Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Stara Flota. Tom 5. Wyzwanie
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2


Orbita Mao Wielkiej

Porucznik Ethan Zivik, pseudonim Sukinkot, rozejrzał się i policzył ścigających go przeciwników. Nie widział w pobliżu swojego wsparcia.

Pięciu wrogów. Ethan wzruszył ramionami i włączył napęd, a potem pomknął przez rozszerzającą się chmurę szczątków swojej ostatniej ofiary. Poradzi sobie z pięcioma draniami. Zerknął jeszcze na licznik wyświetlany wraz z innymi wskaźnikami na iluminatorze kabiny – wykonał już jedną czwartą zadania. Dwadzieścia pięć ze stu jeden.

Ostrzał z broni wroga rozświetlił kokpit. Zivik skręcił maszynę w lewo, potem zanurkował w kierunku atmosfery planety, ale tuż nad nią wykonał ciasną pętlę. Reduktory inercji nie nadążyły za gwałtownym manewrem i pilotem szarpnęło w górę z siłą, która wywracała wnętrzności. No, przynajmniej śmiertelnikom.

Ale on był Ethanem „Sukinkotem” Zivikiem. Heh, Sukinkotem. Początkowo tym pseudonimem miał być „Sukinsyn”, ale admirał Proctor zakazała wulgarnych przezwisk. A przecież „Sukinsyn” wcale nie brzmiał wulgarnie, tylko opisowo. Normalnie walki pozorowane na orbicie były dla śmiertelników, nie dla takich sukinsynów jak Ethan. To, co potrafił zrobić w myśliwcu, kwalifikowało go do poziomu boga, a nie zwykłego pilota.

I wcale nie było w tym zarozumialstwa, naprawdę tak uważał. Przeleciał przez formację wrogich maszyn, przy okazji zahaczył silnik boczny jednej z nich i posłał przeciwnika w niekontrolowany zwrot. Zaraz potem w kolejnego wystrzelił ze sto pocisków i zniszczył go w oślepiającej eksplozji. O to chodziło. Przecież Zivik był bogiem pilotażu. Nawet rodzice nie mogli mu dorównać. Chojrak? Amator. Strzała? Niech spoczywa w spokoju. Wyniki jej sesji szkoleniowych były słabe w porównaniu z osiągnięciami Ethana.

Przemknął przez rozpraszającą się chmurę pyłu i szczątków, po czym wykonał zwrot i ruszył ponownie na formację przeciwników. Zdawało się, że wrogowie ledwie zauważali obecność Zivika. Kolejne dwie eksplozje rozbłysły w tym samym czasie, a licznik podniósł wynik na dwadzieścia dziewięć strąconych maszyn.

W słuchawkach usłyszał nagle:

– Ethan, uważaj na szóstej! – Porucznik Jerusha Whitehorse śledziła jego postępy. Zivik uśmiechnął się pod nosem. Nie musiała się martwić.

– Spokojnie, kochana.

Nie podążała za nim jedna maszyna ani nawet dwie, lecz cztery. Przeciwnicy powtarzali każdy manewr, każdy ruch. Zivik wiedział, że spodziewają się kolejnej wykręcającej wnętrzności pętli. Dlatego zamierzał popełnić samobójstwo – zawrócić i stawić im czoła. Ruchem kciuka wyłączył przednie silniki, uruchomił te na sterburcie i górne, przechylił myśliwiec o sto osiemdziesiąt stopni i ponownie włączył przedni napęd na pełną moc. Reduktory zdołały obniżyć przeciążenie z piętnastu g do czterech, ale Zivikowi i tak ciemne plamy zatańczyły przed oczyma.

Na szczęście manewr się udał. Następny przeciwnik eksplodował w chmurze odłamków, a pozostali w ostatniej chwili skręcili, aby uniknąć zderzenia z maszyną Zivika. Nie uchroniło to ich od kolizji ze sobą.

