Pensjonat na wyspieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


jeden

Libby Holladay przedzierała się przez krzaki jeżyn w zarośniętym ogrodzie. Zatrzymała się, aby odgonić rój komarów tuż przy swojej twarzy. Dom był rzeczywiście w klasycystycznym stylu, tak jak jej powiedziano. Palladiańskie okna okalały drzwi wejściowe, czy raczej wnękę prowadzącą do nich. Całość była w opłakanym stanie. Dach porastał mech, a pnącze winorośli wrastało w ceglany mur. Zapach wiciokrzewu mieszał się z wonią pleśni.

Zrobiła kilka kroków w stronę domu, ale zanim weszła do środka, do owalnego salonu, zapisała kilka uwag w notatniku. W podłodze brakowało paru desek, inne były przegniłe, więc uważnie stawiała stopy w jasnobrązowych balerinach. Niemalże widziała dawnych mieszkańców tego miejsca. Wyobrażała sobie własne meble ustawione wokół ozdobnego kominka. Pragnęła mieć taki dom, ale coś tak wspaniałego, co wymagało tak wielu napraw, nigdy nie będzie jej. Najlepsze, co mogła teraz zrobić, to ocalić to miejsce dla kogoś innego, kto je pokocha. Już się nie mogła doczekać, aby zacząć pracę.

Zadzwonił jej telefon komórkowy, więc zaczęła nerwowo szukać go w swojej płóciennej torbie. Spojrzawszy na ekran, zobaczyła imię swojej wspólniczki.

– Cześć, Nicole. Powinnaś zobaczyć to miejsce. Rezydencja we wspaniałym klasycystycznym stylu. Myślę, że wybudowana w 1830 roku. I do tego pięknie położona przy rzece. Lub dopiero będzie pięknie, kiedy zrobi się porządek z zapuszczonym ogrodem. – Usadowiła się na parapecie jednego z okien i skreśliła kolejną notatkę dotyczącą kominka. – Nicole? Jesteś tam?

Zapadła cisza, ale po chwili Nicole w końcu się odezwała. – Jestem, jestem.

– Jakoś dziwnie brzmisz. Co się dzieje? – Nicole była gadułą i Libby nie przypominała sobie, kiedy słyszała w głosie Nicole takie napięcie. – Jesteś nadal w Outer Banks? Słyszałam, że huragan zmierza w tamtą stronę. – Wyszukała w swojej torbie paczkę kolorowych żelków i wrzuciła jeden do ust.

– Tak, jestem tutaj – odparła Nicole. – Mieszkańcy twierdzą, że burza ma ominąć Hope Island. Nasz inwestor jest naprawdę zainteresowany tym małym miasteczkiem. A my będziemy miały szansę zarobić kupę kasy. Wszystko w twoich rękach.

Nicole była lokomotywą firmy Holladay Renovations. To ona przekonywała właścicieli, aby znacząco podnosili ceny zabytkowych, starych nieruchomości zapoznając ich z ekspertyzami wykonywanymi przez Libby, która miała bardzo mało do czynienia z finansami firmy i wolała, aby tak pozostało.

– Chyba lepiej zacznę od początku – stwierdziła Nicole. – Rooney wysłał mnie, abym obejrzała kilka budynków do renowacji w centrum miasteczka. Usiłuje załatwić prom, który kursowałby na wyspę. To przyciągnie mnóstwo turystów do hotelu, który planuje tutaj stworzyć. Ale te budynki wymagają najpierw remontu, aby mógł rozkręcić tu swój biznes.

– Tyle to ja wiem. Ale co miałaś na myśli, mówiąc „wszystko w twoich rękach”? – Libby rzuciła okiem na swoje notatki, a potem obeszła pokój raz jeszcze. Rozmowa zabierała jej cenny czas, a ona chciała już wrócić do pracy. – Na pewno odnawiamy budynek stacji ratowniczej, prawda?

– Tak, już ją widziałam. Dobrze zrobiłyśmy, że wykupiłyśmy od razu to cudne miejsce. Jak tylko zabierzesz się za nie, zarobimy na tym kupę forsy i wyrobimy sobie renomę w miasteczku. Już zaczęłam przygotowywać wykaz materiałów i pracowników, których będziemy potrzebować. Ale nie dzwonię w sprawie remontu. Chcę ci powiedzieć o naprawdę wielkich pieniądzach, Libby. Milionach.

