Stara Flota. Tom 4. Niepodległość

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
E-book
29,79 
Szczegóły
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5


Układ planetarny Brytanii

Calais, stocznia Wellington

Sala konferencyjna

na pokładzie OZF „Niepodległość”

Cztery godziny po wejściu na pokład „Niepodległości” Proctor stanęła u szczytu stołu w sali konferencyjnej. Dla niej minęła właśnie pierwsza w nocy, jednak według czasu okrętu była to zaledwie druga godzina drugiej wachty, co znaczyło, że admirał musiała jeszcze długo pozostać na nogach. I już dawało jej to w kość. Ostatni raz zarwała noc, gdy była kapitanem.

„Starzeję się, cholera”.

– Dziękuję wszystkim za przybycie. Dla niektórych była to długa podróż. Wierzcie mi, liczyłam, że będę się cieszyć emeryturą i w spokoju uczyć na uniwersytecie do późnej starości, a potem przygarnę gromadę kotów.

Przy stole zabrzmiały stłumione śmiechy. Wszyscy znali powód, dla którego się tutaj znaleźli, a większość obecnych walczyła już z obcymi trzydzieści lat temu, podczas drugiej wojny z Rojem, i doskonale wiedziała, czego należy się spodziewać.

– Pozwólcie, że najpierw przedstawię wam pierwszego oficera. – Proctor wskazała na siwowłosego mężczyznę obok. – Kapitan Prucha zgodził się pełnić tę funkcję podczas naszej misji.

– Pani admirał – odezwał się komandor Yarbrough – nie powinienem się wtrącać w pani kompetencje, ale czy nie byłoby rozsądniej, gdyby to stanowisko zajął ktoś, kto doskonale zna okręt i resztę załogi?

Proctor przeszyła go groźnym spojrzeniem.

– Tak, komandorze, w jednym ma pan całkowitą rację. Nie powinien się pan wtrącać w moje kompetencje.

Niektórzy z jej dawnych podwładnych zachichotali. Główna mechanik zacmokała napominająco. Yarbrough jednak niewzruszenie mówił dalej:

– Pani admirał, regulaminy ZSO jasno stwierdzają, że wybór pierwszego oficera powinien opierać się na…

Proctor przerwała mu, pozwalając, aby w jej głosie zabrzmiały ostrzejsze tony.

– Regulaminy jasno stwierdzają, że wybór należy do oficera dowodzącego, komandorze, i właśnie od tego oficera zależy, kto będzie pełnił tę funkcję. Koniec dyskusji.

Yarbrough zacisnął usta, ale przyjął decyzję do wiadomości.

– Jednak – podjęła Proctor – chcę, żeby to pan został asystentem pierwszego, skoro, jak pan słusznie zauważył, był pan od początku w załodze i zna okręt od podszewki.

Ta decyzja chyba trochę pocieszyła komandora.

„Dobrze. Ostatnie, czego mi potrzeba, to zarozumiały oficer, który będzie kwestionował każdy mój rozkaz”.

– Kapitan Prucha zgodził się przerwać urlop. Z tego, co słyszałam, czeka na ciebie okręt, prawda, Jeremy?

Prucha uśmiechnął się promiennie. Proctor zapamiętała go właśnie ze względu na ten uśmiech.

– Zgadza się. To „Forester”, nowy krążownik ciężkozbrojny, który właśnie skończono budować w stoczniach Omaha. Lecz jak mógłbym nie wziąć udziału w ostatniej misji legendarnej admirał?

Proctor uśmiechnęła się lekko.

– Pochlebstwami daleko nie zajdziesz, kapitanie. Albo może właśnie zajdziesz, tyle że prosto w kosmos bez skafandra. Zależy, w jakim będę nastroju. – Odwróciła się do grupy po drugiej stronie stołu. – Zakładam, że wszyscy znacie główną mechanik? Okazuje się, że to ona zaprojektowała ten okręt. – Wskazała niepozorną kobietę z czerwonorudymi włosami, która na ten znak pomachała wszystkim na powitanie. – Komandor Rayna Scott. Rayno, jakim cudem, do ciężkiej cholery, nie zostałaś jeszcze kapitanem? Jesteś w moim wieku.

– Ponieważ nie chciałam – padła mrukliwa odpowiedź.

