Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5


Sektor 52-1267a

Statek pokoleniowy Skiohra „Dobroć”

Centrum dowodzenia głównej matki

Wicecaryca Polrum Krull odłączyła i zdjęła prawą rękawicę neurointerfejsu, a potem to samo zrobiła z lewą. Głosy w jej głowie osiągnęły takie natężenie, że nawet ona, wielka matka swojego ludu, nie była na to przygotowana.

Dzieci w jej ciele krzyczały. Nie razem, jak to zwykle robiły, gdy wykrywały zagrożenie dla swojej egzystencji – co w obecnym stuleciu zdarzało się o wiele częściej w porównaniu ze wcześniejszymi tysiącleciami – lecz nierówno i przenikliwie. Przypominało to biały szum, szum statyczny. Każdy głos, każda osoba, każdy umysł w ciele Polrum naglił, a w połączeniu z pozostałymi tworzyła się kakofonia, której matka nie mogła znieść.

Coś się działo.

– Matkobójczyni, coś ty zrobiła? – wyszeptała do siebie Polrum. Co zrobiła Proctor jej i sześćdziesięciu dwóm tysiącom pięciuset dwunastu Dzieciom, które wiodły w ciele matki Życie Wewnętrzne i które słyszały każde jej słowo, każdą myśl? Matematycy w niej obliczali prawdopodobieństwo całkowitej awarii Więzi, fizycy modelowali sposoby wzmocnienia łącza zogniskowanymi emisjami grawitonów, filozofowie zastanawiali się, co może oznaczać życie bez Więzi, a samotny teolog właśnie zaczął przekonywać, że ludzki Bóg istnieje i zwrócił się przeciw Skiohra. Jednak każde z tych Dzieci, co do jednego, krzyczało.

Impuls metaprzestrzenny wysłany został z ludzkiego świata Mao Wielka, a dzięki urządzeniom śledzącym swojego statku Polrum wiedziała, że „Niepodległość”, nowy okręt Proctor, właśnie tam dotarł. Wraz z impulsem metaprzestrzennym nadeszła fala szaleństwa, chwilowości, rozbicia, poczucia niemożności i izolacji od innych, która rozerwała więzi wewnątrz Polrum – zarówno więzi Dzieci między sobą, jak i jej z Dziećmi.

Nie przypominało to przerażającej, katastrofalnej lawiny, która nadeszła z ludzkiego świata Sangre de Cristo miesiąc temu. Wicecaryca uznała za zabawne, że planeta biorąca nazwę od krwi ludzkiego zbawcy i orędownika pokoju stała się epicentrum działań, które na pewno wywołają galaktyczne zamieszki. A nawet galaktyczną wojnę. Dziecko-teolog powiedziało, że krew ludzkiego Chrystusa miała przynieść jedność i pokój. Tym razem wywołała zamieszanie, podziały i wojnę. Zacznie się przekuwanie lemieszy na miecze, powtarzało jej Dziecko raz po raz.

Impuls z Mao Wielkiej okazał się słabszy, ale jego rezultat był taki sam. Rozdzielenie. Rozdarcie więzów między nią i jej Dziećmi. Jako strażników Więzi – a w zasadzie nie tyle strażników, co twórców połączenia, które wiązało wszystkie stworzenia włączone do Roju – trauma impulsu dotknęła jej lud w nieco mniejszym stopniu.

Dolmasi jednak nie mieli tyle szczęścia. I przez Więź Polrum czuła ich gniew. Ich straszliwą wściekłość.

Wyczuwała także żądzę zemsty.

– Zapewniam was, Dzieci moje, że nie zostanie to zlekceważone – powiedziała na głos i przez Więź, a potem rozkazała sternikowi, aby wprowadził nowy kurs.

ROZDZIAŁ 6


Orbita Mao Wielkiej

Hangar myśliwców OZF „Niepodległość”

– Spóźniłeś się, Zivik.

