Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 14


Brytania, rogatki Whitehaven

Magazyn spółki holdingowej Nil

Kiedy Keen wreszcie zobaczył klienta, z niedowierzaniem zmierzył go wzrokiem. Po aluzjach swojego zwierzchnika sądził, że pojawi się co najmniej dobrze sytuowany plutokrata. Jakiś trylioner szukający zaopatrzenia swojej posiadłości w zapasy… czegoś, co trylionerzy składowali, żeby wystarczyło na całe życie. Trunki? Pienista cola? Kobiety? Firma Nil nie miała na składzie nic podobnego, ale Keen podejrzewał, że spółki podległe albo partnerzy korporacyjni posiadali znacznie szerszy asortyment.

Jednak nie dlatego się gapił. Klient nie miał twarzy. A raczej nosił maskę – hełm od kombinezonu ciśnieniowego z lustrzaną przyłbicą. Nie wiadomo było nawet, czy to on, czy ona.

I jeszcze ten głos.

– Połowa ładunku powinna trafić już do transportu, panie Hishell. Mój przedstawiciel bankowy mówi, że właśnie przed chwilą wykonał przelew.

Głos brzmiał niemal jak u robota. Albo klient miał implant mowy, albo w hełmie znajdowało się urządzenie zniekształcające. Z pewnością ten ktoś nie chciał zostać rozpoznany.

Co oznaczało, że zapłata będzie wyższa, niż można by zakładać. Keen uśmiechnął się pod nosem. Cholera, nie tylko będzie mógł sobie kupić knajpę, ale jeszcze wystarczy na apartament w Whitehaven. A może nawet uda się wrócić na Ziemię, nabyć nieruchomość w Tennessee albo mieszkanie w Nowym Jorku czy Seattle.

Joe Hishell, kierownik magazynu, sprawdził podręczny terminal i również się uśmiechnął.

– W rzeczy samej, przelew doszedł. – Popatrzył na Keena, starając się, aby klient nie dostrzegł jego zadowolenia. Podał terminal Chrisowi i odwrócił się od nieznajomego w masce, aby sprawdzić kilka drobiazgów.

Keen popatrzył na urządzenie, nadal podłączone do rachunku transakcyjnego magazynu.

Sto milionów dolarów.

O kurwa. Jasne, większość zgarnie firma, ale premia wyjdzie astronomiczna. I dodatkowo… Keen upewnił się jeszcze raz… O tak! Klient dodał hojny napiwek. Milion dla niego i kierownika. Pięćset tysięcy za trzymanie gęby na kłódkę. Tyle wystarczy nie tylko na spłatę długu, lecz także na zakup domu tutaj, w Whitehaven.

Najlepszy dzień w życiu.

Keen odchrząknął.

– No to biorę się do załadunku tej przesyłki, panie…? – Odwrócił się do kierownika, oczekując, że ten podpowie mu nazwisko klienta. Ze wszystkich sił starał się powstrzymać od wybuchu dzikiej radości, od uśmiechu, chwycenia klienta za rękę i uściśnięcia jej mocno. – Nieważne. Co to za ładunek?

Odpowiedzi udzielił klient.

– Gal.

– Gal? – „Ach, intrygujące”. – Ile? Dziesięć kilogramów? Sto?

– Wszystko.

Keen zamarł, gdy usiłował sobie przypomnieć, ile tego było na składzie. Podstawowe chemikalia, komponenty i pierwiastki stanowiły specjalność holdingu Nil, firma zaopatrywała wszystkie rządowe placówki badawcze i laboratoria oraz prywatnych partnerów naukowych.

– Uch… Wszystko? Zdaje się, że mamy jakieś pięćdziesiąt ton metrycznych galu, ale nie wiem, czy…

– Wszystko.

Milion dolarów. I jeszcze premia, której Keen na razie nawet nie próbował obliczyć. Pewnie co najmniej ze dwa miliony.

– Już się robi, pszepana. Ładunek będzie gotowy do jutra, do końca zmiany.

– Nie. Ma być już dziś. Zostań cały dzień, jeśli trzeba. Ten gal musi się znaleźć w transporcie jak najszybciej. Zrozumiano?

Keen zgodził się bez wahania, w głowie miał tylko jedną myśl, powtarzającą się jak mantra: „Trzy miliony dolarów… trzy miliony dolarów… Trzy…”.

– Zrozumiano. Wszystko będzie gotowe pod koniec dnia. Miejsce dostawy?

Obcy pokręcił głową.

– Nie musicie wiedzieć.

Joe Hishell wzruszył ramionami.

– Owszem, nie musimy znać dokładnej lokalizacji, ale wybór środka transportu zależy od odległości. Czy mamy to dostarczyć do jakiegoś miejsca na planecie? A może na Calais albo jedną ze stacji wokół niej? Albo na Ziemię? Albo jeszcze dalej?

