Rybak znad Morza WewnętrznegoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

THE WIND’S TWELVE QUARTERS:

Copyright © 1975 by Ursula K. Le Guin

A FISHERMAN OF THE INLAND SEA:

Copyright © 1994 by Ursula K. Le Guin

FOUR WAYS TO FORGIVENESS:

Copyright © 1995 by Ursula K. Le Guin

THE BIRTHDAY OF THE WORLD AND OTHER STORIES:

Copyright © 2002 by Ursula K. Le Guin

THE TELLING: Copyright © 2000 by Ursula K. Le Guin

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency

and Curtis Brown, Ltd.

The moral rights of the author have been asserted

Projekt okładki

Dark Crayon/Piotr Cieśliński

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-803-4

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl


Z dala, od zmroku i poranka,

Ze wszystkich świata stron

Przyniosło tę materię, która,

Związana tu, jest ze mną.

Więc – póki tak na tchnienie czekam,

A nie rozwiał mnie wiatr,

Prędko, daj rękę i zrzuć z serca

Ciężar, co na nie spadł.

Przemów, a na to ja odpowiem.

Jak ci dopomóc? Mów.

Albo na wszystkie świata strony

W bezkres odlecę znów.

A.E. Housman, Chłopak z Shropshire1

1 Przełożyła Ewa Życieńska.

Naszyjnik Semley

Opowiadanie to, napisane w 1963 roku, opublikowane w roku 1964, a potem w roku 1966 jako prolog do mojej pierwszej powieści Świat Rocannona, jest właściwie moim ósmym opublikowanym utworem. Mimo to umieszczam je jako pierwsze w tej książce, gdyż uważam, że jest najbardziej charakterystyczne dla moich wczesnych utworów fantastycznych i fantastyczno­naukowych, najbardziej romantyczne. Rozwój mojego stylu polegał na odchodzeniu od jawnego romantyzmu powoli i stopniowo; od tego opowiadania do ostatniego opowiadania w tomie, Dzień przed rewolucją, napisanego w roku 1972. Nadal jestem romantyczką, nie ma co do tego wątpliwości, i jestem z tego zadowolona, ale naiwność i prostota Naszyjnika Semley stopniowo przekształciły się w coś twardszego, mocniejszego i bardziej złożonego.

Jak odróżnić legendę od prawdy na tych światach oddalonych o tyle lat, na bezimiennych planetach, zwanych przez swoich mieszkańców po prostu światami, planetach bez historii, gdzie przeszłość to sprawa mitu, gdzie powracający badacz stwierdza, że jego czyny sprzed kilku lat stały się gestami Boga? Niezgłębiona ciemność wypełnia przepaść czasu, której dwa brzegi łączą nasze światłowce, a w owym mroku plenią się jak zielsko niepewność i zachwianie wszelkich proporcji.

Ktoś, kto chce opowiedzieć historię człowieka, zwykłego uczonego Ligi, który udał się przed niewielu laty na jeden z takich bezimiennych, na wpół poznanych światów, czuje się jak archeolog wśród tysiącletnich ruin, przeciskający się przez gąszcz liści, kwiatów, gałęzi i pnączy, by nagle natknąć się na przejrzystą geometrię koła lub polerowanego narożnika; a potem wchodzi w jakieś zwyczajne, oświetlone słońcem drzwi, by w ciemnym wnętrzu ujrzeć nieoczekiwaną iskierkę ognia, błysk klejnotu, ledwie widoczny gest kobiecej ręki.

Jak odróżnić fakt od legendy, prawdę od prawdy? W opowieści Rocannona powracają błękitne błyski klejnotu. Zacznijmy ją od tego:

8 Strefa Galaktyczna, N. 62: Fomalhaut II

Istoty rozumne (gatunki poznane):

Gatunek I.

A. Gdemiar (lp. Gdem): Wysoce inteligentni, w pełni człekokształtni jaskiniowcy. Wzrost 120–135 cm, skóra jasna, włosy ciemne. W momencie kontaktu ci troglodyci posiadali wyraźnie rozwarstwione oligarchiczne społeczeństwo typu miejskiego, zmodyfikowane przez zjawisko kolonii telepatycznych, oraz technologicznie zorientowaną kulturę okresu wczesnej stali.

Skok technologiczny do kultury przemysłowej, poziom C, na skutek wypraw Ligi w latach 252–254. W roku 254 oligarchowie okręgu Kirien otrzymali automatyczny statek zapewniający połączenie z Nową Południową Georgią. Status C.

