Niebiańskie Grzechy

Tekst
Autor:Laurell K. Hamilton
Z serii: Anita Blake #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Laurell K. Hamilton

Niebiańskie Grzechy


Tytuł oryginału

Cerulean Sins ISBN 978-83-65676-54-2 Copyright © 2003 by Laurell K. Hamilton All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Redaktor Robert Cichowlas Ilustracja na okładce Craig White/lottreps.com Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 61

Rozdział 61

Rozdział 62

Dla J., który częściej mówi tak niż nie; który nigdy nie sprawia, że czuję się jak dziwoląg i który wymyślił tytuł dla tej książki

Podziękowania

Dla Karen i Niedźwiadka, którzy pomogli mi znaleźć nowe miejsca, aby ukryć tam ciała. Dla Joanie i Melissy, które pomagały zajmować się Trinity, kiedy potrzebowała więcej czasu na zabawę, niż może zapewnić pracująca mama. Dla Trinity, która pomogła mi dokończyć tę książkę, bo była już na tyle duża, że mogła bawić się sama.

Z każdym rokiem jest coraz lepiej. Dla Carniffexa i Maerdy, którzy pomagali mi przy zbieraniu materiałów i o których powinnam była wspomnieć wiele książek temu. Dla Darli, bez której wiele rzeczy by się nie udało. Dla Sherry za to, że dbała, aby w domu dało się jakoś mieszkać. Dla sierżanta Roberta Cooneya z Mobilnej Jednostki Rezerwowej Policji Miejskiej St. Louis za odpowiedzi na zadawane w ostatniej chwili pytania. Nie miał czasu przeczytać tego manuskryptu, więc wszystkie błędy są tylko i wyłącznie moją winą. I jak zawsze dla mojej grupy pisarskiej: Toma Drennana, N.L. Drew, Rhetta McPhearsona, Deborah Millitello, Marelli Sands, Sharon Shinn i Marka Sumnera.

1

Był początek września. Gorąca pora roku, jeżeli chodzi o ożywianie zmarłych. Przedhalloweenowa gorączka zaczynała się, jak wszystko na to wskazywało, z każdym rokiem coraz wcześniej. Wszyscy animatorzy w naszej firmie mieli zarezerwowane wszelkie dostępne terminy. Ja nie stanowiłam pod tym względem wyjątku, prawdę mówiąc, oferowano mi więcej zleceń, niż byłabym w stanie zrealizować, nawet przy minimalnej potrzebie snu?

Pan Leo Harlan powinien się cieszyć, że znalazłam dla niego czas. Nie wyglądał, jakby się cieszył. Prawdę mówiąc, w ogóle nie zdradzał emocji. Harlan był średniakiem. Średniego wzrostu, o ciemnych, ale nie bardzo ciemnych włosach. Skórę też miał nie za bladą i nie za ciemną. Oczy brązowe, lecz w niemożliwym do określenia odcieniu brązu. W sumie cechą wyróżniającą pana Harlana było to, że niczym konkretnym się nie wyróżniał. Nawet garnitur miał ciemny, konserwatywny. Strój biznesmena, który był w modzie od dwudziestu lat i który nie wypadnie z łask przez kolejnych dwadzieścia. Miał białą koszulę, starannie zawiązany krawat, a dłonie, nie za duże i nie za małe, były zadbane, choć niewymanikiurowane.

 

Jego wygląd mówił mi tak niewiele, że samo to było interesujące i odrobinę mnie zaniepokoiło.

Upiłam łyk kawy z mojego kubka z napisem: „Jeśli uraczysz mnie bezkofeinową, urwę ci głowę”. Przyniosłam go do pracy, kiedy nasz szef, Bert, załadował do ekspresu kawę bezkofeinową, nikogo o tym nie informując i licząc na to, że się nie zorientujemy. Połowa firmy przez tydzień myślała, że cierpi na mononukleozę, dopóki nie odkryliśmy podstępnego planu Berta.

