Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie

Tekst
Autor:
Z serii: Stara Flota #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 10


Orbita Mao Wielkiej

Kokpit myśliwca porucznika Zivika

Zivik nie miał czasu myśleć. Nie miał czasu zastanawiać się nad konsekwencjami. Mógł tylko działać.

– Trzymaj się, As!

Z akceleratorem wciśniętym na maksimum pchnął swoją maszynę naprzód. Reduktory inercji ledwie nadążały, a przeciążenie wgniotło pilota w fotel. Myśliwiec pokonał odległość do As w okamgnieniu. A potem Zivik zrobił coś naprawdę głupiego.

Będąc ledwie o włos od kolizji, zahaczył lewym skrzydłem o statecznik najbliższego myśliwca Dolmasi i oderwał go z rozpędu. Niestety, stracił przy tym silnik.

– I tak go nie potrzebowałem…

Zaraz potem włączył napęd grzbietowy na pełny ciąg, zrobił zwrot i jak bumerang wrócił do pozostałych trzech maszyn wroga, które zbliżały się do As, po czym kolejnym ostrym zwrotem zahaczył skrzydłem od sterburty następnego drania. Wbił się chyba w zbiornik paliwa i oksydator, ponieważ maszyna przeciwnika eksplodowała. Zivik na szczęście zdążył oddalić się od epicentrum, choć stracił skrzydła i główny silnik. Koziołkując, zbliżył się do trzeciego myśliwca Dolmasi.

Przeciwnik zrobił zwrot, żeby zejść z kursu na zderzenie, jednak od razu eksplodował, a maszyna Tłoka przemknęła przez chmurę rozżarzonych odłamków. Przez komunikator poniósł się triumfalny okrzyk.

– Sukinkot, żyjesz?

– Tak mi się zdaje. Straciłem oba skrzydła. Wybacz, Trak. Raczej nie nadaję się już do manewrów w atmosferze.

Farrell przez interkom odburknął tylko:

– To było nieodpowiedzialne, Zivik. Mogłeś zabić nie tylko siebie, ale też As, a do tego naraziłeś resztę eskadry, gdy próbowaliśmy cię kryć. No i nie zatwierdziłem żadnego z manewrów Omega…

– Oj, daj spokój, Trak, to nie był protokół Omega. Przecież wciąż żyję, nie?

– Na razie – odgryzł się Farrell. – As? Co z tobą?

Zivik wyciągnął szyję, żeby odszukać wzrokiem dziewczynę. Jej maszyna została ostrzelana, ale wyglądała na nieuszkodzoną. W większości.

– As?

Żadnej odpowiedzi.

– Jamie? As? Ocknij się, dziewczyno. No już…

Wokół nadal trwała bitwa, krążowniki ostrzeliwały się z dział, inne eskadry myśliwców przemykały w różnych kierunkach między dużymi jednostkami, prowadząc śmiertelną grę w kotka i myszkę, a Zivik nie potrafił oderwać wzroku od nieruchomego myśliwca As. Miał nadzieję, że dziewczyna wciąż żyje. Że pociski z maszyn Dolmasi jakimś cudem ominęły jej kruche ciało, osłonięte kokpitem z kompozytowego stopu stali i tytanu.

Spektro przerwał ciszę.

– Wykrywam sygnaturę cieplną. Stałą, aktywną. Silniki As są wyłączone, więc to jej ciało. Żyje.

– System podtrzymywania życia? – szepnął Zivik.

– Wchodzę do systemów jej maszyny… – wymamrotał Spektro.

Reszta eskadry czekała na diagnozę.

– Wygląda na to, że bateria zasilająca jest na wyczerpaniu, ale nietknięta. Skafander hermetyczny. I… – zaśmiał się cicho – mam puls. As na pewno żyje, ale jest nieprzytomna.

– No dobra – warknął Farrell. – Zostawmy ją. Albo się ocknie i wróci samodzielnie na okręt, albo wyślemy po nią statek ratunkowy.

– Zostanę z nią, Trak. I tak nie mam napędu. Lećcie beze mnie. Zostanę i będę ją osłaniał, żeby żadne sępy nie próbowały jej wykończyć – oznajmił Zivik.

– Zrozumiałem. Powodzenia, Sukinkot.

Zivik zobaczył jeszcze, jak czterech członków eskadry odlatuje ponownie do bitwy. Potem włączył silniczki manewrowe, ustawił się tuż przy uśpionym myśliwcu As i wprowadził maszynę w powolny obrót, aby obserwować otoczenie z każdej strony.

W samą porę. Dwa myśliwce Dolmasi zauważyły błysk silniczków podczas manewrów i zmieniły kurs. Zaczęły się zbliżać.

– No kurwa, As. Zdaje się, że to będzie nasz ostatni bastion.