Hangar myśliwców wciąż jeszcze był w remoncie i panował w nim katastrofalny bałagan po samobójczej detonacji bomby przez zwolennika GKL, który zaciągnął się do załogi. Rozgardiasz przygotowań do akcji tylko pogłębiał ogólne zamieszanie na lądowisku, ponieważ maszyny przy starcie i lądowaniu musiały omijać sprzęt naprawczy.

Zivik ugryzł się w język i postarał nie skrzywić gniewnie na dowódcę swojej eskadry.

– Byłem w symulatorze. Przybiegłem najszybciej jak mogłem.

Dowódca poprawił zapięcia kombinezonu.

– Przybiegłem najszybciej jak mogłem… panie poruczniku.

„Wystarczy policzyć do dziesięciu. Raz… dwa… trzy…”

As, jedna z pilotek jego eskadry, ocaliła Zivika przed powiedzeniem czegoś, czego na pewno by pożałował.

– Co to za alarm, Trak? – rzuciła, zapinając hermetyczne obejmy rękawic.

Trak, czyli porucznik Farrell, przesunął palcem po skrzydle myśliwca As i spojrzał uważnie na opuszkę. Zupełnie jakby kurz miał znaczenie w kosmicznej bitwie na śmierć i życie. Zivik zapragnął wytarmosić dupka za ucho i wbić mu do tego pustego łba odrobinę rozumu i realizmu.

– Krążowniki Dolmasi atakują Mao Wielką. Wypuściły myśliwce. Dostaliśmy rozkaz, aby zestrzelić maszyny obcych, które nękają okręty naszej floty oraz platformy obronne.

Zivik widział, że podobna scena powtarza się na całym lądowisku – dowódcy eskadr przedstawiali podwładnym ogólną sytuację taktyczną. Każdy z tych dowódców odpowiadał na pytania członków eskadry, na które i tak nie znał odpowiedzi. Tak samo, jak na pytanie Zivika.

– Wiemy coś o myśliwcach Dolmasi? Żaden pilot floty nigdy wcześniej nie miał z nimi do czynienia.

Twarz porucznika Farrella pozostała niewzruszona. Wyraźnie lubił kontrolować sytuację, a nieznajomość odpowiedzi stanowiła naruszenie tej kontroli. Zivik zdążył już poznać przełożonego i wiedział, że Farrell zawsze znał odpowiedź na każde pytanie, nawet jeśli tak naprawdę jej nie znał.

– Zgadza się – przyznał porucznik Farrell. – Nigdy nie walczyliśmy z Dolmasi. Chyba możemy założyć, że są bardziej inteligentni niż maszyny Roju, z którymi toczyliśmy walki w symulatorach. Myśliwce Roju prezentują raczej myślenie zbiorowe. Jako całość Rój działa w synchronizacji, która dla nas jest niedostępna, ale oznacza to także, że działania indywidualne dają nam przewagę, a taktykę Roju łatwiej przewidzieć i jeszcze łatwiej jej przeciwdziałać. Wątpię jednak, aby myśliwce Dolmasi były pod tym względem podobne. Dlatego na razie latamy tak, jakbyśmy mieli do czynienia z ludźmi. Na symulatorach trenowaliśmy walki przeciwko Ruskom, więc mamy spore doświadczenie.

Zivik prychnął na te słowa i od razu tego pożałował.

– Masz problem, Zivik? – Farrell przeszył go groźnym spojrzeniem.

– Doświadczenie z symulatora to jedno, ale prawdziwa walka to zupełnie co innego.

Farrell splótł ramiona na piersi.

– Masz jakieś propozycje? Inny sposób, jak podejść do Dolmasi?

Przyłapał tym pytaniem Zivika, który nie wpadł na żaden pomysł. Pilot otworzył usta, potem je zamknął i tylko pokręcił głową.

