Stara Flota. Tom 6. Wolność

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #6
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 6. Wolność
Stara Flota. Tom 6. Wolność
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 6. Wolność
Audio
Stara Flota. Tom 6. Wolność
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Liberty: Legacy Fleet Book Six

Copyright © 2018 Nick Webb

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-97-5

ISBN MOBI: 978-83-65661-98-2

Dla Jenny, L. i C.

PROLOG


Głęboka przestrzeń kosmiczna

Statek pokoleniowy Skiohra „Dobroć”

Wszystko jest inne. Wszystko.

Jarum Krull, dziewiąta matka wielkiego rodu Krull z gatunku Skiohra, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wyczuła to po raz pierwszy wiele tygodni temu, gdy ze świata Sangre de Cristo nadeszło zakłócenie Więzi.

A potem jeszcze przytłaczająco przybrało na sile.

Nic nie było takie, jak powinno. Nic nie było takie, jakie się wydawało. Jarum miała wrażenie, że żyje w cieniu i przygląda się swojej egzystencji przez matową szybę. Przez osiem tysięcy pięćset czternaście lat życia pozostawała w niewiedzy.

Do dziś.

Oddychała płytko, z trudem, gdy biegła korytarzem. Ogromne silniki wspaniałego statku „Dobroć”, który dawał schronienie klanowi Jarum przez minione dwadzieścia tysięcy lat, pulsowały przez ściany, a jej kroki wybijały ten sam równy rytm. Jakby życiodajna krew okrętu zgadzała się i ponaglała Jarum.

„Czas Myśli Nie do Pomyślenia właśnie się skończył”.

„Otwórz drzwi”.

Otwarcie drzwi było zakazane. Nie wolno nawet o tym myśleć. Wiele myśli było zabronionych – nie wolno było myśleć o istnieniu Quiassi i Findiri. Ani o położeniu starożytnego, ojczystego świata Skiohra. Jednak przede wszystkim nie wolno było myśleć o drzwiach.

Nie otwierać drzwi.

Nie zastanawiać się nad otwarciem drzwi.

W ogóle nie myśleć o otwarciu drzwi.

Ponieważ konsekwencje byłyby śmiertelne, a nawet gorsze od śmierci.

Jarum Krull nie miała pojęcia, co by było gorsze, ale matka, Jazma Krull, wpoiła jej tę dziedziczoną wiedzę jeszcze w dzieciństwie, gdy Jarum wciąż wiodła Życie Wewnętrzne w ciele rodzicielki. Właśnie wtedy poznała bardzo dobrze zakaz otwierania drzwi.

Złapała oddech i drgnęła, gdy usłyszała szuranie i szmery. Jej siostry. Znajdowały się tuż za rogiem skrzyżowania korytarzy. Ich głosy wydawały się ściszone. Niewielu chodziło tędy na dziób ich kosmicznego domu, w pobliże miejsca, w które podczas wielkiej wojny sprzed trzydziestu lat wbił się kadłub „Konstytucji”, okrętu ludzi.

Jarum pamiętała grozę tego, co się zdarzyło potem. I… dysonans poznawczy. Może jej niepokój o Myśli Nie do Pomyślenia – tabu dla jej ludu – zaczął się właśnie wtedy, gdy wraz z tysiącami swoich sióstr naprawiała uszkodzenia po przerażającej bitwie. Tysiące matek zginęło, a wraz z nimi miliony ich Dzieci, zarówno te na zewnątrz, jak i wewnątrz. A jednak uszkodzenia statku należało naprawić jak najszybciej, starannie unikając korytarza wiodącego do drzwi. Setki jej Wewnętrznych Dzieci protestowało, gdy Jarum wybierała dłuższą drogę, aby obejść to miejsce. Tysiące innych uciszało narzekania wybuchami obłudnego gniewu. Wszystko dlatego, że unikanie Myśli Nie do Pomyślenia było nie tylko tradycją.

Było uświęconym, niewypowiadanym prawem.

Zostało wpisane w DNA Skiohra, w ich umysły, w ich dusze. Matka Jazma nie musiała uczyć Jarum o Myślach Nie do Pomyślenia, wystarczyło je przypomnieć, bo każdy Skiohra czuł zakaz całym jestestwem.

