W pułapce pamięci

Tekst
Z serii: Amos Decker #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pułapce pamięci
W pułapce pamięci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
W pułapce pamięci
W pułapce pamięci
Audiobook
Czyta Mateusz Kwiecień
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Ciężkie chmury stopniowo pokrywały bezbronne niebo, aż przesłoniły niemal całe światło, mimo że słońce gdzieś tam było, wątłe i jakby nieobecne. Można by przyrównać je do czterdziestowatowej żarówki, na którą patrzy się przez cienki woal. Deckerowi, który żywo reagował na barwy, wydawało się, że jedynym kolorem, jaki pozostał jeszcze na świecie, jest szarość.

Trzymał ręce w kieszeniach, ponieważ zimny wiatr dawał się we znaki. Migrena przeszła, w lokalnym barze szybkiej obsługi Decker wypił duszkiem colę, spłukując słodkim napojem resztki dolegliwości – tak jak kwasem rozpuszcza się rdzę – i czekając, aż obeschnie pot na skórze. Wrócił autobusem do centrum, wydobył z kubła ukryte tam ubrania oraz broń. Na szczęście nikt ich nie znalazł. Nie mógł sobie pozwolić na utratę jedynego stroju do pracy czy pistoletu.

Stał teraz w swoich starych łachach, stawiając czoło przenikliwemu wiatrowi i obserwując szkołę Mansfield. Tak jak tysiące szkół w całym kraju, także i tę wzniesiono w czasach powojennego boomu budowlanego. W 1946 roku gwałtownie wzrósł wskaźnik urodzin, a dzieci, kiedy podrosną, potrzebują szkoły. Oto, co cztery lata spędzone na wojnie, z dala od domu, robią z mężczyzny – jurnego byczka, napalonego jak wszyscy diabli. Żony powracających z wojny amerykańskich weteranów nie spały pewnie przez okrągły rok.

Szkoła Mansfield miała trzy kondygnacje, w całości była zbudowana z cegły, a czas nie okazał się dla niej łaskawy. Okna zabite deskami albo potłuczone. Zaprawa murarska wykruszyła się spomiędzy starannie ułożonych prostokątnych cegieł i upstrzyła fasadę chaotycznymi plamami wyglądającymi jak bezsensowne graffiti. Boisko z plackami gołej, pozbawionej trawy ziemi porastało ptasie ziele, asfalt popękał, druciana siatka na ogrodzeniu była powyginana, bramy wisiały na pokrzywionych, zardzewiałych zawiasach. Miejsce bardziej przypominało opuszczony stanowy zakład dla umysłowo chorych niż szkołę średnią.

Gmach powstał głównie z myślą o dzieciach personelu wojskowego obsługującego znajdującą się po sąsiedzku bazę wojskową. Była ona jednym z największych pracodawców w całym Burlington, a obsługa przebywających tam żołnierzy podniosła stopę życiową w okolicy. Później Pentagon zaczął redukować zatrudnienie i baza w Burlington poszła na pierwszy ogień. Opuszczona placówka stała sto jardów od Mansfield High, ogrodzona wysokim płotem z siatki i ścianą roślinności, która częściowo ponownie zawłaszczyła ten teren. Po wycofaniu wojska z bazy Burlington nigdy nie wróciło do dawnej świetności, a późniejszy spadek koniunktury był dla miasta ostatnim gwoździem do trumny.

W obecnych czasach szkoła Mansfield była niedofinansowana, jak wiele innych placówek. Zeszła na psy, trudno było utrzymać w niej dyscyplinę, nauczyciele nie zagrzewali tam miejsca, szerzył się problem nadużywania alkoholu i narkotyków. Liczba uczniów była o ponad połowę mniejsza niż dawniej, a liczba absolwentów kurczyła się w takim samym tempie, w jakim emeryci uciekają przed zimą na Florydę.

Burlington było w przeszłości dobrze prosperującym miastem przemysłowym, nawet bez bazy wojskowej. Podobnie jak tysiące innych miejscowości rozsianych od oceanu do oceanu w środkowym pasie kraju, wytwarzało to, czego potrzebowała Ameryka i reszta świata. Teraz, gdy całą produkcję zlecano za granicą, na miejscu można było budować jedynie niedolę i biedę. Działały dwie sieci sklepów spożywczych. Z obserwacji Deckera wynikało, że dwa najpopularniejsze produkty żywnościowe w Burlington to sprzedawane w ilościach hurtowych dania w proszku i słodzony, gazowany napój pomarańczowy. Interes kręcił się także w barach szybkiej obsługi, tuczących bez opamiętania zarówno młodych, jak i starych, przez co gwałtownie rosły statystyki zachorowań na cukrzycę, nowotwory, udary i choroby serca.