ROZDZIAŁ 11


Orbita Mao Wielkiej

Mostek OZF „Niepodległość”

Słowa porucznika Qwerty’ego budziły dreszcze. Trzydzieści lat temu Proctor stawiała czoła Rojowi. Opis Grangera dotyczący motywów działania obcych wywoływał w niej podobne emocje. Miesiącami podczas walk mogli tylko zgadywać, co popychało obcych do wojny. Rój podbijał przestrzeń i planety, ale po co? Dla władzy? Dla surowców? Dopiero gdy Granger zetknął się z kolektywnym umysłem przez Więź, okazało się, że Rojem nie kierowało ani pragnienie władzy, ani chęć zdobycia bogactw i surowców, ani też planowanie strategiczne.

Rój wiodła po prostu nienawiść. Pragnienie dominacji. Obcy chcieli rządzić, ponieważ gardzili innymi formami życia. Nienawidzili ich wolności i kultur, brzydzili się ich radością. Rój był gatunkiem z innego świata, z innych wymiarów, który według Grangera i matki Skiohra egzystował w niemal piekielnych warunkach – we wszechświecie, który nie oddzielił się od tego zamieszkałego przez ludzi, lecz stanowił całkowicie osobne uniwersum, powstałe z tej samej rozszerzającej się zupy czasoprzestrzeni, z której wywodziło się uniwersum ludzi.

Rój nienawidził. Nienawidził, podbijał, dominował i podporządkowywał sobie inne istoty rozumne, a potem rządził. A tam, gdzie jego rządy napotykały opór, niszczył.

I czynił to, deklarując przyjaźń, a przynajmniej tak to nazywał.

Qwerty natomiast wyczuł lub zrozumiał coś podobnego w metaprzestrzennych transmisjach Dolmasi… A to budziło głęboki niepokój. Dolmasi byli nieprzystępni, nawet podczas pierwszego kontaktu pod koniec drugiej wojny z Rojem. Początkowo udawali, że nadal pozostają pod dominacją Roju, zniszczyli nawet kilka okrętów w siłach uderzeniowych Grangera. Potem jednak spektakularnie zmienili stronę w trakcie znaczącej bitwy, odwrócili losy starcia i pozwolili Grangerowi, Proctor i ZSO przetrwać, aby mogli przygotować się do kolejnej walki. Od tamtej pory Dolmasi byli niechętni kontaktom i współpracy, woleli się trzymać na dystans. W najlepszym razie można ich było uznać za pustelników, gatunek zapatrzony tylko w siebie.

Jednak teraz pokazali się z najgorszej strony – w zasadzie sami zmienili się w Rój. Co wywołało tę nieoczekiwaną zmianę? Czy należało obwiniać o to tylko incydent na Sangre de Cristo? Czy chodziło o obwód metaprzestrzenny, który przekierował energię z nuklearnej eksplozji prosto do Więzi?

Może wykorzystanie podobnego obwodu okazało się kardynalnym błędem? Może należało z tym poczekać? Proctor pomyślała, że powinna była podać w wątpliwość słowa Oppenheimera.

– Możesz się do nich odezwać?

Qwerty pokręcił głową.

– Na pewno nie. Mógłbym wytworzyć interferencje przez powtórzenie niektórych dźwięków, które zdołałem usłyszeć, ale to… to skomplikowane, ma’am.

– A możesz przynajmniej zrobić coś… powiedzieć coś, co przyciągnie uwagę Dolmasi? Tak, żeby włączyli łączność i po prostu zaczęli do nas mówić?

Porucznik wzruszył ramionami.

– W obecnej sytuacji trzeba założyć, że raczej bym ich wkurzył. W tych przekazach są podteksty, których jeszcze nie rozumiem. Lepsze pojęcie będę miał za kilka tygodni, o ile dokładniej przestudiuję tę formę komunikacji.

Proctor omal nie parsknęła śmiechem. Kilka tygodni? A Qwerty pewnie i tak starał się ją pocieszyć…

– W obecnej sytuacji, Qwerty, wkurzenie Dolmasi i tak bardziej nam nie zaszkodzi. Wydają się już dostatecznie… zdenerwowani. Powiedz coś. Cokolwiek. Przyciągnij ich uwagę.

Porucznik skinął głową.

– Tak jest, ma’am. Spróbuję powiedzieć coś w stylu: „Przybywamy w pokoju”… Równie dobrze mogą to odebrać jako: „Zabierzcie mnie do waszego przywódcy, żebym strzelił mu w twarz”. Przy pierwszych kontaktach nigdy nie wiadomo… – mówił żartobliwym tonem, ale słowa brzmiały śmiertelnie poważnie. Nic dziwnego, skoro były prawdziwe.

Qwerty zastanowił się, wpisał coś do prowizorycznego translatora, który udało mu się naprędce zaprogramować, po czym znowu się namyślił i wpisał jeszcze kilka poleceń. Ze wzruszeniem ramion posłał przekaz przez transmiter metaprzestrzenny.