– Jeszcze dalej. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

Keen kiwnął głową, w której wciąż powtarzała się trzymilionowa mantra.

– Dobrze. Przeniosę ładunek na jeden z naszych frachtowców dalekiego zasięgu. Chyba na „Złośnicę”, bo ze wszystkich naszych jednostek ma najlepszy napęd do skoków kwantowych. Dotrze pan do celu w mgnieniu oka.

Klient cofnął się nieco.

– To ty dotrzesz do celu w mgnieniu oka. Trzeba dostarczyć przesyłkę. Nie mam czasu na wycieczki… Muszę… muszę się zająć pilniejszymi sprawami.

Klient podał Keenowi podręczny tablet z listą dodatkowych wymagań dla ładunku – rodzaj kontenera, w którym ma być przetransportowany gal, jakieś wyposażenie do rozpylania i rozpryskiwania oraz proste orbitalne silniki manewrowe, które należy doczepić do obudowy. Najwyraźniej klient życzył sobie, aby ładunek został dostarczony i ustawiony na określoną orbitę. Nieważne. Zapłacił naprawdę dobrze. O wiele lepiej, niż można by oczekiwać. Cena za ładunek i dostawę była astronomiczna. Gdyby ten klient zażyczył sobie, żeby gal dostarczyć w pozłacanych workach, Keen i Hishell spełniliby żądanie bez wahania.

Za takie pieniądze mogliby nawet zatańczyć i zaśpiewać przy dostawie.

ROZDZIAŁ 15


Orbita Mao Wielkiej

Kokpit myśliwca porucznika Zivika

Statek ratunkowy się spóźniał. As miała coraz mniej czasu. Zivik wiedział, że jeżeli dziewczyna wykrwawi się i straci przytomność, zapewne już się nie ocknie.

Musiał działać szybko.

– Dobra, As, trzymaj się mocno, statek ratunkowy już leci – powiedział. Awaryjne ogniwa zasilające wciąż miał naładowane, więc zrobił coś, co w normalnych warunkach uznano by za skrajną głupotę.

Przekierował rezerwę mocy do ocalałych silników wspomagających. Zanim włączył przyśpieszenie, sprawdził, czy maszyny jego i As wciąż są połączone. Były. Dwudziestometrowa lina holownicza napięła się, zaczep trzymał mocno.

– Sukinkot, mamy dziwne odczyty mocy z twojej maszyny – zauważył dyspozytor.

– Przekaż do statku ratunkowego, że spotkamy się z nim w połowie drogi. Może nawet bliżej, jeżeli się uda… – Zivik włączył napęd. Potężne przeciążenie wbiło go w fotel, ale zdążył chwycić stery. Musiał zadbać, żeby As nie doświadczyła podobnego szarpnięcia.

Zanim się obejrzał, prawie dotarli na miejsce. Statek ratunkowy przed chwilą opuścił hangar. W ostatniej chwili Zivik wykonał zwrot swoim uszkodzonym i poobijanym myśliwcem, aby uniknąć kolizji, a potem zwolnił na tyle, żeby zespół ratunkowy zdołał przechwycić obie maszyny.

– Sukinkot, wykrywam, że twoja rezerwa mocy została zużyta i nie działają już systemy podtrzymywania życia…

– Wszystko w porządku, jestem w skafandrze. Wytrzyma jeszcze kilka minut. Trzeba najpierw zabrać As.

Przechwycenie myśliwców zajęło więcej czasu, niż Zivik się spodziewał. Wreszcie jednak statek ratunkowy pociągnął obie maszyny i łagodnie posadził na lądowisku w hangarze „Niepodległości”. Pilot wyskoczył z kokpitu, ledwie uchylił się właz, i od razu podbiegł do zniszczonego myśliwca As.

Ratownicy właśnie ją wyciągali.

Była zakrwawiona.

„Kurwa, kurwa, kurwa…” – przeklinał Zivik w duchu. Sanitariusze przypięli w tym czasie dziewczynę do noszy, zrobili zastrzyk i ruszyli z ranną do śluzy wewnętrznej. Zivik pognał tuż za nimi pomimo przenikliwego bólu w kostce… Kiedy to się stało? Zranił się podczas walki? Nie miało to znaczenia, liczyło się tylko ocalenie dziewczyny. Znowu zgrywał bohatera.

Szlag. Spodobała mu się As? Co z nim było nie tak, że zakochiwał się kobietach, które ratował?

Zanim zdążył się zastanowić, sanitariusze dotarli już do pokładowego szpitala. Zivik chciał wejść za nimi na oddział chirurgiczny, jednak drogę zastąpiła mu pielęgniarka.

– Dalej nie wolno, poruczniku.

– Ale…

– Powiedziałam, że dalej nie wolno. – Kobieta spojrzała na pilota surowo. – Wykonał pan swoją robotę, teraz nasza kolej.