Czy sam nie doświadczył tego na własnej skórze?

Nieliczni zamożni w Burlington mieszkali w ogrodzonych osiedlach w zachodniej części miasta i w zasadzie nigdy nie zapuszczali się w inne rejony. Cała reszta zajmowała trzy pozostałe strony świata. Bezdomni żyli na ulicach w rozłażących się w szwach śpiworach, starych kocach i „kondominiach” z tektury.

Tak jak ja.

Decker chodził do szkoły Mansfield ponad dwadzieścia pięć lat temu. W zamykanej na klucz szklanej gablocie przy sali gimnastycznej nadal przechowywano kilka pucharów z jego nazwiskiem. Wyróżniał się w sporcie, święcąc triumfy w trzech różnych dyscyplinach. Był po prostu większy, szybszy i silniejszy niż ktokolwiek inny. Cieszył się popularnością, chodził ze wszystkimi najfajniejszymi dziewczynami, z niektórymi sypiał, dobrze sobie radził na lekcjach i wszyscy uważali, że na bank zrobi karierę.

Jakże się mylili.

Na studiach uważano go za niezłego zawodnika, ale do świetności było mu daleko. A później możliwości jeszcze bardziej się zawęziły. Nie wybrano go do drużyny zawodowców, ponieważ kandydowały setki znacznie lepiej zapowiadających się graczy. Uznał to za osobisty atak. Dochrapał się przyjęcia do Cleveland Browns, wypruwając sobie flaki na treningach, idiotycznie poświęcając własne ciało, co zaczęło odbijać się na jego zdrowiu, gdy przekroczył czterdziestkę, i wychodząc jako ostatni z sali projekcyjnej. Tyle wysiłku, a jego kariera trwała zaledwie jeden mecz w sezonie futbolowym i zakończyła się trwałymi zmianami w mózgu.

Opłaciła się tylko pod jednym względem. Gdy przechodził rehabilitację po innych urazach, poznał Cassie. Ponieważ, jak się okazało, zderzenie na boisku nie tylko przyćmiło mu umysł. Gdy Dwayne LeCroix powalił go na ziemię, korki obu butów Deckera ugrzęzły w murawie, czego rezultatem były złamana prawa kość udowa, zerwane więzadło w lewym kolanie oraz więzadło po-boczne w prawym. Pełny pakiet, jak wyraził się chirurg. Cóż, skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B.

Cassie była świeżo upieczoną fizjoterapeutką. Decker trafił pod jej opiekę. Wyciskał z siebie siódme poty, żeby wrócić do formy. Noga i kolana w końcu się wyleczyły. Z mózgiem jak było, tak było. Ale Cassie towarzyszyła mu na każdym kroku, dodawała mu otuchy, kiedy tego potrzebował, i terroryzowała go, gdy słowa zachęty nie stanowiły wystarczającej motywacji.

Zakochali się w sobie na zabój. Po krótkim epizodzie w instytucie badawczym pod Chicago, gdzie poddawano obserwacji osoby o wyjątkowych zdolnościach umysłowych, zaręczyli się z Cassie, a następnie wzięli ślub i przeprowadzili się do jego rodzinnego miasta. Wcześniej długo deliberował nad tym, co zamierza robić w przyszłości, i wrócił do Burlington z jasno określonym celem: wstąpi do akademii policyjnej. Dzięki świeżo nabytej, udoskonalonej i całkowicie niezawodnej pamięci zajęcia były dla niego dziecinną igraszką. Sprawność fizyczna, choć nieco osłabiona wskutek urazów, nadal wyrastała mocno ponad przeciętność i Decker pozostawiał daleko w tyle wszystkich innych ze swojej grupy w akademii. Nauka poszła jak z płatka, został zaprzysiężony, dostał odznakę oraz broń. Dziewięć lat później awansował na detektywa. Przez niemal dziesięć lat prowadził dochodzenia w najpoważniejszych przestępstwach przeciwko szacownym obywatelom Burlington – aczkolwiek większości dopuszczali się ci mniej szacowni obywatele miasta, a tylko od czasu do czasu trafiał się ktoś z zewnątrz.

Marzyli z Cassie o licznej rodzinie, ale długo starali się o dziecko. Wydali na specjalistów pieniądze, których nie mieli, i wreszcie Cassie zaszła w ciążę. A potem urodziła się Molly. Miała być ich jedynym dzieckiem. Ciąża nieomal zabiła Cassie, a komplikacje spowodowały konieczność interwencji chirurga, która pozbawiła Cassie możliwości kolejnego poczęcia.