Proctor tylko wzruszyła ramionami.

– Chyba że tak.

Główna mechanik zerknęła na resztę załogi mostka.

– Możecie mnie nazywać komandor Rayną. Albo babcią Rayną. Albo po prostu Rayną, o ile nie przeszkadza wam, że czasami padniecie ofiarą mojego temperamentu.

Komandor Yarbrough uniósł niepewnie rękę.

– Ale regulamin jasno określa, że…

– Wsadź sobie regulamin w tę swoją chudą dupę – prychnęła Rayna. – Służę już tak długo, że mogę decydować, jak się do mnie zwracać. A jeżeli nie chcesz, żebym do końca tej misji nazywała cię komandorem-dupkiem, radzę nigdy więcej nie cytować mi przepisów floty.

Kapitan Volz, który do tej pory w milczeniu siedział obok komandor Scott, objął ją ramieniem.

– Ona mi się podoba, admirał Proctor. Mogę ją sobie zatrzymać?

Wszyscy się roześmiali. Volz i Rayna przyjaźnili się od czasów wspólnej służby na „Chesapeake’u” prawie dwadzieścia lat temu.

– Znacie kapitana Volza albo Chojraka, jak nazywają go przyjaciele. Został naszym dowódcą myśliwców, chociaż mam nadzieję, że podczas tej misji nie będzie żadnych walk z udziałem tych maszyn.

Volz obruszył się, a jego kozia bródka zadrżała.

– Żadnych walk? Ale powinniśmy mieć trochę zabawy! Tylko praca i żadnych rozrywek? Zanudzimy się na śmierć.

Kapitan Prucha wskazał Volza kciukiem.

– Mam nieodparte wrażenie, że Chojrak znajdzie sposób, żeby zrobiło się interesująco, czy nam się to podoba, czy nie. Pamiętamy przecież ten incydent podczas bitwy o Mao Wielką…

– Hej, przysięgam, że te dziury w kadłubie „Lincolna” już tam były…

Rayna zachichotała.

– Och, to się teraz nazywa incydent? Nie tak o tym mówiono na procesie przed trybunałem floty. Zdaje się, że generał Norton, pokój jego kłótliwej duszy, określił to jako kretyństwo największego kalibru i…

– Proszę państwa… – Proctor uniosła ręce. Do sali powróciło wyczuwalne napięcie przed misją. – Sama chętnie posłuchałabym opowieści z dawnych czasów, ale sytuacja jest poważna.

A potem dokończyła przedstawianie załogi mostka. Porucznik Jerusha Whitehorse miała pełnić funkcję oficera taktycznego, chorąży Annie Riisa została głównym nawigatorem i sternikiem, porucznik Qwerty, poliglota, trafił na stanowisko łączności – powitał wszystkich salutem do wyimaginowanego kapelusza – a dowódcą zespołu naukowego okazał się komandor Mumford, który wyglądałby jak zakapior wagi ciężkiej, gdyby nie plastikowe oprawki staroświeckich okularów na nosie.

– Nie był pan przypadkiem bokserem, komandorze Mumford? – wtrącił Chojrak.

– Byłem.

Proctor uniosła brwi. Nie spodziewała się, że jej pierwsze wrażenie okaże się tak trafne.

– Naprawdę? Co skłoniło pana do przejścia na ciemną stronę mocy? Naukowcy nie zarabiają tak dobrze jak zawodowi sportowcy…

– Lubię nokautować – odpowiedział komandor i kiwnął głową, jakby te słowa wyjaśniały wszystko. Odruchowo poprawił okulary, które nieco zsunęły mu się z nosa.

Zgromadzeni przy stole patrzyli na niego bez zrozumienia.

– Nauka nokautuje wszystko. Jest nie do pobicia. – Mumford wzruszył ramionami.

– Rzeczywiście – zgodziła się Proctor i powstrzymała od dalszych pytań. – Wiecie, dlaczego tutaj jesteśmy. Mamy sytuację kryzysową w sektorze Irigoyen. Nie wygląda to dobrze. W tej chwili naczelny admirał floty Oppenheimer jest na Brytanii i przygotowuje główne siły obronne do operacji bojowych. Jednak my mamy wyruszyć jak najwcześniej, wykonać zwiad, zebrać informacje o przeciwniku i, jeśli to możliwe, powstrzymać go, zanim wyrządzi więcej szkód.