Drzwi zasunęły się z cichym trzaskiem tuż przed nosem Ethana. Pilotowi nie pozostało nic innego, jak tylko czekać. Zaczął spacerować pod ścianą, próbował też zajrzeć za szybę, ale gdy w gabinecie zabiegowym znalazła się As, okno zasłonięto żaluzją. Szlag. Dotarł za późno, prawda?

Sara Batak nie żyła. Ten dzieciak, którego zostawił w bazie naukowej na Ido, też nie żył.

A zaraz straci kolejną osobę…

ROZDZIAŁ 16


Proctor wiedziała, że śni, ale jak zwykle nie mogła powstrzymać znanego toku zdarzeń.

– Masz strzał jeden na milion, Shelby – powiedziała jej siostra. I miała rację. Shelby popatrzyła przez celownik na ptaka w oddali. Siedział na gałęzi akacji na sawannie. Upierzenie miał fioletowe, przetykane żółcią i jaskrawym oranżem. Shelby nie widziała nawet, czy był to właśnie ten gatunek – czasami programy symulatora okazywały się dość kreatywne – ale nazywano go elfim ptakiem, bo haczykowaty dziób i ciekawskie usposobienie przypominały postać elfa z powieści fantasy.

Tu i teraz jednak ptak był rzeczywisty, a Shelby zamierzała go trafić, niezależnie od tego, czy znajdował się o dwa kroki od niej, czy – zerknęła na zasięg strzelby w parametrach broni – o dwieście metrów.

Shelby przesunęła palcami po paciorkach różańca i wymamrotała zwyczajową modlitwę, na którą natrafiła podczas przygodnych wirtualnych polowań z Carlą.

– Święta Mario, łaskawa pani, pomóż odstrzelić jednego z tych drani. Święta Mario, łaskawa pani, pomóż odstrzelić…

 

Carla skrzywiła się z niechęcią.

– Przestań. Mama powiedziała, że to bluźnierstwo.

– Sama bluźnisz, Carla. Przeszkadzasz mi w strzelaniu. Zasięg strzału to świętość. Twoje gadanie to większe bluźnierstwo niż nazywanie magazynka „wkładką”.

Carla przestała się krzywić, na jej twarzy odmalował się przebiegły uśmieszek. Przysunęła usta do ucha Shelby, gdy siostra zaczęła naciskać spust.

– Jeden na milion – szepnęła.

Strzał był mocno chybiony, a ptak odleciał z łopotem skrzydeł i skwirem. Fioletowe i żółte pióra opadły na ziemię. Shelby odwróciła się do siostry wściekła.

– Niech cię szlag, Carla! Już go miałam, ale wszystko zepsułaś!

Carla zachichotała tak, jak tylko dwunastolatki potrafią.

– Przecież to nawet nie jest prawdziwa strzelba. Dostosuj sobie program automatycznego celowania i będziesz miała to z głowy. No chodź. Chcę już do domu. Zmęczyłam się.

Shelby zmarszczyła brwi.

– Za parę minut. Tylko trafię tego cholernego elfiego drania.

– I przestań przeklinać. Wiesz, że mama tego nie znosi. Jak się dowie, będziesz musiała wieczorem odmówić chyba ze sto zdrowasiek.

– Nie dowie się, chyba że znowu na mnie naskarżysz – uśmiechnęła się Shelby złośliwie. – Daj spokój, Carla, mam już czternaście lat i mogę przeklinać, ile chcę i kiedy chcę.

Przyjęła znowu pozycję gotowości do strzału, którą komputer odczytał i odpowiednio zinterpretował, po czym wyświetlił ptaka o fioletowo-żółtym upierzeniu. Mimochodem Shelby zaczęła się zastanawiać, czy takie ptaki istnieją naprawdę. Bez wątpienia wyglądałyby egzotycznie. Może pochodziły z bujnej sawanny na Brytanii lub z Kadyksu. Na tych planetach żyły najpiękniejsze ptaki…

Cel sfrunął spod baldachimu gałęzi i przysiadł w tym samym miejscu co wcześniej. Otrzepał się i zaczął wygładzać pióra…

– No dobra, Carla, zaczynamy. Jeden na milion. Patrz i podziwiaj… – Shelby przygryzła usta, powtórzyła w duchu swoją bluźnierczą modlitwę i pociągnęła za spust.

Chybiła.

– Szlag! – Uderzyła pięścią w wielkie powalone drzewo, o które się opierała, żeby zachować równowagę. – No dobra, jeszcze raz i…

Odwróciła się do siostry, żeby namówić ją na jeszcze kilka minut ćwiczeń.

Jednak Carla leżała na ziemi wśród brązowych, opadłych liści. Kilka zaplątało się w jej długie włosy.

Oczy miała zamknięte.