– No i tyle. Wprowadzę pętlę, żeby komunikat się powtarzał…

– Nie ma potrzeby – przerwała mu porucznik Whitehorse. – Patrz.

Wskazała na ekran pomocniczy, umieszczony obok głównego z przodu mostka. Po drugiej stronie planety pojawił się statek.

Ogromny. Długi na sto kilometrów. Na jednej z burt miał wyłom, w który wpasowałaby się bardzo dobrze „Konstytucja”.

– Skiohra – stwierdziła Proctor. – Miejmy nadzieję, że im nie odbiło tak bardzo jak Dolmasi.

ROZDZIAŁ 12


Orbita Mao Wielkiej

Kokpit myśliwca porucznika Zivika

– Niedobrze, niedobrze – powtarzał Zivik jak mantrę, gdy patrzył na zbliżające się dwa myśliwce Dolmasi. Nie miał prawie żadnej manewrowości i najmniejszej ochoty, żeby sprawdzać, jak niemal zerowa możliwość ruchu sprawdzi się w konfrontacji z w pełni sprawnymi myśliwcami obcych.

Nerwowe przejrzenie konsoli sterowniczej i kabiny nie zdało się na nic. Po prostu wyczerpały mu się możliwości. Szczęście go opuściło.

Jednak jak powtarzał mu ojciec, gdy Ethan był mały i jeszcze ze sobą rozmawiali: „Polegać możesz tylko na szczęściu, które sam sobie zapewnisz”.

– No, to zapewnijmy sobie trochę szczęścia, Sukinkot – mruknął Zivik pod nosem. Jego wzrok spoczął na przełączniku znajdującym się na skraju deski rozdzielczej. Wtedy doznał olśnienia. – Bingo.

Bardzo ostrożnie przechylił myśliwiec nieco na prawo, używając naprzemiennie silnika górnego i dolnego na kadłubie, aż obrócił maszynę rufą do As. Wcisnął przycisk i wypuścił linę holowniczą w nadziei, że wyrzutnia i zaczep nie uległy uszkodzeniu.

 

Były sprawne. Z głuchym trzaskiem, który Zivik naprawdę usłyszał, pomimo że nosił hermetyczny hełm, lina holownicza pomknęła z jego myśliwca i magnetycznym przyczepem przylgnęła do maszyny As.

Dwa myśliwce Dolmasi znajdowały się w odległości około kilometra i szybko skracały dystans. Nadeszła ostatnia chwila na popis.

– No dobra, pojeby, zaraz zobaczycie, dlaczego przezywają mnie Sukinkot.

Włączył oba górne silniki manewrowe na pełny ciąg. Lina się napięła i w parę sekund obie połączone maszyny zaczęły krążyć wokół wspólnego środka, coraz szybciej nabierając prędkości. Siła odśrodkowa rzuciła Zivika na fotel i trochę w lewo…

„Jeden z silników jest pewnie uszkodzony” – pomyślał. Był zadowolony, że wciąż jeszcze zachował zdolność do analitycznego myślenia.

W głębi duszy jednak wrzasnął: „O kurwa!”, bo bliższy myśliwiec Dolmasi zaczął strzelać, gdy mijał wirującą parę. Zivik odłączył zasilanie jednego z silników, dzięki czemu obie maszyny zaczęły krążyć w nieco innym kierunku. Na tyle, że pociski Dolmasi minęły je o kilka metrów.

– Sukinkot? Co… Cholera, co jest grane?

Świetnie, As wreszcie się ocknęła. A jeżeli popatrzy w iluminator i zobaczy, co się dzieje, zapewne go zabije.

– Dzieńdoberek, As! – Zivik popatrzył, w którym miejscu zaczepiła się lina holownicza. Idealnie na dziobie maszyny As. – Powiedz, że twój główny napęd wciąż działa, dobrze?

– No… tak?

Kolejna salwa przemknęła blisko, Dolmasi zaczęli krążyć wokół myśliwców As i Zivika, aby znaleźć dobry punkt do ostrzału. Na szczęście Ethan cały czas zmieniał przypadkowo oś obrotu wyznaczającą kursy połączonych maszyn. Wiedział jednak, że Dolmasi w końcu też będą mieli szczęście.

– Kiedy powiem „już”, włącz główny napęd na pełny ciąg.

– Ale…

– Żadnych dyskusji! I… już!

Trzeba przyznać, że dziewczyna się nie zawahała. Zivik przygotował się na nieuchronne szarpnięcie i rzeczywiście tak się stało, gdy tylko As włączyła główny ciąg i pomknęła ku środkowi zataczanego przez oboje kręgu, a potem minęła maszynę Zivika ledwie o metr. Gdy lina holownicza znowu się napięła, Ethan poruszał się prostopadle do kursu dziewczyny i jego myśliwiec został wyrwany ze swojej orbity. Szarpnięcie Zivik poczuł we wszystkich stawach i miał cichą nadzieję, że nie uszkodził sobie kręgosłupa.