Głosy ucichły – siostry skręciły w inny korytarz. Jarum biegła, oddychając już nieco lżej. Musiała się śpieszyć. Więź została zerwana, przynajmniej do czasu, gdy działania matkobójczyni staną się przewidywalne lub możliwe do powstrzymania. Tysiące zbuntowanych Wewnętrznych Dzieci nie zdołają przecież wydostać się i ostrzec innych.

Mogły jedynie krzyczeć w Jarum. Z wściekłością i zgrozą. Znały intencje rodzicielki i nienawidziły jej. Żadna matka nie mogłaby sobie wyobrazić większej udręki.

Jarum zamknęła oczy, aby uwolnić się od bólu i zalewających ją fal słusznego gniewu. A potem pobiegła w głąb „Dobroci”, w pobliże korytarza, do którego tylko nieliczni się zapuszczali, ale nikt nie szedł dalej.

Do drzwi.

Nieprzechodnich Drzwi.

Zatrzymała się przy końcu korytarza. Tysiące lat nawyku niemal ją powstrzymały, niemal nie pozwoliły zrobić pierwszego kroku w długie, wąskie przejście. Tysiące Wewnętrznych Dzieci przeklęły ją za to, że w ogóle chciała zrobić ten krok.

I ten pierwszy krok okazał się najtrudniejszy. Kolejne były już łatwiejsze i kiedy wreszcie stanęła pod drzwiami, ledwie słyszała pomruk silników. Zdawało się, że nawet życiodajne światło w korytarzu pociemniało, jakby znalazła się w mrocznym tunelu, z którego było tylko jedno wyjście.

Nieprzechodnie Drzwi.

Jarum zatrzymała się, nogi miała jak sparaliżowane przez toczącą się w jej wnętrzu żarliwą debatę. Słyszała każde ze swoich Dzieci, wszystkie naraz. Jako matka została obdarzona tą zdolnością – mogła słyszeć i rozumieć tysiące wewnątrz siebie, poza ograniczeniami zewnętrznej temporalnej rzeczywistości.

A była to debata, którą śledziła z wielkim zainteresowaniem.

Po co nam to tabu, jeśli nie dla ochrony? To sposób naturalnej selekcji, aby zapewnić przetrwanie naszemu ludowi – stwierdziło jedno z Dzieci.

Szaleństwo, czyste szaleństwo. Naturalna selekcja nie buduje statków. Naturalna selekcja nie może być tak celowa i ukierunkowana, aby zabronić otwarcia określonych drzwi na określonym statku w określonym punkcie czasoprzestrzeni. Zresztą zawsze byłeś słaby z biologii – zaoponowało inne.

Spokojnie, bracia. Fakt pozostaje faktem, niezależnie od pochodzenia tabu, które nas wiąże. Tabu ustalone zostało nie bez powodu. I wszystko wskazuje na to, że to dla naszej ochrony. Jaki inny byłby powód takiego zakazu? – wtrąciło się trzecie.

Drugie poruszyło mikrorzęskami w przód i w tył. Jarum poczuła to w swojej głębi – fizyczne ruchy wewnętrznych Skiohra wskazywały na zwątpienie lub odrzucenie. Z niewiadomego powodu działanie Dziecka właśnie w takiej chwili przywołało wspomnienia matkobójczyni, rozmawiającej z Polrum Krull. Było to zaledwie kilka tygodni wcześniej. Matkobójczyni potrząsała głową zupełnie jak dziecko mikrorzęskami… Jakże lekkomyślnie ta śmiertelniczka marnowała energię tylko po to, aby wyrazić tak prosty i oczywisty koncept jak „nie”.

Twoja logika jest błędna – odpowiedziało drugie Dziecko. Więcej niż błędna. To absurd.

Czwarte zgodziło się z nim.

Bracia i siostry. Myślcie. Dopóki nie wydarzyła się katastrofa Więzi, wywołana na Sangre de Cristo, wszyscy akceptowaliśmy tabu jako nieodwołalne i niepodważalne prawo. Jednak tamto zdarzenie zmieniło niektórych z nas. A kolejne kataklizmy zmieniły następnych. Teraz są nas setki, może tysiące, bo przecież wielu jeszcze nie wyraziło swojego zdania. Jednak tamte wydarzenia odmieniły nas fundamentalnie. Wszystko jest inne. To… coś nowego. Nowa era naszego ludu. Wyczuwam to…

Herezja! Mówisz herezje, ty głupia…

Kakofonia głosów zmieniła się w niemal nierozróżnialny miszmasz obelg, argumentów i kłótni.