To przyciągnęło uwagę Libby. – Milionach?

– Wpadłam tutaj do kancelarii, aby miejscowy prawnik zajął się całą robotą papierkową związaną z naszym zakupem budynku stacji. Horace Whittaker. Musiałam mu podać nasze nazwiska.

– I co z tego?

– Kiedy sekretarka usłyszała twoje nazwisko, ledwo mogła złapać powietrze.

– Zna mnie?

– Ten prawnik poszukuje Libby Holladay. Córki Raya Mitchella.

– To nazwisko mojego taty.

– Tak też pomyślałam. Kiedyś słyszałam, jak wspomniałaś imię Ray, ale nie byłam pewna nazwiska.

Libby potarła dłonią czoło. – Dlaczego mnie szuka? Mój ojciec zmarł dawno temu. Kiedy miałam pięć lat.

– Umarł miesiąc temu, Libby. I zostawił ci jakieś wartościowy spadek. W rzeczywistości są to grunty, co do których Rooney sądził, że ma na nie zgodę kupna. Więc to my prowadzimy w tej grze. – Głos Nicole wyraźnie się podniósł.

Libby trudno było złapać oddech. – To jakiś głupi żart. Założę się, że prawnik zażądał jakiejś opłaty.

– Nie. Naprawdę nie. Zgodnie z tym, co mówi sekretarka, twój tata żył tutaj w Outer Banks cały ten czas. A Horace ma pudełko listów, które Ray napisał do ciebie a które są ostemplowane Zwrot do nadawcy. Wygląda na to, że twoja matka odmawiała przyjęcia listów.

Libby poczuła, jak jej żołądek się zaciska. Przez całe swoje dzieciństwo wypytywała matkę o ojca. Nigdy nie było odpowiedzi. Mama z pewnością nie mogła kłamać. Libby obserwowała dwa kolibry fruwające w pobliżu plątaniny krzaków kwiatowych.

– Czy ty masz pojęcie, ile te grunty są warte? – Głos Nicole drżał. – Ciągną się wzdłuż oceanu. Jest na nich mały, uroczy pensjonat.

Brzmiało to zbyt pięknie. – A okolica?

– Przecudna, ale odległa. – Nicole ucichła. – Ach, słuchaj, jest jeszcze coś. Kilka dni temu natknęłam się na dziewczynę, która wyglądała zupełnie jak ty.

Libby zeszła ze swego miejsca przy oknie. – Kim ona jest?

– Twoją przyrodnią siostrą. Ma na imię Vanessa. Masz również brata, Brenta. Ma dwadzieścia dwa lata.

– Mój ojciec ożenił się ponownie? – Libby z trudem ogarniała całą tę sytuację. Dzisiaj rano nie miała żadnej rodziny oprócz swojego młodszego brata przyrodniego, którego rzadko widywała. Dlaczego matka nigdy niczego jej nie powiedziała? – A co z żoną mojego ojca?

– Nikt o niej nie wspomniał. Ale jest ciotka.

Rodzina. Odkąd pamięta, zawsze chciała żyć w otoczeniu dużej, wielopokoleniowej rodziny. Natomiast jej wyzwolona matka zawsze pragnęła widoku nowych i ekscytujących miejsc. Nigdy nie mieszkały w jednym domu dłużej niż dwa lata.

– Musisz tu przyjechać. – Nicole mówiła dalej. – Trzeba się zająć tysiącami drobnych rzeczy. To jest interes, o który się modliłyśmy, Libby. O nic nie będziesz się musiała martwić do końca życia i będziesz miała mnóstwo pieniędzy, aby pomóc swojemu przyrodniemu bratu. Nie będzie już musiał mieszkać ze swoją rodziną w tej przyczepie.

Myśl o wkupieniu się w łaski przyrodniego brata wydała się jej interesująca. Nie byli ze sobą blisko, ale nie dlatego, że nie próbowała. – Nie mogę przyjechać wcześniej niż jutro, Nicole. Muszę najpierw skończyć pracę tutaj. Mamy też innych klientów.

Jak bardzo jej opieszałość związana była z myślą, że będzie musiała stawić czoła przyszłości, która miała się radykalnie odmienić? Nigdy nie radziła sobie dobrze ze zmianami. Życie nauczyło ją, że zmiana oznacza pogorszenie sytuacji, a nie jej polepszenie.

