Lata wojenTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

  Dedykacja

  Podziękowania

  OD REDAKCJI

  OD AUTORA

  Człowiek w szuwarach 1 Nikt nie wyjdzie z tego żywy! 2 Ostatnie osiemdziesiąt metrów 3 Po 19 dniach poszli wreszcie po rozum do głowy

  Pierwsze lata 1 Ten marny świat 2 Błyskawica na horyzoncie 3 Nauka i kara

  Wojna w Niemczech 1 To ja jestem Lwem z Północnego Kraju 2 Pięć strzałów w listopadzie 3 Podbiliśmy cudzy kraj i zrujnowaliśmy nasz własny 4 Ziemia pokryta była ciałami zabitych

  Punkty zwrotne 1 Najważniejsze są pieniądze 2 Wielu zaczynało wierzyć, że nie ma już Boga 3 Niezwykłe opady śniegu w Beroun 4 Wiek dorosły

  Chrzest bojowy 1 Śmierć wojownika 2 Kokardy zadziwiają lud 3 Za skorpionem pełznie wąż 4 I tak oto nieoczekiwanie dostałem się między tryby wojny…

  Wojna duńska 1 W garnku kipi coraz bardziej 2 Błyskawiczna wojna na północy 3 Żyliśmy w towarzystwie śmierci 4 W końcu stary lis wpadł w nasze sidła!

  Zwycięstwa i porażki 1 Prawie jak chłopiec 2 Wielka bitwa pod Fehmarn 3 Cztery mile do Wiednia 4 Ostatnie spotkanie przy okrągłym kamieniu

  Stracone okazje 1 Niezwykłe oblężenie miasta Brünn 2 Żyjemy jak zwierzęta, jemy korę i trawę 3 Pisarz zostaje żołnierzem 4 Jedenaście beczek prochu w mieście Demmin

  Pokój westfalski 1 Dwa bunty. Historia zatacza koło 2 Bitwa pod Zusmarshausen 3 Wielki wyczyn Königsmarcka 4 Zawarliśmy pokój – i co teraz?

  Ostatnie echa wojny 1 Szwecja zajmuje nowe ziemie w Afryce i Ameryce 2 Niezadowolenie i złość osiągnęły tak wysoki poziom! 3 Jak zdobyć hrabiowski kapelusz 4 Do Jerozolimy!

  Wybór drogi 1 Pod tym znakiem zwyciężać będziesz 2 Katastrofa nad Delaware 3 Abdykacja królowej 4 Wybór drogi

  BIOGRAFIE BOHATERÓW KSIĄŻKI

  SŁOWNICZEK

  Obrazy

  Przypisy

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Pe­ter En­glund Ofräl­se

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Kwiat­kow­ska

Ilu­stra­cje: z ory­gi­na­łu oraz ze zbio­rów Cen­tral­ne­go Mu­zeum Mor­skie­go w Gdań­sku

Ry­su­nek na okład­ce i szki­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

Przy­go­to­wa­nie okład­ki i ilu­stra­cji oraz skład: Piotr M. Ro­gal­ski

Ory­gi­nal­na wer­sja ni­niej­szej książ­ki wy­da­na zo­sta­ła przez Atlan­tis, Stoc­kholm.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Pe­ter En­glund / Bok­for­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by „Fin­na”

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-64141-08-9

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2003

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: (48) 603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę po­świę­cam tym,

któ­rych spo­tka­łem na li­nii fron­tu

w cza­sie wi­zy­ty w Chor­wa­cji w 1991,

a któ­rych nie ma już mię­dzy ży­wy­mi.


What pas­sing-bells for tho­se who die like cat­tle?

Du musst her­schen und ge­win­nen,

Oder die­nen und ver­lie­ren,

Le­iden oder trium­phie­ren,

Am­boss oder Ham­mer sein

J. W von Go­ethe

Bet Kind­chen, bet, mor­gen kommt der Schwed.

Frag­ment ko­ły­san­ki z okre­su woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej.

Po­dzię­ko­wa­nia dla

Am­ba­sa­dy Szwe­cji

Kon­su­la­tu Szwe­cji w Gdań­sku

Ho­te­lu „Ra­di­son SAS”

za po­moc w or­ga­ni­za­cji spo­tka­nia z au­to­rem książ­ki

OD REDAKCJI

Czy­tel­nik, któ­ry weź­mie do ręki książ­kę En­glun­da, nie bę­dzie mógł się od niej ode­rwać. I to nie dla­te­go, że jest ona po­wle­czo­na kle­jem. Co jest tym ma­gne­sem, któ­ry nas przy­cią­ga i po­wo­du­je, że nie mo­że­my odło­żyć lek­tu­ry, do­pó­ki jej nie skoń­czy­my? Naj­prost­sza od­po­wiedź brzmi: „ten fa­cet po pro­stu ma ta­lent!”. I to ta­lent na mia­rę Nor­ma­na Da­vi­sa czy też Ro­ber­ta Mas­sie. En­glund, pi­sząc w spo­sób nie­zwy­kle su­ge­styw­ny i pla­stycz­ny, otwie­ra na­sze po­kła­dy wy­obraź­ni i spra­wia że wraz z nim za­głę­bia­my się w epo­kę. Au­tor sta­ra się nam przy­bli­żyć jej re­alia w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Dzię­ki nie­mu spo­glą­da­my na ży­cie w tam­tych cza­sach ocza­mi bied­nych i bo­ga­tych, pro­stych żoł­nie­rzy i do­wód­ców ar­mii, wy­gra­nych i prze­gra­nych. Za­glą­da­my do pa­ła­ców, ale tak­że i do pro­stych chat. Wy­star­czy tyl­ko przy­mknąć oczy, aby wsłu­chać się w od­gło­sy mia­sta, usły­szeć zgiełk bi­tew, czy krzyk nowo na­ro­dzo­ne­go dziec­ka… En­glund, ni­czym prze­wod­nik, pro­wa­dzi nas za rękę po cza­sach woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej, za­glą­da­jąc tu i ów­dzie, po­ka­zu­jąc ży­cie we wszel­kich jego prze­ja­wach. Czy­ni to jak­by mi­mo­cho­dem, na tle lo­sów głów­ne­go bo­ha­te­ra książ­ki, Eri­ca Dahl­ber­ga. Opi­sa­nie jego losu, losu czło­wie­ka znaj­du­ją­ce­go się w po­ło­wie dra­bi­ny hie­rar­chii spo­łecz­nej, któ­re­go ży­cie oscy­lo­wa­ło mie­dzy bie­dą a bo­gac­twem, jest wła­śnie oka­zją do od­ma­lo­wa­nia pió­rem tak peł­ne­go ob­ra­zu epo­ki.

