Stara Flota. Tom 4. Niepodległość

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
E-book
29,79 
Szczegóły
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 11


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, planeta Bolivar

Wysoka orbita stacjonarna, stacja Brytan

Zivik przytrzymywał wieko skrzyni tak mocno, że krawędź wbiła mu się w dłonie. Na szczęście zawierucha uciekającego powietrza, śmieci i krwi zabitego pracownika minęła, gdy tylko gródź hangaru zamknęła się za wojskowymi. Zivik policzył do dziesięciu, zanim wychylił się ze skrzyni. Stacja mogła wybuchnąć w każdej chwili. Ethan musiał zachować ostrożność, groziła mu nie tylko śmierć w eksplozji, lecz także z rąk zabójców z ZSO, ponieważ na pewno nie zostawiliby przy życiu świadka zbrodni.

A właściwie czego ci dwaj szukali? Dlaczego warto było za to zabić?

Zivik nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Szybko otworzył jedną z szafek pilotów myśliwców. Okazała się pusta oprócz kilku osobistych drobiazgów. W kolejnych trzech szafkach również nie wisiały skafandry ani nawet kombinezony awaryjne, w których można by przeżyć w pozbawionym powietrza hangarze.

Dopiero w ostatniej, oznaczonej plakietką „Johnson”, Zivik znalazł to, czego szukał. Kiedy zakładał kombinezon, zastanawiał się, gdzie się podział porucznik Johnson. Bez pomocy grawitacji wciśnięcie w skafander pilota okazało się zadaniem niełatwym. Zivik z trudem zaciągał zamki i zapinał klamry stroju uszytego dla o wiele drobniejszego mężczyzny, na dodatek każdy gwałtowny ruch miotał nim po ścianach. Wreszcie wcisnął na głowę hełm – bez wątpienia używany od dawna, o czym świadczyły naklejki z różnymi symbolami oraz graffiti na powierzchni, ale chyba sprawny, zwłaszcza że czujnik tlenu wskazywał na pełny zapas, a wskaźniki systemów wspomagających i zasilania potwierdzały sprawność. Bogu niech będą dzięki za staranność ekip technicznych stacji. A także za wspaniałe wyposażenie wojskowe, zapewnione przez korporację Shovik-Orion.

Zivik nie zdążył nawet uszczelnić hełmu, gdy ciśnienie w przedsionku znowu uległo zmianie. Pole zabezpieczające, które utrzymywało hermetyczność stacji, przestało działać. Powietrze z pomieszczenia zaczęło uciekać przez dziurę w ścianie, a wszelkie nieprzymocowane przedmioty zmieniły się w śmiertelnie niebezpieczne pociski.

Jednak nie to najbardziej zaniepokoiło Ethana. Atmosfera w przedsionku rozrzedzała się błyskawicznie. Zivik nabrał tchu i w porywistym podmuchu zaczął się szarpać z uszczelnieniem hełmu. Miał wrażenie, że zaraz pękną mu płuca, a oczy wypadną z oczodołów. Wreszcie zdołał zacisnąć kryzę, a system skafandra automatycznie włączył pompowanie tlenu, jakby zdawał sobie sprawę, że wewnątrz kombinezonu panuje już niemal próżnia.

– Mało brakowało – mruknął pod nosem Zivik, a potem odepchnął się od szafki i skierował do hangaru. Kod awaryjny zwolnił zamknięcie, lecz mimo to drzwi się nie otworzyły. Zapewne awaryjne źródła zasilania zupełnie się wyczerpały, o czym świadczył choćby brak błękitnej poświaty w otworze w grodzi. Zivikowi udało się wsunąć palce w szczelinę i rozsunąć skrzydła drzwi, chociaż były o wiele cięższe niż te, z którymi musiał sobie radzić w szybie windy.

Wreszcie cal po calu zdołał je rozewrzeć wystarczająco, aby się przecisnąć. Szczątki, płyny hydrauliczne, narzędzia, przewody i ciała unosiły się w hangarze lądowiska i blokowały drogę do dwóch myśliwców na końcu pasa, które nadawały się do użytku. Zivik nie wiedział, czy panujący wokół bałagan był rezultatem działań dwóch zabójców, czy też skutkiem ostrzału z tajemniczego okrętu. Dopiero teraz jednak zauważył, że ogromna gródź hangaru lądowiska otwiera się, a to oznaczało, że wojskowi właśnie opuszczają stację. Gródź zaczęła się zamykać, gdy niewielki prom wyleciał w przestrzeń, zanim jednak zniknął w czerni kosmosu, Zivik zdążył odczytać nazwę jednostki na rufowej tabliczce identyfikacyjnej. „Fenway”. Stacją wstrząsnęła kolejna eksplozja. Zivik odbił się i poszybował między unoszącymi się szczątkami. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że wcale nie słyszał wybuchu, lecz tylko go wyczuł, gdy przyciskał się do drzwi – wibracje metalu były tak silne, że wydawały się niemal głośne.