Manewr jednak się powiódł – Dolmasi niczego się nie spodziewali. I znaleźli się dokładnie naprzeciw myśliwca Zivika. Pilot obrócił nieco broń, aby wyrównać lekką rotację, pozostałą jeszcze po zmianie kursu, a potem zaczął strzelać.

Jeden z myśliwców wroga wybuchł.

Drugi odbił.

I… odleciał. Zniknął.

Co dziwniejsze, pozostałe myśliwce w oddali również się wycofały do swoich krążowników, a te zaczęły oddalać się od chińskich okrętów i jednostek ZSO.

Odwrót?

Nie. Żaden z okrętów Dolmasi nie wykonał skoku kwantowego.

Dopiero po chwili Zivikowi udało się wypatrzyć jeszcze jedną jednostkę. W oddali. Ogromną. Wielki statek pokoleniowy Skiohra.

– Zdaje się, że przybył wielki brat.

– Wezwałeś go, gdy byłam nieprzytomna? – zapytała As. Jej głos brzmiał słabo, jakby dziewczyna była śpiąca.

– Coś się nie podoba? No to lepiej nie przysypiaj w pracy. – Zivik roześmiał się z przymusem. Głos dziewczyny, jego ton i natężenie, bardzo go zaniepokoił. Nagłe pojawienie się Skiohra również. Coś się szykowało. Najpierw Dolmasi oszaleli, a teraz… czego szukali tu jeszcze Skiohra?

– Chętnie bym się przespała… – szepnęła As. Ostatnie słowo ścichło, jakby naprawdę zapadła w sen.

– As?

Żadnej odpowiedzi.

– As! Pobudka, dziewczyno! – Zivik wbił palce w przyciski, rozpaczliwie próbując włączyć uszkodzony napęd swojego myśliwca. – As! Odpowiedz!

Główny silnik nie działał. Zostały silniki zapasowe, ale nie pociągną dwóch maszyn na „Niepodległość”.

Zaspany głos dziewczyny przerwał przerażającą ciszę w eterze.

– Coś ważnego mnie ominęło?

Zivik odetchnął z ulgą.

– As, nie możesz teraz spać. Przynajmniej dopóki nie nadleci pomoc. Jak sobie radzisz?

– Czuję wilgoć. Na plecach i na nogach.

Szlag! Krwawiła. Jeden z pocisków Dolmasi musiał ją jednak trafić i dziewczyna powoli się wykrwawiała.

– Mayday! Mayday! Mayday! Ranny pilot. Potrzebna natychmiastowa pomoc. – Zivik praktycznie wykrzyczał te słowa do komunikatora.

– Przyjąłem, Sukinkot. Statek ratowniczy już leci – nadeszła odpowiedź z hangaru „Niepodległości”.

Dobrze. As przynajmniej miała szansę na przeżycie.

– Trzymaj się, mała. Zaraz nas stąd zabiorą. Tylko zostań ze mną… – Urwał, czekając na odpowiedź. Cisza. – As? – Nadal cisza. – As?!

ROZDZIAŁ 13


Orbita Mao Wielkiej

Mostek OZF „Niepodległość”

Pojawienie się wicecarycy Polrum Krull na głównym ekranie wcale nie zaskoczyło Proctor. Rozpoznała od razu statek Skiohra. „Dobroć”. Ten sam, który widziała trzydzieści lat temu z pokładu „Wojownika” i który pojawił się w pobliżu San Martin dwa tygodnie temu. Długi na sto kilometrów kadłub znaczyły nienaprawione uszkodzenia, choć z daleka zdawały się prawie niewidoczne. Proctor nigdy nie przywykła do ogromu tej jednostki, ale żałowała, że nie udało się nawiązać bliższych kontaktów z wielką matką, spoglądającą teraz ponuro z ekranu, ani doprowadzić do stałej wymiany wiedzy, poznania się lepiej, wzajemnego zrozumienia kultur…

Wojna pozbawiła ludzkość tak wielu możliwości.

– Matkobójczyni. Dlaczego tu jesteś?

Przezwisko zabolało, zupełnie tak samo jak poprzednio, gdy Proctor zobaczyła matkę Skiohra przy właśnie zniszczonej planecie El Amin w układzie San Martin. Zabolało zwłaszcza teraz, po śmierci chorąży Flay, za którą admirał czuła się odpowiedzialna, ponieważ zwlekała z wydaniem rozkazu autodestrukcji promu Zivika, zakleszczonego we włazie tajemniczego okrętu Golgotów. Zwlekała, ponieważ zależało jej na zdobyciu informacji i umożliwieniu pilotowi ucieczki. W ciągu tamtych dwudziestu sekund zginęło czterech członków załogi.