– Carla? Postanowiłaś się zdrzemnąć? Mamy robotę. No już. Obiecałaś mi pomóc…

Shelby przerwała, gdy dostrzegła strużkę krwi ściekającą z nosa siostry.

– Carla? Carla! – Potrząsnęła siostrą, ale dziewczyna się nie ocknęła.

Właśnie wtedy, nawet we śnie, Shelby Proctor uświadomiła sobie, że ta chwila to początek koszmarów, które będą do niej powracać przez dziesiątki lat…

ROZDZIAŁ 17


Ziemia, Dolny Manhattan

Posiadłość prezydenta Zjednoczonej Ziemi

– Agencie Carter, proszę zejść mi z drogi.

Prezydent Theodore A. Quimby uważał się za Człowieka z Ludu. Wielkimi literami. Bądź co bądź nie każdy wygrywa wybory z wyraźną przewagą, a jemu udało się zyskać poparcie czterdziestu dziewięciu z sześćdziesięciu dwóch światów, czyli niemal pięćdziesiąt miliardów głosów. W takiej sytuacji łatwo sobie wmówić, że zyskało się uwielbienie ludzi. I łatwo uznać, że krzyczące milionowe tłumy na wiecach to wyraz uwielbienia, a nie pokaz niechęci dla kontrkandydata.

Dlatego kiedy miesiąc temu pojawił się obcy okręt, prezydent zmuszony był zmienić swój kalendarz celebryckich spotkań i po raz pierwszy przyjąć u siebie generałów oraz oficerów wywiadu. Bardzo się tym zdenerwował. Nie tylko zginęło wtedy sporo niewinnych ludzi, a okręt „Chesapeake” został zniszczony, lecz na domiar złego ochrona osobista zaczęła sprzeciwiać się każdemu zajęciu, któremu do tej pory poświęcał się jako prezydent.

Nie wolno mu było ściskać rąk osobom z tłumu. Nie mógł biegać po Central Parku, wpadać niezapowiedziany do barów szybkiej obsługi i kupować sobie burgera albo curry, a potem strzelać fotek z przypadkowymi wyborcami.

Theodore A. Quimby był najpotężniejszym człowiekiem w Galaktyce. A stał się więźniem.

– Proszę pana – powiedział agent Carter – nie mogę panu pozwolić na opuszczenie posiadłości bez mobilnej ochrony.

Mężczyzna swoim atletycznym ciałem praktycznie barykadował tylne drzwi rezydencji.

– Brednie. Jestem cholernym prezydentem Zjednoczonej Ziemi. Głosowało na mnie więcej ludzi, niż na jakiegokolwiek innego przywódcę w historii ludzkości. Robię, co, kurwa, chcę. – Quimby próbował ominąć postawnego agenta. – Chodź, Kal! – zawołał do swojego osobistego ochroniarza Kalvina Quinkerta. – Idziemy pobiegać, czy to się podoba Małemu, czy nie.

Mały – agent Carter – nie dał się zastraszyć, a jedynie rozkrzyżował ramiona, aby całkowicie zastawić przejście.

– Gratuluję zwycięstwa w tak wielkich wyborach, proszę pana, ale to nie znaczy, że się ruszę. Proszę poczekać na pojazd i resztę ochrony mobilnej.

Quimby wyciągnął palec w stronę nosa ochroniarza.

– Nie zamierzam biegać w obstawie cholernych pojazdów opancerzonych i dwudziestu uzbrojonych agentów, którzy nie mogą dotrzymać mi kroku!

Zanim agent Carter zdążył odpowiedzieć, na korytarzu zaroiło się od asystentów prezydenta wraz z szefem personelu.

„Jasna cholera!”

– Panie prezydencie… – zaczął Bird.

– Możesz mi dać dwadzieścia minut, Mick?

Mick Bird, szef personelu prezydenckiego, z powagą pokręcił głową. Zawsze był taki poważny. Jak przeklęty grabarz. Quimby zaczął się zastanawiać, po jaką cholerę zatrudnił tego faceta. Ach, racja. Ten bogaty dupek, wiceprezydent John Sepulveda, szósty, ósmy lub któryś tam z rodu, nalegał, aby jego kuzyn dostał przyzwoite stanowisko. Quimby spłacał polityczne długi.

– Proszę wybaczyć, pani prezydencie, ale to admirał naczelny Oppenheimer. Czeka w pana gabinecie.

Quimby westchnął pokonany.

– Dobra.

Pozwolił, aby eskortował go agent Carter. Za agentem ruszył osobisty ochroniarz, a potem Bird i jego asystenci.

„Szlag, gdzie nie pójdę, robi się cyrk”.

Kiedy stanął w progu gabinetu, Oppenheimer wstał. Pod oczami miał ciemne podkowy i było jasne, że dowódca Zjednoczonych Sił Obronnych nie spał wiele przez kilka ostatnich tygodni.