Sądząc po stanie zwłok, było jasne, że alarm zupełnie zaskoczył ekipy na lądowisku – technicy nie założyli skafandrów próżniowych, a tylko one mogłyby ocalić im życie, żaden z pilotów nie założył hełmu, częściowo pozapinane kombinezony nie wystarczyły, aby ochronić któregokolwiek przed próżnią. Zivik starał się nie patrzeć na spuchnięte, sine twarze.

Tylko jedna osoba uszczelniła skafander – przerażona kobieta szarpała się i miotała kilkanaście stóp nad pokładem. Zivik uznał, że w obecnej sytuacji może zaryzykować. Lepiej umrzeć z honorem, niż żyć w hańbie i wstydzie. Odbił się od wirującej beczki ze smarem, aby zmienić kierunek i poszybować ukośnie w górę do nieznajomej. Gdy się zderzyli, złapał ją za ramię i razem polecieli dalej. Ethan jęknął, gdy uderzył w sufit, a potem odbił się w kierunku ostatniego sprawnego myśliwca. Modlił się w duchu, żeby jego celność podczas manewrowania w warunkach braku grawitacji okazała się równie dobra jak za sterami.

Udało się. Oboje omal nie odbili się od myśliwca, ale w ostatniej chwili Zivik wolną ręką złapał się małego uchwytu przy śluzie i przyciągnął tam kobietę. Okazało się, że właz otwiera się łatwiej niż wszystkie inne drzwi, z którymi miał tego dnia do czynienia, a szybkie spojrzenie na pulpit potwierdziło, że niewielka jednostka znajdowała się w doskonałym stanie. Salwa z obcego okrętu na szczęście nie uszkodziła tej maszyny. Zivik pchnął kobietę na fotel, zabezpieczył ją pasami na ile się dało, a potem przypiął się sam, uruchomił napęd i poderwał myśliwiec z płyty lądowiska przy pomocy silników manewrowych. Na koniec wcisnął guzik, który otwierał gródź hangaru.

Jednak ta ani drgnęła.

„Oczywiście” – pomyślał Zivik. „To by było zbyt proste”.

Wpisał kod awaryjny, jednak gródź nadal pozostawała zamknięta. Po tylu wysiłkach utknął w hangarze.

Wewnątrz hełmu rozległ się sygnał alarmowy. Zivik zerknął na konsolę, aby sprawdzić, co mu grozi tym razem.

Rdzeń. Reaktor osiągał masę krytyczną. Do eksplozji zostało najwyżej dwadzieścia sekund. Potem stacja zmieni się w świecącą chmurę radioaktywnych, stopionych odłamków.

Zivik bez zastanowienia włączył broń, wycelował działko pokładowe w gródź i zaczął strzelać.

Kątem oka wychwycił ruch. Wśród unoszących się ciał jedno się poruszało. Pilot.

Mężczyzna miał uszczelniony skafander i usiłował manewrować wśród szczątków nad lądowiskiem, ale nie miał od czego się odbić, aby dotrzeć do ostatniego sprawnego myśliwca.

Zivik zerknął na pulpit.

Dziesięć sekund.

Przez iluminator dostrzegł twarz pilota, miotającego się bezradnie nad płytą lądowiska – wykrzywiał ją grymas czystego przerażenia.

Jednak nie było już czasu. Zivik mógł zabrać kobietę, którą wciągnął do myśliwca, i uratować się wraz z nią albo zatrzymać się i zabrać też pilota, ale wtedy najpewniej wszyscy troje by zginęli.

Nie dla każdego Ethan mógł zostać bohaterem.

Gródź wreszcie ustąpiła pod ostrzałem. Za wybitym otworem rozciągała się usiana gwiazdami przestrzeń. Zivik odetchnął głęboko – nie latał od dwóch lat. Odkąd…

„Nie będę o tym teraz myślał”.

Wcisnął akcelerator. Podwójne przeciążenie wbiło go w fotel. Zivikowi pociemniało w oczach, gdy organizm starał się wytrzymać miażdżący napór. Myśliwiec minął poszarpane krawędzie otworu w grodzi i pomknął w przestrzeń.

Dwie sekundy później stacja Brytan eksplodowała.