Libby usłyszała w słuchawce ciężkie westchnienie swojej wspólniczki. – Okej. Hej, chcesz zobaczyć Vanessę? Będzie tu za kilka minut. Przy stacji ratowniczej, gdzie mam się z nią spotkać, zainstalowana jest kamera internetowa z widokiem na plażę. Wyślę ci do niej link. Zobaczysz Vanessę, zanim się z nią spotkasz.

Libby rzuciła okiem przez okno w kierunku samochodu. – Mój laptop jest w samochodzie. – Założyła długie włosy za uszy i zaczęła zbierać swoje rzeczy. – Co Vanessa sądzi o tym, że nasz ojciec zostawił najcenniejsze nieruchomości właśnie mnie? – Wyszła z domu, zmierzając do miejsca, gdzie zaparkowała samochód.

Nicole chrząknęła. – Cóż, jest wkurzona.

– Wyobrażam sobie. Co jej o mnie powiedziałaś?

– Jak najmniej.

– Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

– Nimi bym się nie przejmowała. Chociaż ona i jej brat próbowali wyciągnąć informacje na twój temat. W rozmowie Vanessa wspomniała o jakichś ruinach latarni morskiej. Chciałam się dowiedzieć, gdzie one dokładnie są. Zaproponowała, że mi je pokaże, ale ja wybrałam się tam wczoraj sama. Spotykam się z nią dzisiaj, bo wiem, że chciałabyś się dowiedzieć o niej czegoś więcej.

Wszystko to wyglądało na jakąś nadciągającą, ogromną katastrofę. – Mam tyle pytań.

– Więc przyjeżdżaj jak najszybciej i znajdź na nie odpowiedzi. A jak zobaczysz pensjonat Tidewater, Libby! Jest naprawdę stary. Stoi na wschodnim brzegu wyspy przy ogromnym pasie plaży. Dawniej był domem mieszkalnym. Jest nieco podniszczony, ale bardzo oryginalny. Trudno tu dotrzeć. Dopóki Rooney nie dostanie zgody na prom, trzeba będzie wynająć łódź, aby tu dopłynąć. Ale na pewno ci się tu spodoba. Ja już się zakochałam w tym miejscu. To jak podróż do przeszłości. I znalazłam kilka jaskiń do spenetrowania.

– Nie ma drogi łączącej wyspę ze stałym lądem? – Libby było trudno wyobrazić sobie miejsce tak odległe.

– Nie. Dojedziesz tylko drogą morską.

Trzymając cały czas telefon przy uchu, Libby otworzyła drzwi samochodu i wśliznęła się na siedzenie. Laptop leżał na podłodze. Otworzyła go. – Rozłączę się na chwilę, żeby podłączyć telefon do komputera. Wyślij mi link do kamery na plaży. Nie mów Vanessie, że was oglądam.

– O której możesz tu jutro być?

– To około dwóch godzin jazdy z Virginia Beach?

– Zgadza się.

Libby była pewna, że dziś w nocy nie zmruży oka. Nie będzie więc problemu, żeby wskoczyć pod prysznic około szóstej. – Do dziewiątej rano dotrę.

Zakończyła rozmowę. Podłączyła telefon kablem do komputera. Posłuży się sygnałem z komórki, aby widzieć obraz Nicole na większym ekranie laptopa. Będzie mogła ją oglądać i jednocześnie odbierać przychodzące rozmowy. Skóra swędziła ją od zadrapań krzaków jeżyn. Udało jej się połączyć z Internetem. Sprawdziła pocztę. Nie było żadnej nowej wiadomości.

 

Została właścicielką majątku. Nie mieściło się jej to w głowie. Nieważne, w jakim stanie znajdowała się nieruchomość, było to ogromne wsparcie, czego jeszcze wczoraj nie posiadała. Myśl ta sprawiała, że było jej lekko na duszy. Przyglądała się uważnie wspaniałemu staremu domowi, przed którym stała. Może za sprzedaż pensjonatu dostałaby wystarczająco dużo pieniędzy, aby kupić taki stary dom i go odnowić? Spełniłoby się jej marzenie. Mogłaby pomóc swojemu przyrodniemu bratu. Mogłaby kupić kilka obrazów Allstona, o czym nawet nie śniła.