B. Fiia (lp. Fian): Wysoce inteligentni, w pełni człekokształtni, tryb życia dzienny, średni wzrost około 130 cm. Wśród obserwowanych osobników przeważał typ jasnoskóry i jasnowłosy. Sporadyczne kontakty wskazywały na społeczeństwo typu koczowniczej i osiadłej wspólnoty, częściową telepatię kolonialną z pewnymi oznakami krótkodystansowej telekinezy. Rasa sprawia wrażenie antytechnologicznej o minimalnych płynnych wzorcach kulturowych. Kontakt bardzo utrudniony. Nieopodatkowani. Status E?

Gatunek II.

Liuar (lp. Liu): Wysoce inteligentni, człekokształtni, tryb życia nocny, średni wzrost około 170 cm. Mieszkają w grodach obronnych, społeczeństwo typu klanowego, technologia zablokowana na epoce brązu, kultura rycerska. Horyzontalny podział społeczeństwa na dwie pseudorasy: a) Olgyior – ludzie średni – jasnoskórzy i ciemnowłosi; b) Angyar – panowie – bardzo wysocy, ciemnoskórzy i jasnowłosi...

– To ona – powiedział Rocannon, spoglądając znad Małego kieszonkowego przewodnika po istotach rozumnych na bardzo wysoką, ciemnoskórą i jasnowłosą kobietę, która stała w głębi długiego korytarza muzeum. Stała nieruchomo, wyprostowana, w koronie złotych włosów, wpatrzona w gablotę. Wokół niej kręciło się czterech niespokojnych brzydkich karłów.

– Nie wiedziałem, że Fomalhaut II ma oprócz troglodytów tyle tych ludów – powiedział Ketho, kurator.

– Ja też. Tu są nawet wymienione „niepotwierdzone” gatunki, z którymi nie doszło do kontaktu. Czas chyba na jakąś gruntowniejszą ekspedycję do nich. Dobrze, że przynajmniej wiemy, kim ona jest.

– Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć, kim jest naprawdę...

Pochodziła ze starego rodu pierwszych królów angyarskich i mimo ubóstwa włosy jej błyszczały szczerym złotem dziedzictwa. Mali ludzie, Fiia, kłaniali się na jej widok, nawet gdy jeszcze jako dziecko biegała boso po polach z płomienną kometą włosów rozjaśniającą mroczną atmosferę Kirienu. Była wciąż jeszcze bardzo młoda, kiedy Durhal z Hallanu ujrzał ją, poprosił o jej rękę i zabrał ją ze zrujnowanych wieżyc, w których hulał wiatr, do swego wysokiego domu. W Hallanie na zboczu góry też nie było wygód, choć przetrwało bogactwo. Okna nie miały szyb, kamienne podłogi były nagie; w zimnej porze roku można się było rano obudzić i ujrzeć długie języki nawianego w nocy śniegu pod każdym oknem. Młoda żona Durhala stawała szczupłymi bosymi stopami na zaśnieżonej podłodze, zaplatając pożar swoich włosów i śmiejąc się do młodego małżonka w srebrnym lustrze zdobiącym ścianę jej pokoju. To lustro i ślubna suknia matki, wyszyta tysiącem drobniutkich kryształków, stanowiły cały jego majątek. Niektórzy z pomniejszych krewniaków nadal posiadali całe skrzynie brokatowych szat, pozłacane meble, srebrne rzędy dla swoich wierzchowców, srebrem zdobione zbroje i miecze, drogie kamienie i biżuterię, na którą młoda małżonka Durhala zerkała z zazdrością, oglądając się za wysadzanym kamieniami diademem lub złotą broszą, nawet gdy ich właścicielki przystawały, by przepuścić ją z szacunku dla jej urodzenia i pozycji męża.

Durhal i jego żona Semley zasiadali podczas wielkiej uczty na czwartym miejscu, tak blisko pana na Hallanie, że starzec często sam nalewał wina Semley oraz rozmawiał o łowach ze swoim bratankiem i następcą Durhalem, spoglądając na młodą parę z ponurą, pozbawioną nadziei miłością. Nadzieja była wielką rzadkością wśród Angyarów z Hallanu i całej Zachodniej Krainy od czasu, gdy pojawili się Władcy Gwiazd ze swymi domami skaczącymi na kolumnach ognia i straszliwą bronią, która rozbijała góry. Naruszyli oni stare obyczaje czasów pokoju i czasów wojny i choć sumy były niewielkie, honor Angyarów cierpiał, że musieli płacić podatki, daninę na wojnę, jaką Władcy Gwiazd mieli stoczyć z jakimś dziwnym wrogiem gdzieś w pustych przestrzeniach między gwiazdami, kiedyś na końcu czasu. „To będzie także wasza wojna” – mówili, ale już całe pokolenie Angyarów siedziało w daremnym wstydzie w swoich wielkich komnatach, patrząc, jak rdzewieją ich długie miecze, jak ich synowie dorastają, nie zadawszy ciosu w bitwie, a córki wychodzą za biedaków lub nawet ludzi średnich, nie mając w posagu bogatego łupu godnego męża szlachetnego rodu. Pan na Hallanie z zasępioną twarzą spoglądał na jasnowłosą parę, słuchając ich śmiechu, kiedy pili cierpkie wino i weselili się w zimnej, zrujnowanej, okazałej fortecy swojej rasy.

