Miasto upadłychTekst

Z serii: Amos Decker #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Przełożył z angielskiego

Tomasz Szlagor


WROCŁAW 2019

Tytuł oryginału

The Fallen

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© Floortje/iStock

© emmy-images.iStock

Koordynacja Projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2018 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN 978-83-271-5933-5


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

Podziękowania

Przypisy

Cindi i Johnowi Harkesom

– to wielkie szczęście mieć Was za przyjaciół

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Kto cię zabił?

A raczej: kto cię zamordował?

Ostatecznie to była istotna różnica.

Amos Decker stał na tarasie na tyłach domu należącego do siostry Alex Jamison, jego koleżanki z FBI. On i Alex przyjechali do niej w odwiedziny. Obejmując dwoma palcami szyjkę butelki piwa, już trzeciego tego wieczoru, rozważał dręczące go pytania. Wiedział, że większość ludzi nigdy nie myślała o takich rzeczach, ponieważ nie mieli powodu, by to czynić. Tymczasem znajdowanie odpowiedzi na to drugie pytanie zdominowało jego zawodowe życie – tak naprawdę jedyne życie, jakie mu jeszcze zostało.

Miał też świadomość, że różnica między tymi dwoma pytaniami była bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać.

 

Na przykład człowieka można zabić, z punktu widzenia prawa nie popełniając morderstwa.

Zdarzają się przecież wypadki ze skutkiem śmiertelnym. Nieumyślnie taranujesz samochodem inny pojazd, w którym giną ludzie, albo upuszczasz broń, z której pada przypadkowy strzał i kula trafia postronną osobę. Ktoś stracił życie, ale z punktu widzenia prawa to nie jest morderstwo.

Istnieje pojęcie samobójstwa wspomaganego – śmiertelnie chora osoba chce skrócić sobie cierpienia, a ty jej w tym pomagasz. Gdzieniegdzie to legalne, ale nie wszędzie. Również w tym przypadku ktoś się rozstaje z życiem. W przeciwieństwie do śmierci w wypadku ta śmierć jest zamierzona, ale to nie to samo co morderstwo, ponieważ zmarły sam postanowił odebrać sobie życie.

Jest też zabójstwo usprawiedliwione. Najlepszy jego przykład to samoobrona. W tym przypadku skutkujące śmiercią działanie jest świadome i celowe, ale masz prawo się bronić.

Nawet morderstwo ma swoją gradację.

Jeśli przez nieuwagę lub zaniedbanie spowodujesz wypadek drogowy albo przypadkowo kogoś postrzelisz, w efekcie czego ten ktoś zginie, możesz zostać oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci.

Spontaniczna przemoc ze skutkiem śmiertelnym może się skończyć poważniejszym oskarżeniem – o zabójstwo z zamiarem afektywnym.

Morderstwo drugiego stopnia, jego bliski krewny, zawiera element złej woli albo działania z zamiarem ewentualnym, ale nie przemyślanym.

Sącząc piwo, Decker rozważał kwalifikacje prawne umyślnego pozbawienia kogoś życia. Najgorsza w jego przekonaniu była ostatnia kategoria.

Morderstwo pierwszego stopnia zawsze nosiło cechy działania z zamiarem bezpośrednim. Inaczej mówiąc, z premedytacją. Ktoś chce czyjejś śmierci, gdyż ma z tego korzyść, i zaplanował wszystko tak, by mieć pewność, że ta śmierć nastąpi.

Najsurowsze prawne konsekwencje były zarezerwowane właśnie dla sprawców tego rodzaju haniebnych czynów.

Ściganiu takich przestępców Decker poświęcił prawie całe dorosłe życie.

Wysączył z butelki kolejny łyk piwa.

Łapię zabójców. To tak naprawdę jedyna rzecz, w której jestem dobry.

Zapatrzył się na nocne niebo nad północno-zachodnią Pensylwanią, niedaleko granicy z Ohio, w miejscu zwanym Baronville. Słyszał, że niegdyś w tym robotniczym miasteczku, zawdzięczającym swoje istnienie rodzinie Baronów, która eksplorowała tutejsze kopalnie i tworzyła miejsca pracy, dobrze prosperował przemysł. Te czasy dawno jednak minęły. Zostało po nich niewiele. Mimo to wydawało się, że mieszkańcy radzą sobie na rozmaite sposoby, lepiej lub gorzej. Podobnie można było podsumować to, co działo się w wielu innych częściach Ameryki, jak kraj długi i szeroki.

