Prawie nicTekst

Autor:Eric Karpeles
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział piąty

Weszli do ZSRR. Wlokąc się ku nieznanej przyszłości, wkroczyli na terytorium wroga. Pierwszą z mijanych miejscowości były Wołoczyska. Zapuszczona mieścina, domy w opłakanym stanie, pogruchotany bruk. Nie natknęli się na nikogo, miejsce wydawało się bezludne. W miejskim parku migoczący neon układał się w profil Stalina; stanowił jedyny dowód wielkiego sowieckiego planu elektryfikacji wsi. Ponure otoczenie zapowiadało to, co miało nadejść. Była to chwila wielkiego napięcia, spotęgowanego strasznymi warunkami, w których przetrzymywano jeńców:

W ostatnim wyczerpaniu psychicznym i fizycznym i w przenikliwy chłód jesienny zbito nas około 2000 oficerów do obór, już zapchanych więcej niż 2000 szeregowych.

Pierwsza noc poza granicami Polski. Wojsko polskie to był w tej oborze tłum stłoczony, ogłuszony przez nieszczęście, zmiażdżony psychicznie. Było zupełnie ciemno, gdy się zamykało wszystkie drzwi, robił się niemożliwy zaduch, nieznośny dla tych, którzy siedzieli w głębi obory; jak tylko próbowano drzwi otworzyć, chłód stawał się dotkliwy dla skupionych bliżej wyjścia. Stąd brutalne, gwałtowne użeranie się w ciemności: „zamykać drzwi”, „od smrodu jeszcze nikt nie umarł”, „otwierać drzwi”, „nie mamy czym oddychać”, „chamy, widocznie się w chlewie narodzili”.

Słuchaliśmy w ciemności tych wyzwisk i użerania się, upokorzeni do dna [...][63].

Raz dziennie każdy jeniec dostawał kubek wodnistej zupy. Po tygodniu zamknięcia w oborze znowu ruszyli w drogę, prowadzeni po obrzeżach niezliczonych wsi i miasteczek, żeby do minimum ograniczyć kontakt z miejscową ludnością. Ich długi marsz zakończył się na odludnej stacji kolejowej. Jeńców podzielono na grupy i załadowano do ponad stu wagonów towarowych. Pociąg stał na stacji w ciemności. Rozpoczęło się czekanie. Co kilka godzin słyszeli, jak przybywają kolejni jeńcy, strażnicy wykrzykują rozkazy i ładują ich do następnych wagonów. Nie mieli jak zobaczyć, co dzieje się poza obrębem ich ciasnych pomieszczeń. Następnego dnia pociąg odjechał ze stacji, po okresach niemrawej jazdy następowały niekończące się postoje. Wagony z więźniami znajdowały się bardzo nisko w hierarchii sowieckiego transportu kolejowego; pierwszeństwo przed nimi miały pociągi przewożące żołnierzy Armii Czerwonej, a następnie składy ze sprzętem wojskowym i zaopatrzeniem. Stłoczeni w dusznych wagonach towarowych jeńcy nie mieli wyznaczonych miejsc do załatwiania czynności fizjologicznych. Na niektórych stacjach po drodze karmiono ich, przez resztę podróży cierpieli głód. Nie dawano im nawet wody.

Naszkicowane przez Czapskiego słowami sylwetki ludzi skłębionych w zaduchu i ciasnocie, zmaltretowanych psychicznie i fizycznie, tchną człowieczeństwem i ciepłem, których zwykle brakuje w życiu naznaczonym udręką. Pisanie o innych pozwoliło mu odwrócić wzrok od własnych trosk. Nie mogąc malować, wypełnia wspomnienia galerią pisanych portretów.

Wśród jadących w moim wagonie był porucznik Ralski, oficer rezerwy 8 pułku ułanów, profesor Uniwersytetu Poznańskiego, przyrodnik. Z nim razem przebyłem cały miesiąc wrzesień w szwadronie zapasowym 8 pułku ułanów [...].

Nie znałem go przed wrześniem. Robił na pierwszy rzut oka wrażenie dziecinne i wcale nie wojskowe. Nazywaliśmy go żartem „bébé Cadum”, bo twarz miał dziecka z popularnej reklamy mydła Cadum. I właśnie on wykazał rzadki hart i spokój. Miał wielki autorytet wśród żołnierzy podczas tragicznych tygodni września i nic nie umiało go wyprowadzić z równowagi.