Trzydzieści strąconych maszyn wroga. Trzydzieści jeden. Trzydzieści dwie.

Na wyświetlaczu rozbłysła kolejna liczba, ale do stu jeden było jeszcze daleko. Zivik chciał ją przekroczyć. Nagrania z każdego myśliwca ZSO, wykonane podczas walki z Rojem, były przechowywane w archiwach floty. Zivik zamierzał pobić rekord za wszelką cenę.

Pomknął w kierunku „Niepodległości”, okrążył ją i zestrzelił maszynę, która zbyt długo pozostawała na tym samym kursie. Trzydzieści trzy. Ruch nadgarstka posłał myśliwiec łukiem w stronę drugiego dużego okrętu, OZF „Kobe”. Pilot poczekał, aż obrona punktowa jednostki rozprawi się z dwoma przeciwnikami na jego ogonie. Warknął, gdy okazało się, że to się nie wlicza do wyniku. Na szczęście w zasięgu wzroku pojawił się właśnie kolejny bezradny nieprzyjaciel.

Trzydzieści cztery.

Zivik odetchnął głęboko, a potem przestudiował schemat starcia. Oprócz dwóch okrętów floty, „Niepodległości” i „Kobe”, ponad setka myśliwców wlatywała i wycofywała się z walki z ponad dwustoma maszynami, wypuszczonymi przez cztery krążowniki wroga widoczne w tle. „Niepodległość” pruła w najbliższy z nich ze wszystkich dział. Przypominało to pokaz fajerwerków, na który Zivik dostał miejsce w pierwszym rzędzie.

– Pamiętaj, że masz eskadrę, Sukinkot – przypomniała mu Whitehorse. Ethan skrzywił się. Naszła go ochota, aby wyłączyć system łączności.

– Przyda się, jeżeli potrafi dotrzymać mi tempa.

– Tak czy inaczej, to twój zespół. Musisz na nim polegać i pozwolić, żeby ludzie polegali na tobie, inaczej wszyscy zginiecie.

I jak na potwierdzenie jej słów kilkadziesiąt pocisków, które pojawiły się znikąd, przebiło lewe skrzydło myśliwca Zivika i oderwało jeden z silników.

– Szlag! – Maszyna zaczęła wirować w niekontrolowanym korkociągu.

Mógł jeszcze wyjść z tego cało. Na pewno. Kadłub „Niepodległości” wznosił się przed nim. Wystarczy trzy sekundy. Zivik musiał tylko…

Kolejna salwa czerwonych smug uderzyła w jego myśliwiec i główny silnik eksplodował. Maszyna zatoczyła się bezradnie. Tym razem pilot nie miał szans, aby wyjść z tego cało. Kadłub „Niepodległości” zbliżał się jak jałowa powierzchnia Księżyca, podziurawiony tu i ówdzie bulajami lub wieżyczkami dział magnetycznych. Zivik pomyślał o śmierci. Czy nastąpiłaby szybko? Czy czułby ból? Jak długo synapsy mózgu przetrwałyby ogień? Czy wystarczająco długo, żeby cierpiał jeszcze przez kilka sekund?

Zapadła całkowita ciemność.

Zivik wciąż ciężko dyszał.

– Powinieneś był mnie posłuchać – odezwała się Whitehorse.

Ekran z przodu zaświecił się na biało. Zivik odruchowo osłonił oczy. Symulator kokpitu otworzył się, a wzrok pilota stopniowo przywykł do jasno oświetlonej sali szkoleniowej. Jerusha Whitehorse uśmiechnęła się sarkastycznie, gdy Zivik wygramolił się z kabiny.

– Trzydzieści trzy, co? Ile będzie sto jeden minus trzydzieści trzy?

Zivik wzruszył ramionami.

– Zamknij się.