Kapitan Prucha wyprostował się czujnie.

– O jakich szkodach mowa?

– Cała planeta w układzie Irigoyen Prime zamilkła. Żadnej łączności, żadnych komunikatów. Od wczorajszego ranka układu nie opuścił ani jeden statek. Przechwycono też wiadomości od Dolmasi. Okazuje się, że stracili kilka kolonii, a jeśli wierzyć raportom, Verdra-Dol również zamilkła.

– Verdra-Dol? Czy to nie planeta najbliżej ich rodzimego świata? – upewnił się Prucha.

– To ich drugi świat pod względem liczby mieszkańców – odpowiedziała Proctor. – A Oppenheimer przesłał ostatnie raporty wywiadu kilka minut temu. Bolivar, druga największa planeta w sektorze Irigoyen, zgłosiła pojawienie się nieznanej jednostki zaledwie kilka godzin temu. Od tamtej pory nic. Do sztabu nie dotarł ani jeden sygnał metaprzestrzenny.

Przy stole zapadła cisza, gdy wszyscy zdali sobie sprawę z powagi sytuacji.

– Ani jednej wiadomości? Z całej planety? A co ze stacją obronną na orbicie? – zapytał kapitan Volz.

Prucha gwizdnął cicho.

– To musi być wyjątkowy okręt. Przypominają mi się czasy sprzed trzydziestu lat, gdy po raz pierwszy zaatakował nas Rój. Pamiętacie tę inwazję? Układy planetarne zamilkły, bo Rój potrafił zakłócać łączność metaprzestrzenną przy pomocy technologii tworzenia osobliwości pożyczonej od ruskich. To na pewno nie Rój?

Proctor pokręciła głową. Szczerze powiedziawszy, wolałaby, żeby to był Rój – wróg śmiertelnie niebezpieczny, ale przynajmniej już nieźle rozpoznany. Proctor wiedziałaby, jak sobie z nim radzić. Niestety, właśnie ona dowodziła misją, która doprowadziła do zniszczenia ostatnich znanych jednostek Roju i praktycznie zakończyła istnienie całej rasy obcych. Wystarczyło naciśnięcie guzika, aby zniszczyć gatunek istot rozumnych. Wojna skończyła się wiele lat wcześniej, a niedobitki sił Roju popadły w uśpienie, gdy Granger zamknął czarną dziurę, przez którą obcy byli kontrolowani, jednak CENTCOM nalegał, żeby z okrętów Roju nie pozostał nawet pył. I dlatego Proctor je zniszczyła.

– Nie. Opis zagrożenia nie pasuje do niczego, co znamy. Na ile mogę ocenić, to zupełnie coś nowego. Wygląd okrętu różni się od wszystkiego, co widzieliśmy, a technologia, o której nie wiemy praktycznie nic, jest zaawansowana i, co gorsza, zapewne z niczym podobnym nie mieliśmy wcześniej do czynienia. – Spojrzała na komandora Mumforda.

Potężny mężczyzna odchrząknął.

– Zanim Irigoyen Prime umilkła, dochodziły stamtąd raporty o sporych niepokojach w miastach.

– W których miastach? – zainteresował się kapitan Prucha.

Mumford wzruszył ramionami.

– We wszystkich. Walki uliczne. Podpalenia. Zabójstwa. Jakby na całej powierzchni wybuchły zamieszki i przemoc jeszcze przed pojawieniem się nieznanej jednostki. Ostatni meldunek stwierdzał tylko, że ta nieznana jednostka zaatakowała. Potem zapadła cisza.

 

Admirał Proctor skinęła głową i podjęła:

– Przypuszczamy, że obcy używają jakichś fal elektromagnetycznych, zapewne wzmacnianych metaprzestrzennie, które wpływają na organiczne ścieżki neuronowe i chemiczną równowagę mózgu. Innymi słowy, obcy wywołują reakcje psychotropowe w umysłach.

