UcieczkaTekst

Z serii: Seria John Puller #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ucieczka
Ucieczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,82  53,46 
Ucieczka
Ucieczka
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
4,99 
Szczegóły
Audio
Ucieczka
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

The Escape

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce

© inLite studio/Shutterstock

© Anna Goncharowa/Unsplash

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

URSZULA ŚMIETANA

Korekta

ANNA JACKOWSKA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM

Copyright © 2014 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5975-5

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Podziękowania

Przypisy

Pamięci Kate Bailey i Ruth Rockhold –będzie Was bardzo brakowało

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Więzienie bardziej przypominało kampus uczelni publicznej niż miejsce, w którym przez dziesięć lub więcej lat przetrzymywano w celach ludzi skazanych za przestępstwa popełnione w trakcie służby wojskowej dla kraju. Nie było tam wież strażniczych, były natomiast dwa solidne ogrodzenia wysokie na trzy i pół metra, uzbrojone patrole oraz kamery monitoringu – tyle, by ich elektroniczne oczy mogły nadzorować praktycznie każdy milimetr terenu. Usytuowane na północnym krańcu Fort Leavenworth więzienie wojskowe zajmowało szesnaście zalesionych i pofałdowanych hektarów stanu Kansas w pobliżu rzeki Missouri; przypominało stertę cegieł i drutu kolczastego otuloną pasem zieleni. Było to jedyne w kraju więzienie wojskowe o zaostrzonym rygorze wyłącznie dla mężczyzn.

 

Główne więzienie wojskowe Ameryki funkcjonowało pod nazwą USDB[1], w skrócie DB. Federalny zakład penitencjarny dla cywilów, jedno z trzech więzień kompleksu, leżał sześć kilometrów dalej na południe. Oprócz Połączonego Regionalnego Zakładu Karnego – także dla więźniów wojskowych – było czwartym prywatnie zarządzanym więzieniem w Leavenworth, co podwyższało całkowitą liczbę osadzonych we wszystkich czterech zakładach karnych do około pięciu tysięcy. Biuro turystyczne z Leavenworth, chcąc najwyraźniej zbić kapitał na złej sławie miejsca i dzięki niej zwabić przyjezdnych, włączyło do promocyjnych broszurek wątek penitencjarny, reklamując się hasłem „Odsiadka w Leavenworth”.

Federalne dolary płynęły przez tę część Kansas i przeskakiwały granicę ze stanem Missouri niczym fala zielonej papierowej szarańczy, ożywiając lokalną gospodarkę i nabijając kabzy firmom dostarczającym żołnierzom wędzone żeberka, zimne piwo, szybkie samochody, tanie dziwki oraz wszystko, czego dusza zapragnie.

W DB rezydowało niemal czterystu pięćdziesięciu więźniów. Byli rozmieszczeni w szeregu niemożliwych do sforsowania bloków, między innymi w Specjalnej Jednostce Mieszkalnej, czyli SJM. Większość osadzonych trafiła tu z powodu przestępstw na tle seksualnym. Byli to głównie młodzi ludzie z długimi wyrokami.

Zwykle około dziesięciu więźniów trzymano w więziennych izolatkach, pozostali przebywali w celach zbiorowych. Drzwi nie miały krat, wykonano je z litego metalu ze szczeliną na dole, co umożliwiało wsuwanie tac z posiłkiem. Wąski otwór pozwalał także na skucie nóg kajdankami, żelaznymi trzewikami, które zakładano, gdy więźnia trzeba było dokądś przetransportować.

Tutaj, inaczej niż w wielu stanowych i federalnych zakładach karnych, wymagano dyscypliny i szacunku. Skutecznie. Między osadzonymi a strażnikami nie dochodziło do przepychanek o władzę. Obowiązywały wojskowe zasady, a podstawowe odpowiedzi udzielane przez uwięzionych brzmiały: „Tak jest, sir” oraz „Nie, sir”, oddzielone krótką przerwą.

W DB znajdowały się cele śmierci, w których obecnie siedziało sześciu skazanych za morderstwo, w tym zabójca z Fort Hood. Była tam też komora egzekucyjna. O tym, czy któryś z osadzonych rzeczywiście doczeka się śmiertelnego zastrzyku, decydowali wyłącznie prawnicy i sędziowie, prawdopodobnie po upływie wielu lat i zgarnięciu milionowych honorariów.