ROZDZIAŁ 12


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, Ido

Mostek OZF „Niepodległość”

– Zbliżamy się do zbuntowanego okrętu, pani admirał – zameldowała porucznik Whitehorse, choć wcale nie musiała tego mówić. Wszyscy od razu wyczuli, że odległość między nimi a obcym okrętem gwałtownie maleje. Spokojna, chłodna część osobowości Proctor zastanawiała się nad naukowymi podstawami tego, co się działo. Pole emitowane przez Golgotów było niesamowite – doskonale dostrajało się do ludzi i wpływało na funkcjonowanie ich mózgów.

Jednak prymitywna część osobowości, wzmacniana z każdą sekundą, mogła tylko krzyczeć: „Uciekaj! Walcz! Spółkuj! Spierz ten okręt na kwaśne jabłko! Przywal komandorowi Yarbrough! Pogłaskaj mięśnie Mumforda! Nie… Uciekaj!”.

Proctor potrząsnęła głową i spróbowała opanować nawałę sprzecznych pragnień.

– Spokojnie, ludzie. Zacznijcie myśleć! Wiecie, co jest racjonalne, a co szalone. – Zaciskała zęby tak mocno, że bolały ją szczęki. Zanosiło się na niezłe starcie, w którym musieli się zmierzyć z samymi sobą, zbuntowanymi okrętami floty i obcą jednostką. Bitwa na pewno okaże się interesująca i bardzo niebezpieczna.

– Jesteśmy w zasięgu rażenia, pani admirał – oznajmiła Whitehorse.

– Zbuntowane okręty znajdują się między nami a obcym? Równiutko?

– Tak jest.

Proctor skinęła głową. Starała się wyglądać na spokojną. Czy postępowała racjonalnie? Czy dobrze robiła, że wykorzystywała okręty jako osłonę? Czy to było moralnie słuszne? Jej umysł spowijała zbyt gęsta mgła i Proctor nie mogła polegać na własnym rozsądku. Jedyne, co jej pozostało, to działać.

– Ognia. Chojrak, gotowość do wypuszczenia myśliwców.

„Niepodległość” i reszta towarzyszącej jej floty rozpoczęły salwę z dział magnetycznych i laserów. W normalnych okolicznościach taki ostrzał w kilka sekund rozerwałby dowolną jednostkę na strzępy. Pociski z dział i wiązki laserów minęły zbuntowane okręty ZSO i uderzyły w obcego, który zwolnił, gdy zbliżył się do Ido.

– Jakieś efekty?

 

Whitehorse pokręciła głową, chyba za szybko, jak na nią, przynajmniej w zwykłym stanie emocjonalnym.

– Nie, pani admirał. – A potem odwróciła się do jednego z oficerów obsługi dział magnetycznych. – Strzelacie nierówno! Weźcie się w garść, chorąży!

Uderzyła pięścią w konsolę taktyczną. Chorąży zaklął pod nosem, ale opanował się i wydał polecenia.

Zanosiło się na to, że niedługo ludzie na mostku ulegną niskim instynktom. Proctor wiedziała, że musi albo wygrać tę potyczkę, albo jak najszybciej uciekać.

– Może uda się osłabić jedno miejsce, jeżeli skoncentrujemy na nim ogień. – Wyświetliła schematyczny obraz okrętu Golgotów. – Uwaga wszystkie jednostki. Skupić ostrzał na… – Wybrała przypadkowe miejsce na kadłubie przeciwnika. – Na tym punkcie.

Komputer automatycznie przekazał wybrane współrzędne do stanowisk taktycznych pozostałych jednostek floty.

– Chojrak, wypuść myśliwce. Wszystkie jednostki. Niech ostrzelają wskazane miejsce na obcym okręcie.

Wstrzymała oddech, podczas gdy skoncentrowana salwa dział magnetycznych wreszcie dotarła do wroga. Dziesiątki myśliwców wyroiły się z okrętów i zaczęły strzelać we wskazany punkt na kadłubie obcego.

Nic. Każdy pocisk, każda salwa i każdy strzał z myśliwca… Wszystkie się odbiły!

– Niemożliwe – wyszeptała Proctor. Prymitywny gniew i strach, które w niej narastały, zaczynały brać górę.

– Pani admirał! „Davenport” strzela. W nas! – wykrzyknęła Whitehorse.

Przez pokład przebiegło drżenie, zawyły syreny.

– Kapitanie Shee, niech pan przerwie ogień albo pańska jednostka zostanie zniszczona – ostrzegła Proctor. Starała się mówić opanowanym tonem.

– Uszkodzenia na poziomie siódmym i ósmym w sekcjach dziobowych – zameldował komandor Yarbrough ze stanowiska pierwszego oficera. – Ewakuacja sekcji pierwszej.