– Panie prezydencie, mamy problem.

– Kolejny? – Quimby opadł na fotel za biurkiem. Pogodził się z porażką. Może jutro uda się wybrać na przebieżkę. Pochylił się, żeby zdjąć obuwie sportowe i założyć kapcie. Gdyby mógł, chętnie cofnąłby się w czasie o trzy miesiące i postarał, aby wybory wygrał jego przeciwnik. Stanowisko prezydenta okazało się… koszmarnie niewygodne.

– Proctor znowu się stawia. Sprzeciwia się rozkazom, dopuszcza samowolki. Na dodatek fraternizuje się ze Skiohra bez odpowiednich zezwoleń.

Quimby niecierpliwie machnął ręką, a potem pomasował sobie skronie.

– Powoli, powoli. Cofnijmy się do początku. Czy operacja się udała? Impuls metaprzestrzenny zadziałał?

Oppenheimer wyraźnie się skrzywił.

– Właśnie to usiłuję panu powiedzieć. Proctor stawia opór. Rozkazałem jej wykorzystać impuls przeciwko okrętom Dolmasi. Początkowo tak zrobiła, ale wykorzystała tylko jedną dziesiątą mocy, a potem zrezygnowała zupełnie i pobiegła do Skiohra po pomoc…

– Chwileczkę! Zostawiła Mao, wytropiła Skiohra i sprowadziła ich do bitwy?

Oppenheimer wzruszył ramionami.

– No nie. Niezupełnie. Statek Skiohra, „Dobroć”, pojawił się w trakcie bitwy i…

– Ten sam statek, z którym ścierali się Granger i Proctor podczas drugiej wojny z Rojem, tak?

– Tak jest, panie prezydencie. Ten, z którym podczas wojny zderzyła się „Konstytucja”. Pojawił się, a Proctor rozpoczęła nieautoryzowane rozmowy i przekonała Skiohra, żeby zmusili Dolmasi do przerwania ataku.

Quimby pochylił się nad biurkiem.

– Czyli… proszę mnie poprawić, admirale, jeśli się mylę… opanowała sytuację? Jak dla mnie wygląda to na sukces. Czy mogę już wyjść i pobiegać?

Twarz Oppenheimera poczerwieniała. Chyba uważał, że wyjaśnianie spraw militarnych cywilowi jest poniżej jego godności.

– To znaczy, panie prezydencie, że główne siły Dolmasi uciekły. Dolmasi dopuścili się niesprowokowanego aktu agresji wobec nas, a kiedy byliśmy już bliscy zwycięstwa, Proctor pozwoliła im się wymknąć.

„O Boże… Pokazywanie, kto ma większego”. Prezydent Quimby splótł dłonie na biurku.

– Czyli wygląda na to, że mamy już dwoje samowolnych admirałów, tyle że tym razem nie chodzi o interesy i zarabianie na wojnie, lecz o powstrzymanie konfliktu. Proszę mi powiedzieć, zwolnił pan już Mullinsa?

Oppenheimer milczał, a kiedy wreszcie się odezwał, w jego głosie brzmiał lód.

– Sytuacja nie uległa zmianie, panie prezydencie. – Naczelny admirał chyba nie lubił mówić o kłopotach z Mullinsem. Jego mina i głos wyraźnie na to wskazywały. – Nie można go tak po prostu zwolnić ze służby. Jako praktycznie szef Shovik-Orion wywołałby niewyobrażalny chaos we wszystkich naszych systemach militarnych.

– Ośmieli się to zrobić?

– Miesiąc temu powiedziałbym, że nie. Zapewniłbym, że Mullins to patriota, który nigdy nie posunąłby się do czegoś tak… brawurowego i lekkomyślnego. Ale dzisiaj? – Oppenheimer zmarszczył brwi i założył ramiona na piersi. – Pracuję już nad rozwiązaniem tej kwestii… Nad sposobem na zmniejszenie naszej zależności od produkowanych przez Shovik-Orion systemów uzbrojenia. A wtedy, jeżeli uznamy, że tę korporację trzeba odciąć od floty, szkody będą znacząco mniejsze. Niestety, taki plan wymaga wielu lat przygotowań. Przepisanie programów i zastosowanie inżynierii wstecznej na niemal każdym systemie naszej floty to ogromne przedsięwzięcie. Na dodatek trzeba to zrobić bardzo dyskretnie, żeby dranie się nie zorientowali i nie zaczęli burzyć.

Quimby niecierpliwie machnął ręką.

– Dobrze, dobrze, już o tym rozmawialiśmy. Dlaczego pan do mnie przyszedł? Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę dzisiaj pobiegać?

– Proctor. Jak powiedziałem…

– Tak, tak, to nieznośna suka. Ale też bohaterka wojenna, Christianie. Zasłużyła sobie, żeby być admirałem na bardzo długiej smyczy.