Wewnątrz domu Alex Jamison i jej starsza siostra Amber raczyły się białym winem i rozmawiały z Zoe, prawie sześcioletnią siostrzenicą Alex, nader dojrzałą jak na swój wiek. Decker i Jamison przyjechali tu odpocząć od rozwikływania zbrodni, czym zajmowali się w Waszyngtonie w specjalnej grupie operacyjnej FBI. Decker nie kwapił się do wyjazdu z Jamison, ale ich szef, agent specjalny Bogart, nalegał, żeby jego podopieczny wziął trochę wolnego i gdzieś wyjechał. A kiedy Jamison oznajmiła, że wybiera się w odwiedziny do siostry, i zaproponowała, by jej towarzyszył, nie przyszło mu do głowy żadne inne miejsce, w którym mógłby przeczekać swój urlop.

No i jestem.

Pociągnął kolejny łyk z butelki i przyjrzał się swoim stopom w rozmiarze czterdzieści osiem.

Kiedy tu przyjechali, został przedstawiony domownikom. Potem nastąpiła wymiana uścisków i uprzejmości, odstawili bagaże, a Jamison wręczyła siostrze i siostrzenicy prezenty przydatne do urządzenia nowego domu – Amber i jej rodzina były świeżo po przeprowadzce. Kolacja została przygotowana i zjedzona, ale nie minęło wiele czasu, a Decker wyczerpał pomysły na podtrzymanie rozmowy i zabawianie towarzystwa. Wtedy Jamison, która znała go bodaj lepiej niż ktokolwiek inny, dyskretnie zasugerowała, żeby zabrał swoje piwo – i swoją niezręczność – na zewnątrz, a ona i siostra nadrobią zaległości, tak jak to często robią kobiety, kiedy nie ma przy nich mężczyzn.

Decker nie zawsze był taki aspołeczny. Ten dawny gracz zawodowej drużyny futbolu amerykańskiego, mierzący sto dziewięćdziesiąt pięć i pół centymetra i ważący trochę ponad sto trzydzieści kilogramów – może nawet więcej niż trochę – kiedyś był towarzyski, zabawny, nawet nieco głupkowaty i zawsze skory do żartów.

A potem spadł na niego cios – i to dosłownie – podczas gry, na boisku. Paskudne uderzenie w głowę, które na zawsze odmieniło jego życie i to, kim był. Uraz mózgu, którego się wtedy nabawił, omal go nie zabił. Przeżył, ale jego umysł, żeby wydobrzeć, przeszedł metamorfozę, która odcisnęła na nim piętno. A właściwie dwa.

Pierwszym była hipermnezja, zwana też pamięcią absolutną. Ta przypadłość zwykle ogranicza się do informacji autobiograficznych, a obdarzone nią osoby w innych aspektach życia często wykazują zdolność do zapamiętywania poniżej przeciętnej. Ale nie Decker. Z nim było tak, jakby ktoś zainstalował w jego głowie aparat fotograficzny z nieograniczoną pojemnością. Nie potrafił zapomnieć niczego. Przekonał się, że to dar i klątwa w jednym.

Drugim skutkiem urazu była rozwijająca się synestezja. Kojarzył różne dziwne rzeczy, na przykład śmierć, z jakimś kolorem. W przypadku śmierci był to przenikliwy jaskrawoniebieski, od którego jeżyły mu się włosy na karku i miał mdłości.

Razem z metamorfozą mózgu zaszła zmiana jego osobowości. Zabawny dowcipniś znikł na zawsze, a na jego miejscu...

...Jestem ja.

Kariera futbolisty była definitywnie skończona. Został policjantem, a potem detektywem z wydziału zabójstw w swoim rodzinnym miasteczku Burlington w stanie Ohio. Miał za żonę wspaniałą kobietę o imieniu Cassandra, na którą zawsze mówił Cassie, dochowali się cudownego dziecka, Molly.