 

En­glund uczy nas rów­nież po­ko­ry wo­bec tam­tych lu­dzi. Udo­wad­nia, że czło­wiek z tam­tej epo­ki po­tra­fił pew­ne rze­czy ro­bić le­piej niż my, po­ko­le­nie XXI wie­ku. Mało tego. Twier­dzi, że umie­jęt­no­ści prak­tycz­ne prze­cięt­ne­go czło­wie­ka tam­tych cza­sów prze­wyż­sza­ją umie­jęt­no­ści współ­cze­sne­go czło­wie­ka, wy­spe­cja­li­zo­wa­ne­go w wą­skim od­cin­ku wie­dzy. I… trud­no nie przy­znać mu ra­cji…

Sama woj­na jest przed­sta­wio­na przez au­to­ra w spo­sób mi­strzow­ski. Jego ana­li­za dzia­łań wo­jen­nych jest lo­gicz­na i spój­na. A syl­wet­ki głów­nych jej bo­ha­te­rów, do­wód­ców ar­mii, au­tor pre­zen­tu­je re­we­la­cyj­nie. Sta­ra się przy­bli­żyć nam ce­chy ich cha­rak­te­ru, wnik­nąć w psy­chi­kę, po­ka­zać przy­zwy­cza­je­nia i sła­bo­ści, ana­li­zo­wać ich de­cy­zje w sze­ro­kim kon­tek­ście wy­da­rzeń. A wszyst­ko to jest okra­szo­ne masą szcze­gó­łów, re­la­cja­mi z pierw­szej ręki, któ­re tak ubar­wia­ją i uwia­ry­god­nia­ją hi­sto­rię tej woj­ny. Nig­dy nie in­te­re­so­wa­łem się woj­ną trzy­dzie­sto­let­nią, ani tą epo­ką. A jed­nak En­glund mnie po­rwał, spra­wił, że wraz z każ­dą prze­czy­ta­ną stro­ną mój po­dziw dla nie­go wzra­stał. Tak na­praw­dę to szko­da, że zo­stał człon­kiem ko­mi­sji Aka­de­mii Sztok­holm­skiej, przy­zna­ją­cej na­gro­dę No­bla. Je­że­li bo­wiem kan­dy­do­wał­by do niej, to i tak by po­wie­dzia­no, że za­ła­twił to so­bie po zna­jo­mo­ści…

Jest zaś nie­za­prze­czal­nym fak­tem, że wa­lo­ry li­te­rac­kie jego ksią­żek pre­dys­po­nu­ją go do otrzy­ma­nia tej na­gro­dy, i że jego rola po­pu­la­ry­za­to­ra hi­sto­rii – nie tyl­ko w Szwe­cji, ale i w Eu­ro­pie – jest obec­nie ol­brzy­mia…

Dro­gi Czy­tel­ni­ku, je­śli chcesz wraz z En­glun­dem uru­cho­mić we­hi­kuł cza­su, prze­no­sząc się w inną epo­kę, to za­pra­szam…

An­drzej Ryba

OD AUTORA

Przed kil­ku laty za­bra­łem się dość lek­ko­myśl­nie za pi­sa­nie tej książ­ki. W mia­rę upły­wu cza­su ogrom pra­cy sta­wał się co­raz więk­szy. Aby unik­nąć ogól­ni­ków i ba­nal­nych skró­tów za­czą­łem co­raz bar­dziej za­głę­biać się w ma­te­rię, któ­rą się zaj­mo­wa­łem. Po­wo­dem tego było rów­nież i to, że co rusz sta­wa­łem w ob­li­czu wła­snej nie­wie­dzy. Chcę jed­nak pod­kre­ślić, że ni­cze­go nie ża­łu­ję.