Twarz Semley też tężała, gdy rozglądała się po sali i widziała na miejscach znacznie poniżej swego, nawet daleko wśród mieszkańców i ludzi średnich, lśnienia i blaski drogocennych kamieni na tle białej skóry i czarnych włosów. Ona nic nie wniosła mężowi w posagu, ani jednej srebrnej szpilki. Suknię z tysiącem kryształków schowała do skrzyni na ślub córki, jeżeli będą mieć córkę.

Mieli córkę i nazwali ją Haldre, a kiedy jej mała brązowa główka porosła już nieco dłuższymi włosami, zabłysło na niej szczere złoto, dziedzictwo wielkich przodków, jedyne złoto, jakie kiedykolwiek będzie jej własnością...

Semley nie wspominała mężowi o tym, co jej doskwiera. Przy całej dobroci, jaką ją obdarzał, Durhal w swojej dumie żywił tylko pogardę dla zawiści i próżnych zachcianek, a Semley bała się jego pogardy. Zdradziła się jednak przed siostrą Durhala, Durossą.

 

– Moja rodzina miała kiedyś wielki skarb – powiedziała. – Był to szczerozłoty naszyjnik z ciemnobłękitnym kamieniem, to się chyba nazywa szafir, pośrodku.

Durossa pokręciła głową i uśmiechnęła się, również niepewna nazwy. Była późna ciepła pora, jak północni Angyarowie nazywają lato swego osiemsetdniowego roku, licząc cykl miesięcy na nowo od każdego zrównania, co Semley uważała za dziwaczny kalendarz, odpowiedni chyba tylko dla ludzi średnich. Jej rodzina dożywała kresu, ale była starsza i miała czystszą krew niż wszystkie te rody z północno-zachodnich kresów, które zbyt często mieszały się z Olgyiorami. Siedziała z Durossą w słońcu na kamiennej ławie podokiennej, wysoko w Wielkiej Wieży, gdzie mieszkała starsza kobieta. Młodo owdowiała i bezdzietna, Durossa została po raz drugi zaślubiona panu na Hallanie, swemu stryjowi. Ponieważ było to drugie małżeństwo dla nich obojga i byli spokrewnieni, Durossa nie miała tytułu pani na Hallanie, który pewnego dnia miała otrzymać Semley, ale zasiadała ze starym panem na wysokim siedzisku i rządziła wraz z nim jego włościami. Starsza od swego brata Durhala, lubiła jego młodą żonę i uwielbiała ich jasnowłosą córeczkę Haldre.

– Kupiono go – opowiadała Semley – za cały okup, który mój przodek Leynen dostał po zwycięstwie nad Księstwami Południa. Pomyśl tylko, wszystkie pieniądze z całego królestwa za jeden klejnot! Na pewno przyćmiłby wszelkie klejnoty Hallanu, nawet te kryształy jak jajka kooba, które nosi twoja kuzynka Issar. Był tak piękny, że dostał własne imię. Nazywano go Oko Morza. Nosiła go moja prababka.

– A ty nigdy go nie widziałaś? – spytała starsza kobieta od niechcenia, spoglądając w dół na zielone zbocza, gdzie długie lato wysyłało swoje gorące, wiecznie niespokojne wiatry na lasy i białe drogi ciągnące się hen, aż na brzeg morza.

– Zaginął przed moim urodzeniem. Mój ojciec powiedział, że klejnot został ukradziony przed przybyciem Władców Gwiazd na nasze ziemie. Nie chciał mówić na ten temat, ale pewna stara kobieta ze średnich ludzi, znająca mnóstwo opowieści, powtarzała mi nieraz, że Fiia wiedzą, gdzie jest klejnot.

– Ach, chciałabym zobaczyć tych Fiia! – westchnęła Durossa. – Tyle się o nich słyszy w pieśniach i opowieściach... Dlaczego nigdy nie zaglądają w nasze strony?

– Zbyt tu wysoko i zbyt chłodno zimą, jak sądzę. Oni lubią słoneczne doliny południa.

– Czy są podobni do Gliniaków?