Miał.

To wszystko było czasem przeszłym, ponieważ już nie miał wspaniałej żony ani ich ślicznej córeczki.

Kto cię zabił?

Kto cię zamordował?

Cóż, Decker doszedł do tego, kto mu odebrał rodzinę. Ta osoba zapłaciła za to najwyższą cenę.

To jednak było niczym w porównaniu z ceną, jaką zapłacił Decker. I którą miał płacić w każdej minucie swojego życia, aż do ostatniego tchnienia.

– Ciocia Alex mówi, że pan niczego nie zapomina.

Decker, wyrwany ze swoich rozmyślań, przeniósł uwagę na źródło głosu. Zoe Mitchell – dwa blond kucyki, różowa bluzeczka z długimi rękawami, cała w kwiatkach, do tego białe szorty eksponujące kolana z dołeczkami – przypatrywała mu się z ciekawością, stojąc po drugiej stronie tarasu.

– Tak, pamięć mam całkiem dobrą – przyznał Decker.

Zoe wyciągnęła przed siebie kartkę papieru. Było na niej zapisanych kilkanaście bardzo długich liczb. Podała ją Deckerowi.

– Potrafi pan zapamiętać je wszystkie? – zapytała z nadzieją w głosie.

Decker spojrzał na kartkę i oddał ją dziewczynce.

– To znaczy, że nie potrafi pan? – zapytała Zoe, a na jej piegowatej buzi odmalowało się rozczarowanie.

– Nie, to znaczy, że już je zapamiętałem.

Wyrecytował liczby w takim porządku, w jakim widniały na kartce, gdyż właśnie to widział w swojej głowie – stronę zapisaną liczbami.

Zoe błysnęła ząbkami w szerokim uśmiechu.

– Ale super!

– Tak myślisz? – zagadnął Decker.

Jej jasnoniebieskie oczy zrobiły się duże ze zdziwienia.

– A pan nie?

– Tak, czasem to jest super.

Oparł się o balustradę i sączył piwo, a Zoe dalej go obserwowała.

– Ciocia Alex mówi, że pan łapie złych ludzi.

– Razem to robimy. Ma do tego nosa.

Zoe wyglądała na zdezorientowaną jego odpowiedzią.

– Zna się na ludziach jak mało kto – wyjaśnił. – I widzi rzeczy, których nie dostrzegają inni.

– To moja ulubiona ciocia.

– A ile ich masz?

Zoe westchnęła.

– Całe mnóstwo. Ale żadna nie jest taka fajna, jak ciocia Alex. – Nagle się rozpromieniła. – Przyjechała do mnie, bo niedługo mam urodziny. Kończę sześć lat.

– Wiem. Powiedziała mi, że pójdziemy wszyscy razem do miasta i będziemy świętować.

Decker potoczył wzrokiem wokół, zmieszany tym, że Zoe nadal mu się przygląda.

– Ale pan jest wielki. Naprawdę wielki – zauważyła.

– Nie pierwszy raz to słyszę.

– Nie pozwoli pan żadnemu z tych złych ludzi skrzywdzić cioci Alex, prawda? – zapytała, a jej buzia i ton głosu nagle spoważniały.

Decker właśnie miał wysączyć łyk piwa. Powoli opuścił butelkę.

– Nie, nie pozwolę. To znaczy... zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić – dodał, trochę niezdarnie.

Gdzieś w oddali rozległ się przeciągły grzmot.

– Zbiera się na burzę – zauważył Decker, chwytając się okazji do zmiany tematu.

Zerknął na Zoe i z konsternacją stwierdził, że nadal wpatruje się w niego swoim beztroskim spojrzeniem. Odwrócił wzrok. Po niebie przetoczył się kolejny dudniący łoskot.

Lato już się kończyło, niepostrzeżenie ustępując jesieni, a jedna z tak częstych w tym okresie burz właśnie zmierzała w ich stronę.

– Zbliża się – mruknął Decker, bardziej do siebie niż do Zoe.

Spojrzał na dom naprzeciw, stojący tyłem do tego, w którym mieszkała dziewczynka. Wyglądał jak jego kopia. Taki sam drewniany taras i podwórko na tyłach. Identyczny klon na samym środku spłachcia uschłej trawy.

