Brzoskwiniowy świtTekst

Z serii: Copper Creek
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Denise Hunter
Brzoskwiniowy świt

Tom I z serii Copper Creek

Tłumaczenie: Joanna Olejarczyk

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Blue Ridge Sunrise (Blue Ridge Romance #1)

Autor:

Denise Hunter

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Joanna Olejarczyk

Redakcja:

Dominika Wilk

Korekta:

Natalia Lechoszest

Skład:

Alicja Malinka

ISBN 978-83-65843-84-5

Zdjęcia na okładce:

© Faceout Studio, Lindy Martin

© BlackRiv Pixabay.com

© Adam Kontor Pexels.com

Vectors by Frimufilms – Freepik.com

© 2017 by Denise Hunter by Thomas Nelson, HarperCollins Christian Publishing Inc.

© 2018 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2018, wydanie I

Druk: drukarnia Read Me

Książkę wydrukowano na papierze Ecco Book 2.0 80g dostarczonym przez Antalis Poland Sp. z o. o.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty z Pisma Świętego podano za Biblią Tysiąclecia.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zoe Collins nie spodziewała się, że jej stopa postanie jeszcze kiedykolwiek w Copper Creek. Wydarzyła się jednak jedyna rzecz, która mogła sprawić, by Zoe wróciła w rodzinne strony. Dziewczyna wysiadła z sedana i zachwiała się lekko na obcasach. Brady – jej brat – ujął ją bez słowa pod łokieć i ruszyli za ojcem przez zadbany cmentarz, który miał się stać nowym ziemskim domem babci.

Zoe oddychała głęboko wczesnowiosennym powietrzem, skupiając wzrok na rozciągających się wokół wzgórzach i lasach sosnowych. Copper Creek gnieździło się u podnóży gór w północnej Georgii. Mogło się wydawać, że życie w miasteczku było proste, jak za dawnych czasów, ale wspomnienia z rodzinnych stron były dla dziewczyny koktajlem rozkoszy i rozpaczy. Z przewagą rozpaczy.

Chłopak Zoe, Kyle, został w hotelu z jej córeczką Gracie. Żal i poczucie winy, które pogrzebała w sobie dawno temu, teraz toczyły bój z intensywnym poczuciem ulgi, że nareszcie znalazła się sama. Postanowiła skupić się właśnie na tym i wypełniała płuca znajomymi, słodkimi zapachami domu: hiacyntów, słońca i wolności.

Kiedy zbliżali się do namiotu, do Zoe podeszła jej najlepsza przyjaciółka. Hope Daniels wcale się nie zmieniła – wciąż miała tę piękną, naturalną urodę: długie, ciemne, falujące włosy i błyszczące zielone oczy. Gdy się uśmiechała, wyglądała wypisz wymaluj jak Rachel McAdams, lecz dziś jej twarz nabrała posępnego wyrazu.

Zoe przystanęła, żeby ją uściskać, i szybko znalazła się w jej objęciach. Tylko Hope umiała tak przytulać: z miłością, a jednocześnie z mocą boa dusiciela.

– Zoe.

– Cześć, dziewczyno. – Zoe wyściskała ją mocno.

– Tak mi przykro, że nie zdążyłam na pogrzeb.

– W porządku. Dobrze cię widzieć.

Hope prowadziła Rusty Nail tylko w weekendy, ale dziś musiała pojawić się w pracy, bo epidemia wiosennej grypy powaliła kilkoro kelnerów. Jej prawdziwą miłością było radio. W lokalnej stacji była gospodarzem codziennej audycji zatytułowanej Living with Hope [1], podczas której dzwonili do niej słuchacze, a Hope wykorzystywała swoją wiedzę z psychologii, którą dał jej zdobyty ciężką pracą dyplom.

– Jak się trzymasz?

– Chyba dobrze.

Hope puściła ją, pozwalając przyjaciółce zaczerpnąć powietrza.

– Och, tak za tobą tęskniłam – rzekła. – Pięć lat to stanowczo za długo, zwłaszcza że prawie nie dzwoniłaś. – Zmierzyła ją gniewnym spojrzeniem. – Nieważne. Zbesztam cię później, w dogodniejszej chwili.

– Dobra robota. Widzę, że o wiele lepiej nad sobą panujesz.

– No nie do końca. Poczekaj tylko. – Hope zwróciła się w stronę namiotu. – A gdzież ten mały aniołek, którego tak bardzo pragnę wyściskać? To smutne, że muszę się zadowolić Facebookiem i Instagramem.

– Uznałam, że pogrzeb może być dla czterolatki zbyt przytłaczający, a poza tym nie chciałam, żeby w takich okolicznościach poznała mojego tatę, więc zostawiłam ją z Kyle’em.

