azji, a po­tem wszy­scy z za­par­tym tchem ocze­ki­wać będą na­dej­ścia dnia osta­tecz­ne­go, co mia­ło trwać bar­dzo krót­ko. Jed­nak lew – to zna­czy król6 – zbyt szyb­ko znie­sio­ny zo­stał ze sce­ny, po­strze­lo­ny pięć razy w pe­wien li­sto­pa­do­wy dzień nie­da­le­ko ma­łe­go, sa­skie­go mia­stecz­ka, a jego żoł­nie­rze i dy­plo­ma­ci oka­za­li się być rów­nie bru­tal­ni i cy­nicz­ni jak dru­ga stro­na kon­flik­tu. At­mos­fe­ra eks­ta­zy mu­sia­ła ustą­pić miej­sca roz­cza­ro­wa­niu, któ­re po­zo­sta­wi­ła po so­bie woj­na. Wie­lu za­czę­ło się za­sta­na­wiać, czy kule ar­mat­nie to wła­ści­wy ar­gu­ment w spo­rach teo­lo­gicz­nych. Co­raz mniej osób da­wa­ło po­słuch teo­riom gło­szo­nym przez eks­tre­mi­stów, fa­na­ty­ków re­li­gij­nych, wi­zjo­ne­rów i wszel­kiej ma­ści in­nych „czy­ści­cie­li”, któ­rzy na­przy­krza­li się swo­imi pro­sty­mi od­po­wie­dzia­mi na skom­pli­ko­wa­ne py­ta­nia. Jest rze­czą wiel­ce wy­mow­ną, że kil­ka lat po za­koń­cze­niu woj­ny do­szło do za­le­d­wie kil­ku ob­ja­wień.

Nie ozna­cza to jed­nak, że fa­na­ty­cy zni­kli. Spo­śród wszyst­kich nie­szczęść woj­ny, żad­ne nie było rów­nie tra­gicz­ne jak to, któ­re sta­ło się udzia­łem eg­zu­lan­tów. Mia­nem ta­kim okre­śla­no pro­te­stan­tów cze­skich wy­gna­nych ze swej oj­czy­zny. I cho­ciaż to wła­śnie ich pro­test w spra­wie swo­bo­dy wy­zna­wa­nia wła­snej re­li­gii wy­wo­łał całą woj­nę, to 30 lat, 4 mie­sią­ce i 24 dni póź­niej zo­sta­li oni przez swych szwedz­kich i nie­miec­kich bra­ci w wie­rze po­zo­sta­wie­ni wła­sne­mu lo­so­wi. Nie po­zwo­lo­no im na przy­kład na po­wrót do kra­ju. Wie­lu z nich sta­ło się człon­ka­mi sek­ty, zwa­nej „Cze­ski­mi brać­mi”, i – jak to czę­sto bywa w sek­tach – wcze­śniej­sze nie­po­wo­dze­nia nie skło­ni­ły ich do zmia­ny punk­tu wi­dze­nia; prze­ciw­nie – sta­li się co­raz więk­szy­mi orę­dow­ni­ka­mi swe­go wy­zna­nia, wal­czą­cy­mi o swe praw­dy z co­raz więk­szą gor­li­wo­ścią i z co­raz mniej­szym po­wo­dze­niem.