Dzień już dawno zamienił się w noc, światła cywilnego pipera startującego z pobliskiego lotniska Shermana były niemal jedynym śladem jakiejkolwiek aktywności. Na razie panował spokój, ale gwałtowny burzowy front widoczny od pewnego czasu na radarach nadciągał z rykiem od północy. Drugi front atmosferyczny, który pojawił się znienacka w Teksasie, sunął nad Środkowy Zachód niczym pociąg towarowy bez hamulców. Wkrótce miał się spotkać ze swoim odpowiednikiem z północy, siejąc spustoszenie. Wszyscy z okolic już się zaszyli w bezpiecznych schronieniach, szykując się na jego uderzenie.

Gdy trzy godziny później doszło do spotkania dwóch niszczycielskich mas powietrza, rozpętała się wściekła burza. Rozwidlone błyskawice przecinały niebo na ukos, lało jak z cebra, wiatr dął z nieograniczoną siłą i docierał dosłownie wszędzie.

Najpierw wysiadła sieć energetyczna; wywracające się drzewa zrywały przewody, które pękały jak cienkie sznurki. Później padły linie telefoniczne. Potem kolejne drzewa, które zablokowały drogi. Pobliski międzynarodowy port lotniczy w Kansas City zamknięto z wyprzedzeniem, wszystkie samoloty stały puste, a terminal roił się od podróżnych, którzy przeczekiwali burzę i po cichu dziękowali Bogu, że znajdują się na ziemi, a nie pośród tej podniebnej zawieruchy.

W DB strażnicy albo robili obchód, albo popijali kawę w pomieszczeniu socjalnym, albo rozmawiali szeptem, wymieniając się błahymi plotkami, żeby skrócić sobie czas do końca zmiany. Nikt nie przejmował się burzą za oknami, wszyscy siedzieli bowiem bezpiecznie w tej fortecy z cegieł i ze stali. Jak na smaganym wichurą lotniskowcu pośród sztormowych fal. Może niezbyt przyjemnie, ale włos nikomu z głowy nie spadnie.

Nawet gdy wysiadł prąd – na pobliskiej podstacji wysadziło oba transformatory, co natychmiast pogrążyło więzienie w ciemności – nikt się szczególnie nie zmartwił. Automatycznie włączył się potężny generator awaryjny, umieszczony w odpornym na bombardowanie obiekcie, zasilany gazem z własnego niewyczerpywalnego ujęcia. System zadziałał tak szybko, że krótka przerwa w dostawie energii spowodowała jedynie mruganie świetlówek oraz kilka trzasków w kamerach monitoringu i komputerowych monitorach.

Jedni strażnicy dopili kawę i przystąpili do wymiany kolejnych plotek, podczas gdy inni powolnym krokiem przechadzali się korytarzami, wchodzili i wychodzili z bloków, sprawdzając, czy w świecie DB panuje porządek.

Uwagę wszystkich zwróciła dopiero martwa cisza, która zapadła, gdy niezawodny rzekomo generator zasilany niewyczerpywalnym źródłem energii i ukryty w odpornym na bombardowanie pomieszczeniu wydał z siebie huk przypominający kaszel olbrzyma, a następnie zwyczajnie przestał działać.

Światła, kamery i konsole natychmiast zgasły, choć niektóre rejestratory były wyposażone w dodatkowe baterie i się nie wyłączyły. A potem ciszę przerwały nerwowe okrzyki oraz tupot biegnących nóg. Zatrzeszczały krótkofalówki. Rozbłysły wyciągnięte zza skórzanych pasów latarki. Jednak rzucane przez nie światło było mizerne.

I wtedy stała się rzecz nieprawdopodobna: odblokowały się wszystkie automatyczne drzwi cel. Coś takiego nigdy nie miało się zdarzyć. System opracowano w taki sposób, by w wypadku awarii zasilania drzwi automatycznie się klinowały. Niezbyt fortunnie dla więźniów w sytuacji, gdyby przerwę w dostawie prądu spowodował, powiedzmy, pożar, w każdym razie tak było, czy raczej być powinno. Tymczasem strażnicy słyszeli trzask otwierających się w całym więzieniu zamków oraz kroki setek więźniów wysypujących się na korytarze.