Nadali córeczce imię po matce Deckera. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy Decker był na studiach, więc Molly nie miała dziadków od strony ojca. Nosiła za to imię swojej babki. Aż do przedwczesnej śmierci z rąk – być może – Sebastiana Leopolda.

Decker podniósł wzrok na ceglaną twierdzę, w jaką przeobraził się budynek szkoły Mansfield. Rozciągnięta szalonymi zakosami taśma policyjna była wszędzie, przypominała żółtą sieć pajęczą, złowrogą i przerażającą. Dookoła stały wozy policyjne, samochody techników kryminalistyki oraz czarne furgonetki bez okien, gotowe do zabrania worków ze zwłokami. Decker był pewien, że ciała nadal są w szkole. Poza rannymi i wymagającymi drobnej pomocy ambulatoryjnej z miejsca zbrodni nie usuwa się niczego, póki nie zostanie ono gruntownie zbadane, obfotografowane, zmierzone oraz odpowiednio przeszukane i poddane drobiazgowej analizie. Zmarłym jest wszystko jedno, jak długo leżą na podłodze w kałużach własnej krwi, skoro już jakiś psychopata wyrwał z nich życie, siejąc kulami na oślep i bez opamiętania. W końcu wieczność to wieczność.

Gdyby Decker nadal służył w policji, znajdowałby się w tej chwili tam w środku. Ze swojego miejsca widział wchodzącą i wychodzącą dwukrotnie z budynku Mary Lancaster. Wyglądała marnie, wydawała się przygnębiona i pełna odrazy. Raz spojrzała w stronę Deckera, ale chyba nie zarejestrowała jego obecności. Wiedział, że ma inne sprawy na głowie. Prawdopodobnie zdążyła zapomnieć, że mężczyzna o nazwisku Leopold siedzi w areszcie. Że przyznał się do zamordowania trzech osób, z których dwie były dla Deckera wszystkim. Lancaster miała teraz przed sobą stos świeżych zwłok i to nimi musiała się zająć. Oraz grasującym na wolności zbrodniarzem, który być może zaatakuje ponownie, w przeciwieństwie do tego siedzącego spokojnie za kratkami.

Wiadomość o strzelaninie w szkole oczywiście trafiła do środków masowego przekazu w całym kraju. Miasto stało się numerem jeden we wszystkich serwisach informacyjnych i w prasie. Nadal nie podano nazwisk ofiar. Decker sprawdzał w telefonie. „Do czasu powiadomienia najbliższej rodziny”, tak brzmiała standardowa formułka. Od kumpla z policji dowiedział się, że wnuk Pete’a Rourke’a wyszedł z tego bez szwanku. Natomiast syn patrolowego nie miał tyle szczęścia. A Andy Jackson, na-uczyciel angielskiego i mąż policyjnej dyspozytorki, leżał z licznymi ranami postrzałowymi w szpitalu, był w stanie krytycznym.

 

Decker ruszył przed siebie, ostrożnie wybierając drogę i zataczając długą pętlę wokół terenu szkoły, poza taśmami odgradzającymi teren śledztwa. Miller powiedział, że zabójca uciekł. Całe Burlington wrzało. Nie wystarczy, że mieszkańcy stracili swoich bliskich? Do tego jeszcze zbrodniarz hasa sobie na wolności i być może szykuje kolejny atak? I tak już makabryczna sytuacja stawała się nie do zniesienia.

Ale jak zdołał uciec? Fakt, że jakikolwiek morderca zwyczajnie zostawia za sobą armagedon, który sam stworzył, był dla Deckera osobistą i zawodową zniewagą.

Przyczyna takiego stanu rzeczy była złożona. Decker nie mógł zrobić nic więcej w sprawie Leopolda. Mógł jedynie siedzieć bezradnie i snuć niekończące się, jałowe spekulacje. Albo skupić uwagę na Mansfield oraz człowieku, który miał to na sumieniu. Oraz na tym, gdzie on może się teraz znajdować. Wybrał to drugie.

Szedł w stronę boiska futbolowego, na którym święcił swoje największe triumfy. Minęła już ponad połowa sezonu, trawa była wydeptana. Mecz przewidziany na najbliższy piątek nie odbędzie się. Może już nie zagrają do końca roku. Może na tym boisku nie zagrają już nigdy.

Wszedł na trybunę i zajął miejsce obok linii pięćdziesięciu jardów. Wtaszczenie po schodach otyłego ciała było mozolnym wysiłkiem i Decker kolejny raz postanowił, że musi zrzucić wagę, powrócić do jakiejś namiastki formy. Tyjąc w tym tempie w wieku czterdziestu dwóch lat, może nie dożyć pięćdziesiątych drugich urodzin. Cholera, może nie dożyć nawet czterdziestych trzecich.