Kawa, którą nasza sekretarka Mary przyniosła dla pana Harlana, stała na skraju mego biurka. Na jego kubku widniało logo naszej firmy: Animatorzy sp. z o.o. Harlan upił łyk kawy, ledwie Mary przyniosła kubek. Poprosił o czarną, ale pił z taką miną, jakby mu nie smakowała albo jakby nie dbał o to, jak smakuje. Pił z uprzejmości, nie z upodobania.

Ja sączyłam swoją kawę, z dużą ilością cukru i śmietanki, próbując zrekompensować sobie pracę do późna ubiegłej nocy. Kofeina i cukier, dwie podstawowe grupy żywieniowe.

Jego głos był jak cała reszta, tak zwyczajny, że aż niezwykły. Mówił bez jakiegokolwiek akcentu mogącego zdradzić, z jakiego kraju czy regionu pochodził.

— Chciałbym, aby wskrzesiła pani mojego przodka, panno Blake.

— Już pan to mówił.

— Wydaje się pani powątpiewać w moje słowa, panno Blake.

— Powiedzmy, że jestem sceptyczna.

— Czemu miałbym panią okłamywać?

Wzruszyłam ramionami.

— Ludzie już to robili.

— Zapewniam panią, że mówię prawdę.

Sęk w tym, że mu nie uwierzyłam. Może jestem paranoiczką, ale moje lewe ramię pod materiałem granatowego żakietu przecinały liczne blizny, począwszy od piętna w kształcie krzyża, wypalonego przez wampirzego sługusa, aż po ślady pazurów zmiennokształtnego czarownika. Do tego jeszcze blizny od noża, wąskie i czyste w porównaniu z innymi. Na prawym ramieniu miałam tylko jedną bliznę od noża, w sumie nie było o czym gadać. No i były też inne blizny, ukryte pod granatową spódnicą i błękitną bluzką. Jedwab nie dba o to, czy zakrywa blizny czy gładką, nieskazitelną skórę. Miałam podstawy, by być paranoiczką.

— Jakiego przodka chce pan wskrzesić i po co? — Uśmiechnęłam się, gdy to powiedziałam, ale uśmiech nie dotarł do moich oczu. Będę musiała nad tym popracować, bo na razie moje uśmiechy nie wyglądały przekonująco.

On także się uśmiechnął bez emocji w oczach. Znów sięgnął po kubek z kawą i tym razem zwróciłam uwagę na coś ciężkiego, co miał w lewej przedniej kieszeni marynarki. Nie nosił kabury pod pachą — zauważyłabym to — ale w lewej kieszonce na piersi miał jakiś ciężki przedmiot. Cięższy od portfela. To mogło być wiele rzeczy, ale ja z miejsca pomyślałam: spluwa. Nauczyłam się ufać swojemu instynktowi. To nie paranoja, jeżeli ludzie naprawdę chcą cię załatwić.

Ja miałam pistolet w kaburze pod lewą pachą. To nieco wyrównywało szanse, ale nie chciałam, żeby moje biuro zmieniło się w O.K. Corral. Facet miał broń. Najprawdopodobniej. Równie dobrze mogła to być jedynie ciężka papierośnica. Ale mogłabym się założyć niemal o wszystko, że to jednak była spluwa. Mogłam tak tu siedzieć, próbując stłumić w sobie to przekonanie, albo zachowywać się tak, jakbym miała rację. Jeśli się pomyliłam, później za to przeproszę, a jeżeli miałam rację, to przynajmniej przeżyję. Lepiej być nieuprzejmą i żywą niż uprzejmą i martwą,

Przerwałam jego wywód o drzewie genealogicznym. W sumie nawet go nie słuchałam. Skupiłam się na tym czymś ciężkim, co miał w kieszeni. Zamierzałam dowiedzieć się, co to było, cała reszta przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Uśmiechnęłam się i wymusiłam, by ten uśmiech dotarł aż do moich oczu.

— Czym właściwie się pan zajmuje, panie Harlan?