Whitehorse zrównała z nim krok, gdy szli do przebieralni. Obok kilku butelek wody leżały ręczniki. Ethan jednym z nich wytarł sobie twarz. Chociaż walka na symulatorach nie była tak intensywnym przeżyciem jak prawdziwe starcie, jednak dawała się we znaki i nawet najbardziej doświadczeni piloci pocili się podczas sesji szkoleniowych.

Tak naprawdę Zivik tylko podejrzewał, że walka na żywo jest doświadczeniem bardziej intensywnym. Nigdy w żadnej nie brał udziału.

– Hej, trzydzieści trzy to wspaniały wynik, Sukinkot. Rekord akademii na symulatorze wynosi trzydzieści sześć.

Zivik wzruszył ramionami i wypił pół butelki wody.

– Jasne. Ale Chojrak strącił sto jeden maszyn wroga w bitwie nad Cadiz.

– Tyle że podczas walki na żywo. Nie można porównywać jabłek do pomarańczy, tylko podobne do podobnego. A z tej perspektywy zabrakło ci tylko trzech strąceń do rekordu akademii.

Pilot westchnął ciężko.

– Posłuchaj, Jerusho. – Odwrócił się do młodej kobiety i postarał uśmiechnąć jak najserdeczniej. – Wiem, co próbujesz zrobić. Doceniam to.

Na jej twarzy odmalowało się znużenie.

– Niby co próbuję zrobić? – Splotła ramiona na piersi. – Oświeć mnie.

– Próbujesz mnie pocieszyć. Ale ja nie potrzebuję pocieszenia. Chcę niszczyć jednostki nieprzyjaciela. Tylko to może mnie pocieszyć. Wet za wet. Chcę komuś przywalić, więc na razie wyimaginowani wrogowie będą musieli wystarczyć.

Wiedział, że mówi bez sensu. Zdawał sobie sprawę, że ten słowotok dla Jerushy brzmi prawdopodobnie jak bełkot. Nie przeszkadzało mu to ani trochę. Liczyło się tylko jedno – musiał być przygotowany na to, co nadejdzie.

A co nadejdzie?

Wojna.

– Brednie. Posłuchaj, Ethan, wiem, że wiele to dla ciebie znaczy. I wiem, że ci ciężko. Sara Batak nie powinna była zginąć. Na dodatek w taki sposób… Z tą atomówką… – Whitehorse urwała. Przerażający obraz pocisku, który został zdetonowany w atmosferze Ziemi i rozbił na atomy Sarę Batak, mechanik z Bolivara, wrył się w pamięć zarówno Jerushy, jak i Ethana. – Admirał Mullins pewnego dnia będzie musiał odpowiedzieć za swój czyn, ale…

Zivik cisnął na wpół opróżnioną butelką o ścianę, woda ochlapała mu buty.

– On ją zabił, Jerusho! Zamordował! Nie, Mullins nie odpowie za swój czyn. On za niego zapłaci. – Chwycił kolejną butelkę i zerwał kapsel. – A ja zamierzam zadbać, żeby zapłacił. Z nawiązką.

– Ethan, ja…

Zivik nie pozwolił sobie przerwać.

– I przekona się, że rachunek będzie większy, niż go stać.

Whitehorse uśmiechnęła się znowu nieco złośliwie.

– Nie masz dość tych banałów?

Spędzała z nim dużo czasu po śmierci Batak. Chociaż między nimi nie było już tak jak dawniej – romantyczne uczucia wygasły dawno temu – jednak Ethan doceniał jej bliskość, mimo że tego nie okazywał. Widok Batak, która wyparowała w atomowym rozbłysku, był… przerażająco trudny do zniesienia. Zivik myślał nawet, że znalazł się na skraju załamania nerwowego. Jednak do tego nie doszło. Jeszcze nie. Utwierdził się tylko w postanowieniu, że odpłaci sprawcy tej śmierci, i na tym skupił swój gniew.

Whitehorse pochyliła się, aby podnieść butelkę. Potem wsunęła ją do pochłaniacza i odwróciła się do wyjścia.