Gdy tak stał ze wzrokiem wbitym w murawę, przesuwały mu się przed oczami niemal wszystkie mecze, w jakich brał udział jako szkolny zawodnik. Musiały tkwić gdzieś w głębinach jego umysłu, tylko dotychczas nie był w stanie przebić się przez szarą substancję, by do nich dotrzeć. W tej chwili czynił to bez wysiłku. Jego wewnętrzne wideo po prostu cofnęło nagranie do wybranej daty i zaczęło odtwarzać mecz.

Oglądanie siebie jako chłopaka torującego sobie drogę w tłumie innych młodych mężczyzn zarazem ekscytowało i budziło lekki niepokój. Potrafił rzucać piłkę na odległość mili i precyzyjnie trafiać. W szkole szybko się przekonał, że nie ma wystarczająco silnej ręki, by zaliczyć wszystkie rzuty, jakich wymaga się od rozgrywającego. Przeniósł się na stałe do obrony i odkrył, że zawodnicy są tam bardziej wyrośnięci, silniejsi i szybsi od niego. Było to brutalne przebudzenie dla faceta, który przywykł do odnoszenia sukcesów bez wysiłku. Mógł dać sobie spokój, ale postanowił pracować ciężej niż jego bardziej utalentowani koledzy z drużyny.

Ostatecznie zdało się to na nic. Czasy gry w drużynie dawno minęły, kariera stróża prawa także legła w gruzach. Siedział teraz na trybunie na twardej ławce z prążkowanego aluminium, która dawała gwarancję, że zaledwie po połowie meczu miało się tyłek obtarty do żywego mięsa. Siedząc tak, stwierdził, że nie jest w stanie wybiegać w przyszłość dalej niż do następnego poranka. Resztę dnia mógł poświęcić rozmyślaniom. A to, co zajmowało go w obecnej chwili przede wszystkim, to sposoby ucieczki, jakimi mógł się posłużyć zabójca.

Drzwi wyjściowe w Mansfield znajdowały się wszędzie: od frontu, od tyłu, z lewej i prawej strony. Gmach wzniesiono dawno temu, w czasach, gdy nikt nie wpadał do wnętrza z kałasznikowem AK-47 i nie otwierał ognia, zatem budowniczy nie przewidzieli takiej ewentualności. W miarę upływu czasu, wraz z mnożeniem się wypadków strzelanin w szkołach, wiele drzwi zamknięto na dziesięć spustów, a inne można było otworzyć wyłącznie od środka. Od gości oczekiwano obecnie wchodzenia głównymi drzwiami od frontu i zgłaszania się w sekretariacie. Mówiło się o zainstalowaniu wykrywaczy metalu, ale dla bankrutującej szkoły ich cena była zaporowa. W budynku funkcjonował, co prawda, automatyczny system alarmowy, który w razie zagrożenia przekazywał informację pocztą elektroniczną. Prawdopodobnie właśnie ten system zadziałał w obecnej, zdecydowanie najgorszej sytuacji alarmowej, jakiej miasto doświadczyło w całej swej historii.

Na zewnątrz pierścienia samochodów policyjnych oraz wozów reporterskich stały rodziny. Gdy Decker mijał tych ludzi wcześniej, ujrzał na ich twarzach ból tak wielki, że chyba już nigdy nie zobaczy większego.

Molly poszłaby do Mansfield po ukończeniu ósmej klasy. Decker mógłby być jednym ze stojących tu rodziców, przestępujących z nogi na nogę, z rękami wciśniętymi w kieszenie, ze wzrokiem utkwionym w butach, szepczących coś między sobą w rozpaczy. Wszystko to było przerażające, Decker czuł, jak ściska mu się żołądek.

Sięgnął do kieszeni i wyjął portfel. W środku było wyblakłe zdjęcie córki zrobione w dniu jej dziewiątych urodzin – jak się okazało, ostatnich, które dane jej było obchodzić. Powiódł palcem po jej figlarnym uśmiechu, potem po kręconych włosach. Miała oczy swojej matki, piwne, żywe. Oczywiście dokładnie pamiętał, kiedy pstryknięto fotkę i co wtedy robił. Był początek lata, w ogródku za domem rozpalił grill i piekł dwa ulubione przysmaki córki: żeberka Kansas City i moczone w wodzie kolby kukurydzy.