Popatrzyła po twarzach zebranych. Dopiero teraz zaczynała do nich docierać powaga zagrożenia. I pojawiło się nieuchronnie dręczące ich już wcześniej pytanie: dlaczego wybrano do tej misji właśnie ją, dlaczego zwrócono się do dawnej admirał floty, od lat w stanie spoczynku, która radośnie spędzała emeryturę jako wykładowca uniwersytecki na świecie pełnym słonecznych plaż?

– Tak, to jeden z głównych powodów wezwania mnie znowu do czynnej służby – oznajmiła Proctor. – Wybrano mnie, ponieważ mam szeroką wiedzę i doświadczenie w ksenobiologii, dzięki bezpośrednim kontaktom z Rojem, Dolmasi, Skiohra i wszystkimi innymi obcymi rasami, na jakie natrafiliśmy w Galaktyce.

– Akurat, Shelby – mruknęła Rayna. – Wcale nie dlatego cię wezwano. Jesteś cholerną bohaterką. A przynajmniej najbardziej przypominającą bohatera osobą, jaką dysponuje Zjednoczona Ziemia. Wybacz, taka jest prawda.

Proctor uśmiechnęła się, uniosła rękę.

– Dziękuję, Rayno, ale doskonale wiemy, że wszyscy prawdziwi od dawna nie żyją – przywołała aforyzm z drugiej wojny z Rojem, cytowany często w wielu wersjach. – Zginęli, ratując Ziemię. Ja jestem tylko kimś, kto wie co nieco o dowodzeniu okrętem i ma trochę doświadczenia w kontaktach z obcymi. Prawdziwym bohaterem był Tim Granger, niech spoczywa w pokoju.

Członkowie jej załogi, starzy i nowi, uśmiechnęli się w odpowiedzi. Wielu z nich przeszło u boku Proctor przez piekło – tam i z powrotem. Pozostali, których wybrał dla niej Oppenheimer, zapewne należeli do najlepszych z najlepszych.

– Za godzinę wykonamy skok transkwantowy. Za trzydzieści minut chcę pełny raport o stanie okrętu. Rozejść się.

– Chodzi o transówkę? – rzucił Volz z krzywym uśmiechem. – Znaczy nie bójmy się nazywać tego po imieniu…

– Mostek do admirał Proctor – przerwało mu zgłoszenie z komunikatora. Proctor dotknęła migającego czujnika na blacie stołu.

– Tu Proctor, słucham.

– Pani admirał, właśnie odebraliśmy alarmowy sygnał metaprzestrzenny ze stacji Brytan na orbicie Bolivara. Nadano, cytuję: „Golgoci zaatakowali”. Nie mamy pojęcia, co to może znaczyć.

Czyżby Bolivarczycy nadali obcym nazwę?

– Golgoci?

Porucznik Qwerty uniósł rękę.

– Jeśli mogę, ma’am. – Przeciągał samogłoski z wyrazistym akcentem z południa Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej na Ziemi. – Dorastałem na Bolivarze. Mamy tam starą legendę czy raczej opowieść grozy, którą straszy się dzieciaki przy ogniskach na obozach. Golgoci to podobno nieopisanie przerażająca rasa obcych, która potrafi wydobyć z ludzi najgorsze emocje. A na dodatek wzmocnić je i zwielokrotnić, aż człowiek zmienia się w zupełnego szaleńca. „Zjedz kolację albo Golgoci zjedzą ciebie”, powtarzała mi babcia. Oczywiście sama była już wtedy na wpół szalona…

Proctor prychnęła.

– Ta nazwa na razie będzie musiała wystarczyć. – Pochyliła się do komunikatora. – Dziękuję, mostek.

A potem popatrzyła na zgromadzoną załogę.

– Ruszajmy.

ROZDZIAŁ 6


Układ planetarny Brytanii

Calais, stocznia Wellington

Mostek OZF „Niepodległość”

– Skok transkwantowy za pięć sekund, pani admirał – zameldowała chorąży Riisa.

Proctor przygotowała się mentalnie i mocniej zacisnęła dłonie na podłokietnikach fotela. Nie miała powodu zakładać, że skok transkwantowy będzie się różnił od tradycyjnego skoku kwantowego, którego praktycznie nie wykrywało się żadnym zmysłem, a jednak u Proctor budził podświadomy niepokój.

– Rozpoczynam.