Farrell popatrzył po twarzach podwładnych. As była drobną, kościstą dziewczyną o zimnych szarych oczach i kształtnych piersiach, Tłok, pogodny chłopak po dwudziestce miał radosny uśmiech, który przeczył jego umiejętnościom w kokpicie, Spektro – cichy tajski młodzieniec – wyglądał bardziej na kujona i jajogłowego niż na pilota myśliwca, a Barbie, wysoki, chudy mężczyzna z wąsami, uniósł uprzejmie dłoń.

– Tak, Barbie?

– A jeżeli się mylimy? Jeżeli te maszyny Dolmasi wcale nie przypominają Ruskich? Albo Roju? Jaki jest plan na taką okoliczność? – Jego ciężki, australijski akcent stawał się wyraźniejszy, kiedy odczuwał lęk. Dla wszystkich był to pierwszy raz w prawdziwej bitwie z realnym wrogiem. Twarze pilotów zdradzały niepokój. Zwłaszcza u Tłoka i As – zdaje się, że oboje mieli serce na dłoni i nie potrafili ukrywać uczuć.

Farrell wzruszył ramionami – rzadka reakcja u kogoś, kto znał odpowiedzi na wszystkie pytania.

– No to się przekonamy. Ruszajmy.

ROZDZIAŁ 7


Orbita Mao Wielkiej

Mostek OZF „Niepodległość”

– Przyniosło to jakiś efekt? – Proctor pochyliła się w fotelu i przyjrzała trwającej bitwie na schemacie taktycznym. Mao Wielka w oddali tworzyła tło, jakby zupełnie nieświadoma pandemonium, które rozpętało się na jej niebie.

– Wykrywam… interesujące zachowania we flocie Dolmasi, pani admirał – odezwała się porucznik Whitehorse. – Zaraz po tym, jak wyemitowaliśmy impuls, nastąpił chwilowy bezruch albo przerwa w manewrach Dolmasi oraz działaniach taktycznych. Jakby każdy pilot po prostu wyłączył się na chwilę, zanim wrócił do swoich zadań. A potem wszystkie ruchy stały się bardziej nerwowe.

– Nerwowe? Czyli jakie? – Proctor popatrzyła na główny ekran i zaczęła śledzić manewry okrętów i myśliwców przeciwnika. Tymczasem piloci z „Niepodległości” właśnie ruszyli do starcia.

– No, tylko nieznacznie. Zwroty w prawo, gdy powinno się odpaść w lewo w formacjach myśliwców. Jedna z kanonierek zaczęła dryfować powoli po okręgu. Oczywiście Dolmasi wciąż walczą zajadle, ale teraz… jakby inaczej.

Kapitan Volz podszedł do Proctor i stanął za jej plecami. Popatrzył na główny ekran.

– Myślisz, że powinniśmy zaryzykować drugi impuls?

– Nie wiem. – Proctor podejrzewała, że to zbyt duże ryzyko. Włączanie takiego impulsu było igraniem z ogniem. Proctor ostrzegała przed tym Oppenheimera. Przypominało to drażnienie chorego niedźwiedzia długim kijem. Czy zwierzę ucieknie? Czy może rzuci się do ataku? A może stanie się zupełnie nieprzewidywalne…

Volz wskazał na eskadrę myśliwców z „Niepodległości”, która właśnie zbliżyła się do Dolmasi.

– Nie mamy już czasu. Teraz albo nigdy.

„Ufaj danym, Shelby”.

– Nie. Zbyt mało wiemy. Nie mamy pojęcia, jak ten impuls działa na Dolmasi. Możliwe zresztą, że właśnie impuls metaprzestrzenny doprowadził do obecnego zamieszania. Wstrzymajmy się, dopóki nie będzie innego wyjścia.

– Co z rozkazem Oppenheimera? – zasępił się Volz. – Nie jestem pewien, czy podoba mi się walka z jedną ręką związaną za plecami. Wolałbym raczej przejąć inicjatywę.

 

Admirał wreszcie odwróciła się od ekranu.

– Ja też. – Skinęła na porucznika Qwerty’ego. – Poruczniku, mamy coś od Dolmasi?

– Nic, ma’am – odpowiedział łącznościowiec.