Ostrzał nie został przerwany. Tymczasem „Niepodległość” i pozostałe okręty prowadziły ogień do obcej jednostki, jednak nadal bez skutku.

– Zmiana celu na…

– Pani admirał! Golgoci strzelają! Odczyty poziomu energii całkowicie poza zwykłą skalą! – Ręce porucznik Whitehorse prawie rozmywały się nad konsolą taktyczną, tak szybko nimi poruszała. Widoczny przez iluminatory niemal nieruchomy okręt obcych wypuścił wiązkę jakiejś energii. Oślepiający, biało-fioletowy promień nie został jednak skierowany w żadną z jednostek ludzkiej floty.

Uderzył w księżyc. Wbił się w powierzchnię Ido, przedarł w głąb płaszcza satelity. Odłamki i pył zawirowały wokół trafionego obszaru w piekielnym tańcu.

– Co, do cholery…? – Proctor pochyliła się do okna. – Co on robi?

Komandor Mumford pokręcił głową.

– Promień to skoncentrowana energia na ultrawysokim poziomie, złożona z antygalu, jonów boru, promieniowania gamma i ultrafioletowego oraz czystych jonów antyprotonowych. Dostrajam właśnie skalę detektorów… – Mumford podniósł głowę i spojrzał Proctor w oczy. Twarz miał białą jak kreda. – Jedno trafienie tą wiązką i po okręcie. W ułamku sekundy. Z odczytów wynika, że ten promień ma moc milionów terawatów.

Przez mostek znowu przeszło drżenie. „Davenport” ponownie ostrzelał „Niepodległość”, na dodatek kilka innych zbuntowanych okrętów dołączyło do ataku i wypuściło salwy na własną flotę.

Głos Rayny Scott rozległ się z głośników na mostku:

– Shelby, możemy ich trochę przydusić? Te dranie niszczą moje silniki!

– Wybacz, Rayno, sytuacja jest bardzo poważna. Jak sobie radzisz?

– Utrzymam naszą ptaszynę w jednym kawałku, bez obaw, ale jeszcze jedno celne trafienie z działa magnetycznego i rdzeń zacznie się destabilizować. Rayna, bez odbioru.

Proctor skinęła głową.

– Namierzyć systemy uzbrojenia „Davenporta”. Ognia.

Pokłady zadygotały od rytmicznego huku dział magnetycznych i na kadłubie zbuntowanego okrętu pojawiły się niewielkie wybuchy, gdy pociski dotarły do poszycia.

– Obcy okręt wypuścił pociski z dział – zameldowała Whitehorse. – Promień przebijający nadal skierowany jest w powierzchnię Ido.

– Wielozadaniowiec, jak widać. Potrafi robić dwie rzeczy naraz – mruknęła Proctor. – Kto oberwie?

– Głównie „Davenport”. I kilka innych zbuntowanych okrętów. A także jeden z naszych. Obcy strzela praktycznie w każdą jednostkę, którą ma w zasięgu czystego strzału.

– Czyli nasza tarcza jednak się przydała – stwierdziła Proctor. „Bogu niech będą dzięki”. – Co z „Davenportem”? Nadal do nas strzela?

– Nie, pani admirał. Nie działają jego wieżyczki laserowe, stanowiska dział magnetycznych także. Mam odczyty fluktuacji energii na całym okręcie. Myślę, że zaraz… – Porucznik Whitehorse nie zdążyła dokończyć.

„Davenport” eksplodował w oślepiającym rozbłysku, gdy rdzeń reaktora przekroczył masę krytyczną.

ROZDZIAŁ 13


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, Ido

Mostek OZF „Niepodległość”

Kiedy blask przygasł, a rozszerzająca się chmura stopionych odłamków, które jeszcze przed chwilą były „Davenportem”, rozproszyła się na tyle, że można było znowu prowadzić obserwację, okazało się, że obca jednostka nadal przewierca promieniem energii mały księżyc Bolivara. W powierzchni Ido ziała dziura tak duża, że pomieściłaby „Niepodległość”.

– Coś się dzieje, pani admirał – zameldowała porucznik Whitehorse. – Wykrywam ruch na obcym okręcie. Otwiera się właz.

Proctor obróciła się do stanowiska taktycznego.

– Skanowanie. W pełnym spektrum. Musimy zajrzeć do środka tej jednostki, inaczej nigdy nie dowiemy się, jak ją pokonać.