Nawet podczas podróży do Starobielska, kiedy wieziono nas przez zaśnieżone stepy ukraińskie, kiedy zmarznięci i głodni nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą, Ralski z całą namiętnością uczonego przyglądał się stepom, badylom traw sterczących spod śniegu. Ten najlepszy Polak, najczulszy mąż i ojciec przyznawał mi się wówczas, z pewnym jakby wstydem, że trawy te wzbudzają w nim takie zainteresowanie, że jest w stanie nie tylko oderwać się od rzeczywistości, ale jeszcze odczuwać głęboką radość, patrząc na nieznane stepy, które zawsze marzył poznać.

Jeszcze we wrześniu, kiedy musieliśmy schodzić z drogi, bo samoloty niemieckie ostrzeliwały nas z karabinów maszynowych, opowiadał mi dziwne historie o chwastach, których ziarna z Kanady przedostały się do Europy i bujnie się rozrastały na polu, na którym się kryliśmy przed samolotami[64].

Po przybyciu do Charkowa konwój podzielono na trzy grupy. Nazwisko Czapskiego figuruje w spisie ośmiu tysięcy jeńców wysłanych do obozu w Starobielsku, na południowo-wschodniej Ukrainie, osiemset kilometrów na południe od Moskwy, dwieście pięćdziesiąt kilometrów na północ od wybrzeży Morza Czarnego. Odbył wyczerpującą podróż od pojmania w okolicach Lwowa do uwięzienia w Starobielsku, przemierzył ponad tysiąc dwieście kilometrów.

Dowieziono nas do Starobielska w początku października. Leżał już gęsty śnieg. Otoczono nas psami policyjnymi i prowadzono przez rozmokły śnieg po ubogich ulicach, między miejskimi domami, biednymi, słomą krytymi glinianymi chatami. Jakiś chłopak wyskoczył, dał nam szybko kawon do ręki i uciekł. Patrzały na nas przez zamknięte niskie okna twarze kobiet i mężczyzn, uważne, współczujące. Przypominam sobie zniszczoną twarz jednej z nich, siwowłosa, bardzo smutna, patrzała na nas przez okulary, rozumnymi smutnymi oczami. Potem się dowiedziałem, że właśnie do Starobielska zesłano dużo inteligencji rosyjskiej z wielkich miast na posielenje.

Większość przyjezdnych pomieszczono w gmachach poklasztornych na terenie przyszłego obozu, część zaś, której nie udało się upchać (byłem wśród nich), w jakimś urzędzie czy więzieniu w środku miasta.

Trzymano nas tam kilkuset na otoczonym murami podwórzu, w czterech malutkich klitkach i w wielkiej wozowni, w której były ustawione dziwne stare landary, a cała podłoga była zasypana strzępami brudnych papierów, książek, pism z jakiejś zniszczonej biblioteki. [...] Te papiery rozsypane na podłodze wozowni były dla nas wprost ratunkiem, bo w nocy był mróz i spać było trudno. Ja z kolegami z pułku nauczyłem się układać według specjalnego systemu, tak ściśnięci jedni przy drugich, że jeden koc mógł wystarczyć na trzech. Na wierzch zaś tego koca sypaliśmy jeszcze papiery, które nas chroniły od mrozu. Niemniej jednak nie potrafiłem wytrzymać tej temperatury już mroźnej i przecisnąłem się do jednej z zapchanych klitek, gdzie żarły nas na zmianę wszy, gdzie było tak ciasno, że siedząc skulonym, nie można się było ruszyć, ale gdzie przynajmniej było ciepło. [...]

Po jakimś tygodniu przerzucono mnie do właściwego obozu; był to obszar w przybliżeniu 10–15 hektarowy. Wciąż panował nieopisany chaos. Stała tam wielka cerkiew z obłamanymi krzyżami, wówczas używana jako spichlerz do pszenicy. W naszej obecności do tej cerkwi zwożono z całej okolicy setki wozów pszenicy, a w przeciągu zimy wywieziono cały zapas, jak nam wówczas mówiono, do Niemiec. Była i druga cerkiew, mniejsza, zapełniona aż po szczyt piętrami prycz i zapchana jeńcami. Poza tym był szereg budynków poklasztornych, gdzie wówczas jeszcze tysiące przepływających przez Starobielsk jeńców mieszkało i spało na gołej ziemi, na pryczach, na korytarzach, wszędzie. [...]

Spędzone tu zostały w tę przedwczesną, śnieżną i mroźną jesień tysiące ludzi oberwanych i zawszonych. Nie było mowy z początku, by wszyscy mogli mieszkać pod dachem. Porozstawiano w tymże Starobielsku namioty.