Cen­tral­ną po­sta­cią tej książ­ki jest Erik Jöns­son, któ­ry po uzy­ska­niu ty­tu­łu szla­chec­kie­go przy­brał na­zwi­sko Dahl­bergh. Książ­ki tej nie na­le­ży jed­nak trak­to­wać jako jego bio­gra­fii, po­nie­waż po­stać Eri­ka nie zaj­mu­je mnie aż tak bar­dzo. Je­że­li ktoś chciał­by tu zna­leźć do­kład­ny opis jego pra­cy i ży­cia bę­dzie tro­chę za­wie­dzio­ny. Dla mnie Erik stał się przede wszyst­kim przed­sta­wi­cie­lem swej epo­ki. To XVII wiek, okres cha­osu, sta­ra­łem się tu przed­sta­wić. Głów­nym przed­mio­tem mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia jest, jak sam ty­tuł wska­zu­je, woj­na. Książ­ka opo­wia­da więc o tym, jak pro­wa­dzi się woj­nę, jak ona wy­glą­da­ła i jak kształ­to­wa­ła kul­tu­rę, spo­łe­czeń­stwo i hi­sto­rię Szwe­cji oraz po­zo­sta­łej czę­ści Eu­ro­py. Po­ka­zu­je też, jak woj­na kształ­to­wa­ła lu­dzi, któ­rzy do­sta­li się w jej try­by. Pi­sząc „woj­na” mam na my­śli woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią. Sta­ła się ona bez wąt­pie­nia naj­więk­szym i naj­bar­dziej wpły­wo­wym wy­da­rze­niem ca­łe­go stu­le­cia, ka­ta­stro­fą o nie­spo­ty­ka­nych do tej pory roz­mia­rach, któ­ra wstrzą­snę­ła ca­łym kon­ty­nen­tem. Punkt cięż­ko­ści przy­pa­da na jej póź­niej­szą fazę, a więc na okres, któ­ry za­zwy­czaj przed­sta­wia­ny jest w spo­sób dość ogól­ni­ko­wy. Bo prze­cież w la­tach trzy­dzie­stych ze sce­ny znie­sio­no naj­słyn­niej­szych he­ro­sów tej epo­ki! Frie­drich von Schil­ler w swych utwo­rach opo­wia­da­ją­cych o tam­tej woj­nie stwier­dza, że tym sa­mym zni­kła gdzieś jed­ność ak­cji – po­gląd ten po­dzie­la mniej lub bar­dziej świa­do­mie wie­lu hi­sto­ry­ków. Za­tra­cił się gdzieś sens kon­flik­tu i jego ro­man­tycz­na otocz­ka. Po­zo­sta­ła tyl­ko woj­na, któ­rą nie­wie­lu od­wa­ży­ło się kie­ro­wać, któ­rej nikt nie był w sta­nie kon­tro­lo­wać i z po­wo­du któ­rej wszy­scy cier­pie­li.

Dla tych czy­tel­ni­ków, któ­rzy ze­chcą do­kład­nie śle­dzić prze­bieg wy­da­rzeń i ru­chy wojsk, nie­oce­nio­na po­mo­cą mogą być za­łą­czo­ne mapy. Moż­na dzię­ki nim do­wie­dzieć się pod­sta­wo­wych fak­tów od­no­szą­cych się do geo­gra­fii Nie­miec – zwłasz­cza tego, w ja­kim sto­sun­ku po­zo­sta­wa­ły wo­bec sie­bie tak wiel­kie re­gio­ny jak Po­mo­rze, Sak­so­nia, Cze­chy i Ba­wa­ria (chciał­bym też zwró­cić uwa­gę czy­tel­ni­ka na słow­nik ter­mi­nów hi­sto­rycz­nych i woj­sko­wych sta­no­wią­cych za­łącz­nik do książ­ki).

Na szczę­ście woj­na to nie wszyst­ko. Moją am­bi­cją sta­ło się, aby oprócz zda­rzeń to­czą­cych się w ra­mach wiel­kiej po­li­ty­ki, a tak­że opo­wie­ści o mło­dym Eri­ku Dahl­ber­ghu i jego wę­drów­ce przez świat, któ­ry – jak to wy­ra­ził się Tho­mas Mann – „czer­pie swą moc z wy­sy­sa­nej krwi, zbrod­ni i po­żą­da­nia, ale któ­ry jed­no­cze­śnie jest nie­śmier­tel­ny w bla­sku swe­go grze­chu i nie­do­li”, włą­czyć do książ­ki trze­ci wą­tek o cha­rak­te­rze kul­tu­ral­no-hi­sto­rycz­nym, któ­re­go rola po­le­ga­ła­by na po­ka­za­niu jak żyło się w tym nie­zwy­kłym stu­le­ciu. By­ło­by za­ro­zu­mial­stwem z mej stro­ny na­zwa­nie efek­tu tych za­mie­rzeń syn­te­zą. No, może tyl­ko w jed­nym aspek­cie. Wszy­scy hi­sto­ry­cy wspi­na­ją się, jak wia­do­mo, po ple­cach swych po­przed­ni­ków, więc na­wet po­bież­ne przej­rze­nie wszyst­kich do­stęp­nych źró­deł i opra­co­wań do­wo­dzi, jak bar­dzo re­zul­tat na­szej pra­cy za­le­ży od wy­ni­ków pra­cy na­szych ko­le­gów po fa­chu. I cho­ciaż ni­niej­sza książ­ka prze­zna­czo­na jest dla od­bior­ców spo­za śro­do­wisk aka­de­mic­kich, to są­dzę, że może być rów­nież po­moc­na dla tych, któ­rzy w spo­sób so­lid­ny pod­cho­dzą do kwe­stii ba­dań na­uko­wych. Chciał­bym po­dzię­ko­wać nie­któ­rym oso­bom za ich ko­men­ta­rze, za­chę­ty, uwa­gi i wszel­ką inną po­moc. Są nimi: Lars Bur­man, Stel­lan Dahl­gren, Kri­stian Gran­ström, Anna He­ino, Asa Karls­son, Mi­chał Kop­czyń­ski, Ola Lar­smo, Erik Lön­n­roth, Sti­na Pe­ter­son i Hans Vi­lius. Dzię­ku­ję też tym, któ­rzy w trak­cie mo­ich po­dró­ży śla­da­mi Eri­ka Dahl­ber­gha udzie­la­li mi po­mo­cy, a na­wet za­pra­sza­li mnie w pro­gi swo­ich do­mów. By­cie hi­sto­ry­kiem to tro­chę trud­ne i kło­po­tli­we za­ję­cie. Hi­sto­ryk otrzy­mu­je bo­wiem dar oglą­da­nia tego, cze­go inni nig­dy nie zo­ba­czą i prze­ży­wa­nia tego, cze­go nig­dy nie do­świad­cza zwy­kły czło­wiek. Dla mnie oso­bi­ście ob­raz, jaki wy­ła­nia się z daw­nych źró­deł, do któ­rych mia­łem do­stęp, jest wy­star­cza­ją­cą na­gro­dą. Naj­waż­niej­sze dla mnie były bo­wiem spo­tka­nia z tzw. zwy­kły­mi ludź­mi i świa­do­mość tego, jak bar­dzo spra­gnie­ni są no­wej wie­dzy. To wła­śnie te chwi­le na­da­ją sens mo­jej pra­cy i roz­wie­wa­ją uczu­cie próż­no­ści, któ­re po­ja­wia się cza­sa­mi w chwi­lach, kie­dy ob­cu­je się z prze­szło­ścią.