Jakaś kobieta zapukała w okno samochodu i Libby przekręciła kluczyk w stacyjce, aby otworzyć szybę. – Dzień dobry. Nie jestem żadnym intruzem. Robię tylko wycenę tego wspaniałego miejsca, aby wpisać go do rejestru zabytków.

Kobieta uśmiechnęła się. – Pomyślałam, że może pani kupuje ten dom. Ktoś powinien się zabrać za jego renowację.

– Ktoś już to planuje – odparła Libby. A może to będzie ona zamiast jej klienta?

Kobieta wyciągnęła rękę i wskazała jakiś kierunek. – Zbieram pieniądze dla rodziny Wardersów, którzy mieszkają tuż za rogiem. Spaliła im się kuchnia, a nie byli ubezpieczeni.

Libby miała jedynie dwieście dolarów na koncie, a musiała jeszcze dotrzeć do Outer Banks. – Bardzo bym chciała pomóc. – W jej głosie słychać było prawdziwy żal. – Ale w tej chwili nie mogę sobie na to pozwolić.

– Tak czy owak, dziękuję. – Kobieta uśmiechnęła się i ruszyła w kierunku następnego domu.

Libby zasunęła szybę i kliknęła w ikonkę skrzynki mailowej. Natychmiast pojawiła się wiadomość od Nicole. Otworzyła link. Musiała tylko kliknąć i zobaczyć swoją siostrę, o której istnieniu do tej pory nie miała pojęcia. Dłonie jej drżały, kiedy kierowała kursorem na link i kliknęła w niego. Strona się otworzyła, a przed nią pojawił się szeroki deptak ciągnący się ponad piaszczystymi wydmami, które wyglądały jak śnieżne zaspy. W oddali rysował się wspaniały błękit oceanu. Molo wdzierało się daleko w morze. Była to scena jak z jakiegoś kolorowego czasopisma. Libby niemalże czuła na sobie morską bryzę.

Kliknęła i powiększyła obraz oraz podkręciła głośność, aby móc usłyszeć szum fal. Gdzie była Nicole? Na molo i w pobliżu wody nie było nikogo. Na prawo mogła dostrzec jakiś podupadły budynek z napisem nad drzwiami Stacja Ratownicza w Hope Beach.

Nagle na deptaku dało się dostrzec jakiś ruch i na ekranie pojawiła się Nicole. Uśmiechnęła się i pomachała. – Cześć, Libby. – Usłyszała jej głos. Jakość dźwięku była zaskakująco dobra. Ocean w tle brzmiał kojąco, jak kołysanka.

Libby musiała się powstrzymać, żeby nie odmachać. Blond włosy Nicole były spięte w kucyk pod dużym kapeluszem przeciwsłonecznym, a na brązowy strój kąpielowy narzuciła modną różową tunikę.

Nicole spojrzała na zegarek i zmarszczyła czoło. – Vanessa się spóźnia. Tak jak ci mówiłam wcześniej, nie chciałam na nią czekać, żeby zobaczyć ruiny latarni morskiej, więc poszłam tam sama. Muszę ci je pokazać. Poczekaj, aż zobaczysz, co odkryłam. Zwariujesz! Hej, hej, zadzwoń do mnie. Molo jest jednym z niewielu miejsc, gdzie działa telefon. Zupełny odlot! Cała wyspa bez zasięgu! Niemalże, w każdym razie.

Libby złapała za swój telefon nadal podłączony do komputera. Mogły jeszcze przez chwilę porozmawiać. Ale zanim wybrała numer, jakaś mała łódka podpłynęła do brzegu. Wyskoczyli z niej dwaj mężczyźni i wyciągnęli ją na piach. Nicole odwróciła się do nich. Szli w jej stronę. Libby natychmiast wybrała numer do Nicole. Widziała, jak przyjaciółka rzuciła się do swojej torby, aby odszukać telefon.

Jak tylko Nicole odebrała, Libby skoczyła na równe nogi i krzyknęła. – Uciekaj stamtąd! Uciekaj do samochodu!

Nicole nadal patrzyła na mężczyzn idących w jej stronę. – To tylko turyści, Libby. Za bardzo się przejmujesz. – Uśmiechnęła się i pomachała do mężczyzn.

Libby pochyliła się bliżej do laptopa. – Coś jest nie tak, Nicole. – Prawie nie mogła oddychać, odczytując intencje malujące się na twarzach mężczyzn. – Błagam, uciekaj!