Proctor podeszła do jego stanowiska i przyjrzała się, jak przeszukuje kanały łączności.

– Podobno jesteś poliglotą, Qwerty. Ile znasz języków?

– Wszystkie, ma’am.

Admirał popatrzyła na niego z niedowierzaniem, a potem jeszcze raz.

– Przepraszam? Powiedziałeś „wszystkie”?

– No… Proszę mi wierzyć, nie miałem żadnych problemów nawet z baskijskim, może dlatego, że mam Basków wśród dalekich krewnych. I czasami umykają mi subtelne różnice między keczua i aymara. Ale tak, ma’am, znam wszystkie języki.

Proctor postanowiła liczyć na cud.

– A dolmasi?

– Przykro mi, ale brakuje próbek tego języka, więc nie mogę się niczego nauczyć. Na nagraniach z drugiej wojny z Rojem było najwyżej pięć fraz z komunikacji werbalnej Dolmasi. Udało mi się, jak sądzę, nauczyć powitania oraz okrzyku: „Giń, ty wstrętny Roju, giń!”.

– No to przypomnij sobie ten ostatni okrzyk i nadaj go na wszystkich pasmach, Qwerty. Masz nowe zadanie: nauczyć się języka dolmasi. Jeżeli impuls metaprzestrzenny z Sangre de Cristo zakłócił ich procesy mentalne, może również odłączył ich od Więzi i wymazał wszystko, czego się przez nią nauczyli. Nie zamierzam udawać, że rozumiem, jak przebiega ten proces, ale według opisu Grangera przypomina to… transmisję wiedzy prosto do mózgu i natychmiastowe jej ugruntowanie w pamięci.

Na wspomnienie Grangera admirał przerwała i pogrążyła się w myślach. I skąd, u licha, Mumford wytrzasnął badania impulsu? Miał przejrzeć i przeanalizować dane uzyskane ze skanowania okrętu Golgotów, na którym wykrył fragment płyty poszycia z literami O-Z-F-W-I-K, znajdującej się w głębi kadłuba obcej jednostki…

– Ma’am? – odezwał się Qwerty.

– Próbuję powiedzieć, że Dolmasi mogli zapomnieć… angielskiego, ponieważ nauczyli się go przez Więź. A w takim przypadku, poruczniku Qwerty, jesteś najcenniejszym oficerem w całej Flocie Zjednoczonej Ziemi, rozumiesz?

– Czyli… – Porucznik Qwerty odwrócił się w fotelu do admirał. – Oczekuje pani, że nauczę się języka Dolmasi? Całkowicie obcego języka? W ciągu kilku dni, bez żadnej dokumentacji, przykładów gramatyki, morfologii albo fonetyki, bez próbek porównawczych z innymi językami, bez żadnego kamienia z Rosetty i nawet bez dowodu, że u Dolmasi istnieje tylko jeden język, a nie pięćdziesiąt różnych narzeczy i gwar, a do tego bez jednego naturalnego użytkownika tego języka, od którego mógłbym się choć trochę nauczyć?

– Właśnie.

Qwerty zatarł ręce.

– Zapowiada się niezła zabawa. Jeden język Dolmasi na życzenie, ma’am.

– Pani admirał – wtrąciła się porucznik Whitehorse ze stanowiska taktycznego – nasze eskadry zaczynają walkę z myśliwcami wroga.

Proctor skinęła głową i usiadła.

– Zbliżmy się. Namierzyć duże jednostki przeciwnika. Trzeba ulżyć trochę flocie Mao w tym starciu.

Nabrała głęboko tchu i popatrzyła na schemat starcia między myśliwcami z „Niepodległości” i maszynami Dolmasi. Walka zaczynała się zaostrzać.