Wziął nieco głębszy oddech i usadowił się wygodniej na krześle. To był jedyny przejaw napięcia, jakie zaobserwowałam z jego strony. Pierwszy prawdziwy przejaw ludzkiego zachowania. Ludzie się wiercą. Pan Harlan tego nie robił.

Ludzie nie lubią mieć styczności z kimś, kto ożywia zmarłych. Nie pytajcie mnie dlaczego, ale zwykle nasza obecność ich denerwuje. Harlan nie wyglądał na zdenerwowanego, w ogóle nie zdradzał żadnych emocji. Po prostu siedział naprzeciw mnie, przed biurkiem, chłodny, zdystansowany, ale jego przeciętne, zwykłe oczy wydawały się puste i sympatyczne. Mogłam się założyć, że skłamał, podając powód swej wizyty tutaj, i że miał przy sobie ukrytą broń, schowaną w miejscu, które trudno byłoby od razu wypatrzyć.

Coraz mniej lubiłam Leo Harlana.

Delikatnie odstawiłam kubek z kawą na podkładkę i wciąż się uśmiechałam. Uwolniłam ręce i to był krok pierwszy. Krokiem drugim miało być wyjęcie broni; choć liczyłam na to, że zdołam tego uniknąć.

— Chcę, żeby wskrzesiła pani jednego z moich przodków, panno Blake. Nie rozumiem, co mogłaby mieć z tym wspólnego moja praca.

— Mimo wszystko proszę odpowiedzieć — powiedziałam, wciąż się uśmiechając, ale czułam, że radość wypływa z moich oczu jak roztapiający się lód.

— Czemu miałbym to zrobić? — zapytał.

— Bo w przeciwnym razie nie przyjmę pańskiego zlecenia.

— Pan Vaughn, pani szef, już wziął ode mnie pieniądze. Przyjął je w pani imieniu.

Uśmiechnęłam się, tym razem szczerze.

— Prawdę mówiąc, Bert jest w naszej firmie jedynie kierownikiem zarządzającym. Większość z nas ma w niej pełnoprawne udziały jako partnerzy, jak w kancelarii prawniczej. Bert zajmuje się prowadzeniem interesu, ale w sumie nie jest już moim szefem.

Jego twarz, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej się rozluźniła, a równocześnie stała się bardziej zamknięta i tajemnicza. Zupełnie jakbym miała przed sobą kiepski portret, taki, który technicznie oddaje wszystkie walory modela, ale nie potrafi uchwycić ani odrobiny życia. Ludzie, których widywałam równie zamkniętych, byli naprawdę przerażający.

— Nie zdawałem sobie sprawy ze zmiany pani statusu, panno Blake. — Jego głos stał się o ton głębszy, ale pozostawał pusty, jak wyraz jego twarzy.

Facet sprawiał, że w moim wnętrzu włączyły się wszystkie alarmy, byłam cała spięta, rozpaczliwie pragnęłam sięgnąć po broń. Odruchowo opuściłam ręce, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero kiedy on lekko uniósł swoje, zdałam sobie sprawę, co zrobiłam. Oboje staraliśmy się przyjąć możliwie najlepszą pozycję, gwarantującą szybkie i płynne wyjęcie broni.

Nagle atmosfera w całym pomieszczeniu zgęstniała, zupełnie jakby zbierało się na burzę. Nie było już żadnych wątpliwości. Dostrzegłam to w jego pustych oczach i uśmieszku malującym się na twarzy. To był prawdziwy uśmiech, żadnej ściemy, żadnego udawania. Tylko sekundy dzieliły nas od zrobienia najbardziej realnej rzeczy, jaką jeden człowiek może uczynić drugiemu. Zamierzaliśmy spróbować pozabijać się nawzajem. Obserwowałam górną część ciała, w oczekiwaniu na ruch, który go zdradzi. Oboje wiedzieliśmy, że nie ma już mowy o żadnych wątpliwościach.

Pośród tej atmosfery gęstniejącego napięcia jego głos zabrzmiał jak odgłos kamienia wrzuconego do głębokiej studni. Już sam ten głos mógł skłonić mnie do wyjęcia broni.