Przez pierwsze tygodnie nie były zorganizowane elementarnie ani łaźnie, ani odwszalnie, ani wystarczające odżywianie.

Za to wszędzie na podwórzach, nawet w łaźni, poustawiano marne głośniki radiowe, które od rana do nocy ryczały, chrypiały jak w całej Rosji „kawałki” propagandowe, antypolskie, przeplatane... Chopinem. (Nawet przez podłe radio nagły strzęp etiudy, nokturnu czy sonaty olśniewał i wzruszał). [...]

Cały ten tłum nurtowała rozpacz i dławiło upokorzenie. Każdy z początku czuł się samotny i zamknięty w swoim bólu. Nie wiedzieliśmy przecież wówczas prawie nic, poza wstrząsającymi pogłoskami o całkowitym zniszczeniu Warszawy, gdzie tylu z nas miało swoje rodziny, o setkach spalonych miast i wsi. Słyszeliśmy jedynie codziennie niezliczone oszczerstwa o Polsce, kpiny z wojska polskiego, którymi nas karmiło radio.

Podtrzymywano najbliższe koleżeństwo z tymi, z którymi się spędziło najcięższe tygodnie września. Ale naturalnie mało to interesowało naszych władców. Rozbijano nas nieraz świadomie, tak że coraz to byliśmy przerzucani. W wozowni zostawiłem na szereg tygodni wszystkich kolegów z 8 pułku. [...]

Wyrwany z tej garstki, z którą się zżyłem, przerzucony do wielkiego obozu, mieszkałem z początku w dużym ceglanym, czerwonym budynku, na sali z kilkudziesięciu kapitanami. Byłem „zepsuty” ostatnimi latami przedwojennymi, w których udało mi się stworzyć sobie warunki pracy, gdzie większą część dnia spędzałem zupełnie samotnie, resztę zaś czasu z paru najbliższymi ludźmi.

Na początku to życie nieustannie w tłoku ludzkim, gdy człowiek ani chwili nie był sam i gdzie charaktery najsłabsze czy najbrutalniejsze rzucały się przede wszystkim w oczy, było niełatwym doświadczeniem moralnym. Brak samotności ciążył nam bardziej niż brud, głód i wszy[65].

Podobnie jak wiele z pośpiesznie utworzonych więzień lub obozów pracy sowieckiego Gułagu, obóz jeniecki NKWD w Starobielsku pomieszczono w zabudowaniach dawnego klasztoru, niszczejących od czasu rewolucji październikowej, kiedy zlikwidowano wszystkie zakony. Rozsypujące się mury okalające klasztor, służące w poprzednim wieku jako umocnienia, były niewystarczające, bo nie chodziło już o to, by nikogo nie wpuszczać, lecz o to, żeby nie wypuszczać. W tym celu wokół wysokich murów ułożono wielkie zwoje drutu kolczastego, wzniesiono także dziesięć wież strażniczych, wyposażonych w karabiny maszynowe i szperacze.

 

Między końcem września a połową listopada 1939 roku w ten zamknięty zespół zrujnowanych budowli wtłoczono ponad jedenaście tysięcy polskich jeńców wojennych, którzy ledwo się tam mieścili; byli to w większości szeregowcy lub podoficerowie, w tym wielu młodych podchorążych. Prawie połowa jeńców trafiła do niewoli w wyniku kapitulacji Lwowa. Po przybyciu na miejsce wszystkich oficerów wyznaczono do ciężkiej pracy, co stanowiło naruszenie prawa międzynarodowego. Praca ta polegała na noszeniu pięćdziesięciokilowych worków ze zbożem i mąką na duże odległości, rozładunku wagonów towarowych i pakowaniu przywiezionych rzeczy na ciężarówki, na zbieraniu drewna w lesie, dźwiganiu ciężkich wiader z wodą ze studni do kuchni, przenoszeniu stosów cegieł i wciąganiu masywnych kłód na platformy wagonów. Odkomenderowanie do pracy oznaczało przebywanie poza obozem, bez pożywienia. Robotników, pracujących w systemie zmianowym, prowadzono na stację kolejową pod silną strażą zrytymi bocznymi drogami, żeby uniknąć kontaktu z mieszkańcami miasta. Początkowo możliwość pracy dawała niektórym żołnierzom pożądane wytchnienie od więziennego bezruchu, ale kilka tygodni katorżniczego trudu wyczerpało większość z nich, nieprzywykłych do nieustającego fizycznego wysiłku; wielu znalazło się na krawędzi załamania.