Była jednak pewna różnica.

W domu naprzeciwko błyskało światło. Zapalało się i gasło. Raz za razem.

Decker popatrzył w górę. Chociaż grzmiało, nie było widać błyskawic. W każdym razie żadnej nie dostrzegł. Jednocześnie trochę się ochłodziło, a z ziemi podnosiła się mgła, jeszcze bardziej zasnuwając ciężkie od chmur niebo.

Chwilę później gdzieś wysoko zobaczył czerwony rozbłysk. Nie dostrzegł samolotu, który przemknął powyżej, bez wątpienia próbując uciec przed burzą.

Przeniósł wzrok z powrotem na dom i obserwował skrzące się światło. Błyskało nerwowo, jakby ktoś nadawał alfabetem Morse’a. Pomyślał, że to pewnie przez dużą wilgotność powietrza. Zroszone wilgocią przewody elektryczne mogły dawać właśnie taki efekt.

Gdzieś w pobliżu rozległ się hałas. Po chwili usłyszał go znowu. I jeszcze raz. To był ten sam dźwięk, powtarzający się raz za razem. Właściwie dwa wyraźnie różne dźwięki – stuk i zgrzyt, jakby dwie rzeczy tarły o siebie.

Potem zawarczał włączany silnik. Samochód musiał się znajdować na ulicy przed frontem domu, na który patrzył Decker. Pomyślał, że ktoś wyjeżdża prosto w nadciągającą burzę.

Kilka minut później niebo przeszył grot błyskawicy, której towarzyszył suchy trzask. Wydawało się, że świetlisty zygzak znikł w ziemi na wprost przed nim. Chmury, teraz niemal czarne, nabrały złowrogiego wyglądu. Napierający na nie wiatr z wielką siłą przepychał burzę po nieboskłonie.

– Lepiej wejdźmy do środka – powiedziała niespokojnie Zoe. – Mama mówi, że błyskawice trafiają więcej ludzi, niż się wydaje.

– Zoe, kto tam mieszka? – zapytał, wskazując ręką na sąsiedni dom.

Dziewczynka przystanęła z dłonią na klamce drzwi prowadzących do środka.

– Nie wiem – odparła.

Wzrok Deckera przykuł nagły rozbłysk w jednym z okien. Nie wiedział, czy to jedynie refleks odbitego w szybie światła, czy może coś bardziej złożonego i potencjalnie niebezpiecznego.

Musiał to sprawdzić. Odstawił butelkę i zbiegł z tarasu.

– Dokąd pan idzie? – zawołała za nim Zoe. W jej głosie zabrzmiała nutka paniki.

– Wejdź do środka, Zoe! – odkrzyknął przez ramię. – Chcę tylko coś sprawdzić.

Nad nimi rozległ się rozdzierający trzask i ogłuszający łoskot pioruna. Zoe w okamgnieniu czmychnęła do domu, a Decker pospieszył w przeciwną stronę.

Mimo zwalistej postury przez wiele lat był znakomitym sportowcem. Złapał szczyt płotu rozdzielającego obie posesje, zręcznie nad nim przeskoczył i wylądował na podwórku.

Pobiegł przez trawnik w stronę domu. Mimowolnie odnotował w myślach, że temperatura powietrza spada coraz gwałtowniej. Porywisty wiatr szarpał mu ubranie i podcinał nogi. Decker wychował się na Środkowym Zachodzie, gdzie nawykł do tych niebezpiecznych zjawisk pogodowych. Dolina Ohio była ich kolebką. Płodziła i wyrzucała z siebie tornada jak nowotwór mnożący zmutowane komórki. Wiedział, że następny będzie deszcz – kurtyny wody zacinającej z siłą rwącego strumienia.

Dopadł tarasu z impregnowanego ciśnieniowo drewna i wbiegł po schodkach. Nie oglądał się za siebie, dlatego nie zauważył Alex Jamison, która wyszła na zewnątrz rozejrzeć się za nim.