— Jestem płatnym zabójcą, ale nie przyszedłem tu po ciebie, Anito Blake.

Nie odrywałam od niego wzroku, napięcie ani trochę nie zelżało.

— Wobec tego czemu mi to mówisz? — Mój głos był delikatniejszy niż jego, bardziej zdyszany.

— Bo nie przybyłem do St. Louis, by kogokolwiek zabić. Naprawdę chcę, żeby mój przodek został wskrzeszony z martwych.

— Po co? — spytałam, wciąż obserwując jego ciało i próbując rozładować napięcie.

— Każdy zabójca ma jakieś hobby, panno Blake. — Mówił rzeczowym tonem, ale jego ciało zastygło w kompletnym bezruchu. I nagle zdałam sobie sprawę, że starał się mnie nie sprowokować. Nie chciał mnie wystraszyć.

Przeniosłam wzrok na jego twarz. Wciąż była pusta, nienaturalnie zdystansowana, ale dostrzegłam w niej również... oznaki rozbawienia.

— Co cię tak bawi? — spytałam.

— Nie wiedziałem, że spotkanie z tobą to takie kuszenie losu.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Próbowałam zachować w sobie chłód i napięcie, ale zaczęło mi już umykać. On mówił zbyt zwyczajnie, zbyt realistycznie, abym mogła myśleć o wyjęciu broni i rozpoczęciu strzelaniny w moim biurze. Nagle wydało mi się to trochę głupie, a jednak... spojrzenie w te martwe oczy, które nie do końca wypełnił humor, wcale głupie nie było.

— Na całym świecie są ludzie, którzy chcieliby, żebym umarł, panno Blake. Są ludzie, którzy nie szczędziliby pieniędzy ani wysiłku, aby do tego doprowadzić, ale nikt nie był tak bliski, aż do dziś.

Pokręciłam głową.

— To nie było wcale blisko.

— Normalnie zgodziłbym się z panią, ale wiem co nieco o pani reputacji, więc nie włożyłem broni, jak to mam w zwyczaju. Zauważyła pani, że pistolet obciążył mi kieszeń, kiedy ostatni raz się pochyliłem, prawda?

Przytaknęłam.

— Gdybyśmy musieli dobyć broni, to wyjęcie jej z pani olstro byłoby szybsze o kilka sekund niż z wewnętrznej kieszeni marynarki, w której mam spluwę.

— Więc po co w ogóle zadałeś sobie tyle trudu? — spytałam.

— Nie chciałem pani zdenerwować, przychodząc tu uzbrojony. Ale ja zawsze mam przy sobie broń, pomyślałem więc, że pozwolę sobie na drobny wybieg, a pani niczego nie zauważy.

— Niewiele brakowało, a faktycznie bym to przeoczyła.

— Dziękuję za uznanie, jednak oboje wiemy, że to nieprawda.

Nie wiedziałam, czy chciał mi się tylko przypochlebić, ale odpuściłam. Po co się kłócić, kiedy się wygrywa.

— Czego naprawdę pan chce, panie Harlan, jeśli to pańskie prawdziwe nazwisko?

Uśmiechnął się.

— Jak już mówiłem, naprawdę zależy mi na wskrzeszeniu z martwych jednego z moich przodków. To nie jest kłamstwo. — Zamyślił się przez chwilę. — To dziwne, ale w ogóle nie skłamałem, w żadnej kwestii. — Wydawał się trochę zaskoczony. — Już dawno coś takiego mi się nie przydarzyło.

— Moje kondolencje — powiedziałam.

Spojrzał na mnie z powagą.

— Co?

— Musi być panu ciężko nigdy nie mówić prawdy. Wiem, że to bywa męczące.

Uśmiechnął się i znów dostrzegłam to lekkie skrzywienie ust, które mogło być szczerym uśmiechem.

— Nie myślałem o tym od dawna. — Wzruszył ramionami. — Chyba się przyzwyczaiłem.

Teraz to ja wzruszyłam ramionami.