Rano dostawali zazwyczaj owsiankę, często niejadalną, a wieczorem od czasu do czasu ziemniaki, kapuśniak lub soloną rybę z dzienną porcją czarnego chleba. Częściej jednak tym, co miało uchodzić za posiłek, była nalana do menażki woda, w której gotowano kawałki ryb. W nieregularnych odstępach czasu każdy jeniec otrzymywał dodatkowy przydział „suchego prowiantu” – kilka kostek cukru, trochę herbaty, bibułki do skrętów i tytoń marnej jakości. W przeciwieństwie do nazistowskich obozów koncentracyjnych surowe i prymitywne warunki obozowego życia nie wynikały wyłącznie z chęci prześladowania więźniów. Starobielskie niedostatki, widziane w szerszej perspektywie niskiego poziomu życia w całej Rosji Sowieckiej, były względnie umiarkowane. Pomimo wielkich, fundamentalnych braków, w obozie usiłowano stworzyć warunki sprzyjające celowi, jaki przyświecał NKWD, mianowicie wyodrębnieniu osób podatnych na indoktrynację.

W przekazanej z Moskwy pod koniec października dyrektywie zapowiedziano, że dwa obozy jenieckie – w Kozielsku w Rosji Sowieckiej oraz w Starobielsku na sowieckiej Ukrainie – zostaną przekształcone tak, żeby znaleźli się w nich sami oficerowie, z czterdziestoma pięcioma kapelanami wojskowymi włącznie. Trzeci obóz, położony niedaleko miasta Ostaszków, trzysta dwadzieścia kilometrów na północny zachód od Moskwy, był przeznaczony do przyjęcia jeszcze większej liczby oficerów, jak również funkcjonariuszy polskiej żandarmerii wojskowej oraz podchorążych, strażników granicznych i ludzi związanych z wywiadem. Moskwa traktowała kilkanaście tysięcy polskich żołnierzy, rozlokowanych w trzech obozach specjalnych – Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie – jako osobną kategorię jeńców.

Życie obozowe w Starobielsku znacznie się zmieniło, gdy podjęto decyzję o odizolowaniu oficerów od pozostałych żołnierzy. Natychmiastowa korzyść polegała na tym, że zrobiło się luźniej. Liczba jeńców spadła z jedenastu do czterech tysięcy. Pod skrupulatnym nadzorem jednego z najwyższych rangą polskich oficerów, majora Sobiesława Zaleskiego, zaczęto dokonywać znaczących usprawnień. Zaleski, z wykształcenia inżynier, mówił biegle po rosyjsku i bezustannie w imieniu polskich jeńców dopominał się u władz obozu o materiały niezbędne do przeprowadzenia najpilniejszych napraw i przeróbek. Pod kierunkiem i za namową Zaleskiego jeńcy remontowali rozsypujące się budynki, które zajmowali, oraz budowali nowe baraki mieszkalne i kuchnię. Urządzono prysznice, założono pralnie, ulepszono i powiększono latryny. Wydrążone zostały trzy nowe studnie, udoskonalono obozowy generator prądu. Doceniając oszczędności płynące z pracy fizycznej jeńców, NKWD przyznało polskiej kadrze dowódczej dość znaczną swobodę w zakresie poprawiania warunków bytowych. Nadzór nad opieką medyczną i obozową higieną, oficjalnie sprawowany przez Sowietów, przekazano polskim lekarzom pośród jeńców. Zorganizowali oni punkt pierwszej pomocy, prowizoryczny szpital z piętnastoma łóżkami i gabinet dentystyczny. Leki były praktycznie niedostępne.

W Starobielsku zrodziła się myśl, by odbudować morale poprzez wieczorne odczyty:

Staraliśmy się narzucić sobie rodzaj rygoru intelektualnego, który miał nam pomóc przezwyciężyć zniechęcenie i ból, ratować się od rdzewienia umysłowego spowodowanego bezczynnością. Niektórzy z nas zaczęli urządzać odczyty na różne tematy – z dziedziny wojskowości, historii i literatury. Nasi nadzorcy uważali je za działalność kontrrewolucyjną i część mówców została natychmiast wywieziona nie wiadomo dokąd[66].