– Dzieci, proszę – odezwała się na głos Jarum. – Nadszedł czas. Wiecie, że bardzo was kocham, a miłość matki jest wieczna i głęboka. Większość z was nigdy tego nie doświadczy. Szanuję wasze opinie, wasze chęci i pragnienia. Jednak decyzja została podjęta. Ja ją podjęłam. A wy wraz ze mną poniesiecie tego konsekwencje.

Tak samo jak nasz lud, matko – zauważyło pierwsze z Dzieci. Czy masz prawo decydować o jego losie?

Jarum zamknęła oczy. Dziecko powiedziało prawdę i zraniło ją do głębi. Czy podjęła nieodpowiedzialną decyzję? Czy przez ten prosty akt buntu wywoła zamieszki wśród swojego gatunku? Czy ma prawo?

Jednak musiała, po prostu musiała się dowiedzieć. W głębi duszy czuła ponaglenie. Przymus. Wyzwanie. Podobnie wcześniej nie mogła się oprzeć pragnieniu, aby nie myśleć Myśli Nie do Pomyślenia. Teraz identyczna siła skłaniała Jarum do złamania tego zakazu.

Wyciągnęła rękę do starożytnej, mechanicznej klamki. Napis nad drzwiami był ledwie widoczny, skorodowany. Minęły przecież tysiące lat. A jednak Jarum wciąż mogła rozróżnić znaki.

„Otworzyć przed końcem”.

Poniżej znajdowały się symbole – wygrawerowane cztery istoty.

Pod nimi, już na drzwiach, kolejny napis głosił:

„A koniec to początek”.

– Musimy zacząć od nowa – szepnęła Jarum ledwie słyszalnie.

Mechaniczny zamek ustąpił pod dotknięciem jej kciuka. Wcisnęła wyzwalacz i poczuła, że klamka ustępuje.

 

Jarum ją obróciła.

A drzwi się otworzyły.

Odwróciła oczy – przymus z głębi trzewi nie pozwolił jej zajrzeć do sali, przynajmniej nie dalej niż tuż za próg. Zrobiła krok, potem drugi, wreszcie zamknęła za sobą drzwi z dźwięcznym kliknięciem. Ogarnęło ją złe przeczucie.

Skierowała się do środka pomieszczenia, wciąż patrząc tylko na swoje stopy. Nie ośmieliła się podnieść głowy. Czy to przyzwyczajenie, czy może coś głębszego?

Dla Jarum Krull, dziewiątej wielkiej matki rodu Krull ze Skiohra, nie miało to już znaczenia. Jej czas i czas jej Dzieci dobiegł końca. Żadnych więcej debat. Żadnych dyskusji.

W ułamku sekundy, gdy wciąż jeszcze była przytomna, choć już poczuła szarpnięcie w karku, usłyszała wewnątrz siebie krzyki przerażenia. Chór oskarżycielskich zwolenników tabu natrafił na niedowierzające milczenie tych, którzy wątpili.

Krew odpłynęła jej z głowy i rozbryznęła się spiralą, jakby sala zaczęła się kręcić wokół Jarum. Ciało matki upadło z łomotem, czaszka uderzyła o ścianę.

Bezmyślni, zbuntowani głupcy! – wrzeszczeli zwolennicy tabu na pozostałe Dzieci i matkę, której niewiele już pozostało życia.

W tym ułamku sekundy, zanim jej głowa upadła na podłogę, obok ciała, Jarum popatrzyła na środek pomieszczenia.

I niemal się wzdrygnęła.

Musiała komuś powiedzieć.

Musiała ostrzec Skiohra.

Gorączkowo sięgnęła do Więzi, aby połączyć się z kimś, kimkolwiek w pobliżu… i dopiero wtedy przypomniała sobie, że Więź jest martwa. Tak samo jak ona.