W DB nie zezwalano na broń. Strażnicy utrzymywali tu porządek uzbrojeni tylko w swoją władzę, inteligencję, wiedzę wyniesioną ze szkoleń, umiejętność odczytywania nastrojów oraz ciężkie pałki. Coraz bardziej spocone dłonie zaciskały się właśnie na ich rękojeściach.

Na taką ewentualność przewidziano standardowe procedury działania, czyli SPD, ponieważ w wojsku obowiązywały procedury na każdą ewentualność. We wszystkich krytycznych okolicznościach armia dysponowała zwykle dwoma zabezpieczeniami. W DB zasilany gazem ziemnym dodatkowy generator uważano za niezawodny. A jednak zawiódł. Zadanie przywrócenia całkowitego porządku spadło na strażników. To oni stanowili ostatnią linię obrony. Celem pierwszoplanowym było pozamykanie więźniów. Cel drugoplanowy był identyczny: na powrót zamknąć więźniów. Wszelkie inne postępowanie uznano by według wojskowych standardów za niedopuszczalne. Kariery ległyby w gruzach, a gwiazdki i belki odpadłyby z pagonów niczym wyschłe igły świątecznej choinki po Bożym Narodzeniu.

Ponieważ więźniów było znacznie więcej niż strażników, zabezpieczenie wszystkich wymagało zastosowania kilku taktyk, z których najważniejsza polegała na zgrupowaniu ich w przestronnych, otwartych pomieszczeniach centralnych i wydaniu rozkazu leżenia twarzą do podłogi. Przebiegało to zgodnie z planem przez pięć minut, a potem wydarzyło się coś jeszcze, co powinno skłonić każdego strażnika do zagłębienia się w wojskowe instrukcje oraz do zaciśnięcia więcej niż jednego zwieracza – mniejsza o to: więźnia czy nadzorcy.

– Padły strzały! – wrzeszczał strażnik do krótkofalówki. – Strzały, źródło nieznane, lokalizacja nieokreślona.

Powtarzano ten meldunek z ust do ust, póki nie dotarł do uszu każdego zainteresowanego. Padły strzały, diabli wiedzą skąd i z czyjej ręki. A ponieważ żaden ze strażników nie był uzbrojony, oznaczało to, że broń ma któryś z więźniów. Może nawet niejeden.

Sytuacja, już wystarczająco poważna, teraz przekształciła się w coś graniczącego z chaosem.

A potem było jeszcze gorzej.

Wnętrze bloku numer trzy, w którego skład wchodziła SJM, rozdarł huk eksplozji. Chaos gwałtownie przeobraził się w apokalipsę. Jedyne, co mogłoby tu przywrócić porządek, to miażdżący pokaz siły zbrojnej. Niewiele organizacji na świecie potrafi urządzić lepszy pokaz siły zbrojnej niż armia Stanów Zjednoczonych. Zwłaszcza gdy uzbrojona po zęby jednostka znajduje się tuż obok zagrożonego obiektu, po sąsiedzku, w bazie Leavenworth.

Kilka minut później sześć zielonych ciężarówek wojskowych przetoczyło się przez pozbawioną prądu bramę DB, której najnowocześniejsze systemy antywłamaniowe okazały się w tej sytuacji bezużyteczne. Z ciężarówek wysypała się żandarmeria wojskowa wyposażona w tarcze oraz przeładowaną, gotową do użycia broń automatyczną. Żandarmi wpadli do środka. Dzięki goglom noktowizyjnym najnowszej generacji, które zamieniały ciemności więzienia w jasny i żywy obraz rodem z Xboksa, mieli doskonałą widoczność.

Więźniowie zastygli w miejscu. A potem ci, którzy jeszcze stali, w obliczu znakomicie wyszkolonych, przygotowanych do walki żołnierzy natychmiast położyli się twarzami do podłogi, z drżącymi nogami i rękoma na plecach.

Sytuację kryzysową opanowano.