– Nie wtedy, gdy naraża misję! – Oppenheimer wyraźnie się zdenerwował.

– Jaką misję? Zwyciężyć w wojnie przeciwko nowemu zagrożeniu? Przeciw tym… Golgotom czy jak ich nazwaliśmy? Wydaje mi się, że Proctor ma już na koncie wygraną wojnę z obcymi, prawda? A na pierwszej odprawie wywiadu dowiedziałem się, że ponad dwanaście lat temu to w zasadzie Proctor wytropiła i zniszczyła ostatnie okręty Roju. No, a teraz mogę już pobiegać?

Oppenheimer westchnął.

– Panie prezydencie, myślę, że pora już… żebym wyjawił wszystko. – Admirał mówił jak człowiek grający w pokera, który zamierza odsłonić karty, ale nie jest pewien, czy są wystarczająco mocne, jak na wylicytowaną stawkę.

„Niech to lepiej będzie coś naprawdę ciekawego”.

– Chcesz powiedzieć, że do tej pory nie ujawniłeś mi wszystkiego? Zdajesz sobie sprawę, że jestem cholernym zwierzchnikiem sił zbrojnych, prawda?

– Bo tu raczej nie chodzi o fakty, lecz o przeczucia. Ale oparte na twardych danych z wywiadu. Najbardziej tajnych danych. Miesiąca byłoby za mało, aby wprowadzić pana we wszystkie informacje wywiadowcze oraz niezwykle skomplikowane szczegóły naszej historii w związku z Rojem i podległymi mu rasami. Sądzę, że ten nowy okręt, okręt Golgotów, to… Nie, może lepiej zacznę od początku. – Oppenheimer wstał z fotela i zaczął spacerować po gabinecie. – Kiedy Rój zaatakował pierwszy raz, prawie sto lat temu, wszystko było proste. Obcy próbowali przeprowadzić inwazję, a my walczyliśmy, żeby tak się nie stało, i bez wyraźnego powodu przeciwnik się poddał. Wycofał. Wygraliśmy. Ale potem… trzydzieści lat temu Rój wrócił.

Quimby skinął głową.

– Teraz już wiemy dlaczego, jak mi się zdaje. Cykl orbitalny czarnej dziury i jej czerwonego karła w systemie podwójnym Penumbry otwierał metaprzestrzenny… yyy… wyłom do uniwersum, z którego pochodzili ci obcy. Powtarzało się to regularnie co sto pięćdziesiąt lat. Ale wtedy Rosjanie, rządzeni przez prezydenta Małakowa, otworzyli przejście wcześniej dzięki technologii wytwarzania sztucznych osobliwości i w ten sposób podarowali nam drugą wojnę z Rojem. Mój ojciec był wówczas przewodniczącym Senatu. Opowiedział mi o tym.

– Dokładnie tak było. Ale pominął pan część historii. Podczas pierwszej wojny z Rojem sprawa wydawała się prosta, bo w walce uczestniczył tylko Rój. Jeden wróg. Wszystko było jasne, oprócz oczywiście politycznych i dyplomatycznych bzdurnych potyczek z Rosjanami, Chińczykami i Kalifatem. Jednak podczas drugiej wojny z Rojem ni stąd, ni zowąd pojawili się Dolmasi. Rasa obcych, którzy twierdzili, że znajdowali się pod wpływem Roju, dopóki „przypadkowo” nie odkryli, jak się od tego wpływu uwolnić. A miesiąc później, jak wiadomo, pojawili się Skiohra, którzy przedstawili jakieś niejasne brednie o tym, jak to działania Grangera podczas bitwy o Nowy Dublin magicznie uwolniły spod władzy Roju również ich.

 

– O tym nie miałem pojęcia – przyznał z wahaniem Quimby. – Jak tego dokonał? Jak uwolnił obcych spod wpływu Roju?

– To bez znaczenia. Ma to coś wspólnego z jego interakcją w Więzi, metaprzestrzennym połączeniu wszystkich ras związanych z Rojem, które umożliwia im rozmowy za naszymi plecami, oraz z rosyjską technologią wytwarzania osobliwości. Chodziło o pomieszanie mechaniki kwantowej, na której opiera się Więź, z ogólną teorią względności, rządzącą osobliwościami. Jednak nie to jest najważniejsze. Chodzi o to, że kiedy pojawili się Skiohra, przyznali się Grangerowi, że Rój składa się nie z jednej rasy, ani nawet z dwóch czy trzech, lecz z siedmiu. Nazwali to Konkordatem Siedmiu.

Quimby zgrzytnął zębami i zacisnął dłonie.

– Dlaczego opinia publiczna o tym nie wie? Dlaczego nic mi nie powiedziano?