Jed­nym z ich czo­ło­wych przed­sta­wi­cie­li był Czech – Jan Ko­men­sky, zna­ny bar­dziej pod zla­ty­ni­zo­wa­ną for­mą swe­go na­zwi­ska jako Jo­han Co­me­nius. Był on ge­nial­nym pe­da­go­giem, któ­ry brał mię­dzy in­ny­mi udział w re­for­mie szkol­nic­twa w An­glii, a w la­tach 40. XVII wie­ku go­ścił w Szwe­cji na za­pro­sze­nie sa­me­go Axe­la Oxen­stier­ny, aby pi­sać pod­ręcz­ni­ki dla szwedz­kich szkół i do­sko­na­lić me­to­dy na­ucza­nia ła­ci­ny. Była to ja­śniej­sza stro­na oso­bo­wo­ści Ko­men­sky’ego, któ­ry jed­nak­że po­sia­dał też ciem­ną stro­nę. Był ma­rzy­cie­lem, nie­za­leż­nym fi­lo­zo­fem i peł­nym ide­ali­stycz­nych wi­zji na­pra­wia­czem świa­ta, któ­ry po la­tach ży­cia wśród prze­ciw­no­ści losu i oso­bi­stych tra­ge­dii stał się twar­dym, po­li­tycz­nym eks­tre­mi­stą. Na po­cząt­ku woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej stra­cił żonę i dwo­je spo­śród swo­ich dzie­ci, dwa razy stał się ofia­rą ra­bun­ków, a w po­ża­rze, któ­ry stra­wił jego do­mo­stwo, spa­li­ło się dzie­ło ży­cia Ko­men­sky’ego pt. Pan­so­fien. Utwór ten – mó­wiąc w naj­więk­szym skró­cie – był am­bit­ną pró­bą zgro­ma­dze­nia w skró­co­nej for­mie ca­łej wie­dzy, jaką po­sia­dła ludz­kość. Pra­ca nad tym dzie­łem za­bra­ła Ko­men­sky’emu dzie­siąt­ki lat ży­cia. Co­me­nius był tak­że człon­kiem ra­dy­kal­nej par­tii woj­ny, któ­ra po­pie­ra­ła prze­by­wa­ją­ce­go na wy­gna­niu cze­skie­go „zi­mo­we­go kró­la”, Fry­de­ry­ka von Pfalz7. Par­tia ta udzie­li­ła szwe­dom swe­go cał­ko­wi­te­go i szcze­re­go po­par­cia po przy­stą­pie­niu Szwe­cji do woj­ny. I cho­ciaż za­cho­wa­nie Szwe­cji w okre­sie ne­go­cja­cji po­ko­jo­wych sta­no­wi­ło dla fi­lo­zo­fa cał­ko­wi­te roz­cza­ro­wa­nie, tak on, jak i wie­lu in­nych „cze­skich bra­ci” twar­do wy­stę­po­wa­ło w obro­nie swych apo­ka­lip­tycz­nych wi­zji: ko­niec świa­ta był już bli­sko, a z pół­no­cy na­dej­dzie Lew, któ­ry roz­pocz­nie woj­nę i po­ko­na ce­sa­rza-Be­stię-An­ty­chry­sta – cho­ciaż może jesz­cze nie te­raz.

Tak więc przez kil­ka lat po za­koń­cze­niu woj­ny „bra­cia cze­scy” za­cho­wy­wa­li się po­wścią­gli­we, roz­cza­ro­wa­ni swą po­raż­ką… wie­lu z nich osia­dło w wiel­ko­pol­skim Lesz­nie, któ­re z bie­giem lat sta­ło się sto­li­cą dla tych, któ­rzy żyli na wy­gna­niu. Wy­ko­rzy­stu­jąc pol­ską to­le­ran­cję re­li­gij­ną, bu­do­wa­li wła­sne szko­ły i ko­ścio­ły. Jed­nak na po­cząt­ku lat 50. człon­ko­wie sek­ty ogło­si­li nowe pro­roc­twa i wi­zje, w któ­rych Lew z Pół­no­cy to­czył wal­kę z or­łem. Po­wo­dem tego było mia­no­wa­nie Ka­ro­la Gu­sta­wa na­stęp­cą tro­nu, a „bra­cia cze­scy” byli świę­cie prze­ko­na­ni, że sta­ło się to na sku­tek pla­nu bo­że­go: prze­cież Ka­rol Gu­staw spo­krew­nio­ny był z ich po­przed­nim wład­cą, zmar­łym nie­daw­no „zi­mo­wym kró­lem” (do­peł­nie­niem tych wi­zji było po­ja­wie­nie się ko­me­ty i za­ćmie­nie słoń­ca”). Do­pie­ro jed­nak w 1654 roku teo­rie gło­szo­ne przez „bra­ci cze­skich” spo­tka­ły się z więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem, po­nie­waż wie­lu człon­ków sek­ty twier­dzi­ło, że te­raz, wła­śnie te­raz zbli­ża się de­cy­du­ją­cy mo­ment, w któ­rym doj­dzie do wal­ki z An­ty­chry­stem. Tego sa­me­go lata Co­me­nius po­wró­cił do Lesz­na, aby oso­bi­ście sta­nąć na cze­le swej trzo­dy w ob­li­czu nad­cho­dzą­cych wspa­nia­łych cza­sów.