Obejrzał się za siebie na budynek szkoły i znów zaczął się zastanawiać, jak ten człowiek to zrobił. Najpierw wtargnął z bronią. Potem dokonał mordu. Na koniec zdołał uciec. I to właśnie jest sedno sprawy. Punkt trzeci: ucieczka. Jak można zwiać niepostrzeżenie wśród tylu ludzi dookoła, w tym wielu nadal żywych?

– Dam dolara za twoje myśli.

Spojrzał w stronę żwirowej ścieżki biegnącej wokół boiska, które było otoczone sięgającym pasa ogrodzeniem z siatki.

Z dołu patrzyła na niego Mary Lancaster, trzymając papierosa w prawej dłoni, z lewą opartą na biodrze i lekko drżącą.

Powoli wchodziła po stopniach trybuny i usiadła obok niego. Rano była blada i wyglądała na znużoną. Teraz wydawała się zdruzgotana i niemal półprzytomna. Niesamowite, co życie może zrobić z człowiekiem w ciągu niespełna jednego dnia.

Zaciągnęła się papierosem, w milczeniu przypatrując się opustoszałemu boisku.

– Gówniane czasy – rzucił półgłosem Decker.

Pokiwała głową, lecz nie odpowiedziała.

– Jak wygląda sytuacja? – zapytał.

– Chcesz wejść i zobaczyć na własne oczy?

Odwrócił się w jej stronę. Zanim zdążył coś powiedzieć, dodała:

– Słyszałam o twoim wybryku z Leopoldem.

– Nie puściłem pary z ust, że to ty przekazałaś mi informację.

– Na twoim miejscu chyba po prostu bym go zastrzeliła.

Wiedział, że Lancaster ma jedno dziecko, Sandy, z zespołem Downa. Jej mąż Earl pracował w branży budowlanej, co oznaczało, że prawdopodobnie nie miał obecnie zbyt wiele do roboty. Utrzymywali się głównie z poborów Lancaster, które nie były zbyt wysokie, ale przynajmniej zapewniały dobre świadczenia zdrowotne.

– Nie sądzisz, że mógłby to zrobić, prawda? – zapytała.

– Musiałbym mieć dużo więcej informacji.

– Rano postawią mu zarzuty. Możemy go zatrzymać na podstawie jego zeznań. Proszą, żeby nie wypuszczać go za kaucją, ponieważ nie podał adresu, nie łączą go żadne więzi z lokalną społecznością, tak więc ryzyko ucieczki jest spore. Rozpoczną proces, jak tylko dostanie prawnika.

– Obrońcę z urzędu?

– Na to wygląda. Więc chcesz zobaczyć miejsce zbrodni?

– Mary, przecież wiesz, że nie mogę tam wejść.

– Możesz, skoro Mac tak mówi. W charakterze oficjalnego konsultanta wydziału policji w Burlington. P ł a t n e g o konsultanta. Kokosów na tym nie zbijesz, ale pewnie zarobisz więcej, niż wyciągasz jako prywatny detektyw.

– Naprawdę tak powiedział?

Wyjęła telefon.

– Chcesz sam przeczytać tego maila? Albo pozwól, że zrobię to za ciebie. – Odwróciła ekran w swoją stronę i zaczęła czytać: – „Sprowadź do Mansfield Deckera. Zobacz, co wymyśli. Potrzebna nam pomoc. Szkoda czasu, żeby siedział na swoim tłustym tyłku i użalał się nad sobą albo rozwijał swoje obsesje na punkcie Leopolda czy bawił się w prywatnego detektywa dla szumowin z marginesu”.

– Widzę, że jest na bieżąco z moją karierą.

– Tak przypuszczam.

Wstała, zaciągnęła się głęboko dymem i rzuciła niedopałek. Decker patrzył, jak papieros spada na żwir, tli się przez chwilę i gaśnie.

Tak samo jak tamci zabici w szkole, pomyślał, wstając i schodząc po stopniach za swoją dawną policyjną partnerką.

12

W szkołach nigdy nie powinno być tak cicho. Ta myśl nasunęła się Deckerowi jako pierwsza, gdy szedł korytarzem obok Lancaster. Druga była taka, że nigdy nie widział bardziej ponurego miejsca.

Mijał zawieszone na ścianach fotografie dyrektorów Mansfield sprzed wielu lat, między innymi człowieka, który kierował szkołą za czasów Deckera. Spoglądał na sale, w których siedział niegdyś podczas lekcji, czasem słuchając, czasem robiąc notatki, a czasem śpiąc i tylko udając, że słucha i notuje.

Przeszłość natychmiast odeszła w niepamięć, gdy dostrzegł nogę w miejscu skrzyżowania korytarzy. Gołą łydkę, z czego Decker wywnioskował, że ciało prawdopodobnie należy do dziewczyny.