– Właśnie mówię. Jest pan prezydentem od niedawna, a informacji, które powinien pan znać, nie brakuje. Niestety, wymaga to czasu, panie prezydencie. A gdybyśmy powiedzieli opinii publicznej, że tak naprawdę było siedem ras obcych… Mój Boże, proszę sobie wyobrazić, jaka wybuchłaby panika. Wystarczy, że gdzieś tam w przestrzeni czają się Dolmasi i Skiohra. Dobrze, że zazwyczaj trzymają się z daleka i zajmują własnymi sprawami, bo sytuacja zrobiłaby się naprawdę nieprzyjemna.

„No, zdecydowanie, powinienem był darować sobie te wybory”. Quimby odchylił się na oparcie fotela i zarzucił nogi na biurko.

– No dobrze. A kim jest reszta z tej siódemki?

Oppenheimer zaczął wymieniać i liczyć na palcach.

– Jeden to płynna rasa Valarisi, którą uważaliśmy za Rój, ale okazało się, że to gatunek, który Rój przejął i nim zawładnął. Rasa ta została całkowicie zniszczona przez naszą znajomą, Shelby Proctor. Drugi gatunek to prawdziwy Rój, który nazywamy Metaprzestrzennym Rojem, czyli istoty, które wywierały wpływ przez czarną dziurę w układzie Penumbry i które zniewoliły Valarisi tysiące lat temu. Trzeci gatunek to Skiohra, czwarty – Dolmasi, piąty – Adanasi. Tak Rój nazwał nas, ludzkość. A przynajmniej ludzi, którzy znaleźli się w jego władzy. W tamtych czasach było to głównie rosyjskie najwyższe dowództwo.

– No szlag – westchnął Quimby. – Czy oni… czy nadal pozostają we władzy Roju?

Oppenheimer skrzywił się z irytacją, jakby pouczał dziecko. Quimby postanowił, że pozbędzie się tego dupka przy najbliższej okazji i zastąpi kimś innym.

– Oczywiście, że nie. Rój Metaprzestrzenny zginął. Granger całkowicie zamknął wyłom w układzie Penumbry przy pomocy pocisków z antymaterią, które dała mu prezydent Avery. A Rosjanie zrobili to, co umieją najlepiej – po wojnie odbyła się ogromna czystka. Małakow praktycznie wymienił całe najwyższe dowództwo. Domyśla się pan zapewne, co się z nimi stało.

– Zsyłka na Syberię?

– Albo jeszcze gorzej, do Kanady. Tak czy inaczej, zostały jeszcze dwie rasy, Findiri i Quiassi.

– Kim są ci obcy? Skąd pochodzą?

Oppenheimer wreszcie przestał spacerować i obrócił się do prezydenta. Popatrzył mu w oczy z powagą.

– Nie wiadomo.

– Co to znaczy: nie wiadomo?

– Po prostu nie wiadomo, ale mam pewne podejrzenia. Proszę pozwolić, że to wyjaśnię. – Admirał wyciągnął z kieszeni tablet z miniaturowym holoprojektorem i wyświetlił elegancką prezentację na ścianie gabinetu. Urządzenie było najwyższej jakości. Oppenheimer przygotował scenariusz tej rozmowy, a przynajmniej swoją część, i chyba przewidział pytania Quimby’ego. Prezydent poczuł się zmanipulowany.

„Szlag, czy on zdaje sobie sprawę, kim jestem?”

– Nie, dość już. Nie zamierzam oglądać całej prezentacji. Wystarczą mi wnioski. Proszę przejść do sedna, admirale.

Oppenheimer wyglądał na rozczarowanego, ale wyłączył projektor i odchrząknął.

– Krótko mówiąc, rozkazałem admirał Proctor, żeby wybrała się do sektorów na peryferiach i sprawdziła kilka tropów wiążących się z moimi podejrzeniami co do Findiri i Quiassi. Odmówiła. A sądząc po jej działaniach podczas bitwy nad Mao Wielką, mam powody podejrzewać, że… znalazła się pod ich wpływem.

Quimby parsknął śmiechem.

– Niemożliwe. Ta admirał Proctor? Prawdziwa, cytuję: „towarzyszka broni Bohatera Ziemi”? Pod kontrolą jakiejś obcej rasy? Nie zamierzam przywoływać żadnych grangerystycznych bredni, admirale, ale gdyby wyszło na jaw, że jestem choć trochę przeciwko Proctor, straciłbym połowę głosów na Ziemi, San Martin, Brytanii i reszcie światów. I nie chodzi wcale o szalonych grangerystów, ona jest po prostu cholernie popularna. Zwłaszcza teraz, gdy została ponownie powołana do służby. I niech mi pan nie mówi, że się pan rozmyślił i już nie chce jej pan z powrotem. O ile dobrze pamiętam, to był pański pomysł.