 

Osta­tecz­nie prze­ko­nał ich o tym na­jazd cara na Pol­skę. Trze­ba było jed­nak do­ko­nać pew­nych ko­rekt w gło­szo­nych praw­dach. Ogło­szo­no mia­no­wi­cie, że osta­tecz­na roz­pra­wa z pa­pie­stwem roz­pocz­nie się na pol­skiej zie­mi, a Be­stia po­wa­lo­na zo­sta­nie na zie­mię, i to nie przez jed­ną po­tę­gę, tyl­ko przez trzy: pół­noc­ną, za­chod­nią i wschod­nią. Pro­ro­cy mie­li w tym kon­tek­ście na my­śli lu­te­rań­ską Szwe­cję, pu­ry­tań­ską An­glię jak rów­nież Sied­mio­gród wraz z jego wład­cą, Je­rzym Ra­ko­czym. „Bra­cia cze­scy” mie­li do­bre kon­tak­ty we wszyst­kich trzech kra­jach, roz­po­czę­li więc go­rącz­ko­wą dzia­łal­ność dy­plo­ma­tycz­ną, aby zjed­no­czyć te trzy kra­je w wiel­kim, pro­te­stanc­kim so­ju­szu, chcąc „do­koń­czyć bo­że­go dzie­ła”. Wy­sła­li mię­dzy in­ny­mi do Szwe­cji w szczel­nie za­mknię­tym pu­deł­ku zwój pism za­wie­ra­ją­cych ich pro­roc­twa i ob­ja­wie­nia, w któ­rych prze­po­wia­da­no mię­dzy in­ny­mi, że Szwe­cja pod­bi­je wiel­kie kra­je. Tam prze­ka­za­no je oso­bi­ście Ka­ro­lo­wi Gu­sta­wo­wi. Kie­dy wkrót­ce po­tem oka­za­ło się, że szwedz­ki król przy­go­to­wu­je się do in­wa­zji na Rzecz­po­spo­li­tą, emo­cje w Lesz­nie się­gnę­ły ze­ni­tu. A gdy w 1655 roku Szwe­dzi wkro­czy­li do Wiel­ko­pol­ski, „bra­cia cze­scy” po­wi­ta­li ich trium­fal­ny­mi okrzy­ka­mi, wspo­ma­ga­li ich na róż­ne spo­so­by i prze­ka­zy­wa­li waż­ne in­for­ma­cje. Wit­ten­berg po­dzię­ko­wał za to Co­me­niu­so­wi oso­bi­ście, kie­dy spo­tkał się z nim i obie­cał jemu i jego sek­cie pro­tek­cję kró­la Szwe­cji.

Spra­wy przy­bra­ły jed­nak inny ob­rót. Tak, jak to było w przy­pad­ku so­cy­nian, szwedz­ki na­jazd na Pol­skę oka­zał się dla „bra­ci cze­skich” – któ­rzy uwa­ża­li na­dej­ście Szwe­dów za bło­go­sła­wień­stwo – praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą. Tak otwar­te po­pie­ra­nie Szwe­dów przez „bra­ci” wzbu­rzy­ło krew w wie­lu Po­la­kach, a część z nich wy­ko­rzy­sta­ło oka­zję, aby za­ła­twić swe po­ra­chun­ki z pro­te­stan­ta­mi. Pro­tek­cja obie­ca­na przez Wit­ten­ber­ga nie wy­star­czy­ła na dłu­go, a przy­najm­niej nie da­lej, niż za­sięg, jaki mia­ły jego dwu­na­sto­fun­to­we dzia­ła. Kie­dy więc je­sie­nią 1655 roku wy­bu­chło an­tysz­wedz­kie po­wsta­nie, „bra­cia” sta­li się obiek­tem prze­śla­do­wań, któ­re prze­mie­ni­ły się w zwy­kłe akty prze­mo­cy, gdy tyl­ko woj­ska szwedz­kie sta­cjo­nu­ją­ce wo­kół Lesz­na od­da­li­ły się na po­łu­dnie. W grud­niu 1655 roku po­ło­że­nie Ko­men­sky’ego i jego bra­ci w wie­rze sta­ło się tak dra­ma­tycz­ne, że mu­siał on zwró­cić się do Ka­ro­la Gu­sta­wa o po­zwo­le­nie na opusz­cze­nie Lesz­na i osie­dle­nie się w in­nym, bez­piecz­niej­szym miej­scu. Żą­da­nie to zo­sta­ło przez kró­la od­rzu­co­ne. Póź­ną wio­sną 1656 roku Lesz­no zo­sta­ło za­ata­ko­wa­ne przez pol­skich po­wstań­ców. Wie­lu miesz­kań­ców mia­sta pró­bo­wa­ło uciec, ale zo­sta­li do­ści­gnię­ci i za­bi­ci. Pol­ski do­wód­ca pró­bo­wał na­wet oca­lić mia­sto, ale uzbro­je­ni chło­pi nie chcie­li na­wet o tym sły­szeć i pu­ści­li je z dy­mem. Ci z „bra­ci”, któ­rzy uszli z ży­ciem, utra­ci­li cały swój ma­ją­tek. Co­me­niu­so­wi uda­ło się co praw­da do­trzeć do wojsk szwedz­kich sta­cjo­nu­ją­cych w Pru­sach, ale w Lesz­nie prze­pa­dła cała jego bi­blio­te­ka i wie­le cen­nych rę­ko­pi­sów. Opi­sy­wa­ne zda­rze­nia mó­wią nam wie­le na te­mat re­li­gij­no­ści „bra­ci” i ich fa­na­ty­zmu, bo na­wet tak nie­bez­piecz­ne przej­ścia nie wzbu­dzi­ły w nich wąt­pli­wo­ści co do tre­ści apo­ka­lip­tycz­nych prze­po­wied­ni.

A było ich spo­ro tego roku. La­tem 1655 roku czo­ło­wy gło­si­ciel ob­ja­wio­nych prawd, Mi­ku­las Dra­bik, do­świad­czył wi­zji od­no­szą­cej się do Dnia. Treść prze­ka­zu była jed­no­znacz­na: osta­tecz­na roz­pra­wa z An­ty­chry­stem była tuż, tuż, cza­sy osta­tecz­ne zbli­ża­ły się wiel­ki­mi kro­ka­mi. Wie­le osób, któ­re ob­da­rzo­ne zo­sta­ło wi­zja­mi, zga­dza­ło się, że woj­na roz­pocz­nie się od zjed­no­cze­nia się państw pół­no­cy, wscho­du i za­cho­du. Kie­dy mia­ło to na­stą­pić? Eks­cy­ta­cja, wy­li­cze­nia i suk­ce­sy od­no­szo­ne przez Szwe­dów skła­nia­ły do wska­za­nia wła­śnie 1655 roku. Kie­dy jed­nak pro­gno­za ta nie spraw­dzi­ła się, wie­lu in­nych miesz­kań­ców Eu­ro­py, nie bio­rą­cych bez­po­śred­nie­go udzia­łu w roz­gry­wa­ją­cych się wy­da­rze­niach, za­czę­ło szu­kać od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, wy­ko­rzy­stu­jąc wie­dzę ka­ba­li­stycz­ną, aby dojść do wspól­nej daty: 1656 roku… no może 1657.

Nie­któ­re z tych prze­po­wied­ni spraw­dza­ły się. Ci, któ­rzy wie­rzy­li w to, że prze­wi­dy­wa­nym ro­kiem jest rok 1655, kie­ro­wa­li się przy­ję­tą przez naj­bar­dziej sza­no­wa­ne krę­gi spe­cja­li­stów od Apo­ka­lip­sy datą 1260 roku, uwa­ża­ną za rok, w któ­rym mia­ło na­dejść Kró­le­stwo Boże; taką datę po­da­li ta­jem­ni­czy Jo­achi­mi­ci8; do­da­no do niej 395 lat, otrzy­mu­jąc rok 1655, kie­dy to paść mia­ły wszyst­kie po­gań­skie świą­ty­nie znaj­du­ją­ce się jesz­cze w chrze­ści­jań­skim świe­cie. Nie­któ­rzy opo­wia­da­li się jed­nak za ro­kiem 1656, po­nie­waż je­śli pod­su­mo­wać dłu­gość ży­cia wszyst­kich pa­triar­chów wy­mie­nio­nych w pią­tej Księ­dze Moj­że­szo­wej9, otrzy­my­wa­ło się wła­śnie licz­bę 1656. Nie­praw­da – twier­dzi­li inni; bo je­śli wziąć licz­bę Be­stii z Księ­gi Apo­ka­lip­sy, to zna­czy licz­bę 666, tak ulu­bio­ną przez wszyst­kich ka­ba­li­stów, a po­tem ją po­dwo­ić, to uzy­sku­je się licz­bę 1332. A je­śli do­dać do niej licz­bę 325, od­po­wia­da­ją­cą da­cie I So­bo­ru Ni­cej­skie­go, to daje to w su­mie licz­bę 1657. Quod erat de­mon­stran­dum. swój przy­czy­nek do tych roz­wa­żań do­ło­żył tak­że Wil­liam Lil­ly, słyn­ny an­giel­ski astro­log10. Bar­dzo po­pu­lar­nym ele­men­tem tego ro­dza­ju li­te­ra­tu­ry w XVII wie­ku były tzw. pro­gno­sty­ki, któ­re wy­da­wa­no wszę­dzie… za­wie­ra­ły one ko­men­ta­rze do wy­da­rzeń w za­koń­czo­nym roku, a jed­no­cze­śnie pi­sa­no o tym, co zda­rzy się w nad­cho­dzą­cym roku. Ob­rot­ny Lil­ly oczy­wi­ście wkrę­cił się w ten lu­kra­tyw­ny in­te­res. W swym pro­gno­sty­ku na 1656 rok wy­mie­nił co praw­da Szwe­dów i Ka­ro­la Gu­sta­wa, ale w spo­sób dość mgli­sty, co było ty­po­wą ce­chą dla ca­łe­go ga­tun­ku. Kie­dy jed­nak przy­szło do od­czy­ty­wa­nia zna­ków od­no­szą­cych się do 1657 roku, gwiaz­dy oka­za­ły się o wie­le bar­dziej czy­tel­ne i zro­zu­mia­łe. Su­per­no­wa, któ­rą w 1572 roku od­krył Ty­cho Bra­he, a któ­ra w 1630 roku zwia­sto­wać mia­ła w Niem­czech na­dej­ście Gu­sta­wa Adol­fa, Lil­ly po­sta­no­wił po­trak­to­wać jako za­po­wiedź przyj­ścia Ka­ro­la Gu­sta­wa i jego suk­ce­sów w Pol­sce: to wła­śnie on miał być obie­cy­wa­nym Lwem z Pół­no­cy, i nikt inny. An­glik ob­wie­ścił też z dużą pew­no­ścią sie­bie, że nad­cho­dzą­cy rok bę­dzie cza­sem trium­fów dla szwedz­kie­go kró­la i jego ar­mii.

„Bra­cia cze­scy” spra­gnie­ni byli do­brych wia­do­mo­ści jak gle­ba desz­czu, to­też ogar­nę­ło ich go­rącz­ko­we pod­nie­ce­nie. Układ, jaki pro­te­stanc­ka Szwe­cja za­war­ła je­sie­nią 1656 r. z pro­te­stanc­ką Ho­lan­dią i pro­te­stanc­ką Bran­den­bur­gią tłu­ma­czo­no so­bie oczy­wi­ście w naj­lep­szy z moż­li­wych spo­so­bów. Czyż nie był to po­czą­tek wiel­kiej, an­ty­ka­to­lic­kiej unii, któ­rą nie­któ­rzy prze­po­wia­da­li, któ­rej wie­lu so­bie ży­czy­ło, a wie­lu in­nych oba­wia­ło? Jed­nak pod ko­niec 1656 roku zda­rzy­ły się dwie rze­czy. Spra­wi­ły one, że ocze­ki­wa­nia „cze­skich bra­ci” mu­sia­ły przy­brać zu­peł­nie inny kie­ru­nek, a wie­lu in­nych, któ­rzy wią­za­li z nimi na­dzie­je, za­czę­ło z tro­ską za­sta­na­wiać się, czy wszyst­kie te apo­ka­lip­tycz­ne prze­po­wied­nie rze­czy­wi­ście były praw­dzi­we.

Było rze­czą oczy­wi­stą, że wy­co­fa­nie się wojsk szwedz­kich póź­nym la­tem 1656 roku z cen­tral­nych re­gio­nów Rzecz­po­spo­li­tej wy­ko­rzy­sta­ne zo­sta­nie przez ich prze­ciw­ni­ków. Mimo to za­rów­no Ka­rol Gu­staw, jak i jego oto­cze­nie za­sko­cze­ni zo­sta­li dal­szym roz­wo­jem wy­da­rzeń, co zmu­si­ło ich do za­ję­cia się in­ny­mi kwe­stia­mi niż dy­plo­ma­cja czy stan zdro­wot­ny ar­mii. Po bi­twie pod War­sza­wą Jan Ka­zi­mierz po­now­nie zdo­łał zgro­ma­dzić roz­pro­szo­ne siły, a z do­star­cza­nych mu ra­por­tów fak­tycz­nie wy­ni­ka­ło, że Szwe­dzi rze­czy­wi­ście roz­po­czę­li ge­ne­ral­ny od­wrót w stro­nę wy­brze­ża. W ob­li­czu tych wy­da­rzeń do­wódz­two pol­skie zde­cy­do­wa­ło się na pod­ję­cie kontr­ofen­sy­wy. Za­miast jed­nak prze­bi­jać się w wi­do­wi­sko­wy spo­sób przez ob­sa­dzo­ny szwedz­ki­mi za­ło­ga­mi łań­cuch twierdz i miast, cią­gną­cy się łu­kiem na dłu­giej prze­strze­ni i two­rzą­cy swe­go ro­dza­ju tar­czę ochron­ną mię­dzy wy­brze­żem a po­zo­sta­ły­mi re­gio­na­mi kra­ju, po­sta­no­wio­no obejść całą li­nię obron­ną od ze­wnątrz.

Po raz ko­lej­ny po­twier­dzi­ło się, że złe opi­nie krą­żą­ce w spo­łe­czeń­stwie pol­skim na te­mat Jana Ka­zi­mie­rza nie za­wsze znaj­do­wa­ły uza­sad­nie­nie. Jego za­miar był do­brze prze­my­śla­ny. Król pla­no­wał mia­no­wi­cie dwa jed­no­cze­sne na­tar­cia, któ­re po­rów­nać moż­na z wal­ką dwóch za­pa­śni­ków, z któ­rych je­den pró­bu­je ob­jąć w pa­sie swe­go prze­ciw­ni­ka. Na wscho­dzie ar­mia zło­żo­na głów­nie z Li­twi­nów i Ta­ta­rów mia­ła przejść przez re­gio­ny nad­gra­nicz­ne, a po­tem wkro­czyć do Prus Wschod­nich. Na za­cho­dzie głów­ne siły pod oso­bi­stym do­wódz­twem Jana Ka­zi­mie­rza mia­ły do­trzeć sze­ro­kim łu­kiem przez Wiel­ko­pol­skę do Prus Kró­lew­skich, Gdań­ska, aż do wy­brze­ża. Pla­no­wa­no też wy­wie­rać sta­ły na­cisk na Szwe­dów i Bran­den­bur­czy­ków w in­nych miej­scach i w in­nej for­mie. Kra­ków, ostat­nia szwedz­ka twier­dza na po­łu­dniu, była już od­cię­ta od do­staw i kon­tak­tów z ze­wnątrz; te­raz cho­dzi­ło o to, aby przy­stą­pić do for­mal­ne­go ob­lę­że­nia mia­sta. Szlach­ta wiel­ko­pol­ska wcho­dzą­ca w skład po­spo­li­te­go ru­sze­nia mia­ła z ko­lei roz­nie­cić pło­mień woj­ny po­przez wkro­cze­nie do Nie­miec, aby za­ata­ko­wać część Po­mo­rza na­le­żą­cą do Bran­den­bur­gii.