Obraz na ekranie, zajmującym połowę przedniej ściany mostka, zmienił się, skłębione czerwone chmury Calais zniknęły i zastąpiła je panorama gwiaździstej czerni – otwartej przestrzeni międzygwiezdnej. Proctor nie widziała tego od wielu lat. Prawie zapomniała, jakie poczucie wolności budzi ten widok. Zawsze uważała, że podobnie czuli się kapitanowie żaglowców, gdy ląd niknął, a przed ich oczami rozciągał się tylko bezkresny ocean.

Bębenki w uszach Proctor trzasnęły.

– Cholera, co to było? – Wykręciła szyję, żeby spojrzeć na komandora Yarbrough.

– Wszystko w porządku. Skoki transkwantowe są bardziej intensywne niż zwykłe kwantowe. Przenieśliśmy się przecież aż o pięć lat świetlnych.

Proctor otworzyła i zamknęła usta, aby wyrównać różnicę ciśnień.

– Ale dlaczego ciśnienie się zmieniło?

– To jedna z cech charakterystycznych skoku transkwantowego. Wynika z dużej odległości, którą się pokonuje. Mniej gęsta materia przybywa pierwsza, ułamek sekundy wcześniej od pozostałej, a w naszym przypadku mniej gęsta jest atmosfera. Indywidualna prędkość cząsteczek powietrza pozostaje na tyle wysoka, że kiedy reszta się pojawia, wewnętrzne ciśnienie na okręcie staje się odrobinę niższe.

Proctor zerknęła na Mumforda, ale ten tylko wzruszył ramionami.

– No… to trochę irytujące – stwierdziła. – Czy istnieje zagrożenie, że sytuacja wyrwie się spod kontroli i podczas takiego skoku stracimy całkowicie powietrze?

Komandor Yarbrough pokręcił głową.

– Nie, pani admirał. Przeprowadzaliśmy symulacje takich skoków przez wiele lat i robiliśmy obliczenia. Szanse na tego typu wypadek są mniejsze niż pięć sigma standardowych odstępstw od normy. Jeżeli pani sobie życzy, mogę zrobić dodatkowe symulacje i sprawdzić dokładniej prawdopodobieństwo regresji…

– Dziękuję, komandorze – ucięła Proctor. Pamiętała jeszcze, jak za młodu, w czasach, gdy została dopiero co mianowana na komandora i starała się zyskać autorytet, sama była trochę wyniosła, jednak u tego smarkacza zaczynało ją to męczyć. Za bardzo chciał się wykazać. – Skupmy się na ważniejszych sprawach. – Popatrzyła na nawigator Riisę. – Ile do następnego skoku?

– Kilka sekund, pani admirał.

Proctor ponownie ogarnęło niepokojące doznanie, potem znowu usłyszała trzask w uszach, a panorama gwiazd na wyświetlaczu uległa zmianie.

– Nie jestem pewna, czy do tego przywyknę.

Kolejne skoki mijały i w ciągu dziesięciu minut chorąży Riisa oznajmiła:

– Ostatni.

Proctor skinęła głową.

– Uwaga, załoga. Wszyscy na stanowiska. Alarm czerwony.

A potem przekazała dowodzenie kapitanowi Prusze, aby wydał rozkazy przygotowania do walki.

– Działa magnetyczne, rozpocząć ładowanie. Obsługa wieżyczek laserowych, sprawdzić stan ogniw i uruchomić sekwencje automatycznego naprowadzania na cel. Ekipy naprawcze, przygotować się na uszkodzenia… – Prucha po kolei przechodził przez listę stanowisk, podczas gdy Proctor uruchomiła połączenie z dowódcą myśliwców.

– Chojrak, jesteście gotowi?

– Tak jest, ma’am. Piloci to głównie żółtodzioby, ale przynajmniej dowódcy grup mają doświadczenie. Nikt jednak nawet z daleka nie widział prawdziwej bitwy. Oprócz mnie, oczywiście – prychnął cicho. – Ale myślałem, że skoro dostajemy nowy okręt, eksperymentalne myśliwce też będą na pokładzie.

– To problem?

– Skądże. X-25 są solidne i porządne. Nie śmiałbym prosić o więcej. Daj znać, jaki jest plan, Shelby, gdy tylko dotrzemy do celu.