Nad więźniami obozu stale wisiała groźba deportacji za naruszenie regulaminu. W pierwszą niedzielę po przybyciu do Starobielska wielu jeńców uczestniczyło w zorganizowanych naprędce mszach. Te manifestacje wiary zostały natychmiast ukrócone przez władze. Obozowy regulamin wyraźnie ograniczał zakres dopuszczalnych osobistych czynności jeńców, zakazując wszelkich form modlitwy, śpiewania pieśni, spotkań i wykładów; zabronione było również głośne czytanie. Niedziele i polskie święta traktowano bez wyjątku jak dni robocze. Jeńcy nie mogli wchodzić do żadnego budynku prócz tego, w którym sypiali; przebywając na zewnątrz, nie mogli zbierać się w grupach. Na terenie obozu chodzić razem mogło co najwyżej trzech żołnierzy. Opuszczanie baraków po zmroku było niedozwolone, a lamp elektrycznych, choć słabych, nie wolno było gasić przez całą noc. Przyłapanie na pisaniu dziennika lub robieniu jakichkolwiek notatek stanowiło podstawę do wymierzenia kary. Mimo tych zakazów Czapski informuje, że „prawie natychmiast po przyjeździe do Starobielska zaczęły się samorzutnie organizować, w początku jawnie, potem, gdy zostały zakazane, po cichu, kółka odczytowe”[67]. Jeńcy wynajdywali pomysłowe sposoby radzenia sobie ze wszystkimi ograniczeniami: kapelani wysłuchiwali spowiedzi w ukrytych zakamarkach i dyskretnie udzielali komunii. Co wieczór o godzinie dziewiątej rozlegało się w barakach wołanie, po czym zapadała trzyminutowa cisza. Zamierała wszelka aktywność. Wieczorna modlitwa jako forma oporu była stale obecna w długich dziejach prześladowań Polaków.

Podczas odbywających się dwa razy dziennie apeli nazywano jeńców „byłymi oficerami dawnego Wojska Polskiego”. Zwracanie się do dowództwa obozu w języku polskim uznano za „odmowę stosowania się do rozkazów”. Wielu oficerów znało rosyjski ze szkół, do których chodzili w zaborze rosyjskim. O każdej porze krążyli wśród nich młodzi funkcjonariusze NKWD, tak zwani politrucy. Wszyscy wiedzieli, że tych nowicjuszy wysyłano po to, by sporządzali raporty o tym, co widzieli i słyszeli na terenie obozu. Jednak podejmowane przez nich próby wpływania na polityczną świadomość więźniów były w gruncie rzeczy daremne. Raporty zachowane w archiwach NKWD stanowią kronikę tych niepowodzeń i przypisują je niesłabnącej w jeńcach nadziei, że Polska się odrodzi. Nieliczne migawkowe obrazy rosyjskiego życia, które uwięzionym udało się dojrzeć zza murów obozu, wzmocniły ich odporność na sowiecką agitację. Odbywały się regularne pogadanki propagandowe, obecność była obowiązkowa, ale jeńcy odcinali się prowadzącym dyskusję politrukom. Gazet dostarczanych na polecenie władz na ogół nie czytano, tylko darto je na paski, żeby potem używać ich do skręcania papierosów lub jako papieru toaletowego (papier był w Związku Sowieckim towarem bardzo pożądanym nawet w najpospolitszej postaci, która nie wchłaniała atramentu i darła się przy pisaniu zaostrzonym ołówkiem).

Rozmieszczone w całym obozie głośniki dzień w dzień, od siódmej rano do północy, nadawały sowieckie komunikaty oraz audycje opiewające sowieckich żołnierzy i robotników; codziennie też płynące z głośników głosy poniżały i szkalowały polską kulturę, polski rząd, polski naród i polskie wojsko. Pewnej nocy pod koniec października nadajnik przełączono na częstotliwość radia Goworit Moskwa, które z radością informowało o sojuszu między Hitlerem i Stalinem. „Wraz z upadkiem Warszawy – oznajmił sprawozdawca – kampania w Polsce dobiegła końca. O odrodzeniu dawnej Polski nie może być mowy”. Nie było na terenie obozu miejsca, które znajdowałoby się poza zasięgiem aparatury nagłaśniającej. Ciężkie głośniki, zainstalowane w najdalszych zakamarkach baraków, nie miały pokręteł i nie dało się ich wyłączyć.