– Jerusha… ja… – Zivik zaklął. – Słuchaj, dziękuję, że jesteś ze mną. Naprawdę… doceniam to.

Whitehorse zatrzymała się w progu i obejrzała na niego beznamiętnie.

– Nie minął nawet miesiąc. Nikt nie oczekuje, że tak szybko sobie z tym poradzisz. Ale musisz pamiętać, kogo masz po swojej stronie, i traktować te osoby jak przyjaciół, nie wrogów.

Drzwi zasunęły się za jej plecami.

– Szlag – westchnął Zivik.

Już miał pobiec za kobietą, ale zatrzymał go ryk syreny. Światła na podłodze wzdłuż ścian zaczęły pulsować czerwono.

 

– Uwaga załoga, wszyscy na stanowiska bojowe – oznajmił system automatycznych powiadomień. – Czerwony alarm. Zagrożenie na najwyższym poziomie. Wszyscy na stanowiska bojowe.

Komunikat zaczął się powtarzać, ale Zivik już wybiegł i skierował się do hangaru myśliwców.

Nie miał pojęcia, co zagrażało „Niepodległości”. Nie wiedział, z kim zaraz zacznie się walka. Ale uśmiechał się szeroko.

Nareszcie.

Nareszcie mógł pobić rekord swojego ojca.

ROZDZIAŁ 3


Brytania, rogatki Whitehaven

Magazyn spółki holdingowej Nil

Chris Keen miał kaca, ale załadunek nie mógł czekać, bez względu na to, czy operator był wczorajszy, czy nie. Według planu robota musiała zostać wykonana do jutra.

Mężczyzna z jękiem wciągnął skrzynię na wózek i ruszył między paletami do kolejnego przystanku w wielkim magazynie.

Słońce Brytanii było nieco bardziej gorące niż ziemskie i Keen czuł to wyraźnie, zwłaszcza przez aluminiowy dach hali. Mieszkał na tym świecie od trzech lat i zastanawiał się, kiedy wreszcie przywyknie do upałów. I czy w ogóle. A co gorsza, AC mu się skończyło. Cholerne AC.

Zabrzęczało radio.

– Wyspiarz? Jesteś tam? – Kierownik zmiany już pierwszego dnia nazwał Keena „Irolem”, gdy usłyszał jego ciężki irlandzki akcent. Przezwisko przyjęło się od razu.

Chris wcisnął guzik radia.

– No? Czego, dupku?

Kierownik z chrząknięciem stłumił śmiech – ich przyjaźń wyrażała się w koszarowych obelgach i żartach.

– Słuchaj, gnojku, kiedy już załatwisz załadunek, zajmiesz się specjalnym zamówieniem.

„I trzeba to od razu zgłaszać przez radio?”

– Jasne, szefie. Będę wolny za jakąś godzinę, muszę tylko…

– Nie, Irol – przerwał mu kierownik. – Chodzi o to, że klient chce złożyć specjalne zamówienie. Klient we własnej osobie. Znaczy jest tutaj osobiście i chce wszystko załatwić na miejscu.

„Klient we własnej osobie?”

– O rany. Myślałem, że to magazyn przeładunkowy. Hurtownia. Elektroniczne sterowanie. My w ogóle jeszcze przyjmujemy zamówienia od klientów indywidualnych? Nie widziałem takiego od… bardzo dawna.

– Wychodzi, że jednak przyjmujemy. Pewnie klient nie chciał, aby jego przesyłkę można było wyśledzić elektronicznie, więc przyszedł osobiście. Nieważne, co to, ale płatne gotówką, a my kochamy gotówkę, więc rusz swój tyłek i przyjedź do biura.