– Bądź na nasłuchu, Chojrak. Został nam ostatni skok. Niech myśliwce będą gotowe do startu zaraz potem.

– Wszystkie stanowiska w pełnej gotowości, pani admirał – zameldował Prucha.

Proctor skinęła głową. Znajomy napływ adrenaliny i ucisk w piersi zwiastowały przedbitewne napięcie, którego nienawidziła i za którym jednocześnie tęskniła – uczucie skupienia i jasności poprzedzających starcie. Proctor ogarnął też znajomy niepokój, że wielu ludzi może zginąć, zarazem jednak stanowiło to otrzeźwienie – nic na akademii ani w innych życiowych doświadczeniach nie mogło zastąpić tych doznań. Były jak narkotyk, a Proctor miała poczucie winy z powodu tej radości i już nie mogła się doczekać konfrontacji.

– Rozpoczęcie ostatniego skoku transkwantowego.

Obraz na ekranie znowu się zmienił i gwiezdną pustkę zastąpiła krzywizna błękitno-białego świata z wyraźną linią terminatora, oddzielającą noc od dnia.

Bolivar.

Na nocnej półkuli powierzchnia planety płonęła.

ROZDZIAŁ 7


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, planeta Bolivar

Mostek OZF „Niepodległość”

Coś w niej pękło. Coś uśpionego i brutalnego. Proctor wstrzymała oddech, zaskoczona – przed oczyma przemknęły jej obrazy zamordowanych Skiohra, ich drobnych, błękitnych ciał rozdartych na strzępy, z których wraz z krwią wypływały tysiące embrionów, przechowywanych w tkankach… Miała wrażenie, jakby w okamgnieniu znalazła się w koszmarze, zaraz jednak wizja zniknęła i ujrzała smugi dymu, unoszące się z powierzchni Bolivara.

„Co to, kurwa, było?”

Odwróciła się do zespołu taktycznego.

– Porucznik Whitehorse, proszę przeskanować powierzchnię. Na co w ogóle patrzymy?

Coś było nie tak z tą kobietą – oficer taktyczna stała przy swojej konsoli, mięśnie jej twarzy kurczyły się, jakby miała jakiś atak.

– Porucznik Whitehorse? – powtórzyła Proctor.

Whitehorse potrząsnęła głową.

– Tak jest. – Skupiła się na ekranie konsoli, a jej twarz znowu się ściągnęła, jakby kobieta starała się bardzo mocno skoncentrować. Wreszcie się otrząsnęła. – Na powierzchni szaleją pożary, głównie w gęsto zaludnionych obszarach. Największe natężenie ognia pojawia się wszędzie tam, gdzie mieszka dużo ludzi. W wielu miejscach pożary przeniosły się również na lasy.

– Dlaczego?

– Nie mam pojęcia.

Proctor odwróciła się do głównego ekranu z przodu mostka. Na dziennej stronie planety nie było widać ognia, zwłaszcza że okręt orbitował na pułapie pięciuset kilometrów, ale unoszące się nad miastami słupy dymu budziły niepokój.

Na dodatek Proctor nie mogła uwolnić się od przejmującego uczucia… Cholera, właściwie co takiego czuła? Strach? Gniew? Miała wrażenie, że trzęsie się od środka, jakby narastało w niej coś, co chciało wyrwać się na wolność. Nie wiedziała, czy ma ochotę wybuchnąć, czy raczej uciekać. A może jedno i drugie? Zacisnęła dłonie w pięści i przygryzła usta, aby się opanować.

– Przeskanować orbity. Szukać obcej jednostki.

– Skanuję – zameldowała Whitehorse. Podrapała się nerwowo po szyi, a Proctor dostrzegła, że młodej porucznik drży ręka. Szlag, wszyscy to czuli. Coś było nie tak.

Proctor popatrzyła na komandora Yarbrough.

– Nadeszła pora, komandorze. Gdzie, do cholery, są te wszystkie nowe, prototypowe możliwości obrony, o których mówiłeś?

– Pani admirał? – Mężczyzna wyglądał, jakby nie rozumiał Proctor.

– Zostaliśmy trafieni… czymś. Wpływa to na chemię naszego mózgu. Czujesz to?

Yarbrough zamarł i z głębokim namysłem spojrzał na swoje przedramiona.