– Gliniaków nigdy nie widziałam. Trzymają się od nas z daleka tam, na południu. Podobno są nieforemni i biali jak ludzie średni. Fiia są piękni, wyglądają jak dzieci, tylko są szczuplejsi i mądrzejsi. Tak, ciekawe, czy wiedzą, gdzie jest naszyjnik, kto go ukradł i gdzie schował! Pomyśl, Durosso, gdybym tak mogła wejść do Wielkiej Sali Hallanu i usiąść obok mojego męża z równowartością królestwa na szyi, przyćmiłabym inne kobiety tak, jak on przyćmiewa wszystkich mężczyzn!

Durossa pochyliła głowę nad dzieckiem, które oglądało z zainteresowaniem swoje brązowe stópki, siedząc na skórze między matką a ciotką.

– Semley jest niemądra – szepnęła do dziecka. – Semley, która błyszczy jak spadająca gwiazda, Semley, której mąż nie kocha innego złota poza złotem jej włosów...

A Semley, zapatrzona w stronę dalekiego morza, milczała.

Minęła zimna pora i Władcy Gwiazd znowu przybyli po daninę na wojnę z końcem świata – tym razem używając jako tłumaczy pary karłowatych Gliniaków i obrażając w ten sposób wszystkich Angyarów, co groziło rebelią. Potem minęła następna pora ciepła, Haldre wyrosła na uroczą rozgadaną dziewuszkę i Semley przyniosła ją któregoś ranka do słonecznego pokoju Durossy w wieży. Semley miała na sobie stary błękitny płaszcz, jej włosy okrywał kaptur.

– Zaopiekuj się Haldre przez kilka dni – powiedziała szybko i spokojnie. – Jadę na południe do Kirienu.

– Chcesz odwiedzić ojca?

– Chcę odnaleźć swoje dziedzictwo. Twoi kuzyni z Hagretu pokpiwali z Durhala. Nawet ten mieszaniec Parna może mu dokuczać, bo jego żona, ta kluchowata czarnowłosa flądra, ma aksamitną narzutę na łoże, diamentowy kolczyk i trzy szaty, a żona Durhala musi chodzić w łatanej sukni...

– Durhal jest dumny ze swojej żony, nie z jej sukien.

Ale Semley była niewzruszona.

– Panowie Hallanu stają się biedakami we własnym zamku. Przywiozę swojemu panu posag godny moich przodków.

– Semley! Czy Durhal wie, że wyjeżdżasz?

– Mój powrót będzie szczęśliwy, to możesz mu powiedzieć – odparła młoda Semley, wybuchając beztroskim śmiechem. Potem schyliła się, żeby pocałować córkę, odwróciła się i zanim Durossa zdążyła się odezwać, znikła, jakby podmuch wiatru przemknął po zalanej słońcem kamiennej podłodze.

Zamężne kobiety angyarskie nie jeżdżą wierzchem dla rozrywki i Semley nie opuszczała Hallanu od czasu zamążpójścia, toteż teraz, sadowiąc się w wysokim siodle swojego wiatrogona, poczuła się znowu jak panna, jak szalona dziewczyna, która na skrzydłach północnego wiatru ujeżdżała półdzikie wierzchowce nad polami Kirienu. Zwierzę unoszące ją teraz ze wzgórz Hallanu było szlachetniejszej krwi: pasiasta skóra ciasno obciągała puste, lekkie kości, zielone oczy mrużyły się od wiatru, lekkie, ale potężne skrzydła biły powietrze po obu stronach Semley, na przemian odsłaniając i przesłaniając chmury nad jej głową i wzgórza pod stopami.

Na trzeci dzień rano przybyła do Kirienu i stanęła na zrujnowanym dziedzińcu. Jej ojciec pił całą noc i tak jak dawniej poranne słońce, wpadające przez dziurawy dach, drażniło go, a widok córki rozjątrzył go jeszcze bardziej.

– Po co wróciłaś? – warknął, nawet nie zwracając w jej stronę zapuchniętych oczu. Płomień jego włosów przygasł, siwe kosmyki wiły się na czaszce. – Czy młody Halla nie ożenił się z tobą i teraz wracasz chyłkiem do domu?

– Jestem żoną Durhala. Przyjechałam, żeby odzyskać mój posag, ojcze.

Stary pijak znów warknął z irytacją, ale Semley roześmiała się tak łagodnie, że krzywiąc się, musiał jednak na nią spojrzeć.

– Czy to prawda, ojcze, że Fiia ukradli naszyjnik zwany Okiem Morza?

– Skąd mogę wiedzieć? Stare bajdy. Ten przedmiot zaginął chyba przed moim urodzeniem. Lepiej bym się wcale nie rodził. Spytaj Fiia, jak chcesz wiedzieć. Idź do nich albo wracaj do męża, ale mnie zostaw w spokoju. Kirien nie jest miejscem dla kobiet, złota i innych takich rzeczy. Kirien jest skończone, to ruina, puste mury. Synowie Leynena nie żyją, a ich bogactwa znikły. Idź swoją drogą, dziewczyno.