Wojskowej ekipie technicznej udało się przywrócić prąd, zapaliły się światła, drzwi cel znów się zamykały. Żandarmi z bazy Leavenworth przekazali obiekt pod ochronę strażników i wycofali się tą samą drogą, którą przybyli. Komendant więzienia, pełnoprawny pułkownik, odetchnął z ulgą, gdy zdjęto z jego barków ciężar całego świata, a przynajmniej usunięto mur, który gwałtownie wyrósł między nim a kolejnym awansem.

Więźniowie poczłapali do swoich cel.

Policzono ich.

Porównano listę z oficjalnym spisem osadzonych. Początkowo liczby się zgadzały.

Początkowo.

Po szczegółowej inspekcji okazało się, że tak nie jest.

Brakowało jednego więźnia. Tylko jednego. Za to istotnego. Odsiadującego dożywocie. Nie dlatego, że wysadził jakiegoś żołnierza w powietrze albo pozbawił kogoś życia w inny sposób. Nie dlatego, że dopuścił się gwałtu, rąbał, palił i bombardował. Nie przebywał w celi śmierci. Znalazł się tutaj, ponieważ był zdrajcą. Zdradził własny kraj, narażając na szwank bezpieczeństwo narodowe. A na dźwięk słowa „zdrada” wszyscy prostowali się i oglądali przez ramię.

A, co już zupełnie niewytłumaczalne, na pryczy brakującego więźnia leżał ktoś inny – niezidentyfikowany martwy mężczyzna przykryty kocem. Przyczyna początkowej pomyłki w liczeniu.

Przeszukano wszystkie zakamarki DB, łącznie z kanałami wentylacyjnymi i wszelkimi możliwymi szparami. Następnie rozszerzono poszukiwania o obszar zewnętrzny. Strażnicy wypadli na dwór i w oddalającej się już burzy metodycznie przeczesywali każdy skrawek terenu, maszerując w kolumnach.

Jednak ten fragment kansaskiej ziemi nie wydał im oczekiwanego plonu.

Więzień zniknął. Nikt nie potrafił wyjaśnić jak. Nikt nie potrafił powiedzieć, skąd wziął się w celi ten martwy mężczyzna. Nikt z tego nic nie rozumiał.

Pozostał nagi fakt.

Robert Puller, były major lotnictwa Stanów Zjednoczonych, ekspert od broni jądrowej oraz cyberbezpieczeństwa, a zarazem syn jednego z najsłynniejszych i najwaleczniejszych żołnierzy, obecnie emerytowanego generała broni Johna Pullera seniora, zbiegł z DB, skąd zbiec się nie dało.

I zostawił po sobie nieznanego martwego mężczyznę, co było jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż sama ucieczka.

Poinformowany o tym niemożliwym z pozoru wydarzeniu, które okazało się jednak prawdą, komendant więzienia podniósł słuchawkę tajnego telefonu. I pożegnał się ze swoją dobrze zapowiadającą się karierą.

2

John Puller mierzył ze swojego pistoletu maszynowego M11 prosto w głowę mężczyzny.

W Pullera z kolei była wycelowana lufa podrasowanej beretty 92, znanej w wojsku pod nazwą M9A1.

W tym pojedynku na miarę dwudziestego pierwszego wieku trudno było obstawiać zwycięzcę, prędzej dwie ofiary śmiertelne.

 

– Nie wrobisz mnie! – grzmiał starszy szeregowy Tony Rogers. Był czarnoskórym mężczyzną w wieku dwudziestu kilku lat, z wytatuowanym na przedramieniu logo Pittsburgh Steelers i obrazkiem ich „strasznego ręcznika”[2]. Mierzył około metra osiemdziesięciu, miał ogoloną głowę, rozrośnięte od wyciskania sztangi barki, wyrzeźbione ramiona oraz muskularne uda zupełnie niepasujące do piskliwego głosu.

Puller był ubrany w spodnie khaki oraz granatową wiatrówkę ze złotymi literami CID[3] na plecach. Rogers miał na sobie ACU[4] – spodnie, regulaminowe buty i wojskowy podkoszulek, a na głowie czapkę patrolową. Pocił się, choć powietrze było rześkie. Puller się nie pocił. Wzrok Rogersa niespokojnie błądził. Wzrok Pullera był utkwiony w twarzy Rogersa. Puller starał się emanować spokojem w nadziei, że przeszczepi go tamtemu.