– Chyba. Wydaje mi się, że mógłbym skatalogować swoje odczucia i porównać z najwcześniejszymi podstawowymi, jednak ostatnio nie byłem zbyt dokładny w katalogowaniu uczuć…

Proctor nie wiedziała, czy chłopak żartuje, czy też mówi poważnie. Yarbrough nie wyglądał na kogoś, kto kiedykolwiek był dzieckiem, więc jego odpowiedź wydawała się zupełnie bez sensu. Czymkolwiek obcy trafili „Niepodległość”, na pewno wpływało to również na niego – zerkał nerwowo na tablet, który ściskał w dłoniach, i mówił dwa razy szybciej niż normalnie.

– Myślę, że gdybym przejrzał dane medyczne z kartoteki pokładowej i porównał je z wynikami badań stężenia neurotransmiterów, a potem sporządził stały algorytm porównań…

– Komandorze, wystarczy. Musimy to zablokować. Co w takiej sytuacji może dla nas zrobić „Niepodległość”?

Yarbrough nadal zerkał na prawo i lewo, wyraźnie brakowało mu słów. Zdenerwowana Proctor odwróciła się do stanowiska łączności.

– Poruczniku Qwerty…

– Billy-Bob – przerwał jej łącznościowiec.

Proctor przymknęła oczy, aby nadludzkim wysiłkiem woli opanować wybuch, chociaż na pewno byłaby to odpowiednia reakcja na naruszenie regulaminu przez oficera.

– Poruczniku Billy-Bobie Qwerty, odbierasz cokolwiek na często używanych pasmach?

 

– Nie, ma’am. – W jego głosie brzmiał jeszcze wyraźniej południowy amerykański akcent. Chłopak zapewne spędził sporo czasu na Ganimedzie albo w Alabamie. – Wszystkie kanały ciche jak zamrożony trup.

– Poszerz spektrum nasłuchu. Sprawdź wszystkie pasma. Dostrój harmonicznie, aby poszukać frekwencji metaprzestrzennych.

– Tak jest, ma’am. Mamy blade pojęcie, czego szukam? – przeciągnął wolno słowa, ale palce tańczyły nad konsolą w oszałamiającym tempie.

– Czegokolwiek. – Proctor z trudem powstrzymała się od przewracania oczami. Komandor Yarbrough zapewnił, że Qwerty był najlepszym z najlepszych poliglotą i praktycznie geniuszem łączności. Jednak Proctor widziała tylko tępaka i… czy on żuł gumę? Kurwa. Zanim wybuchła, odwróciła się do Mumforda, boksera zmienionego w oficera naukowego.

– Możemy to zakłócić? Cokolwiek to jest?

Mumford wzruszył szerokimi ramionami i uniósł brwi.

– Skoro nie wiadomo, co to jest, nie można tego zakłócić.

– Moglibyśmy wypróbować nową tarczę elektromagnetyczną, która osłania przed wiązkami laserowymi – powiedział Yarbrough, którego chyba na chwilę olśniło. – Chociaż wolałbym najpierw sprawdzić listę trybów awaryjnych i przeprowadzić kilka symulacji Monte-Carlo na…

Proctor pstryknęła palcami – przypomniała sobie o tej nowej tarczy. Mówiono o niej, gdy była jeszcze admirałem floty. O ile dobrze pamiętała, podpisała nawet wyasygnowanie funduszy na ten projekt. Badania i testy chyba udało się zakończyć w porę, skoro tarczę zainstalowano na okręcie.

– Wspaniale – przerwała komandorowi i spojrzała na Mumforda. – Zadziała? Zakładając, oczywiście, że sygnał oparty jest na falach elektromagnetycznych.

Potężne ramiona boksera ciężko opadły na konsolę… Szlag! Proctor zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak się skupiała na jego ramionach… Tych silnych, muskularnych ramionach, które mogłyby…

Yarbrough wciąż mówił, nie dawał dojść Mumfordowi do słowa, a jego szczurza twarz i wypielęgnowane wąsiki kojarzyły się Proctor z postaciami bezimiennych zarozumiałych dupków ze starych telewizyjnych seriali, którzy zawsze byli w pierwszej kolejności zjadani przez potwora lub zabijani przez obcych.