Gotówka. Keen uwielbiał gotówkę. A klienci, którzy przychodzili osobiście i płacili gotówką, choć stanowili ogromną rzadkość, chętnie dawali napiwki, chyba że okazywali się dupkami. A dawali napiwki, ponieważ chcieli zachować dyskrecję, zwłaszcza gdy przychodzili osobiście. Klienci, którzy chcieli zejść z oczu władz, zwykle starali się przypochlebić robotnikom, ponieważ robotnicy wiedzieli, co robić i jak, żeby wszystko poszło gładko. A gdyby media albo śledczy Zjednoczonej Ziemi kiedykolwiek pojawili się i zaczęli zadawać niewygodne pytania, lepiej było mieć robotników po swojej stronie, zwłaszcza takich, którzy umieli trzymać język za zębami. Dlatego klienci dawali napiwki. Duże napiwki.

– Zaraz będę, dupku. A jeżeli tym razem zarobimy, stawiasz mi wieczorem kolejkę w barze przy plaży.

Kierownik zaśmiał się cicho.

– Irol, jeżeli to zlecenie będzie płatne tak, jak mi się wydaje, wieczorem będziesz mógł sobie kupić własny bar.

ROZDZIAŁ 4


Orbita Mao Wielkiej

Mostek OZF „Niepodległość”

Nawet z nowym napędem transkwantowym skok na kilkaset lat świetlnych do systemu Mao zajął „Niepodległości” prawie dwadzieścia minut. Podczas podróży Proctor wspominała, jak „Wojownik” wykonał szaleńczy wypad, aby powstrzymać nieoczekiwany atak Roju na Mao Wielką.

Przybyli wtedy za późno.

Rój tak potwornie zniszczył Mao, że niewiele z niej zostało. Było to jedno z najbardziej destrukcyjnych wydarzeń podczas drugiej wojny z Rojem. Dwa miliardy ofiar. Na powierzchni pozostało tylko kilka milionów istnień rozrzuconych na odludziach, ukrywających się w górach i lasach oraz w habitatach na oceanach.

A jednak, wbrew tym niewyobrażalnym zniszczeniom, Mao Wielka stała się sztandarowym przykładem na elastyczność rasy ludzkiej. Chińska Demokratyczna Republika Międzygwiezdna – i jej rząd odpowiedzialny za tę planetę – dokonała niemal cudu i odbudowała miasta, a potem zachęciła uchodźców z innych zniszczonych światów, aby osiedlili się właśnie tutaj. Miliard ludzi uznało ten świat za swoją nową ojczyznę. Planeta stała się perłą w koronie ChDRM.

I ten miliard ludzi został właśnie przez kogoś zaatakowany, a przynajmniej tak głosiła alarmowa wiadomość metaprzestrzenna.

– Ostatni skok transkwantowy do Mao Wielkiej – zameldowała chorąży Riisa.

Proctor skinęła głową i zapięła pasy. Była gotowa do bitwy. Na głównym ekranie czerń międzygwiezdnej pustki zastąpił błękitny glob spowity chmurami. Macierzysta gwiazda układu kryła się za horyzontem.

A na nocnym niebie po ciemnej stronie terminatora planety wybuchły fajerwerki. Kilkanaście krążowników ChDRM, wspieranych przez garstkę okrętów ZSO, stawiało czoła hordzie mniejszych, ale śmiercionośnych kanonierek Dolmasi, z których każda przypominała okrutny pocisk, plujący zielonymi błyskami.

– Sytuacja taktyczna? – Proctor zacisnęła palce na podłokietnikach fotela kapitańskiego.

Porucznik Whitehorse przyjrzała się schematom na swojej konsoli.

– Wykrywam trzydzieści jeden chińskich krążowników, to ponad połowa ich floty. Na wezwanie odpowiedziały siły obrony planetarnej ZSO z Kadyksu, dziesięć krążowników i fregat. Dowodzi nimi kapitan Pennock. Naczelny admirał Sun osobiście kieruje flotą Chińczyków.