— Może. Jakiego przodka chce pan wskrzesić i po co?

— Po co?

— W jakim celu chce pan wskrzesić tego konkretnego przodka?

— Czy to ważne? — zapytał.

— Tak.

— Czemu?

— Ponieważ wiem, że zmarłych nie należy niepokoić bez uzasadnionego powodu.

Znów ten drobny uśmieszek.

— W tym mieście są animatorzy, którzy każdej nocy ożywiają zombie dla rozrywki.

Pokręciłam głową.

— Wobec tego proszę zgłosić się do któregoś z nich. Zrobią, cokolwiek pan zechce, jeśli tylko cena będzie odpowiednia.

— A czy mogą ożywić zwłoki, które mają prawie dwieście lat?

— To wykracza poza ich możliwości.

— Słyszałem, że animator może wskrzesić niemal każde zwłoki, gdyby tylko był gotów złożyć w tym celu ofiarę z człowieka — mówił cichym, spokojnym głosem.

Znów pokręciłam głową.

— Niech pan nie wierzy we wszystko, co mówią, panie Harlan. Niektórzy animatorzy faktycznie mogą ożywić kilkusetletnie zwłoki z pomocą ofiar z człowieka. Oczywiście byłoby to morderstwo, a co za tym idzie, działanie nielegalne, niezgodne z prawem.

— Plotki głoszą, że robiła to pani.

— Plotki nie mają nic wspólnego z prawdą. Nie składam ofiar z ludzi.

— A więc nie może pani wskrzesić mojego przodka. — To było stwierdzenie faktu. Suche i zwięzłe.

— Tego nie powiedziałam.

Jego oczy rozszerzyły się, co było wyrazem zaskoczenia, okazanego po raz pierwszy.

— Może pani wskrzesić prawie dwustuletnie zwłoki bez ludzkiej ofiary?

Skinęłam głową.

— Na ten temat też krążą plotki, ale nie chciałem w nie wierzyć.

— A więc wierzył pan, że składałam ofiary z ludzi, ale nie w to, że mogę sama ożywić kilkusetletnich zmarłych.

Wzruszył ramionami.

— Przywykłem do ludzi zabijających innych ludzi, lecz nigdy dotąd nie widziałem, jak się ożywia zmarłych.

— Szczęściarz z pana.

Uśmiechnął się, a jego oczy trochę odtajały.

— Więc jak, wskrzesi pani mego przodka?

— Jeżeli poda mi pan uzasadniony powód, dla którego miałabym to zrobić.

 

— Jest pani bardzo konkretna, panno Blake.

— Ten typ tak ma — odparłam i uśmiechnęłam się.

Może zbyt wiele czasu spędzałam w towarzystwie naprawdę złych ludzi, ale skoro już wiedziałam, że Leo Harlan nie przyjechał tu, żeby zabić mnie albo kogokolwiek innego w tym mieście, nie miałam z nim żadnych problemów. Dlaczego mu uwierzyłam? Z tego samego powodu, dla którego wcześniej miałam wobec niego podejrzenia. Instynkt.

— Prześledziłem kroniki mojej rodziny w tym kraju, tak daleko wstecz, jak tylko byłem w stanie, ale o moim najstarszym przodku nie ma wzmianki w oficjalnych dokumentach. Jestem przekonany, że od początku posługiwał się fałszywym nazwiskiem. Dopóki nie poznam jego prawdziwego nazwiska, nie będę mógł odnaleźć śladów mojej rodziny na terenie Europy. A bardzo mi na tym zależy.

— Chodzi o to, aby wskrzesić go, zapytać o jego prawdziwe nazwisko, prawdziwy powód przyjazdu do tego kraju i ponownie odesłać go do grobu? — zapytałam.

— Dokładnie tak — odrzekł Harlan.

— To brzmi dość przekonująco.

— A więc zrobi to pani — powiedział.

— Tak, ale to będzie kosztowało. Jestem przypuszczalnie jedyną animatorką w tym kraju, która jest w stanie ożywić kogoś tak starego bez korzystania z ofiary z człowieka. Popyt określa podaż, jeżeli rozumie pan, co mam na myśli.