Gdy skręcili, jego dedukcja się potwierdziła. Dziewczyna leżała na linoleum, które zdawało się pochodzić z zamierzchłych czasów, kiedy Decker wydeptywał tu ścieżki.

Lancaster poinformowała, że zrobiono już zdjęcia i pomiary, technicy kryminalistyki zabezpieczyli i zebrali ślady. Dziewczyna wyglądała jak upozowana, leżała z wyciągniętą ręką, jakby akurat machała do koleżanki, gdy ktoś brutalnie wydarł z niej życie.

– Debbie Watson – wyjaśniła Lancaster, gdy Decker przyglądał się ofierze. – Ostatnia klasa. Właśnie skończyła osiemnastkę. Powiadomiono jej rodziców.

Decker rozejrzał się wokół. Przez dwadzieścia lat pracował w miejscach zbrodni najpierw jako patrolowy, później jako detektyw. Powinien czuć się tu jak ryba w wodzie, bo zajmował się tego rodzaju sprawami przynajmniej z tysiąc razy. Ale wcale się tak nie czuł. Czuł się jak osoba postronna. Czuł się tak, jakby z gmachu szkoły wyssano całe powietrze i nie miał czym oddychać.

Z trudem próbował zebrać myśli. W końcu zapytał:

– Ale nie pokazano im ciała?

Pokręciła głową.

– Znasz zasady. Miejsce zbrodni. Nikt nie ma wstępu, z rodzicami włącznie. Poza tym po co mieliby ją oglądać... w takim stanie?

Decker włożył plastikowe ochraniacze na buty oraz rękawiczki, które wręczyła mu Lancaster. Uklęknął obok Debbie Watson. W tej samej chwili zaczęło kręcić mu się w głowie. Odchrząknął i skupił uwagę na ofierze.

Wyglądała tak, jakby oberwała prosto w twarz grubym śrutem. W rezultacie nie miała już twarzy. Decker powiódł wzrokiem na ścianę za dziewczyną. Rozprysły się na niej strzępy ciała. Obok leżały książki; zeszyt nasiąkł krwią. Spojrzał na kartkę papieru, która musiała wypaść z zeszytu. Jeśli to rysunki dziewczyny, miała talent, pomyślał.

– Znacie już kolejność ofiar? – spytał Decker.

– Z dotychczasowych ustaleń wynika, że ona mogła być pierwsza.

– Którędy wszedł zabójca?

– Tędy.

Lancaster poprowadziła go, jak się zorientował, na tyły szkoły. Wskazała na drzwi.

– Podczas lekcji są zamknięte. – Pokazała kamerę przymocowaną w kącie pod sufitem. – Ta kamera pięknie zarejestrowała jego wejście.

– Rysopis?

– Mam zrzucone do laptopa zdjęcie. Jest w centrum dowodzenia, które urządziliśmy w bibliotece. Duży facet w pełnym kamuflażu. Z twarzą całkowicie zasłoniętą maską i osłoną.

– Zabezpieczył się ze wszystkich stron – mruknął Decker. – Działał metodycznie.

– Sądzimy, że wszedł tędy, skręcił za róg, natknął się na Debbie Watson i do niej strzelił – ciągnęła Lancaster.

– Czy na korytarzach nie powinny kręcić się inne osoby?

– O tej porze wszyscy siedzą w klasach.

– Więc co robiła tu Debbie?

– Szła do gabinetu pielęgniarki. Rozbolał ją brzuch. Tak twierdzi nauczycielka, która dała jej zgodę na wyjście z sali.

Decker ponownie rozejrzał się po korytarzu.

– Wszyscy siedzieli w salach. Więc albo zabójca miał szczęście, albo znał rozkład zajęć.

– To samo przyszło mi do głowy.

– Co dalej, gdy załatwił już Debbie?

– Poszedł do sali gimnastycznej, zastrzelił Joego Kramera, nauczyciela, wycofał się, zmienił kurs, minął ciało Debbie i ruszył na front budynku. Odgłosy wystrzałów zdążyły już wszystkich zaalarmować, ale ludzie byli praktycznie uwięzieni w salach lekcyjnych. W klasie zastrzelił następnego ucznia. Wszedł do kolejnej i znów otworzył ogień. Jeszcze jedna ofiara śmiertelna i jeden ranny, nauczyciel.

 

– Andy Jackson? Nauczyciel angielskiego? Słyszałem w wiadomościach.