Opuchnięty i szary niby pająk gnieżdżący się w ruinach, ruszył niepewnym krokiem do piwnic, by ukryć się przed blaskiem dnia.

Prowadząc pasiastego wiatrogona z Hallanu, Semley opuściła swój dawny dom, po czym zjechała ze stromego wzgórza przez wieś ludzi średnich, którzy pozdrawiali ją z posępnym szacunkiem, minęła pola i pastwiska, gdzie pasły się ogromne półdzikie herilory z podciętymi skrzydłami, aż dotarła do doliny zielonej jak malowana miska i wypełnionej po brzegi słonecznym blaskiem. W głębi doliny leżała wioska Fiia i kiedy Semley zsiadła ze swego wierzchowca, drobni ludzie wybiegli ku niej ze swoich chat i ogrodów i wśród śmiechu wołali cichymi, wysokimi głosami:

– Witaj, żono Halla, pani Kirienu, ujeżdżająca wiatr piękna Semley!

To były miłe słowa i słuchała ich z przyjemnością, nie zwracając uwagi na śmiech, bo śmiali się ze wszystkiego, co mówili. Ona też tak robiła, mówiła i się śmiała. Stała wysoka, w długim błękitnym płaszczu wśród zamętu ich powitania.

– Witajcie, słoneczni Fiia, przyjaciele ludzi!

Zaprowadzili ją do wsi i zaprosili do jednego ze swoich przewiewnych domów, a wszędzie towarzyszyła im gromadka małych dzieci. Wieku dorosłego Fiana nie sposób określić, trudno ich w ogóle rozróżnić, a że krążyli nieustannie niczym ćmy wokół świecy, nie wiadomo było, czy mówi się do tego samego osobnika. Wydawało się jednak, że jeden z nich rozmawiał z Semley, podczas gdy inni karmili i głaskali jej wierzchowca oraz przynosili jej wodę do picia i naczynia z owocami z karłowatych sadów.

– To nie Fiia ukradli naszyjnik panów Kirienu! – wykrzyknął człowieczek. – Co Fiia robiliby ze złotem, pani? My mamy słońce w ciepłej porze, a w zimnej porze jego wspomnienie, mamy złote owoce, złote liście przy zmianie pór, złote włosy naszej pani z Kirienu. Nie trzeba nam innego złota.

– Więc to jakiś średni człowiek ukradł klejnot?

Odpowiedzią był długi zwiewny śmiech.

– Jaki średni człowiek miałby odwagę?... O, pani na Kirienie, jak skradziono wielki klejnot, nie wie żaden śmiertelnik, ani człowiek, ani średni człowiek, ani Fian, ani nikt spośród siedmiu ludów. Tylko zmarli wiedzą, jak on przepadł, dawno temu, kiedy Kireley Dumny, twój pradziad, wędrował samotnie do jaskiń nad morzem. Ale może klejnot znajdzie się u Wrogów Słońca.

– U Gliniaków?

Nieco głośniejszy nerwowy wybuch śmiechu.

– Usiądź wśród nas, Semley słonecznowłosa, która wróciłaś z północy.

Usiadła z nimi do posiłku i cieszyła się ich wdziękiem, tak jak oni jej obecnością. Kiedy jednak ponownie usłyszeli, że pójdzie do Gliniaków odzyskać swój posag, ich śmiech ucichł i stopniowo robiło się wokół niej coraz puściej. Wkrótce została sam na sam z jednym Fianem, zapewne z tym, z którym rozmawiała przed posiłkiem.

– Nie chodź do Gliniaków, Semley – powiedział i na chwilę odwaga ją opuściła.

Fian przesunął powoli dłońmi po oczach i powietrze wokół nich nagle pociemniało. Owoce na talerzu nabrały barwy popielatej, woda znikła ze wszystkich naczyń.

– W dalekich górach dawno temu Fiia i Gdemiarowie rozdzielili się – mówił cicho drobny Fian. – Przedtem byliśmy cichym drobnym ludem. Oni są tym, czym my nie jesteśmy. My jesteśmy tym, czym oni nie są. Pomyśl o słońcu, trawie i drzewach rodzących owoce. Pomyśl, że nie wszystkie drogi, które prowadzą w dół, prowadzą również w górę.

– Moja nie prowadzi ani w dół, ani w górę, mój miły gospodarzu, ale prosto do mojego posagu. Pójdę tam, gdzie on jest, i wrócę wraz z nim.