ROZDZIAŁ 1


W pobliżu Brytanii

Sala konferencyjna OZF „Niepodległość”

Kapitan Tyler „Chojrak” Volz z okrętu „Niepodległość” walczył w wielu bitwach podczas dwóch wojen i widział już naprawdę dużo – śmierć, ruinę, wyniszczające starcia myśliwców oraz wielkie kampanie. Był nawet świadkiem ostatecznego pokonania Roju przez legendarnego kapitana Timothy’ego Grangera, który zwabił ocalałe okręty wroga w głąb czarnej dziury i zniszczył je pociskami z ładunkami antymaterii.

Jednak nic nie przygotowało go na to, co właśnie usłyszał.

– Chcesz… chcesz… – Niedowierzanie nie pozwoliło mu dokończyć. – No dobra, powtórz jeszcze raz, bo to, co mi się wydaje, że powiedziałeś, byłoby zbyt szalone, nawet jak na takiego półgłówka jak ty.

Jego syn, porucznik Ethan „Sukinkot” Zivik, skrzywił się.

– Półgłówek? Owszem, jestem szalony, ale nie zwariowałem! Proszę cię, tato, stać cię na bardziej wyszukane obelgi.

– Starałem się ująć rzecz dyplomatycznie.

Zivik musiał ugryźć się w język. Droczyli się i przekomarzali, ale z czasem udało im się pogodzić tak różne temperamenty. Mimo wszystko wciąż w obu pozostało napięcie. Według ojca Ethan zabił matkę, bo koniecznie chciał się popisać. Zdaniem syna ojciec był beznadziejny, bo opuścił rodzinę, a mimo to wciąż miał czelność krytykować postępowanie Ethana.

Jednak groźba zagłady cywilizacji miała zbawienny wpływ na rodzinne konflikty. Zazwyczaj.

– Dobra. Zacznijmy od początku, tato. – Zivik opanował się, aby nie przewrócić oczyma, choć wyraźnie miał na to ochotę. Wziął głębszy oddech i cofnął slajdy prezentacji wyświetlającej się na ścianie sali konferencyjnej. Doskonale wiedział, że ojciec nie znosił, gdy mówił do niego „tato” w obecności innych członków załogi. Teraz też go to poirytowało, chociaż w pomieszczeniu siedziała tylko Rayna Scott, główna mechanik okrętu i najbliższa przyjaciółka kapitana, oraz porucznik Jerusha Whitehorse, która jako dawna narzeczona Zivika praktycznie należała do rodziny.

– Od początku. I najlepiej tym razem bez tych odgłosów obrzydzenia.

– Zrobiłem to tylko raz, tato.

– Dwa razy. Nie żebym celowo liczył.

Porucznik Whitehorse odchrząknęła.

– Panowie – napomniała ojca i syna z uśmiechem.

Kapitan Volz wzruszył ramionami i skinieniem ręki nakazał Zivikowi przejść do prezentacji.

– Jak mówiłem, chodzi o nowe okręty Roju. Są wielkie. Ogromne. Gigantyczne. A do tego poziomem mocy wykraczają poza skalę. Jeden z takich okrętów może bez problemu przeorać powierzchnię Ziemi albo Brytanii w maksimum dziesięć minut. Układy zasilające i uzbrojenie nie odbiegają od normy, a na ile nam wiadomo, podobnie jest z komputerami pokładowymi. Pewnie niewiele się różnią pod tym względem od tych na „Niepodległości”.

– My, roztrzepańcy, będziemy się trzymać razem, prawda, maleństwo? – wyszeptała Rayna Scott do sufitu. Zwracała się do okrętu jak do własnego dziecka. Wszystkie okręty, na których służyła, tak właśnie traktowała.

– Dość powiedzieć, że zniszczenie podobnego monstrum będzie niemożliwe bez pomocy księżyców Grangera. Jednak wziąwszy pod uwagę, że nie możemy ani trochę kontrolować tych księżyców, a co gorsza, musimy polegać na… – Zivik urwał, gdy uświadomił sobie z niedowierzaniem, co zamierza powiedzieć. – Na dawnym kapitanie floty, który liczy sobie trzynaście miliardów lat, bo tylko on potrafi sterować tymi księżycami. Chyba trzeba wymyślić, jak możemy się bronić bez… bez jego pomocy. W obecnej sytuacji to chyba najważniejsze.

– Dzięki za wstępne informacje, które wszyscy doskonale znamy. A teraz przejdź do rzeczy. I postaraj się, żeby tym razem nie zabrzmiało to tak głupio jak poprzednio. – Volz niecierpliwie tupnął nogą.