Ale to dwaj mężczyźni rzucili się do biegu, jak tylko znaleźli się w pobliżu deptaku. W miarę jak zbliżali się do kamery, Libby była w stanie zobaczyć ich całkiem wyraźnie. Jeden miał około czterdziestu lat i mocno naciągniętą czapkę na oczy. Jego spora broda mocno rzucała się w oczy. Drugi wyglądał na ponad dwadzieścia lat. Był blondynem i z pewnością nie golił się od kilku dni.

Nicole zrobiła krok do tyłu, kiedy starszy mężczyzna na przedzie uśmiechnął się do niej. – Rozłącz się. – Rozkazał jej i złapał ją za rękę.

– Zostaw ją! – Libby krzyknęła do telefonu.

Mężczyzna wytrącił telefon z ręki Nicole i połączenie zostało przerwane. Drugi mężczyzna już przy nich był i wkłuł igłę w ramię Nicole. Obaj zaczęli ciągnąć ją do łodzi. Wyrywała się i wzywała pomocy, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Kapelusz zsunął jej się z głowy i spadł na ziemię.

Nie będąc świadomą, że nadal krzyczy, Libby wybrała numer alarmowy 911. – Och, Boże, Boże, pomóż jej!

Dyspozytor zgłosił się i Libby bełkotała do niego o uprowadzeniu swojej przyjaciółki na jej oczach. – To się dzieje w Outer Banks. – Nie mogła oderwać oczu od łodzi oddalającej się od mola. – Stać! Stać! Oni ją zabierają ze sobą! Zróbcie coś!

– Gdzie?

– Już mówiłam, w Outer Banks. – Libby zerknęła na nazwę nad zmieniającym się obrazem wideo. – Hope Beach. Wyślijcie tam kogoś.

– Inny dyspozytor łączy się już z szeryfem. Wysłaliśmy też policję do pani.

– Natychmiast jadę do Hope Beach.

– Proszę zostać tam, gdzie pani jest – odparł dyspozytor. – Połączyliśmy się z szeryfem. Jest w drodze do tego miejsca. Proszę się nie rozłączać, dopóki nie dotrze do pani policja.

Musiała coś zrobić. Cokolwiek, byle tylko nie wybiec na ulicę i nie zacząć krzyczeć. Spojrzała na komputer. Mogła wywołać obraz i zachować go jako dowód. Ale płynącego strumienia nie można było przewinąć, nie można było zapisać. Jeśli włamałaby się na stronę, dostałaby się do tego pliku. Policja zaoszczędziłaby sobie czasu i puściła w obieg zdjęcia mężczyzn. Po kilku uderzeniach w klawiaturę zdołała złamać osłonę i dotarła do kodu.

Wtedy komputer zamrugał i pojawił się pusty ekran. A kiedy próbowała wejść z powrotem na stronę, cały kod zniknął. Co takiego zrobiła?

dwa

Unoszący się na niebie smog ponad budynkami Nowego Jorku odzwierciedlał kiepski nastrój, w jakim był Lawrence Rooney. Kontemplował on rozległy widok rozciągający się z okna jego penthouse’a przy Piątej Alei. Lepiej, żeby siedzący za błyszczącym biurkiem z drzewa orzechowego senator miał dla niego miłą niespodziankę, po tym co dla niego zrobił.

Lawrence wystarczająco długo ignorował obecność senatora, aby dać mu wyraźnie do zrozumienia, kto jest tutaj górą. Odwrócił się do niego i usiadł w fotelu.

– Masz dla mnie jakieś wieści?

Senator Troy Bassett poluzował krawat i wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Przetarł nią spocone czoło. – Dziś w mieście jest jak w piecu – wymamrotał.

Ten pulchny pięćdziesięciolatek był niegdyś przystojnym, atletycznym blondynem. Z czasem jednak jego atrakcyjność zastąpiła siwizna i fałdy tłuszczu. Znali się z czasów studiów na Harvardzie. Wiedzieli o sobie i swoich słabościach wszystko. Lawrence wydał fortunę, aby Bassett został wybrany na senatora. Nagroda za to miała dopiero nadejść – teraz.

– Co z głosowaniem? – Lawrence nie owijał w bawełnę.

Senator pokiwał głową. – Przeszło. Sieć promów zostanie uruchomiona w przyszłym roku.