— Na swój sposób, panno Blake, jestem równie dobry jak pani w tym, co robię. — Silił się na pokorę, lecz bez powodzenia. Wyglądał na zadowolonego z siebie, aż po te zwyczajne i przerażające brązowe oczy. — Stać mnie, żeby za to zapłacić, panno Blake, niech się pani nie obawia.

Wzięłam cenę z sufitu. Nawet mu powieka nie drgnęła. Zaczął sięgać do wewnętrznej kieszeni.

— Nie — powiedziałam.

— To karta kredytowa, panno Blake, nic więcej.

Rozłożył ręce, abym mogła je zobaczyć.

— Może pan wypełnić dokumenty i zapłacić w sekretariacie. Mam inne spotkania.

Prawie się uśmiechnął.

— Oczywiście.

Wstał. Ja również. Nie uścisnęliśmy sobie dłoni na pożegnanie. On na moment przystanął przy drzwiach. Ja też się zatrzymałam, w bezpiecznej odległości od niego, choć zwykle wychodziłam tuż za klientem. Tym razem potrzebowałam nieco więcej przestrzeni. Wolnego miejsca, aby mieć swobodę działania.

— Kiedy może pani się tym zająć?

— Ten tydzień mam już zajęty. Może uda mi się wcisnąć pana na przyszłą środę lub czwartek.

— A co z następnym poniedziałkiem i wtorkiem? — zapytał.

Wzruszyłam ramionami.

— Już mam pozajmowane wszystkie terminy.

— Powiedziała pani, cytuję, ten tydzień mam już zajęty. A potem wspomniała pani o środzie.

Znów wzruszyłam ramionami. Kiedyś nie umiałam dobrze kłamać, nawet teraz kiepsko mi to wychodzi, choć z nieco innych powodów. Czułam, że moje oczy stają się puste i zimne, gdy rzeklam:

— Chciałam powiedzieć, że mam pozajmowane terminy prawie na dwa tygodnie naprzód.

Spojrzał na mnie tak przenikliwie, że omal nie zaczęłam się wić pod wpływem siły jego wzroku. Zwalczyłam to w sobie i popatrzyłam na niego bezosobowo przyjaznym wzrokiem.

— W przyszły wtorek jest pełnia księżyca — powiedział półgłosem.

Zamrugałam, próbując pozbyć się z twarzy wyrazu zdziwienia i chyba mi się udało, ale zawiódł mnie język ciała. Moje ramiona się naprężyły, a dłonie rozluźniły. Większość osób zwracała uwagę na twarz, nie na resztę ciała, ale Harlan musiał to zauważyć. Niech go diabli.

— No dobrze, to noc pełni i co z tego? — Wysiliłam się, by mój głos zabrzmiał lekceważąco.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Skromność i nieśmiałość do pani nie pasują, panno Blake.

— Owszem, ale ponieważ nie jestem taka, nie ma o czym mówić.

— Panno Blake — rzekł nieomal z wyrzutem — proszę nie obrażać mojej inteligencji.

Już miałam odparować, że to takie proste, ale nie zrobiłam tego. Po pierwsze dlatego, że to wcale nie było proste. Po drugie, trochę się niepokoiłam, do czego Harlan zmierzał tym tokiem rozumowania. Ale nie starałam się mu pomóc, udzielając informacji z własnej woli. Im mniej mówisz, tym rzadziej drażnisz ludzi.

— Nie próbowałam obrazić pańskiej inteligencji.

Zmarszczył brwi w geście równie szczerym jak cień uśmiechu błąkający się na jego ustach. Harlan ukazywał mi cząstkę swego prawdziwego ja.

— Plotki głoszą, że już od kilku miesięcy nie pracuje pani podczas pełni księżyca. — Nagle w jego głosie pojawiła się głęboka powaga, choć brakowało w niej łowieszczego tonu, zupełnie jakbym wykazała się nieuprzejmością, brakiem manier lub czymś takim, a on mnie poprawiał.