Zivik znowu powstrzymał się od przewrócenia oczami.

– Wiemy, że Rój można zwabić praktycznie do dowolnej lokacji przy pomocy silnego impulsu metaprzestrzennego. Wystarczy wykorzystać obwód wzmacniający i eksplozję ładunku antymaterii albo jądrowego. Można też użyć naszych transmiterów metaprzestrzennych, o ile ustawi się je na moc wyższą niż… wyższą niż należy. Jednak do tej pory wykorzystaliśmy tę metodę tylko raz, na dodatek przez przypadek, więc nie ma pewności, czy można na niej polegać…

– Na razie nie dysponujemy niczym więcej. Mów dalej.

– Jasne. – Zivik odwrócił się do wyświetlonej prezentacji. O niczym innym nie marzył, jak aby tylko wrócić do kokpitu i zająć się strzelaniem do obcych myśliwców, zwłaszcza że chciał pobić rekord ustanowiony przez ojca, który ponad trzydzieści lat temu, podczas drugiej wojny z Rojem, zniszczył w jednej bitwie sto obcych maszyn. Jednak został oddelegowany do opracowania strategii, która pozwoliłaby pokonać ogromne okręty wroga. – Wygląda na to, że im większe jest natężenie impulsu metaprzestrzennego, tym bardziej skuteczne wezwanie. Przynajmniej tak wynika z danych, które udało się uzyskać podczas dwóch takich zdarzeń. Należy zatem założyć, że jeżeli zdetonujemy ładunek antymaterii, a najlepiej dziesięć, i przekierujemy większość energii wybuchu do metaprzestrzeni w krótkim czasie, powiedzmy, na dziesięć nanosekund, powinniśmy przyciągnąć uwagę Roju i zapewne ściągnąć w miejsce eksplozji wszystkie jego okręty.

Volz zaśmiał się chrapliwie.

– Sporo tych „jeżeli”, ale niech będzie.

– No to przejdźmy do tego, co zrobimy. Polecimy na Penumbrę, do tej samej czarnej dziury, do której Granger zwabił Rój trzydzieści lat temu. A potem w zasadzie zrobimy to samo, co on, tylko że tym razem zdetonujemy ładunki z obwodami wzmacniającymi tuż przy horyzoncie zdarzeń, najbliżej jak się uda, i będziemy czekać w nadziei, że wszyscy wrogowie pojawią się dokładnie w wybranej przez nas lokacji.

– A co ich powstrzyma od skoku kwantowego, gdy tylko zorientują się, że zaraz zostaną wciągnięci do czarnej dziury?

– Naszpikujemy ich kadłuby urządzeniami zakłócającymi pole kwantowe. Powinny wystarczyć dwa lub trzy na okręt. Trzeba podlecieć blisko, bardzo blisko, i wystrzelić bloker pola kwantowego tak, aby utkwił w poszyciu, a wtedy: bach! Rój nigdzie nie ucieknie, a czarna dziura wykona za nas brudną robotę.

Volz pogładził się po podbródku.

– Powiem szczerze, poruczniku, że teraz wydaje się to jeszcze głupsze niż poprzednim razem.

Tym razem Zivik przewrócił oczami. Przez chwilę milczał, żeby się opanować.

– Uda się.

– A niby skąd będzie wiadomo, ile okrętów Roju pojawi się w wybranej lokacji? Co się stanie, gdy przygotujemy się na przyjęcie dziesięciu, a pojawi się o wiele więcej, uzbrojonych po zęby i gotowych do walki? Nie ma mowy, żeby udało nam się podłączyć tyle urządzeń zakłócających naraz, więc okaże się, że tylko ściągniemy w pobliże Ziemi kilkadziesiąt okrętów Roju, niemal komicznie ogromnych, i na dodatek je wkurzymy. Idiotyczny pomysł. A nawet gorzej: szalony.

– Robimy, co możemy, z informacjami, jakie mamy, kapitanie. – Zivik zwracał się do ojca per „kapitanie” tylko wtedy, gdy naprawdę był na niego zły.

– Bzdury. Równie dobrze możemy wsadzić sobie w usta pistolet i pociągnąć za spust. I tak będzie to lepsze niż twoja propozycja.