– Tak. Potem wszedł do korytarza naprzeciwko i wtargnął do następnej sali. I znów ofiara śmiertelna. Kolejna sala w tym samym korytarzu, szósta ofiara. Poszedł do sekretariatu, gdzie zastrzelił wicedyrektora. W następnej klasie znów zabił ucznia. Mamy w sumie ośmioro zabitych. Jackson jest w stanie krytycznym, więc liczba ofiar może wzrosnąć o jedną osobę.

– Sześcioro uczniów i dwóch dorosłych?

– Tak. Oraz jeden bardzo poważnie ranny.

– Mówisz, że napastnik był w kamuflażu, miał maskę i osłonę?

– Zgadza się.

– Co jeszcze? Jakie nosił obuwie?

– Na obrazie z kamery widać go od pasa w górę. Żadna spośród przesłuchiwanych przez nas osób nie zauważyła jego butów. Na dłoniach miał rękawiczki. Używał broni krótkiej i długiej. Eksperci od balistyki nadal szukają i przeprowadzają obliczenia. Większość kul wciąż tkwi w ciałach ofiar. Kiedy posługiwał się bronią krótką, pakował w ofiary wielostrzałowe serie.

– Aby mieć pewność, że zabił – domyślił się Decker. – Przy długiej broni to zmartwienie w zasadzie odpada.

– To prawda.

– A więc kaptur, maska plus osłona na twarz?

Skinęła głową.

– Bardzo mu zależało na zamaskowaniu – mruknął Decker. – Może bał się, że zostanie rozpoznany. Mówiłaś, że to kawał chłopa. Jak duży?

Wyciągnęła notes.

– Na zdjęciu z kamery widać go na tle wiszącego na ścianie plakatu. Zrobiliśmy pomiary. Szukamy człowieka o wzroście co najmniej sześciu stóp i dwóch cali oraz bardzo szerokich barach. Takich jak twoje. Silny. Z pewnością mężczyzna. Ponad dwieście funtów wagi.

– Facet łazi po całej szkole, a my mamy tylko jedno nagranie?

– Może wiedział, gdzie są kamery, i je omijał – podsunęła Lancaster. – Może był tu wcześniej i zrobił rekonesans przed dokonaniem tej masakry.

– Ale raz nie ominął kamery – zauważył Decker.

– Jak myślisz czemu? Niekonsekwencja? Błąd?

– Za wcześnie, żeby coś powiedzieć, ale jeśli zrobił to z premedytacją, musimy dowiedzieć się dlaczego.

Lancaster zapisała coś w notesie.

– Mówisz, że wchodził do sal lekcyjnych? – zapytał Decker.

Potwierdziła ruchem głowy.

– I w każdej zastrzelił tylko jedną osobę, zanim ruszył dalej?

– Tak. W jednej z klas zranił jeszcze nauczyciela.

– Czy te osoby mają ze sobą coś wspólnego?

– Myślisz, że wybierał konkretne ofiary?

– Na razie nie można tego wykluczyć.

– Musiałby wiedzieć, w których będą salach o tej porze dnia.

– I może jakoś się tego dowiedział.

– Sprawdzę – obiecała Lancaster. – Ale przy tym całym chaosie wydaje mi się wątpliwe, żeby facet odhaczał na liście kolejne cele.

– Może jego działania były chaotyczne dla wszystkich innych, ale nie dla niego. To on miał broń.

– Mimo wszystko, Amosie – rzekła z wahaniem.

– A którędy wyszedł? – zapytał, ignorując ostatnią uwagę.

– Tego jeszcze ostatecznie nie ustaliliśmy.

Przyglądał się jej uważnie.

– Ile czasu minęło od zakończenia strzelaniny?

– Po wstępnym odtworzeniu przebiegu wypadków wyszło nam dziesięć minut, może trochę więcej.

Decker wyjrzał przez okno. Front szkoły był mocno cofnięty od ulicy, usytuowany w głębi parceli. Po drugiej stronie drogi stały budynki mieszkalne.

– Nikt stamtąd niczego nie słyszał? Ani strzałów, ani krzyków?

– Nadal to badamy. Mógł używać tłumika.

– Na pewno nie w karabinie. Zmierzam do tego, jakim cudem zamaskowany facet w kapturze, masce, z osłoną na twarzy i przynajmniej dwoma rodzajami broni, w tym z jedną o długiej lufie, wychodzi stąd niezauważony przez nikogo? A skoro przy tym jesteśmy, jak to możliwe, że nikt go nie widział, kiedy wchodził do środka?

Znów zaczynało brakować mu powietrza. Pot zrosił czoło. Decker oparł się ręką o ścianę. Nawet jeśli Lancaster dostrzegła jego cierpienie, nie powiedziała ani słowa.