– Pani admirał, protestuję. Jeżeli chcemy użyć osłon elektromagnetycznych do celów innych niż zakładane, powinniśmy przeprowadzić testy. Potrzebujemy danych porównawczych. Podstaw. Analizy błędów. Nie możemy sobie pozwolić na niedbałość, zwłaszcza teraz, gdy nasze życie wisi na włosku.

Proctor tylko mu się przyglądała. Kurwa, o czym on mówił? Chciał przeprowadzić testy sprzętu właśnie teraz? W trakcie czerwonego alarmu, gdy cała załoga czekała na stanowiskach w gotowości bojowej? Pokręciła głową i zerknęła na Mumforda, który sam patrzył sceptycznie – i pogardliwie – na Yarbrough, a jego ramiona napięły się pod ciasną bluzą munduru…

Kurwa. Wszyscy popadali w obłęd, włącznie z nią. A może nie tyle w obłęd, co raczej… w przesadę. Tak. To, czym zostali zaatakowani, jak się zdawało, wzmacniało najbardziej fundamentalne procesy, które skłaniały ludzi do określonych działań. Te myśli zostały nie tylko wzmocnione, lecz także wyolbrzymione. U Yarbrough zwiększyła się potrzeba nieustannych, bardzo drobiazgowych testów, aby uzyskać maksymalne bezpieczeństwo i zrozumieć, z jakim zagrożeniem ma do czynienia. W przypadku Mumforda… cóż, kto wie, co myślał – wydawał się jednak postępować z ostrożnością pomimo tych silnych, atletycznych ramion. Proctor natomiast chyba skupiała się przede wszystkim na tym, żeby w ogóle cokolwiek robić. Nieważne co, byle działać. Ale to chyba było racjonalne, prawda? Czy to jedyny tik, który ją dręczył? Tylko działać? A ramiona?

Tuż przy uchu usłyszała szept – kapitan Prucha podkradł się do fotela kapitańskiego i powiedział cicho:

– Musimy stąd uciekać. Już.

Uciekać? Proctor odwróciła się do niego.

– Proponujesz, żebyśmy tak po prostu zwiali z podwiniętym ogonem? Przecież przylecieliśmy tutaj na ratunek, pamiętasz?

Twarz Pruchy wykrzywił grymas, brwi ściągnęły mu się jak nigdy. Wyglądał, jakby z trudem powstrzymywał się, żeby nie nakrzyczeć na Proctor.

– Nikogo nie uratujemy, jeśli popadniemy w szaleństwo, Shelby. Nasze możliwości udzielenia pomocy zostały bardzo ograniczone, skoro nie możemy ufać własnym osądom.

– Ale ci ludzie tam…

Kapitan Prucha zmrużył oczy, jego powieką szarpnął nerwowy tik.

– Prowadzimy najbardziej zaawansowany technicznie okręt w historii ludzkości na jedną z najgęściej zaludnionych planet w przestrzeni Zjednoczonej Ziemi. Naprawdę chcemy podejść blisko, gdy nasze palce niemal zaciskają się na spustach nowej, prototypowej broni?

Miał rację. To oszałamiające uczucie, którego Proctor – i cała załoga – doświadczała, mogło się okazać zaledwie czubkiem góry lodowej. Sądząc po tysiącach pożarów, niszczących powierzchnię Bolivara, sprawy mogły potoczyć się tylko gorzej.

Coś jednak musieli zrobić. Przecież na tym polegała ta misja. „Niepodległość” miała ratować ludzi. Jeżeli to, co działo się na powierzchni Bolivara, wywołane zostało przez obcy okręt, należało się liczyć z ogromnym zagrożeniem. Dla całej ludzkości.

– Jakieś postępy w namierzaniu sygnału elektromagnetycznego? – rzuciła Proctor, nie zwracając się do nikogo konkretnie i wciąż przyglądając się płonącej powierzchni planety.

– Nie, pani admirał – odpowiedziała porucznik Whitehorse. I wtedy w tle zabrzmiał nowy alarm. – Ale detektory coś wykryły. Szybko się zbliża.

Młoda kobieta podniosła głowę. Rumieniła się wyraźnie, zapewne opanowując z trudem atak lub wybuch.

– To obcy okręt. Będzie tutaj za dwie minuty.