– I niech Bóg ma nas w swojej opiece…

ROZDZIAŁ 8


Orbita Mao Wielkiej

Kokpit myśliwca porucznika Zivika

Zivik wykonał beczkę. Potem odbił. Zrobił pętlę. Na ogonie miał dwóch drani, którzy nie chcieli się odczepić. Dolmasi okazali się bardziej zajadli i uparci, a także o wiele bardziej agresywni niż jakikolwiek przeciwnik, z którym miał do czynienia podczas symulacji. Jakim cudem sesje szkoleniowe dla pilotów ZSO, które powstały pokolenie temu – przygotowane przez pilotów, którzy naprawdę toczyli walki z myśliwcami Roju – okazały się niewystarczająco realistyczne? Czy twórcy celowo napisali program tak, aby obchodził się z pilotami jak z jajkami, po to, żeby potem, gdy trafiali do prawdziwego starcia, byli tak wstrząśnięci, że tracili zabójcze w konsekwencji zadufanie i nadmierną pewność siebie?

A może piloci Dolmasi byli po prostu lepsi? O wiele lepsi niż wszystkie myśliwce Roju, z jakimi Zivik walczył w symulatorze?

Nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko przetrwanie.

Cholera, nie tylko przetrwanie. Uzyskanie przewagi. Dominacja. Zivik nie znał swojego wroga, ale umiał całkiem sporo. Wiedział, że przeciwnicy chcieli wygrać, ale Ethan pragnął zwycięstwa bardziej niż Dolmasi. Zrobił unik, po czym uruchomił przeciwstawne silniki, aby wykonać zwrot niemal w miejscu, ostrzelać z bliska ścigające go myśliwce. Potem użył silnika grzbietowego, dzięki czemu wszedł w szybką pętlę i zlikwidował jeszcze jedną maszynę wroga, która leciała za zniszczoną parą.

– Założę się, że nigdy czegoś takiego nie widzieliście, dupki.

– Przestań gadać, Sukinkot – upomniał go dowódca eskadry. – As, masz wroga na ogonie. Tłok, zdejmij go. Barbie, osłaniaj ich. Spektro, ruszaj z Sukinkotem i ze mną, zajmiemy się grupą drani na trzeciej.

Chórek potwierdzeń poniósł się po łączu, a zaraz potem maszyna ścigająca As została zniszczona i dziewczyna przyłączyła się do eskadry prowadzonej przez Traka. Przemknęli niepokojąco blisko krążownika Dolmasi, ale dopisało im szczęście, bo jego działa były wymierzone w bakburtę chińskiego okrętu. Obie wielkie jednostki wymieniały salwy.

– Nic wymyślnego, ale sprawdźmy, czy możemy zepchnąć myśliwce wroga prosto pod ogień dział jego macierzystego okrętu. Upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu. Manewr Sukinkot Jeden.

Zivik uśmiechnął się pod nosem. Był to jeden z manewrów, których nauczył członków eskadry podczas szkolenia na symulatorach. Porucznik Farrell marudził trochę, ale nawet on dostrzegł geniusz tych sekwencji. Cholera, Zivika nauczył takich manewrów Chojrak. Dlaczego nie zostały nigdy wprowadzone do podręcznika, nie wiadomo. Zapewne dlatego, że były równie brawurowe jak Chojrak. I oczywiście Zivik.

– Sukinkot, wyjdź na przynętę.

– Jeju, dzięki! – Zivik uśmiechnął się szeroko. Latanie jako przynęta było niezłą zabawą, oczywiście w pojęciu Ethana. Wysunięcie się przed eskadrę mogło się skończyć szybką śmiercią pilota, ponieważ ustawiał się w takiej pozycji, aby dosłownie służyć za wabik. Myśliwiec Zivika wyskoczył naprzód między dwie maszyny Dolmasi i ich krążownik, przy którym znajdowała się eskadra. Jak należało się spodziewać, myśliwce Dolmasi ruszyły za Zivikiem i zaczęły go ostrzeliwać. Na szczęście większość pocisków trafiła w poszycie krążownika. Dwie pieczenie przy jednym ogniu, w rzeczy samej.