Oppenheimer jęknął na samo wspomnienie.

– Nie spodziewałem się, że Shelby okaże się tak… uparta. Myślałem, że mogę nad nią bardziej zapanować…

Quimby prychnął.

– Zapanować? Litości. Dopiero po czterech małżeństwach zrozumiałem, że nad kobietami nie da się zapanować.

Naczelny admirał skrzywił się na tę uwagę.

– Panie prezydencie, z całym szacunkiem, ale Proctor i ja nie jesteśmy małżeństwem, a pańskie wielokrotne związki ani trochę nie przypominają…

– Oczywiście, że przypominają. Poślubił pan swoją pracę, Christianie. Wszyscy to wiedzą. A to oznacza, że wziął pan ślub również z Proctor, a teraz, po ponownym powołaniu jej do służby czynnej, to jak umawianie się ze swoją byłą żoną, nienawidzi się i kocha każdą chwilę takiego spotkania. Pojawiają się spory, a pan przywołuje i ponownie rozpamiętuje dawne kłótnie, plotkuje za jej plecami… Proszę mi tylko nie mówić, że się pieprzycie.

Oppenheimer zrobił się czerwony, a Quimby nie potrafił stwierdzić, czy ze wstydu, czy z gniewu. Dobrze. Niech czuje jedno i drugie – dzięki temu właściwa osoba będzie miała nareszcie kontrolę nad tą konwersacją. Właściwa osoba, czyli prezydent. Admirał zaczął zaprzeczać, ale Quimby uciszył go uniesieniem ręki.

– Żartowałem, Christianie. Przestań być takim sztywniakiem. Spokojnie. Wygląda na to, że obaj mamy podobny problem. Musimy sobie poradzić z samowolnymi admirałami. Uznaj to za moje oficjalne pozwolenie na podjęcie kroków wobec swojego, a ja zajmę się swoim.

Znaczenie tych słów powoli dotarło do Oppenheimera.

– To znaczy, że mogę zwolnić Proctor?

– Oczywiście, że nie. Polityka, pamiętaj. Ale możesz… przekonać ją, żeby słuchała twoich rozkazów. Przekonać! I lepiej, żebym nic o tym nie wiedział. Zresztą mam własnego samowolnego admirała, którego trzeba przywołać do porządku. Ten jednak znajduje się poza twoimi kompetencjami. No i pensję ma o wiele wyższą, jak mi się zdaje. – Quimby wstał, spojrzał porozumiewawczo na Quinkerta, a dzieciak od razu wybiegł, żeby przygotować osobisty bagaż prezydenta na krótką podróż międzygwiezdną.

– Co pan zamierza zrobić? Mówiłem już, że jeżeli go wkurzymy i Shovik-Orion uzna, że nie będzie więcej obsługiwać naszych okrętów…

– Nie pękaj, Christianie. Rozumiem doskonale. Przecież wygrałem największe wybory w historii Galaktyki, pamiętasz? Umiem przekonywać ludzi. Przekonam Shovik-Orion, że jesteśmy po tej samej stronie. Właśnie to potrafię najlepiej. Prezes korporacji niedługo zrozumie, jak potrafię być przekonujący. A w końcowym rozrachunku wycofa się i będzie myślał, że to był jego pomysł.

Prezydent wyszedł z gabinetu, zostawiając admirała samego. Oppenheimer wyglądał, jakby chciał jeszcze rozmawiać, ale Quimby’ego już to nie obchodziło. No i chciał zrobić wrażenie, że tutaj to on jest samcem alfa – dlatego pod koniec przejął stery rozmowy i zapanował nad sytuacją. Oczywiście admirał Oppenheimer wkurzy się, ale wtedy Quimby może napuścić na niego opinię publiczną i zmiażdżyć jego płytkie, najeżone ego. W ten sam sposób wcześniej neutralizował albo opanowywał najpotężniejszych politycznych przywódców, którzy teraz jedli mu z ręki. Rozgrywał ich jak wirtuoz.

– Dokąd się wybieramy, panie prezydencie? – zapytał Quinkert.

– Na Bolivara. Trzeba zamienić parę słów z panem Mullinsem.

Tylko co mu powiedzieć? Cholera, Quimby’emu nie przychodziło nic do głowy. Na szczęście, miał przed sobą jednodniową podróż, podczas której na pewno coś wymyśli. Umiał zaskakiwać, dlatego ludzie go kochali. Może kilka piw wystarczy, aby trochę rozbroić Mullinsa? Albo obietnica sowitej zapłaty. Wcześniej doskonale się to sprawdzało.

A może trzeba będzie dać mu planetę. Szlag, jeśli tylko to podziała… Quimby wiedział jedynie, że nie zamierza pozwolić, aby jakiś admirał megaloman mieszał mu się w politykę. A tym bardziej troje admirałów.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?