– Przyleciałam, bo zostaliśmy zaatakowani. A teraz widzę, że Dolmasi przerwali natarcie, przypadkowo zaraz po waszym przylocie. Gdybym nie znała cię lepiej, wicecaryco, uznałabym to za bardzo podejrzane.

– Podejrzane? – Krull postarała się roześmiać całkiem po ludzku. Drobna, niebieskawa Skiohra wyglądała trochę jak człowiek w niebieskiej masce, ale bez wątpienia była obca i miała mimikę, której Proctor, pomimo kilkunastu spotkań, w zasadzie nie znała. Podejrzewała, że ksenosocjologom zrozumienie Skiohra zajmie pokolenia, o ile w ogóle się to uda.

A jednak Krull mówiła po angielsku, którego nauczyła się dzięki połączeniu z Rojem przez Więź. Może zatem zrozumienie było nie tylko możliwe, ale też nieuchronne.

– Niczego nie musisz podejrzewać, admirał Proctor – odezwała się znowu Krull. – Dolmasi wycofali się z walki, ponieważ widzą, że jesteśmy przeciwnikiem silniejszym od nich. „Dobroć” jest potężniejsza od zgromadzonych tutaj sił przynajmniej pięćdziesięciokrotnie. Dolmasi postanowili zaczekać i zobaczyć, co się stanie. Rozważają, czy powinni zaatakować, czy wykonać odwrót i przygotować się na kolejne starcia.

– Dlaczego? Dlaczego chcą się przygotować na następne starcia? Dlaczego nas atakują?

Krull wzruszyła ramionami. Było w tym wyraźne znużenie, jakby naśladowała zachowanie człowieka, wiedząc, że właśnie tak ludzie wyraziliby swój brak wiedzy. Była to także reakcja przesadna, jakby miała podkreślić, że Skiohra nie znają się na subtelnościach ludzkich manieryzmów.

– Miałam nadzieję, że ty mi powiesz. Dlaczego atakujecie Więź? Ludzki atak nad Sangre de Cristo uderzył w Więź i niemal ją zniszczył. Wpłynęło to na mnie. Nawet na mnie. Strasznie. A co dopiero mówić o moich Dzieciach, zwłaszcza tych we mnie. Mogę tylko podejrzewać, jak przerażające szkody wyrządziło wśród Dolmasi. I oto jesteś tutaj, admirał Proctor, i znowu atakujesz Więź. Dlaczego?

– B-bardzo mi przykro. Nie zdawałam sobie sprawy, że nasze działania wpływają bezpośrednio na Więź.

– Nie tylko na Więź, admirał Proctor. Dotknęłaś, uderzyłaś, wbiłaś się prosto w psyche Dolmasi. Wszyscy, wszystkie istoty połączone Więzią przez ostatnie milenia, jesteśmy z nią w pełni zintegrowani. Dla Skiohra, dla mojego ludu, to naturalne. Więź jest nasza. Stworzyliśmy ją. Dojrzewaliśmy z nią i ewoluowaliśmy przez sto tysięcy lat. Jednak Rój ukradł Więź i dołączył do niej Valarisi, potem Findiri i Quiassi, a wreszcie Dolmasi i Adanasi, innych ludzi. Tych, których nazywacie Rosjanami.

– Czy Rosjanie wciąż są podłączeni do Więzi?

– Nie. – Skiohra wyglądała, jakby miała się uśmiechnąć, przez co jej kolejne stwierdzenie zmroziło Proctor krew w żyłach. – Wszystkich Adanasi, którzy byli połączeni, poddano… czystce.

Proctor zrobiło się niedobrze.

– Rozumiem.

– Tylko Granger był podłączony i żył. Ale potem… zniknął. Stracił kontakt. Znalazł się poza zasięgiem naszej egzystencji.

– Nie umarł?

– Zależy, jak definiujesz śmierć – odparła Krull niejasno. – W jednej chwili był tam, dostępny przez Więź. Potem zaczął zanikać. A potem jeszcze bardziej się rozpłynął. Wreszcie ledwie mogliśmy go wyczuć. Usłyszeć go. Usłyszeć jego myśli, które były jak szept. A potem… nic. Były zbyt słabe. Jak cień szeptu, stłumione echo. A potem… potem nastąpiła nieobecność szeptu, a mimo to ta nieobecność jednak była… czymś.

Proctor powtórzyła pytanie, które zadała wcześniej przywódczyni Skiohra, jeszcze nad El Amin.

– Czy Granger wrócił? Możesz go wyczuć? Czy pojawił się znowu?

Krull wybuchła śmiechem.