– Nie mogę uwierzyć, że wciąż z nim jesteś.

Zoe przekrzywiła głowę, spoglądając na przyjaciółkę.

– I ty się zastanawiasz, czemu nigdy do ciebie nie dzwonię. Kyle był przy nas, kiedy go potrzebowałyśmy, Hope.

– Później o tym pogadamy.

– Już nie mogę się doczekać. – Zoe zwróciła oczy na namiot. – Potwornie żałuję, że mnie tu nie było i nie mogłam pomóc w organizacji. Nie mogliśmy się wcześniej wyrwać z Nashville.

Hope zacisnęła usta, najwyraźniej powstrzymując się od kolejnej uwagi.

– Cóż... Wiesz, jaka była twoja babcia. Niech spoczywa w pokoju. Wszystko miała poukładane. Nie było wiele do roboty. Jak się dziś trzyma Brady? W dniu jej śmierci było z nim kiepsko.

Zoe zerknęła na brata, który teraz znajdował się w namiocie. Czarny garnitur wydobywał to, co najlepsze z jego wysokiej, postawnej sylwetki i krótkich, ciemnych włosów. Gawędził z tatą, a dziewczyna starała się nie zazdrościć im serdecznej relacji, która ich łączyła. Od czasu wyjazdu Zoe miała jedynie sporadyczny kontakt z Bradym – podobnie zresztą jak z wszystkimi innymi.

Babcia. Teraz już było za późno. Poczucie winy mocno ją ukłuło, ale otrząsnęła się.

– Jak się miewa Brady od czasu rozwodu? – spytała Zoe.

Hope wzruszyła ramionami.

– Chyba tak, jak można by tego oczekiwać. Nie wiem, jak on w ogóle umiał wytrzymać z tą kobietą, ale naprawdę bardzo kocha małego Sama. Dostaje go na co drugi weekend.

Podczas nieusprawiedliwionej, kilkuletniej nieobecności Zoe Audrey rzuciła Brady’ego, bez wątpienia łamiąc mu serce. Brat był więc kolejną osobą, którą dziewczyna zawiodła.

– Chciał dostać nad nim wyłączną opiekę, jednak Audrey walczyła z nim w sądzie i wygrała. Przysięgam, że zrobiła to z czystej złośliwości.

O ile Zoe znała Audrey, to mogła być prawda. Ale nie chciała już myśleć o bracie. Znalazła się zbyt blisko tematu, którego unikała.

– A co się dzieje z sadem pod nieobecność babci? – spytała.

– Przez ostatnie kilka lat ledwie go doglądała. Zajmowała się klientami detalicznymi, a poza tym interes kręcił się sam przy całej pomocy pracowników. – Hope otworzyła usta, jakby miała do powiedzenia coś jeszcze, ale przygryzła tylko wargę.

Zoe zamknęła oczy i umiała niemalże poczuć zapach dojrzałych brzoskwiń, gotowych do zbiorów – ich mięciutką skórkę i słodki, soczysty miąższ. W dzieciństwie spędzała w sadzie każdą wolną chwilę. Po śmierci mamy czuła się tam lepiej niż w domu. Chętnie spędziłaby w nim kilka godzin w ciszy. Szkoda, że Kyle tak bardzo spieszył się z powrotem do Nashville.

– Nigdy bym nie pomyślała, że umrze na serce – powiedziała Zoe.

– Prawda? Wydawała się zdrowa jak ryba. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu zastałam ją na szczycie pięciometrowej drabiny. Powiedziałam: „Babciu Nel, co babcia wyprawia?”, a ona na to: „Wymieniam żarówkę.” Wtedy ja: „Niechże babcia stamtąd zejdzie! To pięć metrów nad ziemią!”, a ona: „Idealna wysokość na wymianę tej żarówki”.

Zoe uśmiechnęła się tęsknie.

– Taka właśnie była.

Żal wezbrał w niej niczym wody podczas wiosennej odwilży. Zoe wyjechała, ponieważ nie chciała zawieść babci i wszystkich innych. Nie zdawała sobie sprawy, że jej wyjazd będzie dla bliskich największym rozczarowaniem. Żal groził, że pochłonie ją całą, ale udało jej się go zwalczyć. Ostatnio często musiała to robić. Pewnego dnia, i to pewnie wkrótce, w końcu przegra tę bitwę.

Hope ścisnęła Zoe za przedramię.

– Hej, dość już tych smutków. Babcia Nel nie chciałaby, żebyś wypłakiwała oczy.

Zoe zamrugała, by odgonić łzy, nie patrząc na Hope, tylko na samochody za jej plecami, które wciąż parkowały przy krawężniku. Przebiegła spojrzeniem po tłumie, a nadzieja i strach wysunęły się na prowadzenie w jej sercu. Szybko odwróciła się z powrotem do przyjaciółki.