Dwaj żołnierze przyjęli pozycje bojowe w zaułku na tyłach baru pod Lawton w stanie Oklahoma. Miasto było siedzibą bazy wojskowej Fort Sill, jak również miejscem pochówku Geronima, wodza Indian. Puller w przeszłości odwiedzał Lawton parę razy, a jego ojciec stacjonował tu krótko podczas swojej kariery wojskowej. Tym razem przybył do miasta w ramach obowiązków agenta Dowództwa Wojskowego Wydziału Śledczego z misją aresztowania domniemanego zabójcy noszącego taki sam mundur jak Puller i celującego właśnie do niego z wydanej mu przez armię broni osobistej.

– No to przedstaw mi swoją wersję wydarzeń – rzekł Puller.

– Nikogo nie zastrzeliłem. Słyszysz? Poprzewracało ci się w tym tępym łbie.

– Niczego takiego nie mówiłem. Jestem tu, bo taką mam robotę. Skoro możesz odeprzeć zarzuty – dobra twoja. Użyj swoich argumentów.

– O czym ty gadasz?

– O załatwieniu sobie wykurwistego prawnika z prokuratury wojskowej, który będzie cię bronił, a wtedy może unikniesz kary. Znam kilku naprawdę dobrych. Mogę ci ich polecić. Ale to, co teraz robisz, ani trochę ci nie pomaga. Odłóż spluwę, a zapomnimy o twojej ucieczce i wymachiwaniu mi przed nosem bronią.

– Pieprzysz!

– Mam nakaz aresztowania, Rogers. Robię, co do mnie należy. Pozwól mi przeprowadzić to pokojowo. Chyba nie chcesz zginąć w jakimś obskurnym zaułku w Lawton. Bo ja nie chcę za żadną cholerę.

– Dadzą mi dożywocie. A ja mam na utrzymaniu mamuśkę.

– Twoja matka nie chciałaby, żebyś tak marnie skończył. W sądzie będziesz miał okazję wszystko opowiedzieć. Wysłuchają twojej wersji. Możesz powołać matkę na świadka. Niech system prawny zadziała, jak należy. – Puller mówił to wszystko opanowanym, uspokajającym głosem.

Rogers łypał na niego podejrzliwie.

– Ej, a może po prostu zejdziesz mi z drogi, a ja pójdę w swoją stronę i zostawię to wojsko w diabły?

– Nosimy taki sam mundur. Mogę spróbować ci pomóc, żołnierzu. Ale nie pozwalając ci odejść.

– Przestrzelę ci dupsko. Przysięgam na Boga.

– Próżne nadzieje.

– Ja nie pudłuję, stary. Błyszczę na pieprzonym poligonie.

– Strzelisz ty, strzelę ja. I obaj nie żyjemy. Głupi koniec. Sam rozumiesz.

– No to zawrzyjmy rozejm. Ty pójdziesz w swoją stronę.

Puller pokręcił głową, nie spuszczając Rogersa z celownika.

– Nie mogę.

– Bo co?

– Służysz w artylerii, Rogers. Masz zadanie do wykonania, prawda? Armia poświęciła ci kupę czasu i władowała w ciebie masę forsy, zgadza się?

– Taa... I co z tego?

– Ja robię, co do mnie należy. Obowiązek służbowy nie pozwala mi odejść. Nie chcę cię zastrzelić i myślę, że ty też wolałbyś do mnie nie strzelać, odłóż więc broń. Tak będzie najsprytniej. Przecież wiesz.

Puller namierzył Rogersa w tym miejscu, znalazłszy wcześniej wystarczająco dużo dowodów jego winy, by wsadzić go na długie lata. Jednak Rogers zauważył Pullera i rzucił się do ucieczki, która zakończyła się w tym zaułku. Była stąd tylko jedna droga wyjścia: ta sama, którą weszli.

Rogers pokręcił głową.

– W takim razie obaj zginiemy.

– To nie musi się tak skończyć, żołnierzu – przekonywał Puller. – Rusz głową, Rogers. Pewna śmierć albo proces, w którego wyniku możesz wylądować na jakiś czas w DB, a może i... wyjść z niego obronną ręką. Co wolisz? Co spodobałoby się bardziej twojej matce?

Te słowa zdawały się poruszyć w Rogersie jakąś strunę. Zaczął szybko mrugać powiekami.