 

Podszedł do okna, w którym wcześniej zobaczył refleks światła. Od razu poczuł charakterystyczny swąd. Zamoczone przewody elektryczne. Badał już sprawy zabójstw, w których przewijał się wątek podpalenia. Tego zapachu nie można było z niczym pomylić. W środku rozwijał się pożar.

Zbliżył twarz do szyby i zajrzał do wewnątrz. Ogień powstały ze zwarcia instalacji elektrycznej przemieszczał się szybko – zwykle w obrębie ścian, gdzie mógł się rozprzestrzeniać po kryjomu aż do czasu, gdy było za późno, by go opanować.

W następnej chwili dostrzegł coś, co potwierdziło jego najgorsze obawy – pełgający płomień i pnący się po ścianie dym.

Spojrzał w prawo i w tym samym momencie wokół nagle zrobiło się jasno.

Decker zamarł na widok tego, co zobaczył w jaskrawym świetle błyskawicy. Otrząsnął się i podbiegł do tylnych drzwi. Bez wahania naparł na nie ramieniem, jak to niegdyś wielokrotnie robił na treningach z sankami obciążeniowymi. Liche drzwi momentalnie ustąpiły pod naporem i rozwarły się na oścież.

Burza rozszalała się na dobre, dlatego Decker nie dosłyszał nawoływań Jamison. Jego partnerka zbiegła z tarasu i spieszyła w stronę ogrodzenia, kiedy on wyłamał drzwi. Deszcz zacinał teraz z siłą chłoszczącego bata. Z nieba nad zachodnim skrajem Pensylwanii lały się hektolitry wody. Jamison pogubiła buty i przemokła do szpiku kości, jeszcze zanim dobiegła do płotu.

Decker, sam ociekający wodą, wpadł do kuchni i skręcił w prawo. Odruchowo sięgnął po służbową berettę, którą omiatał przestrzeń przed sobą. Żałował, że wypił tyle piwa. Przytępił swoje skądinąd znakomite zdolności motoryczne, a mógł ich teraz potrzebować.

Żwawym krokiem przeszedł ciemnym korytarzem, obijając się o ścianę. Zawadził o coś ramieniem, strącając to na podłogę. Obrazek.

Sklął się w myślach za to, jak niezdarnie zachowuje się w miejscu, gdzie – co do tego nie miał wątpliwości – będzie pracowała ekipa śledcza. Teraz już nic na to nie mógł poradzić. Nie miał pojęcia, co tu się działo. To, co przed chwilą dostrzegł, mogło być tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Ostrożnie wysunął zza rogu pistolet, a potem głowę. Omiótł wzrokiem przestrzeń przed sobą. Wyprostował się.

Już wiedział, co było przyczyną iskrzenia, od którego wszystko stanęło w ogniu.

I migających świateł.

Rzeczywiście doszło do kontaktu odsłoniętych przewodów z płynem.

Ale to nie była woda.

To była krew.

2

– Decker...?

Obejrzał się i zobaczył przemokniętą, dygoczącą, bosą Jamison. Stała w głębi korytarza, którym przyszedł.

– Masz swoją broń? – zapytał półgłosem. Jaskrawoniebieskie światło zalewało go fala za falą. Odczuwał mdłości i zawroty głowy.

Jamison pokręciła głową.

Skinął, żeby podeszła.

Zbliżyła się szybkim krokiem, wyszła zza rogu, zobaczyła to, co Decker, i zamarła.

– Dobry Boże!

Decker skinął głową. To był odpowiedni komentarz do tego, na co patrzyli.

Przed sobą mieli wisielca. Sznur został przewleczony przez hak podtrzymujący żyrandol, który teraz leżał na podłodze.

Mężczyzna miał zaciśniętą na szyi pętlę. Śmierć przez powieszenie zwykle jednak nie powodowała krwawienia.

Decker przyjrzał się śladom na drewnianej podłodze. Krew utworzyła kałużę, następnie ściekła strużką ku ścianie, gdzie natrafiła na wystrzępiony kabel od lampy stojącej i spowodowała zwarcie.

Zanim pojawiła się Jamison, Decker odłączył kabel i zadeptał iskry. Potem uderzeniami mokrej marynarki zdusił płomień na ścianie, gdzie zajął się luźny kawałek tapety, a tlący się fragment dywanu ugasił, zwijając go w rulon. Później cofnął się, żeby nie zatrzeć więcej śladów. Właśnie wtedy zawołała go Alex.