Niemal wszystkie strzały chybiły, oprócz jednego, który przebił iluminator burtowy. Iskra pocisku przecięła kabinę, przeleciała mu tuż przed nosem i wydostała się w próżnię przez iluminator po przeciwnej stronie. W okamgnieniu powietrze z kokpitu zostało wyssane. Na szczęście kombinezon zachował hermetyczność i wytrzymał zmianę ciśnień. Zanim kolejne strzały dosięgły maszyny, Zivik odbił w górę i wykonał nerwową pętlę, a potem zaczął zmieniać kierunek lotu co kilka sekund. Gdyby miał obok drugiego pilota, nieszczęśnik pewnie już dawno by zwymiotował.

– Koledzy i koleżanki, jeżeli przymierzacie się do zastawienia pułapki, to macie właśnie doskonałą okazję…

Nie musiał się o nic martwić. Równocześnie od sterburty i bakburty do starcia dołączyły dwa myśliwce eskadry i odstrzeliły ścigającą Zivika parę wrogich maszyn. Jedna wypadła z kursu i koziołkując, zderzyła się z krążownikiem Dolmasi. Druga tylko eksplodowała.

– Niezły strzał, Tłok – pochwalił Zivik przez komunikator. Nie zdołał ukryć ulgi w głosie.

– No, Sukinkot? Mam wrażenie, że chyba trochę zmoczyłeś spodnie, co? – odpowiedział ze śmiechem Tłok.

Zivik zastanawiał się, czy trzydzieści lat temu piloci przeżywali to samo, co on teraz. Choćby Chojrak i Strzała, jego rodzice. Albo członkowie ich eskadry – zarówno ci, którzy przeżyli, jak i ci, którzy zginęli. Ciekawe, czy oni też żartowali, śmiali się i popisywali w ogniu walki, gdy zewsząd czyhała śmierć. Ze schematu taktycznego Zivik odczytał, że cztery z siedemdziesięciu dwóch myśliwców z „Niepodległości” zostały zniszczone. Stracił czterech kolegów, ludzi pełnych nadziei i marzeń o świetlanej przyszłości. Strzał wroga pozbawił ich życia, a ciała pochłonęła zimna pustka kosmosu.

Oczywiście, że piloci sprzed trzydziestu lat zachowywali się tak samo. Jak inaczej mogliby to znieść? W kokpicie myśliwca nie można przecież napić się wódki.

– Przynajmniej nie cierpię na syndrom niedojebania, Tłok. Kiedy ostatni raz miałeś kobietę?

As zachichotała, jej wysoki głos bez trudu przebił się przez ripostę Tłoka.

– Błagam, chłopaki. Wszyscy cierpicie na syndrom niedojebania. A teraz patrzcie i uczcie się, przyjemniaczki. – Odbiła na prawie kilometr od eskadry, po czym skupiła ogień na samotnym myśliwcu Dolmasi, który chyba był już uszkodzony, bo nie miał napędu i powoli obracał się wzdłuż własnej osi.

– As, nie jestem pewien, czy… – zaczął Trak.

Zivik też to zauważył. Poniżej myśliwca As, od strony planety nadlatywały dwie maszyny Dolmasi, które ukryły się wśród szczątków zniszczonego krążownika.

– Szlag.

Wrogowie wykonali w zasadzie taki sam manewr jak Sukinkot Jeden, wykorzystawszy uszkodzony myśliwiec jako przynętę. Zivik wcisnął akcelerator i pomknął na spotkanie, po czym zaczął strzelać w nadziei, że mimo odległości uda mu się trafić przynajmniej jednego.

Nic z tego.

Oba myśliwce Dolmasi znalazły się blisko As i rozpoczęły ostrzał z obu stron. Na szczęście dziewczyna zauważyła je wreszcie i zdołała okrążyć uszkodzoną przynętę, jednak pozornie bezsilna maszyna włączyła silniki i zawróciła w pogoni za pilotką.

– Nie wygląda to najlepiej… – zdążyła jeszcze powiedzieć As, zanim znalazła się w krzyżowym ogniu trzech przeciwników.