– Doskonale. – Lawrence rozsiadł się w swoim fotelu. – Grunty będą moje do końca lata.

– Sądziłem, że staruszek odmówił ich sprzedaży.

– Na szczęście dla nas umarł. – Wiele by dał, żeby być przy tym, jak Ray Mitchell wyzionął ducha.

Bessett uniósł brew. – W naturalny sposób?

Lawrence zaśmiał się. – Oczywiście. Oboje wiemy, że lubię dopiąć swego, ale nigdy nie posunąłbym się do morderstwa. Sprawdziłem wiele razy, że pieniądze przemawiają wystarczająco skutecznie, aby nie uciekać się do takich metod. – Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. – No, ale zawsze kiedyś musi nastąpić ten pierwszy raz…

– Mitchell był godnym ciebie przeciwnikiem. Pozostał nieugięty.

– Zgoda. Ale jego syn nie ma żadnych skrupułów. Wie, kiedy natrafia się okazja i potrafi z niej skorzystać.

– Więc zgodził się na twoją cenę?

Lawrence przytaknął głową. – Zgodził się. Nawet chciałem podnieść cenę o jakieś pięć milionów, jeśli byłaby taka potrzeba, ale on o tym nie wiedział. Więc to ja ubiłem dobry interes.

– Jak zawsze.

W drzwiach pojawiła się głowa sekretarki Lawrence’a. – Panie Rooney, pan Poe do pana.

– Doskonale. Wpuść go. A ty zostań. – Zwrócił się do senatora, który zaczął wstawać ze swego miejsca. – Poe przedstawi nam obu bieżącą sytuację.

Kenneth Poe, ubrany w granatowy garnitur i czerwony krawat, wkroczył do biura. Z perfekcyjnie ułożoną fryzurą kosmyków ciemnych włosów wydawał się uosobieniem dżentelmena. Jeśli Lawrence miałby syna, chciałby, żeby chłopak był taki jak Poe. Bystry, bezwzględny i przystojny. Miał trzydzieści lat i nadal się nie ożenił. Zapewne nadszedł właściwy moment, aby przedstawić go Katelyn. Lawrence nie mógł sobie wymarzyć lepszego zięcia.

– Witam pana. – Poe wyciągnął dłoń. – Witam senatorze.

Mężczyźni podali sobie dłonie, a Lawrence odnotował kolejnego plusa na korzyść Poego. Wiedział doskonale, jak się zachować w obliczu władzy, i świadomie wyraził swój szacunek, witając się z nim pierwszym. Chłopak musiał brać lekcje podlizywania się. Ale Lawrence’owi to się podobało.

– Mam nadzieję, że masz dla mnie podpisany akt sprzedaży.

Poe usadowił się na drugim krześle i niedbale zarzucił stopę na kolano. – Niestety, natrafiliśmy na przeszkodę.

Czoło Lawrence’a zmarszczyło się na dźwięk grobowego brzmienia głosu Poego. – Jakiego rodzaju przeszkodę?

– Poważną przeszkodę.

Kiedy Poe twierdził, że coś jest poważną sprawą, Lawrence zawsze przywiązywał do tego wagę. – Jak bardzo poważną?

– Do miasta przyjechała pewna młoda kobieta. Bardzo inteligentna i wścibska. Odkryła jaskinię. Nie jestem pewien, czy widziała, co jest w środku. – Zerknął w kierunku senatora.

Lawrence zacisnął usta. – Musimy trzymać ją z daleka od tego tak długo, dopóki wszystkie papiery nie zostaną podpisane. Czy możesz umieścić ją w jakimś bezpiecznym miejscu aż do zakończenia naszych spraw?

– To już zostało zrobione. Ale jeśli przysporzy nam to jeszcze więcej problemów?

– Będziemy się tym martwić później. Tu chodzi o naprawdę duże pieniądze, Kenneth. Nie pozwolę, żeby moje plany popsuła jakaś grotołazka amatorka. Załatw to.

– Oczywiście, proszę pana. Zrobię co w mojej mocy.

Moce Poego były zazwyczaj spektakularne. Lawrence przestał się martwić, a zaczął się zastanawiać, co zrobi z pieniędzmi, które będą do niego spływać strumieniami, kiedy zamieni Hope Island w drugie Myrtle Beach*.