– Dobrze, świetnie. Świetnie! Może trzeba to dopracować, ale przynajmniej mam coś na początek, nie?

Tym razem to Volz przewrócił oczami.

– To raczej jakiś żart.

– Dobra, skoro tak mówisz! – Zivik machnięciem ręki zamknął ekran. – Mam dość. Znajdź sobie lepszego stratega. Lepiej bym sobie poradził, gdybym zaprosił na randkę królową Roju, popełnił głupstwo w pokoju hotelowym, zrobił jej dziecko, wygrał proces o prawa rodzicielskie, a potem zabrał tego bękarta, hybrydę Roju i Sukinkota, do parku rozrywki, w którym przekupiłbym go watą cukrową i kilkoma przejażdżkami na karuzeli, żeby wrócił do swoich i poprosił, aby już więcej nie atakowali Ziemi. Na pewno osiągnąłbym więcej, niż gdybym próbował do czegoś przekonać ciebie, tato!

Ruszył do drzwi tak szybko, że ledwie zdążyły się przed nim rozsunąć. Kiedy się zamknęły, w sali konferencyjnej zapanowała cisza jak makiem zasiał, a troje oficerów floty dopiero zaczynało rozumieć, co Zivik właśnie powiedział.

– Nie… To nie fair. Można mnie przekonać. W zeszłym tygodniu przekonał mnie, że Sokoły Brytanii mają lepszą obronę niż Drapieżcy z Callisto.

Whitehorse pokręciła głową. Rayna zachichotała.

– To było naprawdę dramatyczne i burzliwe wyjście.

– Traktujesz go zbyt surowo. – Whitehorse popatrzyła na Volza z mieszaniną irytacji i desperacji.

Desperacji ostatnio nie brakowało, a Volz doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

– No wiesz… Jeżeli wkrótce czegoś nie wymyślimy, zginiemy. Nie tylko my, ale cała ludzkość. Obie o tym wiecie. Przypominacie sobie, co się stało w zeszłym tygodniu na Nowym Dublinie? Milion ludzi usmażonych w mgnieniu oka. A to dopiero początek. Milion ofiar. Jeżeli chcesz pieścić się z Ethanem, byle nie zranić jego uczuć czy męskości, proszę bardzo, ale beze mnie. I, na litość boską, tak, potrzebujemy nowego stratega, bo jeżeli niczego nie wymyślimy, czeka nas szybka i bolesna śmierć. – Kapitan uderzył pięścią w stół mocniej, niż zamierzał, i zaklął, gdy poczuł ból.

Odpowiedziała mu cisza.

– Jakieś wieści od Shelby? – odezwała się wreszcie Rayna.

Volz spojrzał na nią ponuro.

– Wciąż się nie ujawniła. Władze są przekonane, że zabiła prezydenta Zjednoczonej Ziemi, a to bardzo źle wpływa na reputację. Trudno wtedy znaleźć zaciszną przystań.

– Chojrak, na ile ją znam, Shelby pewnie już coś planuje. Rozwiązuje cholerny problem. Właśnie tym się zawsze zajmowała. Wreszcie się pojawi. A kiedy tak się stanie… nastąpi puf! – Rayna klasnęła radośnie.

Volz skinął głową.

– Obyś miała rację, bo nie wiem, co jeszcze można zrobić. Sytuacja w tej chwili nie wygląda za dobrze. Bez floty… księżyców, patrolujących naszą przestrzeń, i bez tajemniczego Jezusa-Grangera u sterów, za kilka tygodni będziemy tylko wspomnieniem.

Ponownie zapadła cisza, gdy we troje zastanawiali się nad niemal niemożliwym tokiem wydarzeń, w którym martwy kapitan Granger wrócił z czarnej dziury i przekształcił kilkanaście księżyców w potężne stacje bojowe, aby obronić sektor Ziemi przed inwazją Roju.

Przerwał im nerwowy głos z interkomu:

– Kapitanie! Właśnie odebraliśmy wezwanie alarmowe z Brytanii!

Whitehorse pobladła.

– Mój Boże – westchnął Volz. – Rój?

– Tak jest, kapitanie. Trzy okręty Roju wykonały skok kwantowy i kierują się prosto na planetę.

Volz zerwał się na równe nogi i pognał do drzwi.

– Brytania to nasza największa planeta. Ruszajmy! Pora na przedstawienie.