Fian skłonił się ze śmiechem.

Za wioską Semley dosiadła swego wiatrogona i odpowiedziawszy okrzykiem na pożegnania, wzniosła się na przedwieczornym wietrze i odleciała na południowy zachód w stronę jaskiń na skalistych brzegach morza Kirien. Obawiała się, że będzie musiała wędrować daleko w głąb jaskiń, żeby znaleźć tych, których szukała, gdyż mówiono, że Gliniacy nigdy nie wychodzą ze swoich podziemi na światło dzienne, że boją się Wielkiej Gwiazdy i księżyców. Była to daleka droga i wylądowała raz, żeby jej wierzchowiec mógł zapolować na szczury drzewne, a ona zjeść trochę chleba ze swojej torby. Chleb był już twardy i suchy i przeszedł zapachem skóry, ale zachował coś ze swego smaku i przez chwilę, jedząc go samotnie w cieniu południowego lasu, słyszała cichy głos Durhala i widziała jego twarz zwróconą ku niej w blasku świec Hallanu, widziała surową i żywą młodą twarz i wyobrażała sobie, co powie Durhalowi, kiedy wróci do domu z równowartością królestwa na szyi: „Chciałam mieć dar godny mego męża, o panie...”.

Wkrótce ruszyła dalej, ale kiedy dotarła do wybrzeża, słońce już zaszło i Wielka Gwiazda szła w jego ślady. Złośliwy wiatr nadbiegł z zachodu, gwałtowny i zmienny, i wiatrogon, walcząc z nim, opadł z sił. Pozwoliła mu wylądować na piasku. Natychmiast złożył skrzydła i podwinął pod siebie grube, lekkie łapy z pomrukiem zadowolenia. Semley stała, otulając się ciasno płaszczem i głaszcząc szyję wierzchowca, który położył uszy i nie przestawał mruczeć. Jego ciepłe futro było przyjemne w dotyku, ale wokół jak okiem sięgnąć było tylko szare niebo ze strzępami chmur, szare morze, ciemny piasek. Nagle tuż nad piaskiem przemknęło jakieś ciemne stworzenie, potem drugie, cała grupka, przystając i przysiadając. Przywołała biegnących okrzykiem. Chociaż poprzednio jakby jej nie dostrzegali, teraz w jednej chwili znaleźli się wokół niej. Trzymali się na dystans od wiatrogona, który przestał mruczeć, a sierść zjeżyła mu się lekko pod dłonią Semley. Chwyciła go za uzdę, ciesząc się z obrony, lecz obawiając się jednocześnie wybuchu wściekłości zdenerwowanego zwierzęcia. Dziwne istoty stały, patrząc w milczeniu, ich masywne bose stopy jakby wrosły w piasek. Nie ulegało wątpliwości: byli wzrostu Fiia i we wszystkim innym stanowili ich cień, czarny obraz tamtych roześmianych istot. Nadzy, przysadziści, niezgrabni, mieli proste włosy i białoszarą skórę, wilgotnawą niby skóra robaków, a oczy jak kamienie.

– Czy jesteście Gliniakami?

 

– Jesteśmy Gdemiarami, ludźmi panów Królestwa Nocy – nieoczekiwanie donośny i niski głos zabrzmiał pompatycznie wśród słonego wiatru i mroku, ale podobnie jak było z Fiia, Semley nie potrafiła określić, który się odezwał.

– Pozdrawiam was, panowie nocy. Jestem Semley z Kirienu, żona Durhala z Hallanu. Przybyłam do was w poszukiwaniu mojego posagu, naszyjnika zwanego Okiem Morza, który zaginął dawno temu.

– Dlaczego szukasz go tutaj, o pani? Tutaj są tylko piasek, sól i noc.

– Szukam go tutaj, bo w głębokich miejscach wiedzą o rzeczach zaginionych – odparła Semley, nie lękając się pojedynku na słowa – i dlatego że złoto, które pochodzi z ziemi, ciągnie z powrotem do ziemi. A czasem, powiadają, rzecz wraca do tego, kto ją zrobił.

Tym ostatnim argumentem strzeliła na chybił trafił i wcelowała w dziesiątkę.

– To prawda, że znamy naszyjnik Oko Morza z imienia. Był zrobiony w naszych jaskiniach dawno, dawno temu i sprzedany Angyarom. Ten błękitny kamień w naszyjniku pochodził z kopalni naszych krewniaków ze wschodu. Ale to są już bardzo dawne opowieści, o pani.

– Czy mogę ich posłuchać w miejscach, gdzie się je opowiada?