ROZDZIAŁ 9


Orbita Mao Wielkiej

Mostek OZF „Niepodległość”

– Shelby, nasi piloci zbierają cięgi. Straciliśmy już siedem maszyn, a kilkanaście zostało uszkodzonych i z trudem dowlokło się do hangaru. – Kapitan Volz przejrzał na swoim pulpicie meldunek o zniszczeniach i stratach w eskadrach myśliwców.

– A co z okrętem? Melduj o uszkodzeniach.

Sądząc po minie Chojraka, sytuacja nie przedstawiała się zbyt optymistycznie.

– Chodzi ci o te zielone promienie, którymi do nas strzelają? Owszem, dobrze się domyśliłaś. Rój używał tej samej technologii.

– Ale Rój przejął ją od Dolmasi, prawda?

Volz wzruszył ramionami.

– Tak? Nie pamiętam. Ma to jakieś znaczenie? W każdym razie to taka sama mieszanka jonów antymaterii i promieni gamma. Nieźle daje, trzeba przyznać. Na szczęście osłona poszycia, którą nam zainstalowano, okazała się całkiem skuteczna, inaczej połowa pokładów już by się rozhermetyzowała. Szkoda, że te pola siłowe wymagają ogromnej mocy.

Pokład zakołysał się znowu, gdy kolejny krążownik Dolmasi omal nie trafił „Niepodległości” promieniem antymaterii. Zielony błysk rozświetlił na okamgnienie główny ekran.

– Rayna, jesteś tam? – Proctor połączyła się przez interkom z maszynownią.

Odpowiedź nie nadeszła od razu.

– Tak? O co chodzi? Trochę jestem zajęta, Shelby.

– Jak tam zasilanie, Rayno? Ile jeszcze wytrzyma kadłub, zanim pole siłowe padnie?

– W obecnych warunkach? Nie dłużej niż pół godziny. A przy tak intensywnym ostrzale ten czas wciąż się skraca. Za pięć minut nasz pobór mocy osiągnie szczyt, a potem trzeba będzie włączyć baterie. Jeżeli coś planujesz, Shelby, lepiej zrób to już teraz.

– Postaraj się, Rayno, potrzebne mi te pięć minut. – Przez pokład znowu przetoczył się wstrząs.

– Ale ani minuty dłużej, o ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego. Jeżeli Dolmasi trafią w przewody chłodziwa, nasze pięć minut zmieni się w pięć sekund.

– Zrozumiałam. Mostek, bez odbioru.

– Ma’am – wycedził porucznik Qwerty – nie odbieram żadnych transmisji w języku Dolmasi. Nie mogę nauczyć się języka, którego nie słyszę.

Proctor zabębniła palcami w oparcie fotela, rozważając dostępne możliwości. Starcie było wyrównane, więc zakładając, że nie ulegnie przerwaniu, rezultat dało się łatwo przewidzieć – obie strony albo zniszczą się nawzajem, albo uszkodzą się tak, że stracą zdolność do walki. Na oczach Proctor okręty gwiezdne budowane przez wiele lat wybuchały w ułamkach sekund. Naprawienie dziur w kadłubie „Niepodległości” zajmie stoczni Wellington nad Calais w układzie Brytanii wiele tygodni. Takie otwory czasowo można było załatać, ale najwyżej na kilka godzin, ponieważ uszkodzenia tylko się powiększały i stawały coraz bardziej poważne. Systemy zasilania, układy podtrzymywania życia… Całe szczęście, że rdzenie komputera pokładowego były rozproszone po całym kadłubie, jednak z każdym starciem i z każdą awarią efektywność okrętu spadała.

 

– Poszukaj transmisji metaprzestrzennych. Sprawdź, czy możesz odebrać wiadomości z Więzi.

Qwerty podniósł głowę, zdziwiony.

– Ma’am? Nie znam protokołu komunikacyjnego dla połączeń metaprzestrzennych Dolmasi. A przynajmniej nie rozumieją ich nasze komputery.