Pe­ter En­glund

Człowiek w szuwarach

1 Nikt nie wyjdzie z tego żywy!

Od chwi­li, kie­dy opu­ścił We­ne­cję, deszcz pa­dał nie­ustan­nie. W cią­gu ośmiu dni aż pięć razy zmie­niał ka­pe­lusz, po­nie­waż z po­wo­du cią­gle le­ją­cej się z nie­ba wody jego poły zu­peł­nie się roz­kle­iły i na­kry­cie gło­wy sta­ło się nie­zdat­ne do użyt­ku… jed­nak mimo to mło­dy męż­czy­zna nie za­trzy­my­wał się, bo spie­szy­ło mu się na nową woj­nę.

Było rze­czą oczy­wi­stą, że za­trzy­mał się na kil­ka dni we Flo­ren­cji – tam­tej­szy ksią­żę po­da­ro­wał mu bo­wiem i jego to­wa­rzy­szom po­dró­ży sześć fla­szek wina mar­ki Ver­dea, a tak­że kosz z owo­ca­mi i dzi­czy­zną. A wszyst­ko to tyl­ko dla­te­go, że przy­bysz po­cho­dził z po­tęż­ne­go kró­le­stwa na pół­no­cy, prze­ciw­ko któ­re­mu brat księ­cia wal­czył wcze­śniej w cza­sie wiel­kiej woj­ny. Te­raz mło­dy czło­wiek je­chał dniem i nocą krę­ty­mi, gór­ski­mi dro­ga­mi przez Alpy, zo­sta­wia­jąc za sobą Inns­bruck i No­rym­ber­gę. Kie­dy nie­bo tro­chę się roz­ja­śni­ło – a było to w oko­li­cach Bam­ber­gu – mógł przy­śpie­szyć nie­co jaz­dę. W sza­lo­nym tem­pie mi­nął Jenę, Lipsk, Wit­tem­ber­gę i Ber­lin. Nocą 11 lip­ca, po ca­ło­dzien­nej, 180-ki­lo­me­tro­wej jeź­dzie na ko­niu, do­tarł wy­czer­pa­ny do Szcze­ci­na. Mi­nę­ły 23 dni od chwi­li, kie­dy opu­ścił spa­lo­ny słoń­cem Rzym.

Wła­ści­wie to za­mie­rzał od­po­cząć w Szcze­ci­nie, któ­ry był dla nie­go nie­mal mia­stem ro­dzin­nym. Ale w por­cie stał już pę­ka­ty ga­liot szy­ku­ją­cy się do rej­su do Prus. Jego ła­du­nek sta­no­wi­ła amu­ni­cja. Gdy­by nie sko­rzy­stał z tej oka­zji, mu­siał­by cze­kać po­nad pół­to­ra mie­sią­ca, a tyle cza­su już nie miał. Dla­te­go bez wa­ha­nia wszedł na po­kład.

Sil­ny wiatr wy­pro­wa­dził ich na wody Bał­ty­ku. Sta­tek kie­ro­wał się wzdłuż wy­brze­ża, a trzy dni póź­niej wpły­nął do Pi­la­wy – ma­łe­go, wschod­nio­pru­skie­go mia­stecz­ka. Stam­tąd nasz wę­dro­wiec pra­wie na­tych­miast ru­szył w dal­szą dro­gę, w głąb lądu. Na­stęp­ne­go dnia spo­tkał pew­ne­go ma­jo­ra, któ­ry rów­nież zmie­rzał do miej­sca, gdzie kwa­te­ro­wa­ła ar­mia szwedz­ka – gdzieś na pół­noc od War­sza­wy. Obaj skie­ro­wa­li się te­raz na po­łu­dnie wzdłuż Wi­sły, a zmie­niw­szy w To­ru­niu ko­nie, pod wie­czór 17 lip­ca do­tar­li wresz­cie do obo­zu, w któ­rym sta­cjo­no­wa­ły zjed­no­czo­ne ar­mie szwedz­ka i bran­den­bur­ska. Mia­sto na­zy­wa­ło się Nowy Dwór i znaj­do­wa­ło się w miej­scu, gdzie Bug wpa­da do Wi­sły. Ostat­ni od­ci­nek dro­gi prze­mie­rzy­li po za­ora­nych po­lach, aż do wa­łów obron­nych ota­cza­ją­cych obóz, przy­bra­nych wspa­nia­ły­mi fla­ga­mi; prze­szli przez fosę, mi­nę­li straż­ni­ków i prze­ma­sze­ro­wa­li wśród obo­zo­wych ognisk, wo­zów i dłu­gich, rów­nych rzę­dów na­mio­tów oraz po­wią­za­nych koni. Nasz wę­dro­wiec do­tarł wresz­cie do celu.

Ale na­wet i te­raz nie zna­lazł chwi­li wy­tchnie­nia.