Omiótł wzrokiem ciało mężczyzny, rozglądając się za czymś, co tłumaczyłoby, skąd na podłodze wzięło się tyle krwi.

Nie zauważył żadnej rany. Teraz nie mógł szukać dokładniej. Tym musiała się zająć policja. Ale było coś, co nie mogło czekać.

– Podejrzewasz, że ktoś jeszcze jest w domu? – wyszeptała Jamison, jakby czytając w jego myślach.

– Właśnie to musimy ustalić. Masz przy sobie telefon?

– Nie.

– Ani ja. Tutaj też nigdzie nie zauważyłem. Okej, wróć do siostry i wezwij kawalerię. Ja skończę przeszukiwać dom.

– Decker, musisz poczekać na policję. Nie masz wsparcia.

– Może jest tu ktoś ranny albo zabójca.

– Właśnie ta druga możliwość mnie niepokoi – syknęła Jamison.

– Przecież jestem policjantem! – fuknął Decker. – Przeszkolonym do radzenia sobie w takich sytuacjach. Mam broń. Poza tym jest duża szansa, że zabójca, jeśli go tu zastanę, będzie ode mnie mniejszy. Idź już.

Jamison powoli się odwróciła, po czym wybiegła korytarzem na zewnątrz, z powrotem w ulewę.

Decker sprawdził parter. Dom był piętrowy, a jeśli faktycznie nie różnił się niczym od tego, w którym mieszkała siostra Jamison, musiał mieć jeszcze piwnicę.

Cofnął się do korytarza, z którego prowadziły schody na górę. Wchodził po dwa stopnie i przystawał, czując przy każdym kroku, jak bezwiednie napina mięśnie. Przez te dziesięć lat spędzonych w mundurze, zanim został detektywem w Ohio, nieraz wchodził do domów, w których ktoś zginął. W takich wypadkach obowiązywały procedury, wpajane policjantom po to, by zminimalizować ryzyko, że sami zginą. Tego się nie zapominało, podobnie jak umiejętności jazdy na rowerze. Mimo wszystko przeszukanie domu, w którym mógł się czaić ktoś z bronią, nie było równie automatyczną czynnością – z jednego ważkiego powodu. Wsiadając na rower, nie ryzykujesz, że zarobisz kulkę.

Na piętrze znajdowały się dwie małe sypialnie ze wspólną łazienką. Przeszukał wszystkie pomieszczenia i nie znalazł nikogo. Dom wyglądał na opuszczony.

Może nie było tu nic do odkrycia oprócz wisielca na parterze. Decker zszedł z powrotem po schodach i znalazł wejście do piwnicy.

U szczytu schodów zauważył włącznik, ale go nie użył. Nie wiedział, jaki wpływ miało zwarcie na resztę świateł w domu. Poza tym ciemność była teraz jego sprzymierzeńcem. Ostrożnie stawiał stopy, testując każdy stopień z osobna, zanim nastąpił nań całym ciężarem. Mimo to niektóre trzeszczały, a on, słysząc to, krzywił się za każdym razem. Zszedł na sam dół. Jak dotąd, nikt go nie próbował atakować.

Rozejrzał się. Wokół było dość ciemno i nie mógł dostrzec zbyt wiele, ale odniósł wrażenie, że to pomieszczenie jest nieukończone. W powietrzu unosił się, specyficzny dla takich miejsc, odór stęchlizny.

Zrobił krok naprzód i omal się nie przewrócił. Odzyskał równowagę i natychmiast się wycofał.

Musiał zaryzykować włączenie światła. Szybkim krokiem wspiął się po schodach i sięgnął do włącznika. Na dole zrobiło się jasno. Celując z pistoletu przed siebie, zaczął powoli schodzić, aż dojrzał, o co się potknął.

Ciało leżało na wznak. Patrząc na nieruchomą twarz, znowu poczuł w głowie nasilające się jaskrawoniebieskie impulsy.

To był mężczyzna. Na oko trzydzieści parę lat, bliżej czterdziestki. Miał ciemne włosy i bladą skórę. Średnia budowa. Wyglądał na jakieś sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, chociaż trudno to było dokładniej ocenić, ponieważ leżał na podłodze.