– Potraktuj łącze jak język, poruczniku. Z tego, co twierdził Granger, jest to jak język sam w sobie. To nie dolmasi ani angielski. Granger raczej czuł ten język, niż w nim mówił. Zrozumienie następowało intuicyjnie. Nie… nie jestem pewna, czy to pomoże, ale musimy spróbować. Jeżeli ta bitwa potrwa, zginiemy wszyscy. Włącznie z Dolmasi. A sądzę, że żadnej ze stron to się nie opłaci.

Qwerty wzruszył ramionami, ale pochylił się nad danymi. Skinął głową.

– O tak, cały czas wymieniane są transmisje metaprzestrzenne. Z pozoru to bełkot. Niech się przyjrzę…

Wcisnął słuchawkę do ucha, jakby chciał wczuć się lepiej w przekazy. Okręty ZSO wymieniały tylko wiadomości tekstowe. Pasmo było zbyt wąskie, aby przenosić informacje głosowe. Qwerty chyba jednak uznał, że język Więzi, jakikolwiek by był, należy interpretować na słuch.

Zamknął oczy. Płyty pokładu zadrżały. Na ekranie głównym chiński krążownik eksplodował w oślepiającym błysku, gdy jego rdzeń osiągnął masę krytyczną. Rozbłysk zniknął niemal od razu, ale gorejące odłamki rozpraszały się od epicentrum. Część uderzyła w najbliższy krążownik Dolmasi. Szczątki wraku i załogi zaśmiecały przestrzeń wokół „Niepodległości” i walczących jeszcze jednostek ChDRM oraz wokół ich przeciwników. Pomiędzy okrętami przemykały myśliwce. Od czasu do czasu któryś wybuchał, gdy pilot się zagapił i pozwolił, aby wróg go trafił.

– Ma’am, chy-chyba coś wykryłem.

Proctor odwróciła się do łącznościowca.

– Naprawdę? Co?

– Miała pani rację, to aura. Werbalna. No, w zasadzie niewerbalna. Nie ma słów. Wydaje mi się jednak, że coś rozumiem. Właściwie prawie rozumiem. Miała pani rację, ten język nie przypomina dolmasi, a przynajmniej wcale nie jest podobny do tych kilku słów, które poznałem. I oczywiście to nie angielski ani rosyjski czy inny taki. Jest… intuicyjny i kontekstowy. Trudno to wyjaśnić. Jeszcze moment, ma’am.

– Poruczniku, masz tylko chwilę na połapanie się, o co w tym chodzi. Za długa zwłoka i nasz okręt będzie wrakiem.

Przez prawie pół minuty, które ciągnęło się jak wieczność, Qwerty wbijał w ścianę niewidzące spojrzenie, skupiony na tym, co słyszał wśród cyfrowego szumu, dobiegającego także z głośników konsoli łączności na mostku. Nie był to głos, lecz serie tonów. Nie pieśń, chociaż miała rytm i tonacje. Zmienne częstotliwości, różnej długości impulsy, interferencje fal – zarówno konstruktywne, jak i destrukcyjne – zdawały się składać na coś, co Proctor mogłaby opisać jedynie jako chaotyczne i głośne szumy.

Jednak nie były to szumy statyczne. Bez wątpienia wszystko to stanowiło komunikację między istotami rozumnymi.

Qwerty otworzył oczy.

– Ma’am, myślę… myślę, że powinniśmy się stąd natychmiast wynieść – wyszeptał.

– Dlaczego?

– N-nie wiem. Nie potrafię przetłumaczyć tego słowo w słowo, ale czuję, jakbym rozumiał ich… I ich intencje.

– Co mówią?

– Do nas? Nic. Do siebie? – Porucznik przełknął nerwowo. – Ślepa furia i żądza krwi. Nie ma w tym żadnej inteligencji. A przynajmniej nie ma rozumu. Tylko czysty, niepohamowany gniew i… nienawiść.