– Masz rację. Opowiedz mi, co ciekawego słychać w mieście. Co przegapiłam?

– Och, znasz przecież Copper Creek. Niewiele się tu zmienia. Wciąż prowadzę audycję w radiu, a w weekendy pracuję w Rusty Nail.

– Jesteś zbyt skromna – odparła Zoe. – Czytałam w Internecie artykuł o rosnącej popularności Living with Hope. Dostałaś jakąś nagrodę, prawda?

Hope wzruszyła ramionami.

– Kocham to, co robię, ale to tylko lokalna audycja.

– Już niedługo. Jesteś na fali, dziewczyno.

– Zobaczymy. A co u ciebie? – Hope szturchnęła ją łokciem. – Jesteście supportem dla fantastycznych kapel.

Zespół Kyle’a, Brevity, otwierał koncerty wielu znanych artystów. Występy przed wielką publicznością były prawdziwą gonitwą.

– Cóż, ja tylko śpiewam w chórkach.

 

– Proszę cię. Twój wokal jest niesamowity. Wiesz, jutro wieczorem w Rusty Nail będzie występować Last Chance. Powinnaś zaśpiewać z nimi kilka kawałków.

– Oj, nie zabawimy tu aż tak długo. Wyjeżdżamy od razu po pogrzebie.

Twarz Hope posmutniała.

– Żartujesz sobie? Przyjechałaś dopiero wczoraj wieczorem. Czekałam na twój powrót prawie pięć lat!

– Przepraszam. Mamy koncert, na który musimy wrócić. – A poza tym, choć naprawdę miło było znowu porozmawiać z Hope, były tu też inne osoby, z którymi Zoe nie miała ochoty się widzieć.

Ostatnia fala ubranych na ciemno spóźnialskich gości kierowała się w stronę namiotu. Zbliżał się czas początku ceremonii. Zoe ścisnęła dłoń Hope.

– Lepiej już pójdę. Pogadamy potem.

Odwróciła się i ruszyła przez wyboje, prawie się potykając, gdy jej wzrok spoczął na człowieku, którego wypatrywała.

Cruz Huntley nigdy nie wyglądał lepiej. Jego sztywna, biała koszula kontrastowała z portorykańską karnacją, a marynarka uwydatniała szerokie ramiona. Właśnie wtedy uniósł ciemne oczy i przeszył ją spojrzeniem.

Serce dziewczyny dudniło w piersi jak perkusyjny kocioł, kiedy jego wzrok pochwycił ją na długą, bolesną chwilę. Czy przypominał sobie właśnie ostatni pogrzeb, na którym byli? I wszystko, co wydarzyło się później tamtego dnia?

Jego usta wykrzywiły się w cienkim uśmiechu.

Oderwała od niego oczy i skupiła się na białej trumnie leżącej pod namiotem i na bukiecie kolorowych kwiatów ułożonym na wieku. Wytrząsnęła Cruza ze swoich myśli. Nie zamierzała dzisiaj się w to pakować. Co z tego, że nie widziała go od wieków. Co z tego, że kiedyś skradł jej serce – a potem kompletnie je złamał.

Głupia dziewczyna z ciebie, Zoe.

Kiedy znalazła się pod namiotem, zajęła miejsce między bratem i ojcem, usiłując ignorować chłód emanujący falami od taty. Próbowała go uściskać, gdy zobaczyła go w domu pogrzebowym, ale on jedynie zesztywniał w jej objęciach. Odsunęła się, czując głębokie ukłucie odrzucenia.

Nigdy nie przepadał za babcią. Teściowa była według niego zbyt energiczna i tylko wspierała niezależność Zoe. Między nimi trojgiem był to punkt zapalny, który dodatkowo przybrał na sile po śmierci mamy dziewczyny.

Zoe nie zamierzała jednak zagłębiać się dzisiaj w relację z ojcem. Dziś chodziło o babcię. O ostatnie pożegnanie.

Dziewczyna wypuściła powietrze z płuc, pozwalając, by ta myśl do niej dotarła, by ból urósł w jej piersi i wypłynął na zewnątrz. Brady chwycił ją za rękę, jakby wyczuwał nagły przypływ cierpienia. Odpowiedziała uściskiem.

Babcia odeszła.