— Może jestem Wikanką. Jak pan wie, pełnia księżyca to dla nich dzień święty. Albo raczej noc.

— Jest pani Wikanką, panno Blake?

Gierki słowne zawsze mnie szybko męczyły.

— Nie, panie Harlan. Nie jestem.

— Wobec tego czemu nie pracuje pani podczas pełni księżyca?

Przypatrywał mi się badawczo, lustrując moją twarz, jakby z jakiegoś powodu odpowiedź była ważniejsza, niż być powinna.

Wiedziałam, co chciał, abym powiedziała. Chciał, żebym przyznała się, że jestem zmiennokształtną jakiegoś rodzaju. Sęk w tym, że nie mogłam tego wyznać, bo to nie była prawda. Byłam pierwszą ludzką Nimir-Rą, królową lampartów, pierwszą taką przywódczynią lampartołaków w całej ich historii. Przejęłam lamparty w spadku po tym, jak zostałam zmuszona do zabicia ich dawnego przywódcy, aby on nie zabił mnie. Byłam także Bolverkiem lokalnej sfory wilkołaków. Bolverk to ktoś więcej niż ochroniarz, to prawie egzekutor. Był to po prostu ktoś, kto robił rzeczy, których Ulfryk nie mógł lub nie chciał zrobić. Lokalnym Ulfrykiem był Richard Zeeman. Byliśmy razem i rozchodziliśmy się przez ostatnich kilka lat. Aktualnie nie byliśmy ze sobą. Rozstaliśmy się. Definitywnie. Na odchodne powiedział: „Nie chcę kochać kogoś, kto lepiej się czuje wśród potworów niż ja”. Co miałam mu na to odpowiedzieć? Co mogłabym powiedzieć? Za cholerę nie wiem. Mówi się, że miłość jest w stanie pokonać wszystko. To kłamstwo.

Jako Nimir-Ra i Bolverk mam ludzi, którzy są ode mnie zależni. W noce pełni nie pracowałam, więc mogłam być do ich dyspozycji. To tyle, ale nie chciałam dzielić się tymi informacjami z Leo Harlanem.

— Czasami biorę sobie parę dni wolnego, panie Harlan. Jeżeli akurat wypada to w okolicach pełni, zapewniam pana, że to całkowity przypadek.

— Plotki głoszą, że parę miesięcy temu została pani zraniona przez zmiennokształtnego, a teraz jest pani jedną z nich. — Wciąż mówił cicho, ale byłam przygotowana na te słowa. Moja twarz, moje ciało przepełniał spokój, bo wiedziałam, że on się mylił.

— Nie jestem zmiennokształtną, panie Harlan.

Przymrużył powieki.

— Nie wierzę pani, panno Blake.

Westchnęłam.

— Nie obchodzi mnie to, czy mi pan wierzy, panie Harlan. To, czy jestem lykantropem, czy też nie, nie ma żadnego wpływu na to, jak dobra jestem w przywoływaniu zmarłych.

— Plotki głoszą, że jest pani najlepsza, ale wciąż mi pani powtarza, że te plotki nie mają potwierdzenia w prawdzie. Czy naprawdę jest pani tak dobra, jak o pani mówią?

— Lepsza.

— Podobno ożywiała pani całe cmentarzysko.

— Takie pogłoski działają na wyobraźnię.

— Chce pani powiedzieć, że to prawda?

— Czy to ważne? Pozwolę sobie powtórzyć: mogę przywołać pańskiego przodka, panie Harlan. Jestem jedną z niewielu, jeśli nie jedyną osobą w tym kraju, która może tego dokonać, nie składając ofiary z człowieka. — Uśmiechnęłam się do niego zawodowym uśmiechem, który choć pogodny i szeroki, był pusty jak wydmuszka. — Czy odpowiada panu przyszła środa lub czwartek?

Pokiwał głową.

— Zostawię numer mojej komórki. Jestem pod tym telefonem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

— Tak się panu spieszy?