– Oczywiście, że nie. Obawiam się, że z osobliwości nie ma powrotu. Przynajmniej jeżeli chodzi o taką, która powstała naturalnie. A osobliwość w Penumbrze jest całkowicie naturalna. Gwiazda zmieniła się w supernową sześćdziesiąt milionów lat temu. Wasze osobliwości, owszem, były prawdziwe, ale wytworzone sztucznie. Masa, którą wykorzystywały, była mikroskopijna w porównaniu z gwiazdą i właśnie dlatego udawało się przez nie przechodzić. Twoi ludzie, co godne pochwały, przerwali badania nad tą technologią, a przynajmniej tak twierdzi wasz rząd. Ale Granger? Nie. Wszedł w czarną dziurę i od tamtej pory już go nie wyczuwamy. Zajęło mu to lata, wręcz dekady, żeby spaść za horyzont zdarzeń. Nawet kiedy był wykrywalny jedynie na mikrofalach, a potem na falach radiowych, wciąż go wyczuwaliśmy. Jednak w końcu długość jego fali radiowej przekroczyła wymiary horyzontu zdarzeń i wtedy znalazł się poza naszym zasięgiem.

– Wywyższenie – mruknęła Proctor, używając określenia powtarzanego przez grangerystów. Może byli szaleni, ale mniej lub bardziej trzymali się faktów naukowych. Gdy tylko fotony przybyły z „Wiktorii”, a Granger został rozciągnięty w fale radiowe i przeszedł w wymiary czarnej dziury, znaczyło to, że naprawdę został wywyższony, czymkolwiek to miało być. Przekroczył horyzont zdarzeń. Wszedł do innego uniwersum. A raczej jego atomy tam się dostały. Nic nie mogłoby przetrwać tak potężnych pływów grawitacyjnych.

– Krull, dwa tygodnie temu starliśmy się z tajemniczą jednostką. Nazwaliśmy ją okrętem Golgotów. Walczyliśmy z nim i myśleliśmy, że wygraliśmy, dopóki nie zakopał się w jednym z naszych księżyców. A teraz ten księżyc… rośnie. Nabiera masy, głęboko pod skorupą albo pod płaszczem… Szczerze mówiąc, nasze skanowanie okazało się bezużyteczne, więc trudno stwierdzić nawet tak podstawowe kwestie.

– Tak, zdajemy sobie sprawę z sytuacji. Obawiam się, że jesteśmy równie zmieszani jak ludzie. Zapewniam cię, że spora grupa moich Dzieci już pracuje nad tym problemem.

Proctor skinęła głową i kontynuowała:

– Jednak możesz nie wiedzieć, że zanim ten okręt wybuchł, nasze czujniki zdołały przeskanować to, co znajdowało się wewnątrz niego. Udało nam się odczytać litery O-Z-F-W-I-K. Uważam, że to część tablicy identyfikacyjnej OZF „Wiktoria”. To okręt…

– Grangera, wiem – przerwała jej Krull. – Interesujące, bardzo interesujące.

– Myślę, wicecaryco, że to niedomówienie stulecia. Wiem jednak coś jeszcze. Sprawdziliśmy izotopy. Wolfram z tej tablicy pochodzi jak najbardziej z „Wiktorii”, ale zaskakująca okazała się sygnatura izotopów. Wynika z niej, że ta tablica ma… prawie trzynaście miliardów lat.

Krull popatrzyła na nią, nieruchoma i milcząca. Jeżeli uznała, że to, co powiedziała Proctor, jest niemożliwe, nie dała tego po sobie poznać.

– Słyszałaś, wicecaryco? Tłumaczenie się udało? Trzynaście miliardów lat. Wszechświat ma około trzynastu miliardów ośmiuset milionów lat.

 

– Słyszałam, admirał Proctor. I nie mam na to odpowiedzi. Czarne dziury są intrygujące. Niektóre z moich Dzieci uznały, że teoretycznie czarne dziury prowadzą do innych części wszechświata, trochę tak jak te wasze sztuczne osobliwości. O ile się nie mylę, nazwaliście to zjawisko „mostem Einsteina-Rosena”.

– Tunele czasoprzestrzenne.

– Właśnie.

– Sugerujesz, że Granger przeszedł przez taki tunel?

– Nic nie sugeruję. Przejście przez tunel czasoprzestrzenny implikuje, że Granger, zakładając, że żył podczas tego przejścia, dotarł do innego miejsca we wszechświecie, prawdopodobnie odległego o miliardy lat świetlnych. Gdyby tak było, wyczulibyśmy go przez Więź – bo łączy ona wszystkie punkty wszechświata bez straty czasu. Jednak inne Dzieci przedstawiły teorię, że czarne dziury przebijają się przez tkaninę realności, przez ograniczenia, przez sam wszechświat i kończą w innej rzeczywistości. Fizyka jest skomplikowana, ale rozwiązanie zakłada istnienie niepowiązanego przyczynowo uniwersum, do którego taka czarna dziura może prowadzić.