Przysadziści ludzikowie milczeli przez chwilę, jakby się zastanawiali. Szary wiatr dął nad piaskiem, ciemniejąc jeszcze, ponieważ zaszła Wielka Gwiazda. Odgłos morza to cichł, to narastał. Wreszcie głęboki głos znów się odezwał:

– Tak, pani, możesz wejść do Głębokich Komnat. Chodź z nami teraz.

Głos był zmieniony, jakby udobruchany, ale Semley nie zwróciła na to uwagi. Ruszyła za Gliniakami po piasku, trzymając krótko za uzdę swego pazurzastego wierzchowca. U wejścia do jaskini, bezzębnej, ziejącej paszczy, dyszącej ciepłem i stęchlizną, jeden z Gliniaków powiedział:

– Latające zwierzę nie wejdzie.

– Wejdzie – stwierdziła Semley.

– Nie – zaoponowali przysadziści.

– Tak. Nie zostawię go tutaj. Nie mam prawa go zostawić. Nie zrobi wam krzywdy, dopóki go trzymam za uzdę.

– Nie – powtórzyły niskie głosy, ale inne wtrąciły: – Jak chcesz – i po chwili wahania wszyscy ruszyli dalej.

Ogarnęły ich takie ciemności, jakby paszcza jaskini zatrzasnęła się za nimi. Posuwali się gęsiego. Wkrótce mrok się rozjaśnił i zbliżyli się do wiszącej pod stropem kuli słabego białego ognia. Dalej była następna i jeszcze następna, a między nimi wiły się po ścianach długie czarne robaki. Im dalej szli, tym więcej było ognistych kul, aż wreszcie cały tunel wypełniło zimne światło.

Przewodnicy Semley zatrzymali się u zbiegu trzech korytarzy zamkniętych żelaznymi wrotami.

– Tu zaczekamy, pani – powiedzieli i ośmiu pozostało z nią, a trójka otworzyła jedne drzwi i weszła do środka. Wrota zatrzasnęły się za nimi z hukiem.

Nieruchoma, wyprostowana córa Angyarów stała pod ostrym światłem lamp. Jej wierzchowiec przysiadł obok, bijąc końcem pasiastego ogona, a jego wielkie zwinięte skrzydła drgały raz po raz, zdradzając chęć ucieczki. Za plecami Semley ośmiu Gliniaków przysiadło na piętach, mamrocząc niskimi głosami w swoim języku.

Ze zgrzytem otworzyły się środkowe wrota.

– Wprowadźcie Angyarkę do Królestwa Nocy! – zawołał nowy głos, dudniący i napuszony.

Stojący we wrotach Gliniak miał coś na kształt odzieży na krępym szarym ciele.

– Wejdź i podziwiaj cuda naszej krainy, dzieła rąk panów nocy! – powiedział, zapraszając ją gestem.

Semley bez słowa szarpnęła za uzdę swego wierzchowca i weszła, schylając głowę w drzwiach zrobionych dla karłowatego ludu. Otworzył się przed nią nowy rozjarzony korytarz z wilgotnymi ścianami skąpanymi w białym świetle, tylko tym razem na podłodze zamiast chodnika leżały dwie lśniące żelazne belki ciągnące się równoległymi liniami i niknące w dali. Na belkach stał jakiś wózek na metalowych kołach. Posłuszna gestom swego nowego przewodnika, Semley bez wahania i bez cienia zdziwienia zajęła miejsce w wózku i skłoniła wiatrogona, żeby przysiadł koło niej. Gliniak usiadł z przodu, gdzie manipulował jakimiś dźwigniami i kółkami. Rozległ się hałas, metal zazgrzytał o metal i ściany korytarza poczęły uciekać do tyłu. Umykały coraz szybciej, aż wreszcie ogniste kule nad głową zlały się w jedno pasmo, a ciepłe stęchłe powietrze zmieniło się w cuchnący wiatr, który zrzucił jej kaptur z głowy.

Wózek się zatrzymał. Semley weszła za przewodnikiem po bazaltowych schodach do rozległego przedsionka, a stamtąd do jeszcze większej sali, wyżłobionej przed wiekami przez wodę, a może wykutej w skale przez Gliniaków. Mrok, którego nigdy nie naruszyło światło dzienne, rozjaśniał niesamowity zimny blask ognistych kul. W otworach wyciętych w ścianach obracały się wielkie śmigła, wysysając stęchłe powietrze. Rozległa zamknięta przestrzeń huczała i wibrowała hałasem: donośnymi głosami Gliniaków, zgrzytem, piskiem i szumem pracujących wentylatorów i kół, wielokrotnym echem tych dźwięków odbitym od skał. Tutaj wszyscy przysadziści Gliniacy mieli na sobie stroje naśladujące Władców Gwiazd: spodnie, miękkie buty i bluzy z kapturami, chociaż nieliczne kobiety, pośpiesznie przemykające karlice, były nagie. Wśród mężczyzn przeważali żołnierze noszący przy boku broń wyglądającą jak straszne miotacze światła Władców Gwiazd, ale Semley zauważyła, że są to tylko żelazne pałki. Wszystko to widziała, nie patrząc. Szła, dokąd ją prowadzono, nie zwracając głowy w lewo ani w prawo. Kiedy zbliżyła się do grupki Gliniaków noszących na czarnych włosach żelazne obręcze, jej przewodnik stanął, skłonił się i zahuczał:

– Panowie Gdemiaru!