Ta myśl uderzyła ją obuchem w głowę, gdy pastor Jack wyszedł przed ludzi, by wygłosić kilka ostatnich słów. Babcia odeszła. Zabrała ze sobą całą miłość, która podtrzymywała Zoe nawet na odległość. To wydawało się nierealne. Zoe sądziła, że jakimś cudem babcia przeżyje ich wszystkich. Ale nic nie trwa wiecznie. Nawet miłość.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie minęło jeszcze pięć lat, odkąd Zoe go opuściła, ale Cruz nie był pewien, czy rozpoznałby ją na ulicy. Siedziała pod namiotem, przed trumną, pomiędzy bratem i ojcem, obejmując się ramionami. Jej włosy, kiedyś rude, teraz były koloru blond, a naturalne loki zostały ujarzmione w przylizane kosmyki, falujące na marcowym wietrze.

Cruz omijał płyty nagrobków, żeby dołączyć do zebranych. Na nabożeństwo w kościele przyszedł nieco spóźniony i usiadł w ostatniej ławce – musiał zostać w pracy dłużej, niż planował. Jeszcze nie złożył kondolencji.

Chwilę później pastor Jack rozpoczął obrzęd pochówku, przemawiając dość głośno, by mogli go dosłyszeć nawet ludzie, którzy stali na końcu wielkiego tłumu. Nellie Russell była ulubienicą mieszkańców miasteczka, kobietą z charakterem i niezwykłym poczuciem sprawiedliwości. Przecież dała szansę nawet jemu, podczas gdy inni uważali go za frajera, kogoś gorszej kategorii. Kochał ją jak własną babcię.

Ceremonia była krótka, ale poruszająca, a kiedy się skończyła, Cruz stał na obrzeżach, czekając na swoją kolej, by zbliżyć się do rodziny zmarłej. Brady, jego najlepszy przyjaciel, wyglądał całkiem nieźle, przyjmując kondolencje ze stoickim uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Śmierć babci była dla niego potężnym ciosem, tuż po rozwodzie z Audrey.

Cruz co chwilę powracał jednak wzrokiem do Zoe. Uniosła podbródek i spuściła oczy. Na jej widok przyszło mu do głowy słowo: potulna. Nie, nie rozpoznałby jej na ulicy. Co się stało z jego lwicą? Tą, którą nazywał leona [2]? Miał złe przeczucie.

Otarła knykciem łzę wypływającą z kącika oka, na widok czego Cruza ogarnęła nagła fala opiekuńczości. Gdzie teraz był Kyle? Powinien być tutaj i trzymać ją za rękę. Ich trio przyjechało wczoraj do miasteczka czerwonym mustangiem. Była to zbyt soczysta plotka, by mogła umknąć mieszkańcom – wieść o powrocie miejscowego chłopaka i dziewczyny szybko rozniosła się po okolicy.

Kiedy ludzie zaczęli odchodzić, dostał się na przód kolejki z sercem walącym jak młot pneumatyczny. Prawie pięć lat, odkąd wymieniła go na swoje marzenie. Odkąd wyjechała i złamała jego żałosne, młodzieńcze serce.

Wciąż była piękna – miała nieskazitelną cerę i szczupłą sylwetkę. Jej nogi nadal były długie, choć teraz do nich dorosła. Nie była już patykowatą nastolatką.

Właśnie wtedy uniosła rzęsy, a spojrzenie jej zielonych oczu wylądowało prosto na nim z mocą ciosu. Rozchyliła usta, a jej twarz na krótką chwilę złagodniała. Serce zamarło mu w piersi, gdy jego umysł zalała fala wspomnień. Zoe wychylająca się przez okno pasażera w jego samochodzie, jej rude włosy trzepocące za nią niczym dumna flaga. Zoe skacząca do rzeki z wysokiej skarpy nad zakolem Sutter’s Bend, jej pisk niosący się w parnej bryzie. Zoe wskakująca mu na plecy, kiedy biegli przez sad, jej śmiech rozbrzmiewający jak najpiękniejsza melodia.

Zamrugał, by przegonić te obrazy, i poczuł się zdezorientowany, gdy jego spojrzenie skupiło się ponownie na niej. Znowu miała przymknięte oczy, a rzęsy muskały czubki jej policzków. Usta zacisnęła w sztywnym uśmiechu. Przyjmowała kondolencje i wymieniała z każdym kilka zdań. Nadeszła jego kolej.

Zwróciła się ku niemu. Jej oczy rozbłysły, a podbródek nieco się uniósł.

– Witaj, Cruz.

Oto i jego leona. Tylko dlaczego niby była na niego zła? Nie wiedział. Odsunął przeszłość na bok i uścisnął dłoń Zoe.

– Przykro mi z powodu twojej straty, Zoe. Babcia Nel była wyjątkową kobietą.

– Tak, to prawda. – Jej głos był jak aksamit, delikatny i cichy, a południowego akcentu nie dało się już dosłyszeć. Wodziła wzrokiem dookoła, byleby tylko nie patrzeć na niego. Wyswobodziła dłoń z jego uścisku.

– Bardzo cię kochała, wiesz? Bez przerwy o tobie mówiła. Była z ciebie bardzo dumna. – Nie wspomniał o tym, jak krzywdziło go tak częste wymienianie imienia Zoe, zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Kyle’a.

Zoe zamrugała szybko i złożyła ręce na brzuchu.

– Dziękuję, że mi to mówisz.

– Brady nie wspominał, że przyjedziesz.

– Nie był tego pewien.

Cruz poczuł ukłucie winy. Kiedyś była z bratem w tak bliskiej relacji. To przez Cruza wszystko się popsuło. Między nim i Bradym zresztą też. Po tym, jak Zoe wyjechała, przez wiele miesięcy odbudowywali swoją przyjaźń.

Chwila przeciągała się i robiła się coraz bardziej niezręczna i niekomfortowa. Słowa, które powiedzieli sobie przed rozstaniem, postawiły między nimi przykrą, kłopotliwą barierę.

Zoe obawiała się ponownego spotkania z Cruzem od momentu, gdy go porzuciła. Co wcale nie wyjaśniało, dlaczego serce ścisnęło jej się na jego widok ani dlaczego dotyk dawnego ukochanego przyprawił ją o dreszcz.

– Co u ciebie, Zoe?

Zapomniała już brzmienia jego niskiego, lekko ochrypłego głosu i tego, jak wprawiał jej wnętrze w wibracje.

– W porządku. Jest naprawdę okej. – Pragnęła znowu zobaczyć w jego oczach tamte bursztynowe plamki, ale nabrała wprawy w unikaniu kontaktu wzrokowego z mężczyznami. – A u ciebie?

– Nieźle, nieźle.

– Miło to słyszeć.

Gdyby przyznawano nagrodę za najnudniejszą rozmowę roku, wygraliby w cuglach.

– Gratuluję ci wszystkich sukcesów – powiedział.

W ogóle nie czuła się tak, jakby odniosła sukces. Za to, co osiągnęła, zapłaciła wysoką cenę. A teraz nie miała już nawet pewności, czy było warto.

– Dziękuję.

Zastanawiała się, czy wyszukiwał ją w Internecie albo czy zaglądał na profil zespołu w mediach społecznościowych. Bóg jeden wiedział, jak bardzo ona musiała się powstrzymywać, by nie śledzić Cruza, bo gdyby Kyle się o tym dowiedział, to urządziłby jej piekło.

– Co porabiasz? – spytała.

– Wybacz, Zoe – odezwał się Joe Connelly, podchodząc bliżej. Dziewczyna natychmiast wypuściła wstrzymywane powietrze, wdzięczna za to, że im przerwał. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale o drugiej mam spotkanie. – Joe wyglądał w każdym calu na prawnika: wyprasowany garnitur i zaczesane na bok włosy. – Musimy wyznaczyć jakiś termin, by omówić testament.

– Och... – odparła Zoe. – Ale ja dzisiaj wyjeżdżam. Muszę wrócić na ważne wydarzenie. Czy Brady nie mógłby się wszystkim zająć?

Joe wykrzywił twarz i spojrzał na zegarek.

– Naprawdę powinnaś przy tym być. Słuchaj, mam okienko o szesnastej. Czy to dla ciebie nie za szybko? Na pewno chcesz spędzić trochę czasu z rodziną.

Planowała przedstawić Gracie swojemu tacie – nie żeby ją o to poprosił.

– Odpowiada mi to. Dam znać Brady’emu. Dziękuję, Joe.

Ujął jej dłoń.

– Babcia bardzo cię kochała, Zoe. Nigdy tego nie ukrywała.

Szkoda, że Zoe ostentacyjnie odrzuciła tę miłość. Poczuła, jak pieką ją oczy, a gardło zacieśnia się.

– Dziękuję.

Skinął ostatni raz głową i odszedł.

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że Cruz też zniknął. Wymknął się tak szybko i tak cicho, jak jego miłość.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kancelaria prawna Connelly była na tyle przytulnym miejscem, na ile to możliwe w przypadku takiej instytucji. Lobby i korytarze pomalowane były na ciepły, brązowoszary kolor, na ścianach wisiały krajobrazy Georgii, a powietrze pachniało świeżo drukowanymi dokumentami i nową wykładziną. Joe zaprowadził Zoe, Gracie i idącego za nimi Kyle’a do jednego z pokoi, po czym powiedział:

– Zaraz przyjdę.

Podłużny, mahoniowy stół konferencyjny naznaczony bitewnymi bliznami zajmował większość przestrzeni. Zoe pociągnęła Gracie za sobą, by dołączyć do siedzącego przy nim Brady’ego. Dziewczyna była świadoma obecności Kyle’a i napięcia, jakie wniósł ze sobą do pokoju.

Brady spojrzał na Kyle’a, prawdopodobnie dostrzegając jego długie, zmierzwione włosy i niechlujny styl ubioru, którego osiągnięcie wymagało więcej wysiłku, niż mogłoby się wydawać.

Zacisnął zęby.

– Co on tu robi?

Kyle położył dłoń na jej plecach.

– Ktoś musi zadbać o to, co leży w interesie Zoe.

– Że niby ty to zrobisz? – Brady spuścił wzrok na Gracie i jego twarz złagodniała.

Zoe zbliżyła się do brata, który wstał, by w końcu poznać siostrzenicę.

– To twój wujek Brady, Gracie.

– Cześć, skarbie.

Gracie wtuliła cherubinową buzię w nogę mamy.

– Jest trochę nieśmiała – wyjaśniła Zoe.

– Nic nie szkodzi. Zapoznamy się później. – Brady spojrzał na siostrę. – Wygląda dokładnie jak ty, gdy byłaś mała. Te rude loczki i blada cera.

– Pamiętasz, jak opowiadałam ci o wujku Bradym, kochanie? O tym, jak razem wykopywaliśmy dżdżownice i chodziliśmy na ryby do zatoki?

Gracie zerknęła na Brady’ego i zamrugała. Oczy mężczyzny zmiękły.

– Hej, pędraku. Ależ ty rośniesz.

Zanim Zoe zdążyła odpowiedzieć, poczuła na barku ciężar dłoni Kyle’a. Pozwoliła mu poprowadzić się na przeciwną stronę stołu, przy której zajęli miejsca.

Uruchomiła się klimatyzacja i Gracie zadrżała. Zoe otuliła córeczkę ramionami. Powinna była przynieść jej sweter. Dlaczego, do cholery, niczego nie potrafiła zrobić dobrze?

Cisza przeciągała się, a ciśnienie narastało niczym wiosenna mgła w dolinie, gdy Brady i Kyle mierzyli się spojrzeniami nad stołem.

– Jak to miło, że postanowiłeś dołączyć do nas akurat w tej części dnia, w której będziemy rozmawiać o testamencie, Kyle – powiedział Brady. – Gdzie byłeś dwie godziny temu, kiedy Zoe płakała nad grobem?

Zoe wzdrygnęła się.

– Brady.

Kyle zesztywniał, niemalże niezauważalnie.

 

– Pilnowałem Gracie, by Zoe mogła opłakiwać babcię w spokoju. Nie osądzaj mnie. Nic nie wiesz ani o mnie, ani o naszym życiu.

– A czyja to wina?

– Zgaduję, że twoja.

– Zoe zawsze odbierała telefony ode mnie, zanim ją zabrałeś.

Kyle uśmiechnął się z wyższością.

– Nie porwałem jej. Pojechała z własnej woli. Może po prostu nie chciała mieć z tobą kontaktu. Przyszło ci to w ogóle do głowy?

– Panowie, przestańcie – wtrąciła się Zoe. – To nie jest dobry moment.

– No dobrze. – Joe wparował do biura niczym powiew świeżości i usiadł u szczytu stołu, obok Zoe.

Odetchnęła z ulgą, kiedy wszyscy zwrócili głowy w jego kierunku. Krew napłynęła jej do policzków, sprawiając, że dziewczynie zrobiło się gorąco. Powietrze wydawało jej się teraz gęste i duszne.

– Dobrze, zaczynajmy – rzekł Joe. – Dziękuję, że zgodziliście się na takie spotkanie last minute i to w tak smutnym dniu. Wasza babcia była wyjątkową kobietą, a uporządkowanie jej spraw było dla mnie zaszczytem. Bardzo kochała was oboje. – Poprzekładał papiery i położył je płasko. – Zaczyna od zwyczajnego wstępu, wskazując was dwoje jako swoich spadkobierców. Nie będę was zanudzał szczegółami, ale moja sekretarka zrobi dla was kopie.

Wcisnął okulary mocniej na nos i zaczął czytać. Zoe miała problemy z koncentracją, gdy Kyle jeżył się u jej boku, a Brady gapił się na niego z wrogością. Wszystko, co zdołała usłyszeć, było dla niej prawniczym bełkotem.

Ulżyło jej, kiedy Brady przemówił.

– Joe, czy mógłbyś przejść od razu do sedna? Bez obrazy, ale wy, prawnicy, naprawdę wiecie, jak zamącić najprostsze sprawy.

Usta Joego drgnęły w uśmiechu.

– Mógłbym, oczywiście. Nie masz nic przeciwko temu, Zoe?