– Masz rodzinę? – zapytał.

– Mam. Chciałbym ją jeszcze zobaczyć. Opowiedz mi o swojej.

Rogers oblizał spierzchnięte usta.

– Mamuśka, dwóch braci, trzy siostry. Wszyscy w Pittsburghu. Kibicujemy Steelersom – dodał z dumą. – Tato był wtedy na meczu, kiedy Franco zagrał tamto słynne „nieskazitelne przyłożenie”.

– Odłóż broń, a jeszcze naoglądasz się w życiu rozgrywek.

– Nie słuchasz, psiakrew! Nie ma mowy, żebym poszedł za to siedzieć. Tamten gościu trzymał mnie na muszce. Działałem w obronie własnej.

– Więc przedstaw ten argument w sądzie wojskowym. Może puszczą cię wolno.

– Tak się nie stanie i dobrze o tym wiesz. – Umilkł i bacznie przyglądał się Pullerowi. – Masz coś na mnie, bo inaczej by cię tu nie było. Wiesz o tych przeklętych prochach, co?

– Moim zadaniem jest doprowadzić cię przed sąd, a nie osądzać.

– Nic z tego nie będzie, stary. Trzeba mieć chody, żeby się wymigać. Jestem chłopakiem z miasta. Nie lubię, jak się mnie zastrasza. I nie jestem w tym odosobniony.

– Masz w wojsku nieposzlakowaną opinię, Rogers. Będzie to świadczyć na twoją korzyść. A jeśli działałeś w obronie własnej i przysięgli ci uwierzą, wyjdziesz wolny.

Rogers uparcie kręcił głową.

– Już po mnie. Ty to wiesz, ja to wiem.

Puller szybko obmyślał sposób zażegnania kryzysu.

– Powiedz mi jedną rzecz, Rogers. Ile wypiłeś w barze?

– Co?

– Proste pytanie. Ile wypiłeś?

Rogers mocniej ścisnął pistolet. Po lewym policzku spływała mu kropla potu.

– Dzban piwa i burbona. – Nagle wrzasnął: – Jakie to ma znaczenie?! Robisz sobie jaja? Robisz sobie ze mnie jaja, sukinsynu?!

– Nie robię sobie jaj. Próbuję ci coś wyjaśnić. Posłuchasz, co mam do powiedzenia? Bo to ważne. Ważne dla ciebie.

Puller czekał na odpowiedź. Zależało mu, żeby Rogers skupił uwagę i włączył myślenie. Myślący ludzie rzadko pociągają za spust. Furiaci – i owszem.

– No dobra, co?

– Wlałeś w siebie sporą ilość alkoholu.

– Chłopie, mogę wypić dwa razy tyle i prowadzić paladina[5].

– Nie mówię o prowadzeniu paladina.

– A o czym?

Puller ciągnął spokojnym tonem:

– Ważysz na oko osiemdziesiąt kilogramów, szacuję więc, że – nawet wziąwszy poprawkę na wyrzut adrenaliny – poziom alkoholu w twojej krwi wynosi około jednego promila, a po szocie burbona może i więcej. Co oznacza, że jesteś zbyt pijany na prowadzenie skutera, a co dopiero dwudziestosiedmiotonowej haubicy.

– Co to ma do rzeczy, do ciężkiej cholery?

– Alkohol upośledza zdolności motoryczne, na przykład te niezbędne do prawidłowego wycelowania z broni i strzału. Zważywszy na ilość, którą wypiłeś, masz poważnie obniżone umiejętności trafiania do celu.

– Z trzech metrów nie spudłuję za cholerę.

– Żebyś się nie zdziwił, Rogers. Żebyś się nie zdziwił. Oceniam, że w obecnej sytuacji straciłeś co najmniej dwadzieścia pięć procent swojej normalnej sprawności. Z kolei moje zdolności motoryczne oraz celność są bez zarzutu. Proszę więc raz jeszcze: rzuć broń, ponieważ przy takiej dwudziestopięcioprocentowej redukcji praktycznie masz gwarancję, że dobrze się to dla ciebie nie skończy.

Rogers strzelił i w tej samej chwili ryknął:

– Ku...

Ale nie był już w stanie dokończyć słowa.