– Którego uniwersum?

Krull znowu wzruszyła ramionami.

– Istnieje nieskończenie wiele wszechświatów. Rzeczywistość nie zna ograniczeń. Wiemy, że Rój przybył z takiego właśnie uniwersum, ale to wszystko, co nam wiadomo o wszechświatach innych niż nasz.

– Chcesz powiedzieć, że Granger mógł dotrzeć do wszechświata Roju? – Proctor poczuła irracjonalną nadzieję i w duchu się napomniała. Zaczynała myśleć jak jakaś otumaniona grangerystka.

„Naucz się wreszcie, że co stracone, to stracone. Patrz w przyszłość, nie w przeszłość”.

– Powtórzę, matkobójczyni, nie mówię nic i nic nie sugeruję. Moje Dzieci stawiają wiele hipotez. Spędzają życie na myśleniu. Wśród nich jest kilkoro takich, które uważają Grangera za boga podobnego tym z waszych głównych ludzkich religii. Mam też grupkę czworga Dzieci, które cały czas rozwiązują ludzkie łamigłówki. Jedno z moich najstarszych wciąż poszukuje największej liczby pierwszej. Jest przekonane, że taka istnieje. Dzieci robią… bardzo dziwne rzeczy. A o istnieniu ostatecznego miejsca spoczynku Grangera można jedynie spekulować przy pomocy… jak wy to nazywacie? Burza mózgów? Właśnie. Jednak uważam, że masz rację. Rozwiązanie tej zagadki ma kolosalne znaczenie dla zrozumienia innych naszych problemów.

Proctor westchnęła.

– Na przykład Dolmasi.

Krull zmarszczyła czoło.

– Nie, matkobójczyni. Dolmasi to niemal wyłącznie problem wywołany przez ludzi. I nie przybyłam tutaj na „Dobroci”, aby ratować was przed Dolmasi. Przybyłam tutaj powiedzieć ci, żebyś przestała. Przestań zakłócać Więź. Igrasz z siłami, których nie rozumiesz, i ze sprawami, których nawet nie jesteś w stanie pojąć.

– Wicecaryco, zapewniam cię, że nie miałam pojęcia, co się stało nad Sangre de Cristo.

– Ale wiesz, co się stało tutaj. Nad Mao Wielką. Szturchnęłaś ich. Próbujesz ich rozproszyć. Wytrącać ich z równowagi impulsami metaprzestrzennymi, aby zyskać przewagę w walce.

– No… tak – przyznała Proctor. – Zrobiłam to bez zważania na dalekosiężne konsekwencje. Przepraszam za to. Ale, wicecaryco, potrzebujemy pomocy w rozwiązaniu tego problemu. Muszę zyskać trochę czasu, żeby skupić się na zagadnieniu tego tajemniczego okrętu, który sprawił, że Tytan przemienia się w… coś innego. Jeżeli jednak będzie mnie odciągać od tego konflikt z Dolmasi… Właśnie dlatego potrzebuję pomocy. Trzeba to zakończyć tu i teraz.

Krull pokręciła powoli głową.

– Matkobójczyni, nie przybyłam tu, aby walczyć za ciebie w twojej wojnie. Czy po tym, jak pomogę ci z Dolmasi, zażądasz, abym wsparła cię w konfrontacji ze zbuntowanym admirałem Mullinsem? A potem może jeszcze poprosisz, żebym zajęła się waszymi piratami i niewolnikami? A może zechcesz, abym położyła kres nieustającej wojnie między Zjednoczoną Ziemią a Konfederacją Rosyjską? Wierz mi, admirał Proctor, nie znamy żadnego sposobu, aby zakończyć wojny, ponieważ leżą one w waszej naturze, a my nie chcemy się do tego mieszać. Mój lud przez ostatnie trzydzieści lat przygotowywał się do powtórnego rozpoczęcia eksploracji Galaktyki. Tak wiele pozostało do odkrycia we wszechświecie. Tak wiele jeszcze musimy się nauczyć o egzystencji i rzeczywistości. Ostatnie, czego byśmy sobie życzyli, to dać się wciągnąć do walki… w ludzkich wojnach.

Proctor poczuła falę zazdrości. Eksploracja Galaktyki. Właśnie tym powinna się zajmować Flota Zjednoczonej Ziemi. Poznawaniem gwiazd, odnajdowaniem nowych cywilizacji i nawiązywaniem kontaktów, a także wymianą wiedzy i technologii.

„A zamiast tego musimy się użerać z takimi indywiduami jak Mullins albo Oppenheimer”.

Nie była to tylko zawiść, lecz także irytacja, że poucza ją obca, której gatunek pomógł Rojowi w inwazji na Galaktykę, mimo że była to pomoc wymuszona.