Decker, jak przystało na policjanta z długim stażem, automatycznie rejestrował w głowie te spostrzeżenia. Wszystkie one były drugorzędne wobec jednego faktu – mężczyzna miał na sobie policyjny mundur.

Decker przyklęknął obok i sprawdził tętno na szyi.

Nie wyczuł pulsu. Skóra była bardzo zimna, niemal lodowata. Dotknął kończyn. Były sztywne, co oznaczało, że nastąpiło już stężenie pośmiertne. Doświadczenie Deckera w wydziale zabójstw sprawiło, że odruchowo zadał sobie pytanie o przyczynę i czas zgonu.

Pobieżnie obejrzał ciało, wypatrując ran, ale nie zauważył żadnej. Nie zamierzał ruszać zwłok. I tak narobił już dość bałaganu na miejscu zbrodni.

Skoncentrował uwagę na ustach denata. Zauważył tam odrobinę piany. To mogła być oznaka co najmniej kilku rodzajów śmierci.

Mógł dostać ataku.

Albo został otruty.

No dobrze, przyczyna śmierci jest oczywista. A kiedy nastąpił zgon?

Spojrzał na nozdrza mężczyzny. Plujki. Samice. Już złożyły jajeczka, ale infestacja była znikoma. Muchy potrafiły zwęszyć martwe ciało z wielu kilometrów i były najlepszym sojusznikiem każdego policjanta, ponieważ – wraz z uruchomieniem biologicznego zegara śmierci – te natrętne owady pomagały ustalić, kiedy nastąpił zgon.

Gdy jednak Decker przymierzył do siebie wszystkie naukowe elementy układanki, w jego głowie zadźwięczał alarm. Coś tu się nie zgadzało.

Zesztywnienie kończyn było oznaką, że mężczyzna nie żył od dłuższego czasu. W istocie stężenie pośmiertne mogło już ustępować, cofając się od dużych grup mięśni z powrotem do małych, co oznaczałoby, że był martwy naprawdę od dawna. To pasowało do niskiej temperatury zwłok, ale z pewnością kłóciło się z resztą spostrzeżeń Deckera.

Jego rozmyślania przerwał narastający dźwięk syren.

Szybko wrócił po schodach na górę, schował broń do kabury, wyszedł na werandę i czekał.

Kilkanaście sekund później przed dom zajechał radiowóz.

Podczas gdy Decker był wewnątrz, burza przetoczyła się dalej, chociaż nadal się błyskało i słychać było pomruki piorunów. Przynajmniej deszcz już nie zacinał.

Kiedy tylko policjanci wysiedli z samochodu, Decker zawołał do nich i uniósł legitymację agenta FBI. Obaj gliniarze sięgnęli po broń, a jeden z nich skierował na niego światło swojego maglite’a.

– Podnieś ręce, żebym je widział! – krzyknął ten, który wyglądał na młodego i nieco zdenerwowanego.

Decker już trzymał ręce w powietrzu tak, że mogli się im przyjrzeć do woli, dlatego jedyne, co jeszcze mógł zrobić, to powiedzieć:

– Jestem federalny. Wezwała was moja partnerka.

Policjanci weszli na werandę. Drugi z tej dwójki miał starannie przystrzyżony szpakowaty wąsik i wyglądał na kogoś po czterdziestce. Schował broń do kabury, sięgnął po legitymację i przyjrzał się jej. Potem oświetlił latarką twarz Deckera.

– Co się tu dzieje? – zapytał.

– W środku są dwa ciała. Jedno wisi w salonie. Drugie leży w piwnicy. – Decker zerknął na mundur rozmówcy. – Nie wiem, czy ten drugi to jeden z waszych, ale ma na sobie podobny mundur.

– Że co? – Starszy policjant zareagował podniesionym głosem.

– Powiedziałeś, że nie żyje? – wtrącił ten młodszy, który wciąż do niego mierzył.

Decker przeniósł na niego wzrok.

– Tak, nie żyje. A ty mógłbyś celować gdzie indziej, a nie we mnie?