Ten zalew głosów miał też swoje zalety, zapewniał dopływ wieści ze świata, dostarczał jeńcom materiału do przemyślenia, przyswojenia i przedyskutowania. Nadawano również programy muzyczne, przynosiły one niespodziewaną ulgę, pozwalały na chwilę oderwać się od obozowej rzeczywistości. Szczególnie silnie oddziaływały utwory Fryderyka Chopina, zawsze utożsamiane z niezłomnym polskim duchem. Były wykorzystywane zarówno przez nazistowską, jak i bolszewicką propagandę, jednak do różnych celów. Niemcy chcieli pozbawić mieszkańców Polski wszelkiej nadziei, jaką mogłyby im przynieść uwodzicielskie Chopinowskie melodie. Granie i słuchanie Chopina było surowo zabronione Polakom w całej Rzeszy, a zakaz ten egzekwowano szczególnie brutalnie w okupowanej Polsce. Sowieci natomiast nie mieli skrupułów, by regularnie nadawać takie koncerty. Utwory Chopina, w równej mierze kojące, co przygnębiające, głęboko poruszały jeńców, czyniąc ich bardziej podatnymi na manipulację psychologiczną. Tak w każdym razie uważały sowieckie władze. W rzeczywistości, wnikając w serca i dusze uwięzionych żołnierzy, muzyka Chopina, niczym modlitwa, na ogół wzmacniała determinację w obliczu zniewolenia.

W tym samym obozie starobielskim, gdyśmy brnęli po śniegu z wiadrami zupy dla kolegów albo dźwigali belki, nagle w twarz rzucało nam chrypiące radio strzępy Etiudy rewolucyjnej, Poloneza As-dur i zdawało się nam, jakby ta muzyka docierała tu tylko dla nas, tylko przez nas tu tajnie usłyszana, że nam na pomoc została napisana, byśmy się na nowo odnaleźli poprzez tę scalającą nas wszystkich jedyną wibrację i jedyny rytm[68].

Bolszewicy byli sumiennymi archiwistami. Po przybyciu do obozu od każdego jeńca pobierano odciski palców i robiono mu zdjęcie; jedno en face, następne z profilu, lewego i prawego. Wszyscy musieli wypełnić drukowany formularz, podając wymagane dane dotyczące swojego życia, pracy i rodziny. Lęk przed przesłuchaniem, na który nikt nie był uodporniony, stanowił jedną z najokropniejszych stron obozowego życia. Ponieważ Stalin lubił pracować do późnej nocy, ogromna sowiecka biurokracja musiała się odpowiednio dostosować; jeńcy byli wzywani przez strażników w środku nocy. Wyrwani ze snu, wyciągnięci z łóżka, zmuszeni ubrać się w pośpiechu, prowadzeni z baraków do pokoju przesłuchań, popychani przez strażników z bagnetami – wszystko po to, żeby manipulować jeńcem, wzmagając w nim poczucie bezbronności i strach. Przesłuchania ciągnęły się godzinami, często do chwili, kiedy na niebie świtał poranny brzask. Stosowano rozmaite metody; każdy przesłuchujący miał własny styl. Bywało, że proszono jeńca, by usiadł, albo kazano mu stać. Przesłuchujący palił – mógł poczęstować jeńca papierosem bądź nie, zaproponować herbatę albo nie. Wyszukana grzeczność stanowiła jedną z póz, jakie mógł przybrać śledczy, uznając człowieczeństwo jeńca. Inną były krzyki, groźby, ostentacyjne wymachiwanie rewolwerem i walenie nim w biurko. Pytania dotyczyły głównie poglądów politycznych jeńca, jego przynależności partyjnej i stosunku do ZSRR.

Prowadzący przesłuchania funkcjonariusze NKWD dysponowali bardzo zróżnicowanymi umiejętnościami. Zdolni do zadawania tortur fizycznych, często ledwie umieli czytać i pisać we własnym języku, większość nie znała polskiego. Wielu nie miało pojęcia o świecie, z którym polscy oficerowie byli obeznani. Często prowadziło to do nieporozumień. Niektórzy po mistrzowsku wywierali presję psychologiczną na przestraszonych więźniów, sondując ich gotowość do współpracy w roli informatorów. Śledczy zazwyczaj próbowali zdezorientować jeńca, zadając mu pytania o sprawy na pozór z niczym niezwiązane, w nadziei, że podstępnie wydobędą z niego wyznanie czegoś, o czym w ogóle nie myślał, że może mu zagrażać. Niektórzy żołnierze byli wzywani na przesłuchania kilka razy w ciągu długich miesięcy, innych przesłuchiwano co noc przez dwa lub trzy kolejne tygodnie. W pokoju niemal zawsze obecny był milczący podwładny śledczego. Za każdym razem procedura przesłuchiwania zaczynała się od nowa. Sporządzano obszerne protokoły. Dla każdego jeńca prowadzono, aktualizowane po każdym przesłuchaniu, akta z zarejestrowanymi uwagami śledczego oraz datami i godzinami spotkań. Przesłuchania te uważano za ściśle tajne. Jeńców przestrzegano, że w żadnych okolicznościach nie mogą zdradzać ich treści.