– No to przynajmniej pomóż nam porozmawiać z Dolmasi. Gdybyśmy tylko mogli im powiedzieć, że nie chcemy z nimi walczyć…

– Obawiam się, że jeżeli to przyznacie, tylko ich zachęcicie. Dolmasi to… porywcza rasa. Na pewno w swoich wyprawach natknęłaś się na pozostałości i ślady dziesiątek cywilizacji zniszczonych przez Rój. Jednak to nie Rój je zgładził. Każdą rasę, którą Rój napotkał, oceniał. Oceniał, czy jest warta przyłączenia do Więzi. Do „rodziny”, jak to nazywał. Jednak większość cywilizacji została uznana za… niewystarczające. Oceniono je jako podrzędne. Zbyt słabe. I w takim przypadku Rój wysyłał tam Dolmasi. W rezultacie za każdym razem dochodziło do destrukcji. Całkowitej zagłady. Obawiam się, że twój problem jest poważniejszy, niż sądzisz, matkobójczyni. Dolmasi nie przestaną walczyć do chwili, aż albo ludzkość ulegnie zagładzie, albo uwierzą, że jesteście za silni, aby was podbić. Dolmasi nie znają kompromisu. Do tej pory uważali, że jesteście za silni, aby was podbijać, ale to najwyraźniej się zmieniło.

Po plecach Proctor przeszły ciarki.

– Proszę, wicecaryco, cokolwiek… Pomóż nam chociaż się z nimi skomunikować.

Krull się zawahała. A przynajmniej admirał tak zinterpretowała mowę ciała obcej.

– Obawiam się, że nie znamy języka Dolmasi.

– Naprawdę? – Proctor była szczerze zaskoczona. – Ale przecież znacie nasz język. Mogliście się komunikować z Rojem, kiedy jeszcze tutaj był…

– Mogliśmy. Przez Więź w zasadzie mówiliśmy językiem Roju. I mówiliśmy do Dolmasi w Roju przez jego procedury komunikacji, ale zawsze przez Więź. Nigdy nie mieliśmy powodu, żeby nauczyć się języka Dolmasi. A jeśli chodzi o ludzi? Musieliśmy poznać wasz język. I, co zabawne, nie było to trudne. Rój pochłonął kilku osobników spośród waszego ludu i zasymilował wiedzę po angielsku, chińsku, rosyjsku, francusku, niemiecku i w kilku innych ludzkich językach. A przez Więź nauczyłam się tych języków niemal natychmiast. Było to konieczne, aby ułatwić ludzką asymilację do Rodziny. Do Konkordatu Siedmiu, jak nazywał ją Rój. Po pierwszej wojnie z Rojem, ponad sto lat temu, Rój wyznaczył nam zadanie: przygotować wejście ludzkości do Rodziny, więc spędziliśmy siedemdziesiąt pięć lat na uczeniu się podstaw. Można powiedzieć, że pracowaliśmy zakulisowo, aby wprowadzić was do Więzi. Ale to już nieistotna historia. W tej chwili liczy się tylko powstrzymanie Dolmasi, potem zrozumienie, jakie zagrożenie niesie wasz księżyc, który został przemieniony przez obcych.

Proctor przyszło do głowy jeszcze jedno pytanie.

– Czy możliwe, żeby ten okręt, który zagrzebał się pod powierzchnią Tytana, był zbudowany przez Findiri albo Quiassi? Wciąż nie natrafiliśmy na żadną z tych ras, mimo trzydziestoletnich poszukiwań.

Odpowiedź nadeszła od razu.

– Nie.

– Jesteś pewna?

– Tak, całkowicie pewna, matkobójczyni. Oba te gatunki znajdują się bardzo daleko od nas, ale nic więcej o nich już nie powiem.

– Dlaczego?

Krull wyglądała, jakby ze sobą walczyła.

– Ponieważ… ponieważ to wszystko. Uśpione rozkazy od Roju, które… które zostały wszczepione nam wszystkim, zabraniają mi nawet zastanawiać się nad tymi rasami.

„Bardzo dziwne”.

– Ale jedno mogę powiedzieć – stwierdziła Krull. – Okręt, który rozbił się na Tytanie, nie ma z nimi nic wspólnego. Jest czymś nowym. Nic o nim nie wiemy. I na pewno nie chcę się mieszać w tę sprawę. Ani w to, ani w wasz konflikt z Dolmasi…

– Ale możesz przynajmniej…

– Jak powiedziałam, nie będziemy się wtrącać – przerwała jej Krull. – Ale chyba uda mi się pomóc z komunikacją, jak prosiłaś.

– Co możesz dla nas zrobić?

Tym razem wahanie matki Skiohra było wyraźnie widoczne. Chyba nie czuła się dobrze z tym, co zamierzała powiedzieć i zrobić.

– Dam wam… klucze do Więzi.