– Skanuję. – Whitehorse przygryzła usta. – Otwór jest wciąż przesłonięty jakimś polem tłumiącym… Przypomina nasze bariery, które utrzymują powietrze wewnątrz jednostek kosmicznych. Tyle że to pole blokuje wszystkie pasma elektromagnetyczne.

– No to użyj skanu neutronowego.

– To samo. – Whitehorse pokręciła głową.

Proctor sprawdziła dwa razy.

– Ci obcy mają pole elektromagnetyczne, które blokuje neutronową wiązkę skanującą? – Spojrzała na komandora Mumforda. – Jak to możliwe?

Naukowiec wzruszył ramionami.

– Nie wiadomo, pani admirał. Najwyraźniej są od nas bardziej zaawansowani technologicznie – stwierdził ponuro.

Proctor nie spuszczała oczu z widoku za iluminatorami. Okręt Golgotów wciąż drążył promieniem Ido.

– Nagroda za niedopowiedzenie roku wędruje do… komandora Mumforda. – Potarła się nerwowo po policzku. – Żadnych zmian w działaniach obcego?

– Nie, pani admirał. Ocalałe zbuntowane okręty wycofały się na odległość, którą tamci chyba uznali za wystarczającą, bo już nie strzelają. Ani w buntowników, ani w nas.

– No to co ten obcy tutaj robi?

Jakby w odpowiedzi z otworu w kadłubie tajemniczego okrętu wystrzelił obiekt. Przemieszczał się tak szybko, że wzrok za nim nie nadążał. Proctor obróciła się do stanowiska taktycznego.

– Co to było?

– Mała kula z wolframu. Nie wiadomo, czy coś zawiera. Kieruje się prosto do dziury wydrążonej w księżycu. – Whitehorse zerknęła na Proctor. – Ostrzelać, pani admirał?

– Nie. Ponieważ obcy nas nie atakuje, tylko obserwujemy. – Dostrzegła, że komandor Yarbrough przygląda jej się z nieskrywanym zdziwieniem. – Na razie – dokończyła.

Na ekranach mostka widać było, jak kula opada na księżyc. Biało-fioletowy promień zamigotał, zapulsował jeszcze po raz ostatni i zgasł, gdy tylko kula opadła w wydrążony otwór i zniknęła pod powierzchnią Ido.

Załoga wstrzymała oddech. Wszyscy oczekiwali spektakularnej eksplozji albo trzęsienia ziemi czy erupcji energii. W zasadzie spodziewali się dowolnego aktu zniszczenia, wywołanego przez nieznane urządzenie obcych.

Jednak nic się nie stało.

– Porucznik Whitehorse? – Proctor spojrzała na oficer taktyczną. – Coś widać?

– Detektory nic nie wykrywają, pani admirał.

– Więc co, u licha, robi ten obiekt?

Whitehorse wzruszyła ramionami.

– Nic nie widać na żadnym paśmie. Tylko bardzo nieznaczne wstrząsy, ale to normalne, wziąwszy pod uwagę, że drań wywiercił dziurę do jądra księżyca. Mogę użyć skanowania…

– Patrzcie! – przerwał im Yarbrough.

Okręt obcych zaczął się oddalać. Zarówno od „Niepodległości”, jak i poobijanych jednostek buntowników, które wycofały się na bezpieczną odległość. A zaraz potem zamigotał i wykonał skok kwantowy.

W tej samej chwili intensywna, oszałamiająca fala emocji ustąpiła, serce Proctor zwolniło do normalnego rytmu. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Porucznik Qwerty pochylił się nad stanowiskiem łączności.

– Odbieram wiadomości od kapitanów zbuntowanych okrętów, ma’am. Oni… przepraszają. Starają się, żeby brzmiało to szczerze.

– No cóż… – Proctor obróciła się w fotelu i popatrzyła na załogę. Zatrzymała wzrok w miejscu, gdzie zakrzepła już krew kapitana Pruchy, a potem zerknęła na mały księżyc Bolivara. – W życiu nie miałam do czynienia z takim atakiem. To chyba najdziwniejsza inwazja obcych w historii ludzkości. Wciąż żadnych zmian na Ido?

– Żadnych. – Whitehorse zmarszczyła brwi. – Chyba że weźmie się pod uwagę zwiększenie masy księżyca o jedną milionową procenta. Trudno to jednak uznać za znaczącą zmianę.

ROZDZIAŁ 14


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar

Wysoka orbita stacjonarna

Kiedy Zivik odzyskał przytomność, od razu zaczął się zastanawiać, kiedy zapadł w nieświadomość i dlaczego. Może przez długotrwałe przeciążenie? A może natrafił na coś podczas opuszczania stacji i uderzył się w głowę? Albo sferyczna fala po eksplozji stacji dosięgła myśliwca? W sumie to nieważne.