***

Słońce zachodziło za horyzontem, a żaglówka szybko szła na dno. Dwójka ludzi wymachiwała rozpaczliwie rękami i nogami w wodzie. Główny oficer, Alec Bourne, siedział na brzegu podłogi helikoptera Dolphin. – Zejdź trochę niżej – starał się przekrzyczeć huk śmigła. Jego zespół Straży Przybrzeżnej otrzymał wezwanie dwadzieścia minut temu, a on modlił się przez całą drogę, aby dotarli na czas.

Wprawdzie huragan zmienił kierunek i miał ich ominąć, ale jego zewnętrzne skrzydło wywołało gwałtowny sztorm. Mała łódź ugrzęzła, targana silnym wiatrem i falami. Lewa burta przechylała się o czterdzieści pięć stopni. Zapewne to wezwanie było pierwszym z kilku, które otrzymają dzisiaj.

Pilot, Josh Holman, skinął głową i helikopter zaczął krążyć bliżej fal bijących o łódź. Alec wychylił się i wsparł się na wiejącym w jego stronę wietrze. Ostry deszcz kłuł go w twarz. Czekając na sygnał od mechanika lotu i jednocześnie swojego najlepszego przyjaciela, Curtisa Irelanda, czuł wyraźnie zapach słonego powietrza.

– Przygotować się do wyciągnięcia pływaka! – Josh wydał krótką komendę, a Curtis klepnął Aleca w pierś.

Alec nabrał powietrza, a później rzucił klamrę karabinka i uwolnił się z pasa, jedynego elementu uprzęży, która trzymała go w helikopterze. Wyskoczył z samolotu. Wiatr targał nim, kiedy opadał w dół. Gdy się zanurzył, fale zatamowały powietrze wydobywające się z jego płuc. Natychmiast wystrzelił na powierzchnię i rzucił się do pierwszej osoby w wodzie.

 

Kobieta walczyła z morzem, aby jak najprędzej dotrzeć do Aleca. Kiedy go dotknęła, złapała za szyję i pociągnęła pod wodę. – Uspokój się! – Odepchnął ją, a potem chwycił od tyłu, stosując tradycyjny, chwyt ratunkowy. Zesztywniała, ale potem rozluźniła się w jego uścisku. Unosząc kciuk do góry, dał Curtisowi znak, aby zaczął opuszczać kosz ratunkowy.

– Wszystko będzie dobrze – uspokajał kobietę.

– Wpłynęliśmy na mieliznę. – Z trudem łapała powietrze fioletowymi ustami. – Jesteśmy w wodzie od dwóch godzin.

– Już prawie koniec. – Chwycił kosz i pomógł jej wdrapać się do środka. Potem dał sygnał Curtisowi, aby wciągnął ją do helikoptera, a sam popłynął po jej męża.

Pięć minut później on również był z powrotem na pokładzie Dolphina. Misja zakończona. Ratowniczka medyczna, Sara Kavanagh, sprawdzała kobiecie puls i ciśnienie krwi. Oboje pacjenci siedzieli owinięci w koce. Dziękowali Alecowi i załodze całą drogę do Stacji Straży Przybrzeżnej, gdzie personel medyczny oczekiwał na żeglarzy rozbitków.

W dni takie jak ten Alec wiedział, że znajduje się tam, gdzie Bóg go potrzebował. Ale były też inne dni, kiedy nic nie szło tak jak trzeba lub kiedy tracili człowieka, którego próbowali ratować.

Uśmiechał się, idąc przez trawnik w kierunku Stacji ze swymi przyjaciółmi. Alec i Curtis razem przeszli szkolenia. Różnili się od siebie tak bardzo, jak tylko dwóch najlepszych przyjaciół może się od siebie różnić. Curtis był tym spokojnym i rozważnym w grupie. Chociaż pochodził z bogatej rodziny, nigdy się z tym nie obnosił. Sara Kavanagh była jedyną kobietą w zespole. Jej powściągliwość i pewność siebie sprawiały, że mężczyźni w Stacji wstrzymywali się od jakichkolwiek niewłaściwych uwag pod jej adresem. Poza tym zdobyła ich zaufanie swymi kompetencjami. Czasami zastanawiał się, czy Sara i Josh w końcu staną się parą. Josh zwykle pajacował i wszystkich rozśmieszał, ale czasami Alec dostrzegał jakąś iskrę w jego oczach, kiedy patrzył na Sarę.

– Masz więc trzy dni wolnego, Alec. – Josh zaczynał swoje żarty. – Co będziesz porabiał? Opuścisz wyspę i pojedziesz zabawić się w kasynie, gdzie wygrasz tyle kasy, że kupisz mi jaguara?

– Jeżeli o mnie chodzi, będziesz się musiał zadowolić rowerem – odparł Alec. – Jadę z Zachem łowić kraby. Słyszałem, że nieźle biorą. Może uda mi się na nich zarobić tyle, żeby rozbudować taras z tyłu domu.

Sara wyciągała jedzenie z torby. – Jak tam Zach?

Uśmiech zniknął z twarzy Aleca. Wzruszył ramionami. – Minęły zaledwie dwa tygodnie. Wiesz, jak to jest z nastolatkami. Raz wydaje się, że wszystko jest w porządku, a za chwilę robi coś tak głupiego, że masz wrażenie, że wychował się w buszu. Ale cieszy się, że wrócił na wyspę. Nienawidził Richmond.

– Musi być ci trudno. Nigdy nie miałeś do czynienia z wychowywaniem dzieciaków – stwierdziła Sara.

– Darrell zdołał zrobić to, co najważniejsze. Ja spróbuję zająć się tym, co jest jeszcze do zrobienia. On jest wszystkim, co mi zostało po Darrellu.

Awionetka rozbiła się zalewie sześć miesięcy temu i tęsknota za starszym bratem nadal sprawiała Alecowi ogromny ból. Do tego Zach wyglądał dokładnie jak Darrell w jego wieku. Dzieciak sprawiał dziadkom ogromne problemy, dlatego dwa tygodnie temu opiekę nad nim przejął Alec. Powinien był zabrać go do siebie od razu, ale mama Aleca upierała się, że miejsce chłopca jest przy nich. No i Darrell wyznaczył swoich rodziców na opiekunów.

Zadzwoniła jego komórka. Stacja była jednym z niewielu miejsc na wyspie, gdzie był zasięg. Telefonował kuzyn, Tom, który dziwnym zbiegiem okoliczności był jednocześnie szeryfem na wyspie. – Cześć, Tom.

– Nie chcę ci zawracać głowy, ale Zach trafił tu do więzienia.

Alec poczuł, jak jego żołądek się zaciska. – Co zrobił?

– On i jego koledzy wpadli na pomysł, aby wymalować graffiti na ścianach szkoły. Został przyłapany z farbą. Myślę, że powinieneś zostawić go tutaj na noc. Może to go czegoś nauczy.

Myśl, że jego bratanek siedzi w więzieniu, była bolesna, ale Alec wiedział, że jego kuzyn ma rację. – Sądzę, że to dobry pomysł.

– Skoro już cię złapałem, myślę, że będę potrzebował twojej pomocy. Kobieta o nazwisku Nicole Ingram została uprowadzona z molo Tidewater.

– Uprowadzona?

– Zadzwonili do mnie z policji w Virginia Beach. Jej wspólniczka widziała to na ekranie komputera z kamery.

Alec skrzywił się. – Okropne!

– Policjant, który zadzwonił do mnie, twierdził, że była w histerii. Podobno tutaj jedzie. Czy twój zespół mógłby mieć oko na wszystko? Porywacze zabrali ją na łódź i odpłynęli.

– Oczywiście. Czy masz opis tej kobiety?

Tom podał mu jej charakterystykę. – Kurczę, mam drugi telefon. Kończę. I nie waż się wpaść po swojego bratanka wcześniej niż jutro przed lunchem.

Alec rozłączył się i odłożył telefon. Wszyscy patrzyli na niego z ciekawością. – Zach jest w więzieniu.

– To już wiemy – odparł Curtis. – Ale co zrobił?

– Wymalował graffiti na ścianach szkoły.

– Też to kiedyś zrobiłem – pochwalił się Josh. – To taki rytuał dorastania.

– Mnie się to nigdy nie zdarzyło – stwierdził Alec.

– Och tak, ale ty chodziłeś po wodzie.

Alec uśmiechnął się, słysząc znajomy żart. Tylko dlatego, że nigdy nie pił ani nie palił, większość ludzi sądziła, że był kimś w rodzaju świętego. Prawda była jednak zupełnie inna.

* Kurort w Karolinie Południowej na wschodnim wybrzeżu, wielkie centrum turystyki obsługujące rocznie ok. 14 mln turystów.