Młody odruchowo zerknął na swojego partnera, który skinął głową i oddał Deckerowi legitymację.

– Zaprowadź nas – zarządził.

W tej samej chwili zza rogu wybiegła Jamison.

Młodszy z policjantów raptownym ruchem obrócił się i wycelował w nią.

– Nie! – ryknął Decker. Rzucił się do przodu i podbił rękę mężczyzny na ułamek sekundy przed tym, jak ten pociągnął za spust. Kula przeszła niecałe pół metra nad głową Jamison, która rzuciła się plackiem na trawę.

Policjant zatoczył się do tyłu i teraz wymierzył broń w głowę Deckera.

– To moja partnerka – warknął Decker. – To ona do was dzwoniła. Alex, jesteś cała?

Jamison powoli wstała i podeszła do nich na miękkich nogach. Wzięła głęboki oddech i skinęła głową.

– Tak, nic mi nie jest – odrzekła, chociaż wyglądała, jakby zaraz miała zwymiotować.

Starszy policjant spiorunował wzrokiem swojego partnera i poprosił Jamison o legitymację. Obejrzał ją, oddał i znów spojrzał na młodego.

– Omal nie zastrzeliłeś agentki federalnej, Donny – powiedział karcącym tonem. – Będziesz miał teraz furę papierów do wypełnienia i dupsko przykute do biurka, dopóki nie skończysz. No i wydział wewnętrzny na głowie. Gratulacje.

Młodszy policjant schował broń i spojrzał spode łba, ale nie odezwał się ani słowem.

– Zaprowadź nas – powtórzył ten starszy.

– Tędy – odparł Decker.

3

– Nie znam go – stwierdził starszy policjant, który po drodze przedstawił się Deckerowi i Jamison jako Will Curry.

Jego partner też pokręcił głową. Stali nad umundurowanym mężczyzną leżącym na podłodze piwnicy. Denata piętro wyżej obejrzeli już wcześniej. Jego też żaden z policjantów nie rozpoznał.

– Nie ma plakietki z nazwiskiem – zauważył Curry. – Wszyscy takie nosimy.

– Znalibyście go, gdyby był stąd? – zapytał Decker. – To znaczy... lokalna policja jest na tyle mała?

Curry pomyślał chwilę.

– Nie znam każdego, kto w tych okolicach nosi mundur, ale znam wielu.

– W kaburze nie ma broni – stwierdził Decker.

Curry kiwnął głową.

– Tak, zauważyłem. Nie ma też radiotelefonu. Słuchajcie, muszę to zgłosić. Sprawę przejmie wydział zabójstw. Donny, trzeba otaśmować teren. Przypilnuj, żeby nikt się tu nie kręcił.

Donny wyszedł wykonać polecenie, a Curry wyjął telefon, odsunął się w róg piwnicy i zadzwonił.

Decker przyklęknął i uważnie obejrzał ciało. Jamison spoglądała ponad jego szerokim barkiem.

– Jak zginął? – zapytała.

– Żadnych ewidentnych obrażeń. Tak jak tamten na górze, mimo kałuży krwi.

– Śmierć przez powieszenie zwykle nie jest taka krwawa – zauważyła Jamison. – Chyba że coś w tym facecie pękło i znalazło sobie ujście na zewnątrz.

– Nie miał krwi na ubraniu – odpowiedział Decker – dlatego nie wiem, jakim cudem mogłoby do tego dojść.

Wrócił do nich Curry.

– Okej, będę potrzebował waszych zeznań, no i musicie stąd wyjść. Śledczy urwą mi głowę, jeśli was tu zastaną.

Weszli po schodach na parter i opuścili budynek przez drzwi od podwórka. Curry zauważył, że są uszkodzone.

– A to jak się stało?

– To moja robota – przyznał Decker. – Wszedłem do domu razem z drzwiami. Wyjaśnię dlaczego.

Burza prawie już minęła. Chmury zaczęły się rozstępować i wysoko na niebie widać było nawet kilka gwiazd.

Curry wyjął służbowy notes.

– No dobrze, opowiadajcie.

Decker, a po nim Jamison, złożyli zeznania. Kiedy skończyli, usłyszeli, że ktoś ich nawołuje.