 

Wszyscy przechodziliśmy przez liczne, przeważnie nocne, badania, bardzo różne w natężeniu i formie. Próby szantażu, nawet przekupywania, były na porządku dziennym. Styl badania był nadzwyczaj różnolity, od uprzejmego indagowania o wojskowe poglądy na ówczesną sytuację militarną przez przybyłych z Moskwy wyższych urzędników NKWD, aż do badań, które trwały trzy doby z rzędu, prawie bez odpoczynku, do rozczulania się: „ach, biedna wasza młoda żona, nigdy już was więcej nie zobaczy, jeżeli nie powiecie... jeżeli nie zobowiążecie się...”. O ile wiem, podczas badań w Starobielsku nie bito i nie katowano jak w więzieniach we Lwowie, w Kijowie, w Moskwie i w tylu innych miejscach.

Ja osobiście nie byłem specjalnie męczony podczas badań ani fizycznie, ani nawet moralnie. Parogodzinne badania prowadzone przeważnie późno wieczorem, które przeżyłem, miały również elementy humorystyczne. (Zresztą humorystyczne dla mnie dzisiaj, nie wtedy, kiedy wiedziałem dobrze, że od jednego niebacznego słowa wypowiedzianego przeze mnie, od jednego odruchu humoru mego rozmówcy zależy cały mój los). Badało mnie trzech NKWD-zistów. Dowiedzieli się ode mnie, że w przeciągu ośmiu lat pracowałem w Paryżu jako malarz. Było to dla nich podejrzane.

„Jakie wskazówki dał panu Minister Spraw Zagranicznych, kiedy pan wyjeżdżał do Paryża?” – pytał mnie badający.

Odpowiadałem, że minister nie wiedział nawet, że wyjeżdżam.

„A więc co nakazał panu zastępca ministra”.

„Ależ i on nie wiedział o moim wyjeździe” – odpowiadam, przecież jechałem jako malarz, nie jako szpieg.

„Czy pan myśli, że my nie rozumiemy, że pan właśnie jako malarz mógł narysować plan Paryża i ten plan przesłać ministrowi do Warszawy?”

Nie mogłem w żaden sposób wytłumaczyć mojemu rozmówcy, że plan Paryża można dostać za kilkadziesiąt centymów na każdym rogu ulicy w Paryżu i że malarze polscy jeżdżący do Paryża nie byli szpiegami rysującymi tajne plany. Do końca nikt z badających mi nie uwierzył, by można było wyjeżdżać za granicę w innych celach niż szpiegowskie.

Nie miałem zaszczytu być badany przez wytrawnych speców[69].

Dość rozbrajająca relacja Czapskiego z takiego spotkania brzmi beztrosko, niemal uroczo. Nie pisał, w jak poważnym był wtedy niebezpieczeństwie. Jego komentarz, że „badania [...] miały również elementy humorystyczne”, brzmi nonszalancko. Śledczy sprawiali, że jeńcy wili się jak w ukropie. Bez względu na to, w jak fatalnym położeniu znalazł się cudzoziemski wróg w ZSRR, jego sytuacja zawsze mogła się pogorszyć, i to zdecydowanie. Czapski nie próbuje wypowiadać się w imieniu innych jeńców obozu, opisuje tylko własne przeżycia. Ale wie, co pisze. Opisana scena wydaje się błazenadą, lecz jest klasyczną sceną orwellowską – jeniec mógł się zetknąć na przemian z porażającą głupotą i czymś w rodzaju złośliwego uporu.

Z innej perspektywy pozwala nam spojrzeć na życie obozowe autor wspomnień z obozu w Starobielsku, człowiek, który był Czapskiemu przyjacielem i współwięźniem, Bronisław Młynarski. Był on synem kompozytora Emila Młynarskiego, współtwórcy, dyrektora i pierwszego dyrygenta Filharmonii Warszawskiej. Porównanie opisów życia w Starobielsku u Czapskiego i Młynarskiego równie dużo mówi o ich autorach, co o wydarzeniach, w których uczestniczyli. Czapski, którego książka ukazała się wkrótce po wojnie, starał się obiektywnie patrzeć na świat oczami malarza, a Młynarski, pisząc wspomnienia wiele lat po wojnie, w centrum opowieści umieszcza siebie. Wspomnienia Młynarskiego potwierdzają relację Czapskiego i pozwalają ocenić jego obiektywizm. Sprawozdanie z odwiedzin u Czapskiego w obozowej izbie chorych jest bardziej drastyczne i niepokojące niż jakiekolwiek napomknienia samego malarza na ten temat.