– Nie, skądże.

Joe złożył dłonie na dokumencie.

– W skrócie chodzi o to, że babcia chciała podzielić między was oboje po równo swoje ziemskie dobra. Była jednakże świadoma waszych odmiennych potrzeb i pasji.

Spojrzał na Brady’ego.

– Brady, zostawiła ci swoje akcje, obligacje i fundusze inwestycyjne.

– Babcia grała na giełdzie? – spytał Brady.

Joe się zaśmiał.

– Jak profesjonalistka – powiedział. – Wcześnie zaczęła inwestować i uskładała pokaźne portfolio.

– Brawo, babciu! – zawołał Brady.

– Mogę później omówić z tobą szczegóły, ale dobrze wiedziała, jak bardzo lubisz pracować przy podrasowywaniu samochodów, i zdawała sobie sprawę, w jakiej sytuacji finansowej znalazłeś się po rozwodzie. Chciała, byś kontynuował pracę i mógł zaopiekować się synem. Jest tu mnóstwo środków na to wszystko, nawet na studia dla twojego dziecka, jeśli w przyszłości będzie chciał pójść do college’u.

Brady pokiwał głową, zacisnął usta i spuścił wzrok na blat.

– Tak jak powiedziałem: bardzo was kochała.

– Nigdy bym nie przypuszczała, że miała tyle pieniędzy – rzekła Zoe. – Wiodła takie proste życie.

– Babci nigdy nie chodziło o rzeczy czy bogactwo – odparł Brady.

Miał całkowitą rację. Babcia zawsze miała dla niej czas i zawsze była chętna, by ją wysłuchać lub przytulić. Zoe przytknęła palce do kącików oczu.

– Chodziło o miłość.

– I niezależność – dodał Brady. – Nauczyła nas stać na własnych nogach. Nie dalej jak tydzień temu przyłapałem ją na koszeniu tego pagórka przy drodze małą, ręczną kosiarką.

Zoe parsknęła.

– Brzmi prawdziwie.

Joe spojrzał na Zoe.

– Twoja babcia ubiegłej wiosny brała udział w biegu na pięć kilometrów. Tym, który wspierał osoby walczące z rakiem. Wcale nie ukończyła go jako ostatnia.

– Dobiegła mniej więcej w środku. – Brady uśmiechnął się tęsknie. – Śmignęła obok burmistrza Waltersa i zawstydziła go na amen.

W Zoe również wezbrała tęsknota. Za tym, by jeszcze raz zobaczyć babcię. By przespacerować się po sadzie, by łuskać z nią zielony groszek na werandzie. Jak to możliwe, że umarła?

Położyła policzek na główce córeczki, czując, jak zalewa ją fala żalu. Gracie poznała miłość babci tylko na odległość. Zoe pozbawiła swoją dziewczynkę tak wielu rzeczy.

Kyle wiercił się obok niej, zerkając na zegarek. Nuda praktycznie wylewała się z niego strumieniami. Zoe wiedziała, że niecierpliwił się, by wrócić na trasę, do studia, w którym czuł się ważny i miał nad wszystkim kontrolę.

– I tu dochodzimy do ciebie, Zoe. – Oczy Joego wylądowały miękko na niej. – Babcia miała tyle wspaniałych wspomnień ze wspólnych spacerów po sadzie. Wyczuwała w tobie przywiązanie do tej ziemi i nienasyconą ciekawość procesów natury, która przywodziła jej na myśl męża.

W Zoe narastał potworny lęk, kiedy Joe wypowiadał te słowa.

– Zostawiła ci sad, Zoe. Sad i dom, oprócz kilku osobistych rzeczy, o których przeczytam ci później. Miała nadzieję, że wrócisz i zajmiesz się jego prowadzeniem.

– Co? – Jej wykrzyknienie przypominało raczej oddech niż słowo.

Kyle najeżył się.

– To śmieszne.

– Niemniej jednak... – odparł Joe. – Nellie była nieustępliwa. Chciała, by sad został zapisany Zoe.

– W takim razie będzie musiała go sprzedać – oznajmił Kyle. – Robi karierę i wiedzie życie daleko stąd.

Brady przygwoździł go spojrzeniem.

– To nie twoja sprawa. Nawet nie powinno cię tu być.

– A właśnie, że moja.

– Ochłońmy trochę – wtrącił Joe. – Nie musimy dzisiaj podejmować żadnych decyzji. Dajmy sobie nieco czasu na przemyślenia.

Kyle wstał.

– Nie ma o czym myśleć. Zoe sprzedaje sad. Idziemy.

– Czy jest... Czy jest coś jeszcze, Joe?

– Nic istotnego. Sheila poda ci twoją kopię testamentu w sekretariacie.