Woj­sko go­to­wa­ło się wła­śnie do bi­twy. Póź­nym wie­czo­rem żoł­nie­rze, ich ro­dzi­ny i wszy­scy cy­wi­le roz­po­czę­li wy­marsz z obo­zu, kie­ru­jąc się na po­łu­dnio­wy wschód. W za­pa­da­ją­cym co­raz gęst­szym zmro­ku jed­na ko­lum­na wojsk cią­gnę­ła za dru­gą; od­dzia­ły mi­ja­ły ko­lej­no oto­czo­ny mu­rem cmen­tarz, scho­dzi­ły w po­ro­śnię­tą krze­wa­mi do­li­nę rzecz­ną, po czym prze­kra­cza­ły Bug po nie­daw­no ukoń­czo­nym mo­ście. Cała ar­mia roz­cią­gnię­ta była na kształt po­tęż­ne­go, wi­ją­ce­go się węża – jego dłu­gość do­cho­dzi­ła do trzech mil. Naj­pierw po­ja­wi­ła się jaz­da: szwa­dro­ny z Öst­göta, Up­plan­du, Smålan­du, Fi­no­wie i na­jem­ni­cy; 7500 lu­dzi two­rzy­ło 37 szwa­dro­nów. Za nimi to­czy­ło się 58 dział ar­ty­le­ryj­skich. Da­lej ma­sze­ro­wa­ła już pie­cho­ta: od­dzia­ły z Väst­göta, Ska­ra­bor­ga, Söder­man­lan­du i in­nych pro­win­cji. Łącz­nie 2000 lu­dzi po­dzie­lo­nych na sześć bry­gad. Czło­wiek za czło­wie­kiem.

Ko­lum­ny lu­dzi i koni po­su­wa­ły się po­wo­li, z pręd­ko­ścią oko­ło trzech ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Przez całą noc w oko­li­cy sły­chać było od­głos dud­nią­cych o zie­mię stóp, stu­kot ko­pyt koń­skich i skrzy­pie­nie mo­stu, któ­ry zbu­do­wa­no przed pię­cio­ma dnia­mi, a któ­ry te­raz ugi­nał się pod cię­ża­rem woj­ska. Ta­bo­ry zo­sta­ły w obo­zie, a żoł­nie­rzom roz­ka­za­no, aby po­bra­li pro­wiant na trzy dni. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło więc na to, że czas bi­twy zbli­żał się nie­uchron­nie.

 

Tyl­ko nie­wie­lu orien­to­wa­ło się, do­kąd tak na­praw­dę kie­ro­wa­ła się ar­mia. Na wpół śpią­cy żoł­nie­rze tło­czy­li się na sto­ją­co w prze­su­wa­ją­cych się po­wo­li ko­lum­nach. Dro­ga wio­dła na War­sza­wę, gdzie sta­cjo­no­wa­ła wiel­ka pol­sko-li­tew­ska ar­mia, a przy­najm­niej wy­obra­ża­no so­bie, że wła­śnie tam po­win­na się ona znaj­do­wać.

Prze­ciw­nik nie mógł być zbyt da­le­ko, bo w ciem­no­ściach nocy ro­iło się od po­je­dyn­czych od­dzia­łów jaz­dy li­tew­skiej, krą­żą­cych po oko­li­cy… jeźdź­cy ro­bi­li co tyl­ko mo­gli, aby prze­szko­dzić Szwe­dom w prze­mar­szu. Dzia­ła­li wszyst­kim na ner­wy, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie­wie­le mo­gli uczy­nić. Prze­pra­wa przez Bug od­by­wa­ła się w wol­nym tem­pie. Kie­dy oko­ło czwar­tej nad ra­nem nie­bo roz­ja­śni­ło się czer­wie­nią ju­trzen­ki, od­dzia­ły bran­den­bur­skie nadal sta­ły na pół­noc­nym brze­gu rze­ki. I wte­dy wła­śnie za­wa­lił się most.

Rze­mieśl­ni­cy i ro­bot­ni­cy wdra­pa­li się na­tych­miast na jego uszko­dzo­ny szkie­let i pod­czas gdy słoń­ce że­glo­wa­ło po nie­bie, pra­co­wa­li w go­rącz­ko­wym tem­pie przy na­pra­wie kon­struk­cji. Przez czte­ry go­dzi­ny dłu­gie ko­lum­ny żoł­nie­rzy i koni od­po­czy­wa­ły na zie­mi. A kie­dy w koń­cu na­pra­wio­no most, cięż­kie ciel­sko węża po­now­nie roz­cią­gnę­ło się, uka­zu­jąc swą peł­ną dłu­gość.

Był po­ra­nek dnia pierw­sze­go. Po­wie­trze stop­nio­wo na­grze­wa­ło się od słoń­ca. Żoł­nie­rze nadal kie­ro­wa­li się na po­łu­dnio­wy wschód. Po pra­wej stro­nie lśni­ła sze­ro­ka wstę­ga Wi­sły, po le­wej kon­tra­sto­wa­ła z nią zie­lo­na gę­stwi­na lasu, nad wszyst­kim zaś do­mi­no­wa­ło nie­bie­skie nie­bo. Oko­ło dwu­na­stej za­rzą­dzo­no po­stój, da­jąc żoł­nie­rzom tro­chę cza­su na spo­ży­cie po­sił­ku i od­po­czy­nek na piasz­czy­stej dro­dze. Gło­wa węża do­tar­ła wła­śnie do ma­łej wsi o na­zwie Ja­błon­na. W jej po­bli­żu do­szło już do kil­ku ma­łych po­ty­czek z li­tew­ski­mi pa­tro­la­mi. Wzię­to też do nie­wo­li pierw­szych pol­skich jeń­ców. Ale na ra­zie po­stój prze­cią­gał się.

Król Szwe­cji Ka­rol X Gu­staw oto­czo­ny wie­lo­ma in­ny­mi ary­sto­kra­ta­mi znik­nął w roz­sta­wio­nym wła­śnie na­mio­cie, aby spo­żyć po­si­łek i wziąć udział w na­ra­dzie wo­jen­nej. Do­wódz­two nie bar­dzo wie­dzia­ło, jak za­cho­wać się w obec­nej sy­tu­acji. Po chwi­li pod­ję­to chy­ba ja­kąś de­cy­zję, bo od­dział zło­żo­ny z oko­ło 600 ka­wa­le­rzy­stów i dra­go­nów do­siadł koni i od­je­chał na po­łu­dnie. Jed­no­cze­śnie woj­sku wy­da­no roz­kaz, aby usta­wi­ło się w szy­ku bo­jo­wym na polu ota­cza­ją­cym wio­skę. Sze­ro­ki na dwa i pół ki­lo­me­tra te­ren, roz­cią­ga­ją­cy się mię­dzy la­sem a brze­giem rze­ki, za­ro­ił się od jaz­dy i pie­cho­ty, usta­wio­nych w for­mie pro­sto­ką­ta. Aby zaś żoł­nie­rze ła­twiej mo­gli roz­po­zna­wać się na­wza­jem i od­róż­niać od nie­przy­ja­cie­la, po­wty­ka­li so­bie gar­ście sia­na za oto­ki cza­pek lub ob­wią­za­li nim ra­mio­na. Sze­re­gom po­da­no ha­sło, któ­re na dziś brzmia­ło: „Wspo­móż nas, Jezu”.

Oko­ło go­dzi­ny czwar­tej po po­łu­dniu żoł­nie­rze po­now­nie usły­sze­li ostre dźwię­ki trąb­ki, wzy­wa­ją­ce ich do wsia­da­nia na koń. Po­chód zno­wu ru­szył do przo­du w pro­mie­niach go­rą­ce­go słoń­ca… od­stęp mię­dzy rze­ką i la­sem znacz­nie się zmniej­szył, a pro­sto­kąt­ne for­ma­cje, z któ­rych skła­da­ły się po­szcze­gól­ne od­dzia­ły, tło­czy­ły się obok sie­bie. Da­le­ko na prze­dzie dał się też sły­szeć głu­chy od­głos wy­strza­łów. Awan­gar­da woj­ska na­tknę­ła się na nie­przy­ja­cie­la. Za­czę­ła się bi­twa.

Oto bo­wiem od­dział skła­da­ją­cy się z 600 lu­dzi starł się z pol­ską jaz­dą. Po krót­kiej wal­ce Po­la­cy umknę­li na po­łu­dnie. Szwedz­cy ka­wa­le­rzy­ści rzu­ci­li się za nimi z ko­py­ta i go­ni­li w sza­leń­czym po­ści­gu przez pra­wie pół mili. Su­cha pora roku oraz kurz za­le­ga­ją­cy zie­mię spra­wi­ły, że i ści­ga­ją­cy, i ści­ga­ni po­kry­li się gru­bo py­łem. Po­śród tu­ma­nów ku­rzu po­ka­za­ło się na­gle kil­ka pol­skich szwa­dro­nów jaz­dy, za­sko­czo­nych całą sy­tu­acją, lecz po krót­kiej wal­ce i one znik­nę­ły wśród pól. Szwe­dzi po­dą­ży­li za nimi i na­gle spo­strze­gli, że w gę­stym, ośle­pia­ją­cym ku­rzu za­pę­dzi­li się w sam śro­dek pol­skich umoc­nień, na­je­żo­nych róż­ne­go ro­dza­ju bro­nią. Po­la­cy dali ognia ze wszyst­kie­go, czym dys­po­no­wa­li. Na ka­wa­le­rzy­stów szwedz­kich spadł grad kar­ta­czy, kul musz­kie­to­wych i gra­na­tów ręcz­nych. Jed­nak Po­la­cy byli chy­ba rów­nie moc­no za­sko­cze­ni, co Szwe­dzi, bo ze­wsząd roz­le­gły się go­rącz­ko­we na­wo­ły­wa­nia, aby wszy­scy za­ję­li po­zy­cję za wa­ła­mi. Po kil­ku mi­nu­tach wal­ka do­bie­gła koń­ca. Prze­la­tu­ją­ce z sy­kiem po­ci­ski i za­gro­że­nie, ja­kie dla Szwe­dów sta­no­wi­ła pol­ska jaz­da, któ­ra wła­śnie po­ja­wi­ła się z tyłu umoc­nień, spra­wi­ły, że Szwe­dzi szyb­ko się stam­tąd wy­co­fa­li.

W tym sa­mym cza­sie głów­ne siły szwedz­kie i bran­den­bur­skie do­tar­ły w koń­cu na miej­sce. Je­den od­dział za dru­gim usta­wia­ły się na roz­le­głej rów­ni­nie przy­le­ga­ją­cej do pol­skich umoc­nień. Po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ło się nie­re­gu­lar­ne wznie­sie­nie, po­ro­śnię­te krza­ka­mi oraz mło­dy­mi, wy­so­ki­mi dę­ba­mi. Miej­sca­mi prze­świ­ty­wa­ły spłach­cie piasz­czy­stej zie­mi, po­ro­śnię­tej gdzie­nieg­dzie ol­chą i to­po­la­mi. Po pra­wej stro­nie żoł­nie­rze mie­li rze­kę, a na wprost sie­bie cały łań­cuch pol­skich wa­łów przy­le­ga­ją­cych do owe­go piasz­czy­ste­go grzbie­tu. Za li­nią umoc­nień sta­ły licz­ne sze­re­gi pol­skie­go woj­ska, go­to­we­go do sto­cze­nia bi­twy, a nad ich gło­wa­mi po­wie­wał las cho­rą­gwi i sztan­da­rów, któ­re ło­po­ta­ły po­ru­sza­ne lek­ki­mi po­wie­wa­mi wia­tru. Da­le­ko, po dru­giej stro­nie Wi­sły, ma­ja­czy­ły za­ry­sy za­bu­do­wań War­sza­wy: wy­so­kie, ce­gla­ne domy, da­chy, ko­mi­ny, wie­że ko­ściel­ne i wie­życz­ki pa­ła­ców. Wi­dać też było dłu­gi most, po któ­rym prze­le­wa­ło się coś na kształt nie­skoń­czo­nej rze­ki – to pol­skie od­dzia­ły zdą­ża­ły na dru­gą stro­nę, aby ze­trzeć się z wro­giem.