Odwiedzałem tam mego drogiego przyjaciela J., gdy w gorączce, trawiącej go od kilku tygodni, pluł gruźliczą krwią. Cieszył się na mój widok. Unosił głowę z poduszki, różowe plamy barwiły jego zapadnięte policzki, długie nogi wyłaziły daleko za pręty małego łóżka. [...] – kościstymi długimi palcami tkliwie gładził żółtawe gładkie płótno i szorstki koc [...] – „Ze strachem myślę o powrocie tam do was na te opluskwiałe prycze, gdy, da Bóg, wyliżę się z choroby. Rozstać się z łóżkiem..., a przede wszystkim z ciszą, tą rozkoszną ciszą! I wpaść znowu w ten wieczny potworny zgiełk i hałas – gorszy chyba od wszystkiego!”

Uspokajam go, trzymam jego wychudłe drżące ręce; staram się go pocieszyć [...].

Głowa opadła na poduszkę, przymknął powieki, leżał tak chwilę cichutko. Jedynie uśmiechem na spieczonych ustach wyrazić chciał, że nie śpi. Czuję się przykuty wzrokiem do tej głowy, jakbym ją po raz pierwszy widział. Co za bajeczne malarskie studium! Tylko że on jest malarzem, nie ja. Czaszka wielka, podłużna, o wyniosłym czole, suchy, orli nos wysoko wyrasta z zapadniętych oczodołów i wklęśniętych skroni. Rudosiwe gęste i długie włosy zrastają się na policzkach z kilkutygodniową brodą. Wyglądał jak święty...

„Nie odchodź jeszcze – wyszeptał – posłuchaj:

Je sens vibrer en moi toutes les passions

D’un vaisseau qui souffre;

Le bon vent, la tempête et les convulsions

Sur l’immense gouffre

Me bercent. D’autre fois, calme plat, grand miroir

De mon désespoir!...

To z Baudelaire’a La Musique. Posłuchaj jeszcze...”.

Gorączka go trawi. Dodaje jeszcze strofę z Apollinaire’a, potem ledwo dosłyszalnie maluje obrazek z dzieł Prousta, którego uwielbia.

Nagle wypręża się, prawie unosi się cały. Wydaje się olbrzymem. Straszny kaszel go porywa i dusi. Tłumi go, przykładając do ust zsiniałych zakrwawioną szmatę. Spazmy trwają jeszcze długą chwilę[70].

Młynarski opuszcza przyjaciela, przegnany od łóżka chorego przez wrzaskliwą pielęgniarkę. Znalazłszy się z powrotem na zlodowaciałym śniegu, wspomina głos Czapskiego recytujący fragmenty francuskich wierszy, ale gdy wraca do wyziębionego baraku, ich magia się rozwiewa, zostaje tylko przygnębienie. We własnym opisie czasu spędzonego w obozowym szpitalu Czapski nie cofa się przed stwierdzeniem, że jego stan był poważny, szybko jednak przechodzi do zjadliwej pobocznej uwagi o wyposażeniu szpitala, kończąc optymistycznym podsumowaniem swojego przedłużonego pobytu:

Bardzo prędko po przybyciu do obozu zachorowałem na płuca. Z 40-stopniową gorączką, plując krwią, dostałem się do izby chorych. Opowiadano mi jak w bajce, że jest tam wanna, że można się wykąpać. Rzeczywiście zaprowadzono mnie do pokoiku z wanną. Wanna jednak była dziurawa, a na jej dnie stała miska z zaledwie ciepłą wodą. To było wszystko. Niemniej jednak otrzymałem czystą koszulę i kiedy położono mnie w malutkim pokoiku z 5 ludźmi chorymi na suchoty, miałem wrażenie, że jestem prawie w raju.

Leczyli nas koledzy, polscy lekarze, i jedna młoda lekarka bolszewicka, troskliwa, inteligentna, którą wszyscy pacjenci wspominają z wdzięcznością.

Dziwnie to brzmi, ale muszę przyznać, że te trzy czy cztery tygodnie spędzone w szpitalu zaliczam do prawie szczęśliwych. [...]

Po nieustającym, gwałtownym napięciu nerwów, po dniach sponiewierania i życia w gęstym, zawszonym tłumie ludzi w rozpaczy, mogłem leżeć bez ruchu w czystej koszuli, w pokoiku, gdzie nas było pięciu, a nie stu. Wpływało to również bardzo na ten stan „szczęśliwy”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?