Proctor skinęła głową – to miało sens. Jeśli dobrze pamiętała, Chińczycy kilka lat temu przenieśli sztab główny sił kosmicznych właśnie na Mao Wielką.

– A siły Dolmasi?

– Pięćdziesiąt osiem kanonierek. Każda mniejsza od naszych jednostek, ale w grupie mają sporą siłę ognia.

Proctor skrzywiła się, bo chiński ciężki krążownik wypadł z kursu, a potem szarpnął się, gdy eksplozja rozerwała jego rdzeń. Trzy kanonierki Dolmasi uderzyły we wrak zielonymi promieniami antymaterii. Była to ta sama broń, której używał Rój. Na ile Proctor pamiętała z tego, czego zdołała dowiedzieć się od Skiohra podczas rzadkich spotkań, promienie antymaterii zostały wynalezione właśnie przez Dolmasi, a po zniewoleniu tej rasy przejęte przez Rój.

– Połączyć mnie z admirałem Sunem. I z kapitanem Pennockiem. Niech wie, co planujemy.

Porucznik Qwerty przeciągnął „tak jest, ma’am”, a potem odezwał się Chojrak ze stanowiska pierwszego oficera:

– A co właściwie planujemy, Shelby?

Proctor wzruszyła ramionami.

– W obecnej sytuacji mamy tylko dwie możliwości. Pierwsza: skontaktować się z vishgane’em Dolmasi, który dowodzi tą flotą, i przekonać go, żeby przerwał atak. Musi być powód tej agresji, a jeżeli dotrzemy do sedna problemu, może uda nam się powstrzymać konflikt, zanim rozpali się na dobre.

Chojrak skrzywił się. Sarkastyczny grymas wyraźnie zdradzał, że nie wróży powodzenia temu posunięciu.

– A plan B, czyli druga możliwość?

– Zwykle to proste: przylać przeciwnikowi tak, że pożałuje. – Admirał zerknęła na Qwerty’ego, który podniósł kciuk na znak, że udało się nawiązać połączenie.

Połowę głównego ekranu zajęła twarz naczelnego admirała Suna, dowódcy sił kosmicznych Chińskiej Demokratycznej Republiki Międzygwiezdnej.

– Admirał Proctor, dziękuję za przybycie z pomocą w tak trudnej sytuacji – zaczął Sun. Mówił z wyraźnym obcym akcentem. – Czy to wszystko, czym pani dysponuje? Obawiam się, że Dolmasi wkrótce pokonają naszą obronę.

– Większe siły są już w drodze, admirale Sun. Naczelny admirał Oppenheimer rozkazał, aby cała Trzecia Flota wyruszyła z Nowego Dublina na Mao Wielką i wsparła obecne już tutaj siły z Kadyksu, jednak dotarcie zajmie jej około godziny. Miałam nadzieję, że pan i ja wspólnie znajdziemy sposób, aby wcześniej powstrzymać Dolmasi. Zyskamy przynajmniej trochę czasu, zanim pojawi się wsparcie. Ma pan jakiś kontakt z atakującymi?

– Żadnego. Odrzucają wszystkie wezwania. Nie miałem czasu próbować innych metod komunikacji. Straciłem już trzy okręty, a kilka innych zostało bardzo poważnie uszkodzonych i wypadło z walki. – W jego głosie zabrzmiały groźne nuty. – Zginęły już tysiące ludzi, Proctor. Niech pani nie naraża kolejnych. Przekażę pani plany taktyczne. Proszę nam pomóc najlepiej, jak uzna pani za stosowne.

Połowa ekranu, na której był widoczny, ściemniała i pojawił się obraz trwającej bitwy na orbicie. Proctor sklęła pod nosem głównodowodzącego chińskiej floty, po czym odwróciła się do komandora Mumforda przy stanowisku naukowym. Wcale nie chciała robić tego, co planowała. Wiedziała jednak, że rozkaz to rozkaz.

„Niech cię szlag, Christianie Oppenheimer”.