Kyle stał już przy drzwiach, mierząc ją mrocznym spojrzeniem. Zoe wstała i wzięła Gracie za rękę.

Brady wyglądał, jakby miał zaraz zerwać się z krzesła. Joe szybko położył mu dłoń na ramieniu, przytrzymując go na miejscu. Zoe posłała bratu przepraszające spojrzenie.

– Zadzwonię do ciebie później.


– Nie mogę jutro wyjechać, Kyle. Mam tu sprawy do załatwienia. – Zoe stała pomiędzy dwoma hotelowymi łóżkami z torebką wciąż zawieszoną na ramieniu. Zgodził się tylko na jedną dodatkową noc, ale jutro była sobota. Zoe potrzebowała przynajmniej kilku dni.

Powrót do domu oraz bliskość Brady’ego, Hope i ludzi, którzy ją kochali, w jakiś sposób dodały jej odwagi.

A może to była tylko głupota.

Gracie zasnęła w samochodzie, a Kyle praktycznie się nie odzywał, odkąd opuścili kancelarię prawną. Opłacili w hotelu kolejną noc i wnieśli z powrotem walizkę. Kyle klapnął na łóżko i z zaciśniętymi zębami przerzucał kanały w telewizji. Przydługie, brązowe włosy, uwielbiane przez jego fanki, opadły mu na jedno oko.

Zbywał ją milczeniem. To była jego najbardziej efektywna forma wymierzania kary. Zoe nie znosiła, gdy się od niej odcinano, więc podlizywała się Kyle’owi i w końcu mu ustępowała. Wszystko było lepsze od jego oziębłości.

Testament babci stanął między nimi klinem, a postawa Brady’ego w niczym nie pomogła. Przynajmniej Kyle nie spotkał się dziś twarzą w twarz z Cruzem. Zoe nie umiała sobie wyobrazić, by mogło wyniknąć z tego coś dobrego. Dzięki Bogu, Kyle nie poszedł na pogrzeb. Za nic w świecie nie pozwoliłby jej pójść tam samej, gdyby wiedział, że pojawi się na nim Cruz.

Nienawidziła tej strony jego osobowości. Upartej, pełnej gniewu, przez którą czuła się taka samotna i bezbronna.

Ale miał też dobre strony, pomyślała, przypominając sobie to, jak delikatnie odłożył Gracie na podwójne łóżko i okrył ją kołdrą, jakby była jego własną córką. Był też bardzo hojny. Zyski z ostatniego koncertu przeznaczył na leczenie syna kolegi z zespołu, walczącego z białaczką.

To właśnie jego współczucie i szczodrość przyciągnęły ją na samym początku. Wziął ją pod skrzydła i ofiarował stabilność, kiedy ona nie miała mu nic do zaoferowania. Kiedy zadrżały fundamenty jej życia. Kiedy czuła, że znalazła się w martwym punkcie i ogarnęło ją przerażenie.

Traktował Gracie jak własne dziecko, a czułość, jaką okazywał dziewczynce, sprawiła, że stał się dla Zoe kimś drogim i bliskim. Jednak gdy ich związek przeistoczył się w coś głębszego, zaborczość i manipulacje Kyle’a stawały się coraz bardziej ewidentne. Z początku była ślepa na jego wady, ale teraz przejrzała na oczy.

Patrzyła na niego i na napiętą skórę w kącikach jego oczu. Gdyby go naciskała, tylko pogorszyłaby sprawę. Ale musieli podjąć jakieś decyzje.

– Kyle, musimy o tym porozmawiać.

Spokojnie wcisnął na pilocie guzik i przełączył kanał.

– Zamknięcie tej sprawy potrwa tylko kilka dni.

Choć nie wiedziała do końca, jak niby miałaby „zamknąć” tę sprawę. Była teraz właścicielką sadu, na litość boską. Co miała z nim zrobić? Myśl o sprzedaży tego miejsca łamała jej serce.

Babcia i dziadek zbudowali swoją firmę własnymi rękami. Dziadek zmarł, kiedy Zoe była mała, a babcia spędziła resztę życia, rozkręcając interes, aż osiągnęła sukces. Zoe nie mogła sprzedać sadu. Miała wobec babci ogromny dług wdzięczności. Jednak nie mogła też nim zarządzać. Miała swoje życie, z którym wiązały się częste podróże, i chłopaka, który nigdy nie zgodziłby się osiąść w Copper Creek. A już na pewno nie dla kilku brzoskwiniowych drzew. Czy Brady chciałby zająć się sadem? Nigdy nie wykazywał większego zainteresowania rodzinnym biznesem. Jego pasją były samochody. W jego życiu nie było miejsca ani chęci na prowadzenie życia na farmie.