Ze zdziwieniem poczuł szarpnięcie za ramię. A potem kolejne. Jakby z oddali usłyszał też natarczywy głos.

Kobieta. Szarpała go i krzyczała, choć Zivik oczywiście nie rozumiał ani słowa. Nic dziwnego, skoro oboje mieli hełmy bez skonfigurowanej łączności radiowej. Jednak nie musiał rozumieć, żeby domyślać się, co mówiła, ponieważ wolną ręką gwałtownie wskazywała na kokpit.

Zivik podniósł głowę.

„O kurwa”.

Bolivar wisiał nad nimi, a właściwie znajdował się w dole, bo technicznie rzecz ujmując, spadali na planetę. Spadali bardzo szybko, sądząc po pomarańczowej poświacie atmosferycznego tarcia na kadłubie.

Ethan złapał za stery i włączył akcelerator.

Bez skutku.

– Och, kurwa, nie. – Uderzył w przycisk na pulpicie, ale próba restartowania napędu także się nie powiodła. Silniki nie działały. Wysiadły.

Głos kobiety nagle zabrzmiał bardzo wyraźnie.

– Komora reaktora jest cała. Myślę, że to przewody plazmowe.

Zivik omal nie wyskoczył ze skóry, gdy słowa uderzyły go prosto w uszy. Pasażerka najwyraźniej znalazła kanał, który odbierały systemy jego hełmu.

– Co? Skąd wiesz? – Wciąż wciskał różne przełączniki na pulpicie, na dodatek trzęsły mu się ręce, a kokpitem rzucało. Nie był pewien, czy to dłonie mu tak drżą, czy cały myśliwiec tak wibruje.

– Kilka minut temu w coś uderzyliśmy. Myślę, że to przecięło główny przewód plazmowy, a awaryjne, jak zwykle w tym modelu, są do niczego.

W głosie kobiety brzmiała zaskakująca pewność siebie.

– Jesteś mechanikiem? – upewnił się Zivik, zdziwiony jej znajomością wad myśliwców.

– Tak. – Nieznajoma oddychała płytko. Jeżeli się nie uspokoi, popadnie w hiperwentylację. Inna sprawa, że nieuchronna śmierć, która groziła im obojgu, szybko rozwiąże jej problemy z oddychaniem.

– Mam na imię Ethan. A ty?

Kobieta przełknęła, mikrofon jej hełmu przekazywał płytki, zbyt szybki oddech. Myśliwcem zatrzęsło jeszcze mocniej.

– Sara.

– Słuchaj, Saro, możemy się jeszcze z tego wykaraskać, ale potrzebna będzie twoja pomoc. Możesz naprawić napęd?

– T-tak mi się wydaje. Nie wiem. Gdybym znalazła się pod podwoziem i miała swoje narzędzia… może.

– Nie chodziło mi o główny przewód plazmowy, tylko o zapasowe. Mówiłaś tak, jakbyś się na tym znała. Możesz zrobić coś, żeby działały? Masz do nich dostęp stąd, z kokpitu.

Sara skinęła głową.

– Och, jasne… Powinnam sama o tym pomyśleć. Wybacz.

Było oczywiste, że znajdowała się w szoku. Ręce jej się trzęsły, a oczy nerwowo przesuwały po kokpicie, to na panoramiczny iluminator kabiny, to na płonącą falę kolizyjną i błękitną planetę.

– Saro, musimy się stąd wydostać. Weź się za przewody zapasowe, wykorzystaj swoje techniczne sztuczki.

Tym razem skinęła głową z wigorem. Rozpięła pasy i przecisnęła się na tył kokpitu. Zivik usłyszał, jak zdjęła panel ścienny.

 

– Dobra, widzę przewody. Tak jak myślałam, poluzowały się.

– Możesz je… zamocować?

– Gdybym miała narzędzia…

Huk tarcia o atmosferę był tak głośny, że przebijał się nawet przez hełm. Zivik ledwie słyszał towarzyszkę.

– Nie mamy czasu. Zginiemy za dwadzieścia sekund, jeżeli czegoś nie zrobisz. Czegokolwiek.

Oddech kobiety nieoczekiwanie się uspokoił. Wreszcie oznajmiła:

– No to nie ma wyjścia.

I zaczęła uderzać pięścią w przewody plazmowe.

– Co robisz? – Ethan sam zaczął już trochę hiperwentylować.

– Używam perswazji – mruknęła między uderzeniami.

„O Boże! Już jestem martwy!”

Sara uderzyła mocniej. Zivik starał się opanować oddech.

– Myślisz, że to pomoże? Zdaje się, że ta metoda jest skuteczna tylko w filmach… – Przerwało mu nierówne wycie silników. Sara roześmiała się triumfalnie.

„Cholera, zadziałało”.

– Przypnij się… – Zivik przesunął akcelerator na maksimum, na ile tylko pozwalały zapasowe przewody. Odrzut nawet na systemach awaryjnych mógł okazać się niebezpieczny dla każdego, kto nie zapiął pasów.

Sara jęknęła, gdy myśliwcem zaczęło huśtać. Zivik zdołał obrócić maszynę na brzuch, a potem powoli skierował dziób w horyzont i równie powoli uniósł wyżej, aby wyjść z atmosfery. Ryk silników zagłuszył huk tarcia, a przewody plazmowe zawyły w proteście.

– Wytrzymają? – Zivik zaryzykował i zerknął na Sarę przez ramię.

– Jasne. Jeżeli nie, znowu je stłukę – zapewniła.

„Zaczynam ją lubić”.

– Dobra, to lecimy. Zaraz zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

– Jeszcze bardziej niż teraz?

– A jakże. – Przyśpieszenie wzrosło i potrójne przeciążenie wgniotło Zivika w fotel. Usłyszał jeszcze, jak kobieta z tyłu przeklina, gdy została przygnieciona do tylnej ściany kokpitu. Ethan modlił się, żeby jej ręce nie zsunęły się na otwór po płycie, bo wtedy przeciążenie połamałoby je jak zapałki.

Po dziesięciu sekundach było po wszystkim. Czerwona poświata na kadłubie zniknęła, a wskaźniki poinformowały, że myśliwiec osiągnął stabilną orbitę.

– No – mruknął Ethan. – Mam szczerą nadzieję, że taka zabawa już się nie powtórzy.

– Nazywasz to zabawą? – Sara uniosła się do pozycji siedzącej. Gdy przeciążenie minęło, osunęła się bezwładnie na podłogę.

– Jeżeli tylko przeżyjemy, jak najbardziej. – Popatrzył przez iluminator na gwiazdy, jakby chciał sprawdzić, w którym sektorze przestrzeni właśnie się znaleźli. Bolivar wydawał się spokojny i nieruchomy, zwłaszcza w porównaniu z wciąż rosnącą chmurą jarzących się szczątków stacji Brytan. Nic z niej nie zostało. Reaktor osiągnął masę krytyczną, a to wystarczyło, żeby rozgrzać każdą cząsteczkę odłamków do kilku tysięcy stopni. Nawet przez pancerną szybę z kompozytowego szkła Ethan czuł gorąco przenikające do kokpitu. Zdawało się, że stacja zmieniła się w gasnące powoli małe słońce.

Kobieta wpatrywała się jak zahipnotyzowana w świecącą chmurę szczątków.

– Znałam tam wiele osób. Stacja była moim domem – szepnęła. Jej głos brzmiał beznamiętnie, jakby wciąż pozostawała w szoku i nie mogła uwierzyć własnym oczom. – Wszyscy zginęli, prawda? Nikomu nie udało się stamtąd uciec, tylko nam.

Zivik zmarszczył brwi, gdy przypomniał sobie ucieczkę ze stacji.

– Nie, nie tylko nam się udało. Było jeszcze dwóch. Ludzie z ZSO, jak ja. – Zerknął na jej skafander. – Jesteś pracownikiem kontraktowym, prawda?

– Tak. Z Shovik-Orion.

Ethan skinął głową. Shovik-Orion był głównym prywatnym dostawcą wyposażenia dla stacji, zwłaszcza wysokiej klasy sprzętu wojskowego, w tym myśliwców oraz części uzbrojenia. Ogromna międzyplanetarna korporacja prawie nie miała konkurencji, jako że firmy takie jak przedsiębiorstwo Howe-Wang, Luminaris czy zakłady Błękitne Niebo nie były równie sprawne w realizacji indywidualnych zamówień.

Ten mężczyzna, zabity, jakby to była egzekucja…

– Znałaś faceta, innego pracownika kontraktowego ze stacji… – Zivik usiłował sobie przypomnieć zabitego. Na szczęście adrenalina zalewająca mu wtedy mózg wyostrzyła zdolność obserwacji i każdy szczegół wyrył się dokładnie w jego pamięci. – Niski, łysawy, z kozią bródką i akcentem jak z Brytanii…?

– Jerry Underwood? Jasne. Też go znałeś? Czy on… – Sara znowu wbiła wzrok w jaśniejącą chmurę na tle gwiaździstej czerni.

– Nie żyje, niestety.