– Gotów? – zapytała Mumforda.

– Bardziej nie będę, pani admirał. Nie miałem okazji wykonać żadnych testów praktycznych… Zresztą nie wiem, jak mógłbym wykonać test bez choć jednego osobnika, który byłby świadomy Więzi.

Proctor pokiwała głową. Więź – metaprzestrzenne połączenie dzielone przez wszystkich przedstawicieli gatunków kontrolowanych przez Rój – stanowiła jedyny sposób, w jaki można było przyciągnąć uwagę Dolmasi. Oczywiście można było też ich zabić, ale nie o to chodziło. Kilka tygodni wcześniej obwód podłączony do pocisku nuklearnego zdetonowanego nad Sangre de Cristo przekierował nieokreśloną ilość energii do metaprzestrzeni, a to – według informacji wywiadu ZSO – miało silny wpływ na Dolmasi. Od tamtej pory zaczęli przeprowadzać nietypowe manewry floty w obrębie swojej przestrzeni. Admirał Oppenheimer rozkazał, żeby Proctor wykorzystała te informacje przeciwko obcym świadomie i celowo. Dlatego poleciła dowódcy zespołu naukowego na „Niepodległości”, aby przygotował prowizoryczny obwód metaprzestrzenny, który pozwoliłby powtórzyć efekt wywołany wybuchem bomby atomowej, jednak na mniejszą skalę. Może w obecnej sytuacji uda się w ten sposób nawiązać kontakt z Dolmasi albo przynajmniej rozproszyć ich uwagę, dopóki ludzie nie zyskają przewagi taktycznej.

Oppenheimer twierdził, że warto wypróbować impuls. Proctor zaprotestowała, ale wtedy naczelny admirał floty wydał bezpośredni rozkaz – miała wykorzystać obwód metaprzestrzenny, gdyby doszło do starcia z Dolmasi.

Stało się to zaraz po rozkazie, aby „Niepodległość” wyruszyła na bezsensowne poszukiwania Quiassi i Findiri pod poronionym pretekstem, aby zadbać o bezpieczeństwo Zjednoczonej Ziemi. Tylko te dwie rasy z pierwotnego Konkordatu Siedmiu w Roju pozostały nieznane. Podczas całej swojej kadencji jako naczelna admirał ZSO Proctor nigdy nie natrafiła ani na przedstawiciela któregoś z tych gatunków, ani w ogóle na jakikolwiek ich ślad. Uznała, że rozkazy Oppenheimera miały ją po prostu usunąć z drogi, więc bezczelnie je zignorowała. „Zwolnij mnie” – rzuciła wyzywająco Oppenheimerowi. Jeżeli chciał się jej pozbyć, proszę bardzo. Przecież minęło zaledwie kilka tygodni od chwili, gdy przywrócił ją do służby.

Jednak nie mogła zignorować dwóch rozkazów z rzędu.

– Wypróbujmy ten obwód.

Mumford skinął głową.

– Poziom zasilania?

– Najwyższy, jaki można, żeby niczego nie przepalić. Jednak nawet na takim poziomie zasilania ingerencja będzie o wiele słabsza niż ta nad Sangre de Cristo, prawda?

– Prawie miliard razy słabsza, pani admirał. Żeby osiągnąć poziom porównywalny do tamtego, musielibyśmy odpalić głowicę atomową z podczepionym do niej obwodem metaprzestrzennym.

Proctor odwróciła się z powrotem do głównego ekranu. Odruchowo zacisnęła palce na podłokietnikach fotela. Podejrzewała, że jeżeli nadal będzie tak robiła, to jeszcze zanim zakończy się jej kadencja na „Niepodległości”, w fotelu pojawią się trwałe wgłębienia. Na ekranie kolejnym chińskim krążownikiem wstrząsnęły eksplozje, gdy dopadła go flota Dolmasi.

– No to do dzieła.