— Powiedzmy, że nie wiem, kiedy mogę otrzymać następną ofertę, która okaże się na tyle intratna, że nie będę mógł się jej oprzeć.

— I nie chodzi tylko o pieniądze — dodałam.

Znów uśmiechnął się w ten sposób.

— Nie, panno Blake, nie chodzi tylko o pieniądze. Mam forsy jak lodu, ale zawsze szukam zleceń, które będą dla mnie nowym odkryciem... nowym wyzwaniem.

— Niech pan lepiej uważa, o co pan prosi, panie Harlan. Zawsze może znaleźć się ktoś większy i groźniejszy niż pan.

— Jak dotąd się nie znalazł.

Uśmiechnęłam się.

— Albo jest pan bardziej przerażający, niż się wydaje, albo nie spotkał pan właściwych osób.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, dopóki nie poczułam, że uśmiech znika z moich oczu. Jego martwe oczy spotkały się z moimi oczami. Wypełniła mnie cisza i spokój. Znalazłam się w studni ciszy. To było miejsce, do którego trafiałam po każdym dokonanym zabójstwie. Ciche miejsce wypełnione jednostajnym szumem, gdzie nic nie mogło mnie zranić i gdzie nic nie czułam. Spoglądając w puste oczy Harlana, zastanawiałam się, czy w jego głowie też królowała pustka, cisza i jednostajny szum. Omal o to nie spytałam, ale nie zrobiłam tego, bo przez chwilę wydawało mi się, że kłamał na temat tego wszystkiego, i zamierzał wyjąć spluwę z wewnętrznej kieszeni marynarki. Przez sekundę lub dwie myślałam, że mogłabym być zmuszona zabić Leo Harlana. Nie bałam się już ani nie byłam zdenerwowana, po prostu się szykowałam. To był jego wybór — życie lub śmierć. Nie było nic prócz wiecznej sekundy, która mijała powoli — w tym czasie zapadały kluczowe decyzje, a ludzie tracili życie.

W końcu jednak się opanował, prawie jak ptak, który wygładza sobie piórka.

— Zamierzałem przypomnieć pani, że sam też jestem bardzo niebezpieczną i straszną osobą, ale tego nie zrobię. To byłoby głupie tak z panią igrać. Równie dobrze mógłbym drażnić patykiem grzechotnika.

Spojrzałam na niego pustymi oczami, wciąż pozostając w ostoi ciszy.

— Mam nadzieję, że mnie pan dziś nie okłamał, panie Harlan. — Mój głos brzmiał cicho i spokojnie.

Posłał mi ten niepokojący uśmiech.

— Ja również, panno Blake. Ja również. — Z tymi dziwnymi słowami ostrożnie otworzył drzwi, ani na chwilę nie odrywając ode mnie wzroku. Wreszcie odwrócił się i pospiesznie wyszedł, zdecydowanie zamykając za sobą drzwi i pozostawiając mnie samą z nagłym adrenalinowym przypływem, który wyciekał z mego ciała, rozlewając się u stóp w szeroką wyimaginowaną kałużę.

To nie strach sprawił, że poczułam się słabo, lecz właśnie adrenalina. Żyłam z ożywiania zmarłych i byłam zaprzysiężoną egzekutorką wampirów. Czy to nie było dostatecznie niezwykłe? Czy musiałam też przyciągać strasznych klientów?

Wiedziałam, że nie powinnam była nic mówić Harlanowi, ale w sumie powiedziałam mu prawdę. MOGŁAM ożywić tego nieboszczyka, nie posiłkując się ofiarą z człowieka, i prócz mnie nikt inny w tym kraju nie był do tego zdolny. Byłam prawie pewna, że gdybym odmówiła, Harlan znalazłby kogoś innego, kto wykonałby to zlecenie. Kogoś innego, kto nie miał takich umiejętności jak ja i kto kierował się innym kodeksem moralnym. Niekiedy zawierasz pakt z diabłem nie dlatego, że chcesz, ale dlatego, że jeśli ty tego nie zrobisz, uczyni to ktoś inny.