Zivik zastanawiał się, ile powinien jej powiedzieć. To, co się zdarzyło przed wybuchem stacji, wskazywało na działanie grupy przestępczej albo wielkiego polityczno-korporacyjno-wojskowego spisku… O ile nie czegoś jeszcze gorszego. Czy chciał być w to wmieszany? Czy chciał w to mieszać tę kobietę? Podążył za wzrokiem Sary, wbitym w chmurę po eksplozji stacji. Szlag. Już był w to wplątany. Oboje byli.

– Został zastrzelony. – Zivik odwrócił się do kobiety w porę, aby zobaczyć, jak na jej twarzy odmalowuje się zgroza. – Zrobili to ci dwaj z ZSO, o których ci wspomniałem. Jeden z nich strzelił mu prosto w czoło kilka minut przed tym, jak cię zabrałem z hangaru.

– Jerry? – Pokręciła głową. – Nie. Dlaczego ktoś miałby go zabić? Jesteś pewien tego, co widziałeś?

– Jestem pewien. Posłuchaj, Saro… – zawiesił głos wyczekująco.

– Batak – dopowiedziała kobieta.

– Posłuchaj, Saro Batak. Jestem Ethan Zivik z ZSO. Flotę mam we krwi. Moja matka, zanim zginęła, była pilotem myśliwca. Walczyła w drugiej wojnie z Rojem. Ojciec też. Teraz to wielka szycha w ZSO, ma znajomości na górze i zna wielu ważniaków. Myślę, że powinniśmy się z nim skontaktować. Nie wiem, komu jeszcze możemy zaufać. Zwłaszcza po tym, jak na własne oczy zobaczyłem, co dwóch oficerów z floty zrobiło Underwoodowi. Ci dwaj pewnie uważają, że są jedynymi, którzy wydostali się ze stacji, więc raczej im się nie spodoba, gdy wyjdzie na jaw, że przeżył też, no wiesz, naoczny świadek.

Sara zacisnęła zęby.

– Sądzisz, że takich jak oni jest w ZSO więcej? Myślisz, że tych dwóch nie działało na własną rękę i to jakaś większa sprawa?

Ethan wzruszył ramionami.

– A co z zamachem na Sangre de Cristo sprzed paru tygodni i zamieszkami wywołanymi przez GKL? Może to ta sama sprawa? A jeżeli okaże się, że jest świadek tego… cokolwiek tam się wydarzyło… Powiedzmy, że lepiej się nie wychylać, dopóki nie ustalimy, komu możemy zaufać.

– Uważasz, że lepiej nie iść z tym do CENTCOM-u na Bolivarze i nie meldować o oficerach floty, którzy dopuścili się morderstwa?

– Tak mi się wydaje. – Ethan skinął głową. – Myślę, że powinniśmy odszukać mojego ojca. Jak powiedziałem, ma znajomości i jest prawdziwą szychą w ZSO, pewnie prawie jak admirał albo podobnie… Ufam mu.

Sara popatrzyła na niego przenikliwie i chyba trochę podejrzliwie.

– Prawie jak admirał? Ufasz mu? Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco…

„Bo wcale nie jestem przekonany” – chciał odpowiedzieć Ethan, uznał jednak, że to by było głupie. Chociaż stosunki rodzinne Zivika nie należały do najlepszych, nie oznaczało to, że ojcu nie można ufać. Zresztą trudno by było nawet powiedzieć, że to złe stosunki. Raczej nieistniejące… Z tego jednak by wynikało, że nie utrzymywali kontaktów, ponieważ stary drań nie pochwalał braku ambicji syna i jego wyboru drogi życiowej.

– Nie, jest w porządku. To bohater wojenny, weteran. Wszyscy mu ufają. Musimy się z nim spotkać i opowiedzieć o wszystkim. Przynajmniej będzie wiedział, co robić. Bo po tym, co widziałem, po tym, jak dwóch facetów w mundurach floty odstrzeliło Underwoodowi głowę, chyba na razie nie ufam nikomu z ZSO.

Sara Batak nie próbowała się spierać.

– Myślisz, że twój ojciec będzie wiedział, co robić?

Zivik skinął głową i znowu włączył akcelerator, choć tym razem nie na pełną moc. Skierował myśliwiec do jednego z cywilnych statków ratowniczych. Wysłano je na orbitę po wezwaniach od setek prywatnych jednostek, które uległy uszkodzeniom albo wskutek ataku tajemniczego okrętu obcych, albo od eksplozji stacji Brytan.

– Ojciec zawsze wie, co robić. Zwłaszcza gdy chodzi o cudze problemy.

„Jak na przykład moje”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?