Wszyst­ko to nie wy­glą­da­ło naj­le­piej.

Szwedz­kie i bran­den­bur­skie od­dzia­ły ści­śnię­te były niby w cia­snym wor­ku: mia­ły po jed­nej stro­nie rze­kę, po dwóch stro­nach las, a po czwar­tej stro­nie pol­skie szań­ce i woj­sko. Te­ren był zbyt wą­ski, aby moż­na było utwo­rzyć sze­ro­ką li­nię fron­tu. Od­dzia­ły zmu­szo­ne były usta­wić się w po­dwój­nym szy­ku, w rzę­dach je­den za dru­gim. „Wo­rek” wy­peł­nił się pra­wie na­tych­miast stło­czo­ny­mi szwedz­ki­mi od­dzia­ła­mi: na ca­łym te­re­nie ro­iło się od żoł­nie­rzy, koni, pik, flag, dział i ofi­ce­rów, któ­rzy bez­rad­nie jeź­dzi­li do­ko­ła.

Wszę­dzie pa­no­wał cha­os. Tak jak po­przed­nio zda­rzy­ło się to szwedz­kiej awan­gar­dzie, tak i tym ra­zem dwa­na­ście szwa­dro­nów jaz­dy, ośle­pio­nych gę­sty­mi chmu­ra­mi ku­rzu, po­pę­dzi­ło nie­świa­do­mie wprost na pol­skie wały. Nie mo­gły się już cof­nąć, bo od tyłu na­ci­ska­ła na nie resz­ta ka­wa­le­rii. Z tego po­wo­du jeźdź­cy do­sta­li się wprost pod lufy pol­skich musz­kie­tów i ar­mat, choć do­strze­gł­szy po­mył­kę, usi­ło­wa­li tak ma­new­ro­wać, aby unik­nąć ostrza­łu. Na do­miar złe­go miej­sca star­czy­ło tyl­ko na roz­lo­ko­wa­nie w szy­ku bo­jo­wym pię­ciu szwa­dro­nów; resz­ta sta­ła bier­nie wy­sta­wio­na na bez­po­śred­ni ostrzał, bez ja­kiej­kol­wiek szan­sy na osło­nę w po­kry­tym ku­rzem polu. Wciąż na­pły­wa­ły ko­lej­ne od­dzia­ły Szwe­dów i Bran­den­bur­czy­ków, po­wo­du­jąc co­raz więk­szy cha­os. Po­wsta­ło nie­bez­pie­czeń­stwo, że prze­ciw­ni­cy mogą od­ciąć Szwe­dom dro­gę od­wro­tu i za­mknąć ich w pu­łap­ce.

Po­la­cy zo­ba­czy­li szwedz­kie szwa­dro­ny, wy­ła­nia­ją­ce się pod samą li­nią ich umoc­nień. Je­den z pol­skich re­gi­men­tów jaz­dy wy­sła­ny zo­stał na dru­gą stro­nę piasz­czy­ste­go grzbie­tu, przez las, aby ude­rzyć na Szwe­dów od tyłu i od­ciąć ich od resz­ty ar­mii. Jed­nak Szwe­dzi nie dali się za­sko­czyć. Kie­dy pol­scy ka­wa­le­rzy­ści wy­ło­ni­li się na skra­ju lasu, na ich spo­tka­nie ru­szy­ły czte­ry szwedz­kie szwa­dro­ny. Wśród gło­śnych salw do­szło do star­cia: dym pro­cho­wy za­krył całą oko­li­cę jak wzbie­ra­ją­ca fala, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie ki­piel po­skrę­ca­nych ludz­kich ciał ze ster­czą­cy­mi sztyw­no koń­czy­na­mi i ran­nych koni, któ­re wierz­ga­ły i rża­ły z bólu. Pol­ski re­gi­ment wy­co­fał się z du­ży­mi stra­ta­mi.

Na polu wal­ki do­cho­dzi­ło tym­cza­sem do nie­wiel­kich ata­ków i kontr­ata­ków. Ostroż­nie, krok za kro­kiem, zjed­no­czo­ne szwedz­ko-bran­den­bur­skie woj­sko zbli­ża­ło się do li­nii pol­skich umoc­nień. Od­dzia­ły jaz­dy Po­la­ków na ko­niach po­ja­wi­ły się po­mię­dzy szań­ca­mi, a nad ich gło­wa­mi po­wie­wa­ły sztan­da­ry. Roz­cią­gnę­ły one szyk i wdar­ły się w sze­re­gi prze­ciw­ni­ka. Do­sta­ły się od razu pod in­ten­syw­ny ostrzał z musz­kie­tów i pi­sto­le­tów, za­wró­ci­ły więc ko­nie i wró­ci­ły w kłę­bach dymu na po­przed­nio zaj­mo­wa­ne po­zy­cje. W mię­dzy­cza­sie na miej­sce do­tar­ły od­dzia­ły pie­cho­ty obu sprzy­mie­rzo­nych ar­mii. Na ra­zie usta­wio­no pie­chu­rów w dwóch dłu­gich na 700 me­trów li­niach, w po­przek ko­ry­ta­rza le­żą­ce­go wzdłuż rze­ki, nie­zbyt da­le­ko od pol­skich umoc­nień. Za nimi cią­gnę­ły się na­je­żo­ne fla­ga­mi dłu­gie sze­re­gi jaz­dy. Na koń­cu wi­dać było za­przę­gnię­te ra­zem ko­nie, cią­gną­ce na li­nach wiel­ko­ka­li­bro­we dzia­ła. Na skra­ju za­ro­śnię­te­go krza­ka­mi pola wy­ła­do­wy­wa­no okrą­głe kule i skrzy­nie z pro­chem, a ka­no­nie­rzy wkrót­ce otwo­rzy­li ogień wprost w kłę­by dymu, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­du­ją się tam Po­la­cy. Obie stro­ny cze­ka­ły.

Oko­li­cę stop­nio­wo okry­wał mrok, a wiatr niósł ze sobą od­głos strza­łów z ar­mat i bro­ni ręcz­nej. Ta część ar­ty­le­rii wojsk sprzy­mie­rzo­nych, któ­ra znaj­do­wa­ła się na sa­mym prze­dzie, wci­śnię­ta mię­dzy wła­sną pie­cho­tę, cier­pia­ła naj­bar­dziej. Wy­ją­ce po­ci­ski do­ko­ny­wa­ły raz za ra­zem wiel­kich wy­ło­mów w gę­stych sze­re­gach woj­ska. Ko­nie i lu­dzie pa­da­li na piasz­czy­stą zie­mię. Krwa­wią­cy żoł­nie­rze z po­trza­ska­ny­mi koń­czy­na­mi ro­ze­rwa­ny­mi przez po­ci­ski wy­no­sze­ni byli z pola wal­ki na tyły. Kie­dy za­pa­dły ciem­no­ści, do­wódz­two szwedz­kie do­szło do wnio­sku, że nie ma sen­su, aby woj­sko nadal sta­ło bez­rad­ne i bez osło­ny, wy­sta­wio­ne na ostrzał z pol­skiej stro­ny. Poza tym jaz­da nie nada­wa­ła się do pro­wa­dze­nia wal­ki w ciem­no­ściach, a do­wódz­two nie orien­to­wa­ło się w te­re­nie. Wy­da­no więc od­dzia­łom roz­kaz, aby się wy­co­fa­ły. Oko­li­cę za­le­ga­ły zwło­ki ludz­kie i tru­py koni. W nie­któ­rych miej­scach wi­dać było całe sze­re­gi za­bi­tych: sta­ło się tak na sku­tek po­je­dyn­czych strza­łów ar­mat­nich, któ­re do­ko­na­ły ta­kie­go spu­sto­sze­nia w usta­wio­nych gę­sto obok sie­bie li­niach żoł­nie­rzy.

Jesz­cze po go­dzi­nie dzie­sią­tej wie­czo­rem lufy pol­skich ar­mat wy­plu­wa­ły z sie­bie co­raz to nowe po­ci­ski. Do­pie­ro koło pół­no­cy ostrzał ucichł. I tak skoń­czył się pią­tek, 18 lip­ca 1656 roku.

Nie­wie­lu zda­wa­ło so­bie spra­wę, co się tak na­praw­dę wy­da­rzy­ło. Do­wódz­two wojsk sprzy­mie­rzo­nych do­wie­dzia­ło się po­przed­nie­go dnia, że siły prze­ciw­ni­ka roz­dzie­li­ły się tym­cza­so­wo – pierw­szy krok, jaki woj­sko pol­skie uczy­ni­ło w celu wzię­cia ar­mii szwedz­kiej w klesz­cze w miej­scu, gdzie pod No­wym Dwo­rem Szwe­dzi roz­bi­li obóz. Siły li­tew­skie sta­ły na wschod­nim brze­gu Wi­sły, a ar­mia pol­ska na za­chod­nim (poza tym ocze­ki­wa­no du­żych po­sił­ków w po­sta­ci wojsk ta­tar­skich). Ka­rol X Gu­staw wy­my­ślił pro­sty plan, któ­ry za­kła­dał za­ję­cie cen­tral­nej po­zy­cji, skąd moż­na by ata­ko­wać wszyst­kich prze­ciw­ni­ków na raz. Na­le­ża­ło naj­pierw za­sko­czyć Li­twi­nów na wschod­nim brze­gu, po­bić ich i znisz­czyć most na Wi­śle, za­nim nad­cią­gnie wspar­cie. Po tym siły sprzy­mie­rzo­ne mia­ły prze­do­stać się na za­chod­ni brzeg rze­ki i za­ata­ko­wać ar­mię Ko­ro­ny. Nie wszyst­ko jed­nak po­szło zgod­nie z pla­nem.

Kie­dy za­wa­lił się most, roz­pa­dła się tak­że jak do­mek z kart cała tak sta­ran­nie ob­my­ślo­na stra­te­gia. Prze­marsz wojsk sprzy­mie­rzo­nych opóź­nił się z tego po­wo­du aż o osiem go­dzin. A po do­tar­ciu do wsi Ja­błon­na do­wódz­two szwedz­kie otrzy­ma­ło nie­zbyt miłą wia­do­mość: ma­newr zo­stał za­uwa­żo­ny przez Po­la­ków, któ­rzy na nowo za­czę­li gro­ma­dzić swo­je roz­pro­szo­ne siły. Nie­któ­rzy do­wód­cy za­czę­li się wa­hać. Pod­sta­wą ca­łe­go pla­nu było ude­rze­nie na wiel­kie siły nie­przy­ja­cie­la w chwi­li, kie­dy były one w roz­syp­ce. Nie­któ­rzy gło­so­wa­li za od­wro­tem, ale Ka­rol Gu­staw, zna­ny gracz i ry­zy­kant, po­sta­wił na swo­im.