– Na wideo widać go, jak wchodzi od tyłu. Od tamtej strony nie ma właściwie niczego poza dawną bazą wojskową. Mógł wśliznąć się niepostrzeżenie. Może ukrył się w kontenerze na śmieci i stamtąd wyskoczył.

Decker pomasował brzuch.

– Dobrze się czujesz, Amosie?

– Jadam byle co. Sprawdziliście kontener?

– Sprawdziliśmy wszystko i niczego nie znaleźliśmy. Nawet ogrodzenie wokół bazy. Nienaruszone. A jest tak obrośnięte, że zostałyby jakieś ślady, gdyby ktoś się tamtędy przedzierał.

– Czyli posuwał się od tyłu budynku w stronę frontu. Prawdopodobnie wyszedł frontowymi drzwiami. No więc jak to możliwe, że nikt go nie widział? Po drugiej stronie ulicy stoją domy. Drogą przejeżdżają samochody.

– Budynki stojące najbliżej są puste, zostały przejęte przez banki, bo ludzie nie spłacali hipoteki. Poza tym to dzielnica robotnicza. W innych domach też mogło być niewiele osób o tej porze dnia. A szkoła jest dość mocno cofnięta od ulicy, możliwe, że żadne odgłosy tu nie docierały.

– Ale ruch uliczny prawdopodobnie odbywał się jak zwykle. Uczniowie i nauczyciele przy oknach pewnie krzyczeli ile sił w płucach. Z telefonów komórkowych wzywano dziewięćset jedenaście. Nadjeżdżały radiowozy. Byłem obok komisariatu, gdy chłopcy zaczęli wysypywać się na zewnątrz. Jak długo jedzie się stamtąd do szkoły? Piętnaście minut?

– Tak, coś koło tego.

– I nawet jeśli nikt z zewnątrz nie widział, jak napastnik opuszcza szkołę, na pewno ktoś patrzył przez okno. Młodzież fotografuje wszystko telefonami. Z tego, co pamiętam, w budynku nie ma wyjścia, które nie byłoby widoczne z okien jakiejś klasy.

– Jesteś tak dobrze zorientowany, bo co? Często się urywałeś?

– Nieustannie.

– No to mnie zagiąłeś. Chodziłam do szkoły w sąsiednim okręgu. To twój rewir.

– Nadal jednak nie rozumiem. Jakim sposobem wszedł tak, że nikt go nie widział? Nawet jeśli dostał się do środka tylnymi drzwiami, część okien wychodzi na tamtą stronę.

– Tak, ale pierwsze i drugie piętro są nieużywane.

– Za to z okien parteru roztacza się widok na zaplecze szkoły.

Lancaster mogła jedynie pokręcić głową.

– Przeszukano budynek?

– Właśnie to robią.

– A nauczyciele, administracja, uczniowie?

– Ewakuowani w bezpieczne miejsce.

– W bezpieczne miejsce? – powtórzył Decker, nie zważając na ból głowy i brzucha.

– Nie mieliśmy pewności, czy zabójca nadal się tu nie ukrywa, Amosie. W tego rodzaju sytuacji priorytetem jest przeniesienie niewinnych ludzi w bezpieczne miejsce i zabezpieczenie terenu.

– Narzuca się pytanie: skoro nikt nie widział, jak opuszcza budynek, to skąd wiadomo, że wraz z innymi nie ewakuowaliście także z a b ó j c y?

– Nikomu nie wolno było się stąd ruszyć, póki nie dostaliśmy rysopisu napastnika. Kobiety były oczywiście poza podejrzeniem. Wszyscy świadkowie twierdzili, że to mężczyzna. W całej szkole ani jedna osoba nie pasowała do opisu sprawcy.

– Nawet żaden z uczniów? W dzisiejszych czasach mamy strasznie wyrośniętą młodzież.

– Wszyscy uczniowie płci męskiej, którzy byli podobnej postury, mieli alibi. Większość z nich gra w drużynie futbolowej i są powszechnie znani. Wszyscy przebywali w salach lekcyjnych wraz z trzydzieściorgiem innych uczniów. Nie mogli być napastnikami. Z rozmaitych powodów czterech chłopców znajdowało się poza klasami. Żaden z nich nie mierzy więcej niż pięć stóp i dziewięć cali wzrostu i nie waży więcej niż sto pięćdziesiąt funtów. Świadkowie zgodnie twierdzili, że napastnik ważył co najmniej dwieście funtów z okładem, a do tego dochodził wybujały wzrost. I miał muskuły jak sportowiec.

– A uczniowie, którzy byli tego dnia nieobecni?