Było ich siedmiu i wszyscy spoglądali na nią z taką butą, że miała wielką ochotę roześmiać im się w ich z gruba ciosane szare twarze.

– Przybywam do was w poszukiwaniu zaginionego skarbu mojej rodziny, o władcy królestwa mroku – rzekła jednak z powagą. – Szukam nagrody Leynena, Oka Morza. – Jej głos zabrzmiał słabo w hałasie wielkiej krypty.

– Tak nam donieśli posłańcy, o pani Semley.

Tym razem zauważyła, kto mówi – Gliniak niższy jeszcze od pozostałych, sięgający jej ledwie do piersi, z białą, srogą twarzą.

– Nie mamy przedmiotu, którego szukasz.

– Mówią, że kiedyś był w waszym posiadaniu.

– Różne rzeczy mówią na górze, tam, gdzie pali słońce.

– A wiatr roznosi słowa wszędzie, dokąd dociera. Nie pytam, w jaki sposób naszyjnik zginął i wrócił do was, którzy go kiedyś zrobiliście. To dawne opowieści, dawne pretensje. Chcę tylko znaleźć go teraz. Nie macie go, ale może wiecie, gdzie jest.

– Tutaj go nie ma.

– Zatem jest gdzie indziej.

– Jest tam, dokąd nigdy nie dotrzesz. Chyba że my ci pomożemy.

– Więc pomóżcie mi. Proszę o to jako wasz gość.

– Powiedziane jest: Angyarowie biorą, Fiia dają, Gdemiarowie dają i biorą. Jeżeli zrobimy to dla ciebie, co za to dostaniemy?

– Moje podziękowanie, panie nocy.

Stała wśród nich wysoka i jasna, uśmiechnięta. Wpatrywali się w nią z zazdrością i podziwem, z ponurą tęsknotą.

– Posłuchaj, Angyarko, prosisz nas o wielką rzecz. Sama nie wiesz, jak wielką. Nie potrafisz tego zrozumieć. Należysz do rasy, która nie chce rozumieć, która umie tylko ujeżdżać wiatrogony, uprawiać zboże, wymachiwać mieczami i krzyczeć chórem. Ale kto robi wasze miecze z jasnej stali? My, Gdemiarowie! Wasi panowie przychodzą do nas, kupują miecze i odchodzą, nie oglądając się za siebie, nie rozumiejąc. Ale ty jesteś tutaj, ty będziesz patrzeć, możesz zobaczyć kilka z naszych niezliczonych cudów, światła, które palą się wiecznie, wóz, który sam jedzie, maszyny, które robią ubrania, gotują pożywienie, odświeżają nam powietrze i służą nam we wszystkim. Wiedz, że wszystkie te rzeczy są dla ciebie nie do pojęcia. I wiedz, że my, Gdemiarowie, żyjemy w przyjaźni z tymi, których wy nazywacie Władcami Gwiazd! Byliśmy z nimi w Hallanie, w Reohanie, w Hul-Orrenie, we wszystkich waszych zamkach, żeby pomóc im w rozmowach z wami. Książęta, którym wy, dumni Angyarowie, płacicie daninę, są naszymi przyjaciółmi. Świadczymy sobie nawzajem przysługi! Czymże jest dla nas twoje podziękowanie?

– To wy musicie odpowiedzieć na to pytanie, a nie ja – odparła Semley. – Ja zadałam pytanie. Odpowiedz mi, panie.

Siedmiu Gliniaków naradzało się przez chwilę słowami i milczeniem. Spoglądali na nią, odwracali się, mamrotali coś i milkli. Powoli zbierał się wokół nich tłum, aż wreszcie Semley stała otoczona przez setki czarnych kudłatych głów, a cała wielka hucząca grota z wyjątkiem wąskiego kręgu wokół niej zapełniła się Gliniakami. Wiatrogon drżał ze strachu i zbyt długo powstrzymywanego gniewu, a jego oczy zrobiły się wielkie i jasne jak oczy zwierzęcia zmuszonego do lotu w nocy. Semley pogłaskała ciepłe futro na jego głowie, szepcząc: