Prawie nicTekst

Autor:Eric Karpeles
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Piękna pogoda letnich tygodni sprawiła, że ziemia pod żołnierskimi stopami była twarda i zbita, co stwarzało idealne warunki do przejazdu wozów pancernych i przemarszu wojsk. Długie słoneczne dni i bezchmurne niebo sprzyjały skutecznemu celowaniu z powietrza. Polscy żołnierze i piloci, pozostawieni bez wsparcia, na przekór niewyobrażalnym trudnościom odważnie walczyli o życie swojej młodej republiki. Siódmego września polski rząd ewakuował się z Warszawy, a trzy dni później, w obawie przed rychłym upadkiem stolicy, opuściło ją naczelne dowództwo sił zbrojnych. Marszałek Rydz-Śmigły nakazał odwrót. Obudziło to w walczących żołnierzach uczucia w najlepszym razie mieszane: jak władze mogły opuścić swoją siedzibę w chwili, gdy w grę wchodziło tak wiele? Polskie oddziały były w stanie osiągnąć wyznaczony cel, to znaczy stawiać opór przeważającym siłom wroga przez czternaście dni, po których oczekiwano wsparcia ze strony sojuszników. Tymczasem wyjazd wodza naczelnego spowodował szereg taktycznych komplikacji, skutkujących przerwaniem kanałów łączności, a w końcu zgubnym naruszeniem zapewniającego poczucie bezpieczeństwa łańcucha dowodzenia. Miało to paraliżujący wpływ na krótką, lecz zdecydowaną obronę kraju. Mieszkańcy stolicy, pozbawieni wsparcia nieobecnego rządu i dowództwa wojsk, walczyli dalej mimo pogarszającego się zaopatrzenia w żywność i wodę. Warszawa nie chciała się poddać. Miasto wytrzymało trzy i pół tygodnia nieustających bombardowań. W końcu sfrustrowany Hitler postanowił, że stolica musi się wreszcie znaleźć w niemieckich rękach. Dwudziestego piątego września na Warszawę spadło ponad pięćset ton bomb. Zginęło ponad dwadzieścia tysięcy cywilów.

Polska była pierwszym krajem, który przeciwstawił się szalonym ambicjom i furii Hitlera. Nie była, jak wciąż się niekiedy sugeruje, nieprzygotowana do wojny ani nie stosowała przestarzałych zasad prowadzenia walki zbrojnej. Jednak jeśli chodzi o stan liczebny i materiałowy wojsk, kraj ten pod każdym względem ustępował swemu zachodniemu sąsiadowi. Mimo to w nadchodzących tygodniach Polska, dysponująca bardzo skromnymi siłami, zadała Niemcom większe straty niż te, które spowodowały Wielka Brytania i Francja łącznie, kiedy dziewięć miesięcy później Hitler rozpętał swoją drugą wojnę błyskawiczną przeciwko nim. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku odniosło rany lub zginęło mniej więcej pięćdziesiąt tysięcy niemieckich żołnierzy, zniszczonych zostało prawie siedemset niemieckich samolotów i jedna czwarta użytych w walce czołgów. Polska w żadnym razie nie mogła obronić swojego terytorium przed Niemcami, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Miałaby jednak większe szanse i mogłaby walczyć dłużej, gdyby nie kolejny obezwładniający cios: 17 września na Polskę przypuszczony został kolejny atak, tym razem ze strony wschodniego sąsiada, Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Czapski pisał o tych wydarzeniach we Wspomnieniach starobielskich. Ich początek ustala ton jego książki: wyważony, wnikliwy i naznaczony bolesnym uczuciem zawodu:

17 września 1939 roku sowieckie wojska, bez wypowiedzenia wojny, wdarły się do Polski, w momencie gdy kraj bronił się przed najazdem Hitlera.

Do tej agresji ze wschodu doszło, gdy próbowaliśmy zorganizować ostatnią linię oporu w pięciu województwach usytuowanych na górzystych terenach południowej Polski w pobliżu granicy z Rumunią, wówczas z nami sprzymierzoną. Obszar ten, niedostępny dla czołgów, stwarzał możliwości przedłużenia walki przez przekształcenie jej w ciągłą wojnę partyzancką.

Ta nieoczekiwana napaść ze strony sąsiedniego kraju, z którym nie byliśmy wtedy w sporze i z którym wcześniej zawarliśmy układ o nieagresji, potwierdzający pakt Brianda-Kellogga, stanowiła klasyczny coup de grâce, cios w plecy, który przyspieszył załamanie się resztek naszego oporu przeciwko dwóm totalitarnym potęgom. Mimo to przez osiemnaście dni kraj liczący trzydzieści milionów mieszkańców toczył wojnę z wojskami dwóch państw, liczących odpowiednio osiemdziesiąt i sto sześćdziesiąt milionów obywateli. Wojna skończyła się 5 października po trzydniowej bitwie pod Kockiem, w której po stronie polskiej uczestniczyły dwie dywizje piechoty, brygada kawalerii i różne inne oddziały. Ostatnia bitwa trwała do czasu wyczerpania przez nas amunicji[56].

Do Warszawy stale napływały zdumiewające doniesienia, że wschodnia granica kraju została naruszona. Polski wywiad był kompletnie zaskoczony: Rosja nie miała powodu do agresji. Wstrząs był potężny i obezwładniający, prowadził do fatalnego rozprzężenia w polskim dowództwie. Stale rozbrzmiewało pytanie „Co szykują Sowieci?” (układ sojuszniczy między Hitlerem i Stalinem pozostawał tajny). Siedemnastego września nad ranem marszałek Rydz-Śmigły wydał dyrektywę ogólną nakazującą polskim wojskom, by nie inicjowały walk z Sowietami, a jedynie odpowiadały na atak. Od czasu ewakuacji naczelnego dowództwa z Warszawy łączność była zawodna i rozkaz ten nie trafił do wszystkich jednostek; przez większą część dnia panował chaos, oficerowie zmuszeni byli wydawać żołnierzom polecenia bez upoważnienia swoich przełożonych. Początkowo rozeszła się pogłoska, że Armia Czerwona przybyła udzielić Polakom wsparcia w walce z faszystami. Po trwającym od 1 września daremnym oczekiwaniu, dzień w dzień, na działania Brytyjczyków i Francuzów przybycie Rosjan przez chwilę wydawało się darem niebios. Czyżby prawie milionowa Armia Czerwona naprawdę przybywała Polsce z pomocą? Żołnierze polscy, do których dotarły rozkazy marszałka, zwracali się do sowieckich serdecznie. Burmistrzowie kilku miast wydali odezwy zachęcające mieszkańców do witania bolszewików jak przyjaciół. W przypadku żołnierzy, którzy znaleźli się przy wschodnich rubieżach, złudzenie antyfaszystowskiej solidarności rozwiało się aż nadto szybko. Kilkaset tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej natarło gwałtownie na granicę. Tysiące czołgów miażdżyło wszystko, co znalazło się na ich drodze. Wkraczający do wschodniej Polski sowieccy żołnierze brali do niewoli żołnierzy oraz cywilów, zabijając tych, którzy stawiali opór.

Pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił Hitlerowi atak na Polskę. Spodziewał się, że sowiecki atak nastąpi w ciągu kilku dni. Tymczasem, jak na ironię, hitlerowska inwazja wywołała oburzenie komunistów na całym świecie. Komuniści francuscy i belgijscy, niezdający sobie sprawy z podstępnych uzgodnień Stalina z Hitlerem, szlachetni i zbulwersowani tym aktem agresji, pomstowali na niemiecką machinę wojenną, wzywali do zorganizowanego oporu wobec narodowych socjalistów i deklarowali solidarność z prześladowanymi polskimi braćmi. Stalin miał na to błyskawiczną, makiaweliczną odpowiedź. Ideologiczny teatr wojny się zmienił; dawne hasła z czasów Frontu Ludowego poszły do lamusa. Członkowie Międzynarodówki Komunistycznej winni podporządkować się nowej polityce Rosji Sowieckiej. Różnica między kapitalistycznymi państwami faszystowskimi i demokratycznymi przestała mieć znaczenie.

Nie przeszkadza nam – wyjaśniał Stalin – jeżeli uderzą na siebie z całej siły i się osłabią. Nie byłoby źle, gdyby Niemcy zdestabilizowały pozycję najbogatszych państw kapitalistycznych. Hitler, nie rozumiejąc tego ani nie mając takiego zamiaru, rozbija i podkopuje system kapitalistyczny. Polska to faszystowski kraj, który uciska Ukraińców, Białorusinów oraz inne narodowości. W obecnych warunkach jej zniszczenie będzie oznaczało zmniejszenie o jedno liczby państw faszystowskich. Cóż byłoby niewłaściwego w tym, że po pokonaniu Polski mielibyśmy rozszerzyć sowiecki system na nowe terytoria i nową ludność?[57].

Komintern rozpaczliwie usiłował sformułować nowe wytyczne, domagając się od komunistów spoza ZSRR, by zapomnieli o stanowisku, jakie zajmowali dzień wcześniej. Zgodnie z nową oficjalną linią partyjną, „międzynarodowy proletariat nie może bronić faszystowskiej Polski, która prześladuje obywateli innych narodowości i która odrzuciła pomoc Związku Sowieckiego”[58].

Dwuipółtygodniowe odwlekanie ataku na Polskę wcale nie było spowodowane potrzebą wyjaśnienia wewnętrznej polityki komunistycznym towarzyszom. Stalin grał na zwłokę, chcąc się przekonać, czy Francja i Wielka Brytania zaangażują się w walkę z Niemcami. Gdyby Hitler musiał bronić zachodnich granic swojego państwa, rozproszenie jego sił pozwoliłoby Sowietom łatwiej zapanować nad Polską. Poza tym od maja 1939 roku Związek Sowiecki był zaangażowany w działania wojenne na Dalekim Wschodzie. Dopiero gdy zmasowana ofensywa sowiecka 15 września doprowadziła w końcu do przełamania impasu w walkach z Japonią, Stalin był skłonny zaangażować wojska w inwazję na Polskę. O drugiej nad ranem 17 września ambasador Polski w ZSRR, Wacław Grzybowski, został wyrwany ze snu i wezwany w trybie natychmiastowym do moskiewskiego biura Władimira Potiomkina, sowieckiego wiceministra spraw zagranicznych. Odczytano tam notę dyplomatyczną, z której oszołomiony ambasador dowiedział się ze zdumieniem, że za kilka godzin Armia Czerwona wkroczy do Polski. Nota zaczyna się od słów:

Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni operacji wojennych Polska utraciła wszystkie swoje regiony przemysłowe i ośrodki kulturalne. Warszawa przestała istnieć jako stolica Polski. Rząd polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. Oznacza to, iż państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Wskutek tego traktaty zawarte między ZSRR a Polską utraciły swą moc. Pozostawiona sobie samej i pozbawiona kierownictwa, Polska stała się wygodnym polem działania dla wszelkich poczynań i prób zaskoczenia, mogących zagrozić ZSRR. Dlatego też rząd radziecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać dłużej neutralnym w obliczu tych faktów. Rząd radziecki nie może również pozostać obojętnym w chwili, gdy bracia tej samej krwi, Ukraińcy i Białorusini, zamieszkujący na terytorium Polski i pozostawieni swemu losowi, znajdują się bez żadnej obrony[59].

 

Grzybowski odmówił przyjęcia oficjalnej noty, którą usiłował mu wręczyć Potiomkin, wskazując, że polskie wojska wciąż walczą, a rząd, chociaż nie urzęduje w Warszawie, nie upadł. Kopie noty zostały przesłane wszystkim ambasadorom w Moskwie. Tego samego dnia Mołotow odczytał jej tekst w programie radiowym. O sojuszu z Niemcami nie wspomniano ani słowem. Związek Sowiecki z uporem twierdził, że musi bronić „braci tej samej krwi, Ukraińców i Białorusinów”, zagrożonych upadkiem polskiego państwa. Mołotow zapewniał, że przywrócony zostanie porządek i zapanuje pokój. Armia Czerwona uchroni swoich „braci” przed „groźbą ruiny i rzezi z rąk wrogów”[60]. Jak zaznacza w swojej relacji Czapski, Rosja nigdy nie wypowiedziała Polsce wojny. Z czasem ów tajny protokół okazał się mieć poważne konsekwencje dla polskich jeńców. Korespondent londyńskiego „Timesa” wysłał tamtego ranka depeszę: „Najazdu tego nie uważa się w Moskwie za akt wojny, ponieważ według Sowietów państwo polskie przestało istnieć”[61].

Grzybowski wiedział, że ta dyplomatyczna retoryka nie miała żadnego związku z prawdą.

Najeżdżający na Polskę żołnierze Armii Czerwonej byli narażeni na innego rodzaju wstrząs. Wielu przekraczało granicę na kulawych koniach, niektórzy jechali na oklep, liczni piechurzy szli boso. Oszołomiło ich to, co zobaczyli, mimo że weszli do najsłabiej rozwiniętych gospodarczo województw Polski. Byli przekonani, że walczą o wyzwolenie ciężko pracującego ludu spod jarzma polskich obszarników, a tu widzieli, że ubodzy mieszkańcy polskich wsi wiodą życie, jakiego oni sami nigdy nie zaznali. Polscy chłopi posiadali dobrze odżywione krowy i konie, ich sady obrodziły letnimi owocami, spiżarnie były pełne jaj, masła i sera. Odkąd nastała kolektywizacja, obywatele Kraju Rad nie znali już takich luksusów. Wszystko, co hodowali lub uprawiali, należało nie do nich, lecz do państwa.

Niemieckie i sowieckie wojska, osobno, lecz w porozumieniu, osaczyły polską armię. Marszałek Kliment Woroszyłow, ludowy komisarz obrony, rozkazał dowódcom Armii Czerwonej pomagać Wehrmachtowi, ilekroć o to poprosi. Na największe oddziały polskiego wojska armie niemiecka i sowiecka nacierały wspólnie. W ciągu zaledwie dwunastu dni Sowieci zajęli wszystkie ziemie, do których Stalin zgłosił wcześniej pretensje. Mołotow nie posiadał się w Moskwie z radości. Polska nareszcie „przestała istnieć”.

Jednym z głównych celów sowieckiego najazdu było rozbicie struktury obronnej Polski. Drugi cel stanowiło uszczelnienie jej wschodnich i południowych granic, by powstrzymać polskich żołnierzy, zwłaszcza oficerów, przed ucieczką w ślad za polskim rządem, który niedawno opuścił terytorium II Rzeczypospolitej. W ciągu kilku dni Rosjanie zgromadzili wzdłuż granicy pokaźną ilość wojsk. Władze ZSRR uznały, że Polska utraciła prawną i polityczną zdolność przetrwania i traktowały okupowane ziemie polskie jako sowieckie terytorium. (Ucieczka polskiego rządu i naczelnego dowództwa przydała pewnej wiarygodności twierdzeniom Sowietów o istniejącej próżni, mimo że po kilku dniach polscy przywódcy, którzy ewakuowali się z Warszawy, przybyli do Paryża, a 30 września powstał nowy polski rząd na uchodźstwie, z generałem Władysławem Sikorskim jako premierem). Ponieważ wojna nigdy nie została wypowiedziana, uważano, że Wojsko Polskie składa się ze zwykłych obywateli, podlegających teraz sowieckiemu kodeksowi karnemu, a nie prawu wojennemu. Utrzymywanie, że jest się polskim żołnierzem lub oficerem, było traktowane jako wykroczenie przeciwko bezpieczeństwu państwa, akt oporu wobec sowieckiego prawa. Zarówno oficerów, jak i zwykłych żołnierzy uważano za element przestępczy, wrogów ludu, kontrrewolucjonistów.

Stalin sprawdzał, czy Hitler stosuje się do warunków terytorialnego podziału Polski określonego w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Wpadł w furię na wieść, że niemieckie wojska rozpoczęły oblężenie Lwowa, leżącego daleko na wschód od uzgodnionej linii demarkacyjnej. Sowieckie oddziały zostały szybko skierowane do tego miasta. Wehrmacht się wycofał. Polski dowódca obrony Lwowa, generał Władysław Langner, znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, zdecydował poddać się Sowietom. Oddział Czapskiego, biorący udział w walkach w pobliżu miasta, został okrążony i zmuszony do kapitulacji. Na polu walki ich głównym przeciwnikiem byli Niemcy, ale zostali przekazani jako jeńcy wojskom sowieckim.

[...] zostałem wzięty do niewoli 27 IX 1939 r. na granicy województwa lwowskiego w Chmielku, wraz z dwoma szwadronami zapasowymi 8 pułku, które bez koni, prawie bez broni, po kilkutygodniowym przerzucaniu z miejsca na miejsce, w ciągłym cofaniu na wschód, a potem kluczeniu od wschodu na zachód, zostały otoczone tankami i artylerią sowiecką. Parlamentariusze sowieccy zajmowali stanowisko podobne do parlamentariuszy lwowskich. Widocznie mieli takie same instrukcje. Zaręczano nam, że szeregowi zostaną wypuszczeni (co zresztą zostało zrobione), oficerowie zaś mieli być jedynie dowiezieni do Lwowa i tam puszczeni na wolność. Dziś wydaje się dziką ślepotą, żeśmy sobie już zaraz nie uświadomili, o co chodziło wojskom sowieckim. Ale to uderzenie nożem w plecy było przecież dla większości ciosem nieoczekiwanym, ludzie byli wyczerpani nieustannymi walkami lub gorzej, cofaniem się bez walk, z zupełnie zerwaną łącznością, z nadchodzącymi różnymi rozkazami, których autentyczności nie można było stwierdzić (jak ten rozkaz, by nie wchodzić w walkę z wojskami sowieckimi). Byli wstrząśnięci wiadomościami o zniszczeniu i zbombardowaniu Warszawy, o opuszczeniu kraju przez Prezydenta, Rząd, Wodza Naczelnego (o czym się mój oddział dowiedział dopiero 27 IX z radia); ludzie chwytali się brzytwy, cienia nadziei: może rzeczywiście Sowiety, w których interesie nie może być przecież zwycięstwo hitlerowskich Niemiec, umożliwią nam przynajmniej przedostanie się przez granicę i udział w dalszej walce, już nie w Polsce, gdzie bitwa była na razie przegrana, ale we Francji.

Tysiące politruków na różne sposoby starało się w nas tę nikłą nadzieję rozniecać. [...]

Oficerów mego oddziału długimi marszami, a potem ciężarówkami, po rozbrojeniu, przerzucono do Lwowa, gdzie nas pomieszczono w rozbitych koszarach 14 pułku na jedną noc.

Do Lwowa dowieziono nas o zmierzchu i zatrzymano na krótką chwilę na rynku. Byliśmy stłoczeni w ciężarówce, od iluś dni nie myci, nie goleni, bez broni. Ciężarówka stanęła przy straganach z owocami. Jeden z nas chciał kupić parę jabłek i spytał o cenę. Gdy któraś ze straganiarek chciała nam te jabłka sprzedać, wystąpiła druga, potężna, gruba kobieta i odepchnąwszy z oburzeniem sąsiadkę, zaczęła chwytać w ogromne brązowe ręce co miała jabłek i z błyszczącymi, pełnymi łez oczami zaczęła je rzucać do aut. To była krótka chwila, ale zanim pilnujący nas bojec zdążył się obejrzeć, zostaliśmy zasypani jabłkami, papierosami, które nam wciskały straganiarki i przechodnie. [...] Potem przewieziono nas koło Poczty Głównej. Był już zupełny mrok. Pilnowali nas bojcy ze wszystkich stron, brutalnie przepędzając każdego, który chciał się do nas prześlizgnąć, ale z każdej strony, uparcie, nie oglądając się na wyzwiska i bagnety, podbiegały do nas kobiety, brały kartki do rodzin, dawały nam papierosy, nawet czekoladę.

Wszystko, co widziałem wówczas ze Lwowa, to te nieliczne odruchy całej ulicy, odruchy braterstwa, czułości, serca dla garstki stłoczonych, zhańbionych, bo rozbrojonych, oficerów polskich w bolszewickiej ciężarówce[62].

Wrażliwe na międzynarodową kontrolę nazistowskie władze przystąpiły do wojny ze szczegółowymi planami przetrzymywania jeńców wojennych. Armia Czerwona była do tego, praktycznie rzecz ujmując, niemal zupełnie nieprzygotowana. W ciągu kilku tygodni wzięła do niewoli prawie dwieście tysięcy polskich żołnierzy. Przewożono ich z miejsca na miejsce jak stłoczone bydło, żywiono nieregularnie i kiepsko, jeśli w ogóle dostawali coś do jedzenia. Jeńców wojennych zmuszano do spania na gołej ziemi i pozbawiano dostępu do latryn. Przenoszeni w grupach o stale zmieniającym się składzie z jednego prowizorycznego obozu przejściowego do drugiego, byli różnie traktowani przez strażników, których zachowanie wahało się od złego do brutalnego. Rabunki i prowokacje były na porządku dziennym. Normy konwencji genewskiej z 1929 roku, dotyczącej traktowania jeńców wojennych, całkowicie lekceważono. W odróżnieniu od Niemiec, Rosja nigdy nie ratyfikowała konwencji haskiej. Osiemnastego września, dzień po wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski, Biuro Polityczne w Moskwie ustaliło, że to NKWD, czyli Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych, a nie wojsko, będzie odpowiedzialne za zajmowanie się jeńcami, angażując tym samym bezpośrednio służbę bezpieczeństwa w operacje wojskowe.

Ławrientij Beria, szef NKWD, był bliskim współpracownikiem, przyjacielem (od czasu do czasu) i krajanem Stalina. Gruzin, któremu przypisywano zasługę zastąpienia fanatyzmu jego zdeprawowanego poprzednika zdecydowanie bardziej racjonalnym systemem terroru i okrucieństwa, utworzył w obrębie NKWD Zarząd do spraw Jeńców Wojennych. Stało się to dopiero 19 września, dwa dni po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski. Sowiecka Rada Komisarzy Ludowych sporządziła wówczas „Przepisy dotyczące traktowania jeńców wojennych”, w których uznawano humanitarne koncepcje i określano godne warunki życia. Ów pełen obłudnych sformułowań, typowy dla dobrze naoliwionej machiny sowieckiej administracji dokument został spreparowany dla uspokojenia zachodnich burżuazyjnych rządów.

W niewoli polscy szeregowcy oraz ich oficerowie byli traktowani inaczej. Z sowieckiego punktu widzenia wyżsi oficerowie polskich sił zbrojnych, wywodzący się z arystokratyczno-dekadenckiego środowiska właścicieli ziemskich, wymagali bardziej represyjnego zestawu środków przymusu. Mieli poznać ciężkie życie proletariatu. W różnych punktach tranzytowych i obozach, nadzorowanych przez Armię Czerwoną do spółki z NKWD, jeńcy byli poddawani rewizjom, rejestrowani i przydzielani do określonych podgrup. Oficerom, urzędnikom państwowym i policjantom zlecano zadania poniżające, takie jak kopanie i czyszczenie latryn. Chciano w ten sposób upokorzyć ich na oczach podwładnych, co miało rozniecić ducha buntu w młodszych żołnierzach, pobudzić w nich niezadowolenie z domniemanych stosunków feudalnych w Polsce. Bez wątpienia istniał w niej głęboko zakorzeniony system klasowy, ale taktyka bolszewików okazała się nieskuteczna i wielokrotnie obracała się przeciwko nim. Widząc poniżenie swoich dowódców, polscy żołnierze niemal zawsze reagowali litością i współczuciem. Silnie utożsamiali się ze swoimi oficerami. Wbrew oczekiwaniom i zamiarom Sowietów, ogólne morale jeńców wzrosło. Zarówno rosyjscy strażnicy, jak ich zwierzchnicy byli tym zaskoczeni i skonsternowani. W pierwszych dniach wojny wszystkie próby złamania zbiorowej woli polskich żołnierzy, odciągnięcia ich od przełożonych, przekonania do braterstwa sołdatów i wchłonięcia w szeregi Armii Czerwonej spełzły na niczym.

Wspaniała wrześniowa pogoda ustąpiła ulewnym deszczom. W pierwszym tygodniu października, po kilku dniach przetrzymywania i przerzucania z miejsca na miejsce, grupa jeńców, w której był Czapski, została popędzona błotnistymi drogami do Tarnopola. Tam ujrzeli czerwone sztandary i transparenty rozwieszone na powitanie Armii Czerwonej. Kiedy o świcie następnego dnia opuszczali miasto, jakaś zapłakana kobieta zsiadła z rozklekotanej furmanki, by podać jeńcom koc i płaszcz. Ten gest bezradności i litości dał Czapskiemu emocjonalne oparcie – o wielu takich momentach pisał w swoich wspomnieniach dla zrównoważenia opisów ciężkich prób, jakie przechodził w niewoli. Popychani przez brutalnych strażników żołnierze przetrzymali wycieńczający marsz ku przedwojennej granicy sowieckiej, co pewien czas napotykając podobne, ciągnące się bez końca kolumny. Głód i wyczerpanie powodowały, że wielu mdlało i padało w drodze. Wlokąc się głównym traktem, dawną trasą procesji, chmary żołnierzy przechodziły obok zbezczeszczonych podczas rewolucji bolszewickiej figur świętych. Mijali ciągnące się kilometrami złote ścierniska, by wreszcie, gdy sięgające aż po horyzont szeregi stworzyły zator przed wąskim mostem, posuwać się w żółwim tempie.