Stara Flota. Tom 4. NiepodległośćTekst

Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
E-book
29,79 
Szczegóły
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Przekład

Małgorzata Koczańska


Warszawa 2018

Tytuł oryginału: Independence: Legacy Fleet Book Four

Copyright © Nick Webb 2016

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-70-8

ISBN MOBI: 978-83-65661-71-5

Dla J., L. i C.

PROLOG


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny San Martin, pas asteroid

Prywatny frachtowiec „Magdalena Issachar”

Sygnał odebrany: 5/12/2680, 23:48:25

Wiadomość odkodowana:

Już czas.

Koniec wiadomości

W głębokiej przestrzeni kosmicznej Danny czekał na ten sygnał od sześciu dni. Prawie tydzień na wpół siedział, na wpół unosił się nad fotelem – płyty grawitacyjne pracowały z jedną dziesiątą mocy, oszczędzał też paliwo i wodę. Zapasy jedzenia były niemal na wyczerpaniu. Danny miał wrażenie, że zwymiotuje, jeśli będzie musiał zjeść jeszcze jeden stary baton z granulatu. Na dodatek przez tyle czasu musiał znosić sprzeczki załogi.

Na szczęście oboje od kilku godzin spali. Tylko Danny wiedział o nadejściu wiadomości od ich tajemniczego klienta. Musiał ją przepuścić chyba przez dziesięć, jeśli nie więcej, programów deszyfrujących, a potem okazało się, że przekaz to zaledwie dwa słowa. Danny niczego innego się nie spodziewał. „Już czas”. Cholera, klient miał zaawansowaną paranoję. Ta ogromna skrzynia, zamknięta w ładowni, chyba pełna była sztabek platyny. Albo pierzastej koki… Czy to znaczyło, że Danny został dilerem narkotyków? A może w skrzyni ukryto pogrążone w stazie rigelańskie narzeczone na zamówienie? Jakikolwiek by był ten ładunek, na pewno nie mieścił się w granicach prawa. Praworządni obywatele nie wysyłaliby wiadomości zakodowanej hiperskomplikowanym szyfrem do transportowca zaczajonego w pasie asteroid na peryferiach przestrzeni Zjednoczonej Ziemi.

Danny tylko mgliście domyślał się, kim może być ten klient. Zresztą nie miało to znaczenia. Pieniądz nie śmierdzi, a hojna premia od GKL stanowiła tylko wisienkę na torcie. Zlecenie miało najwyższy priorytet i Danny zastanawiał się, czy nie obyło się bez akceptacji sekretarza generalnego we własnej osobie. Galaktyczny Kongres Ludzkości nie posiadał jeszcze dość władzy, aby powstrzymać staruszka od aprobowania standardowych zadań kurierskich.

Miało się to jednak zmienić.

Zresztą w istocie rzeczy nie była to standardowa robota kurierska.

Przy jednej dziesiątej g Danny odepchnął się od siedziska, poszybował przez swoją kabinę i wylądował kilka metrów dalej pod drzwiami. Chociaż w niskiej grawitacji nieustannie go mdliło, uwielbiał się czuć jak superbohater.

Bohater. Czyż nie dlatego właśnie wziął zlecenie od GKL? Czyż nie pragnął przeciwstawić się tyranii, opresji i chciwości oraz całej reszcie tego gówna? Zjednoczona Ziemia uważała, że wolno jej się szarogęsić wszędzie, gdzie zechce, ale nie działało to na ludzi takich jak pieprzony Danny Proctor.

„Licz się ze słowami!” – mawiała jego ciotka.

A może chodziło po prostu o wolność? Miał dopiero dwadzieścia jeden lat i już pilotował własny frachtowiec. Gdyby dał się namówić ciotce i wstąpił do akademii Zjednoczonych Sił Obronnych, gniłby na wykładach jeszcze przez pięć lat. I dostąpiłby awansu tylko wtedy, gdy nauczyłby się całować tyłek przełożonego z należną uniżonością. Zjednoczone Siły Obronne Ziemi rozrosły się bardzo mocno przez trzy dekady po niepewnym zwycięstwie w drugiej wojnie z Rojem, jednak biurokracja pozostała biurokracją, a tam, gdzie istnieje biurokracja, podlizywanie się stanowi normę. Gdyby jednak Danny nie poszedł do wojska, lecz wybrał marynarkę handlową, szorowałby pewnie płyty grawitacyjne pokładów przez kolejne dziesięć lat, zanim ktokolwiek pozwoliłby mu choć popatrzeć na stery.

Jednak to, co zyskał, to była wolność. I życie. Własny statek – choć tak naprawdę Danny nie był jego właścicielem – który mógł pilotować. Tyle mu wystarczało. Przesunął dłonią po ścianach starego korytarza, gdy przemieszczał się długimi susami do sterowni. Ridley i Taggert zapewne spali albo wciąż uprawiali seks… Chyba robili to w każdej wolnej chwili. Gdy przez tydzień krążyło się wokół wielkiej skały z dala od ludzkich szlaków czy kolonii, łatwo było zapomnieć o wszelkich hamulcach, a dwoje załogantów Danny’ego spektakularnie uległo przyziemnym instynktom. Tak czy inaczej, lepiej ich nie budzić. To była jego misja. Jego statek.

To była wolność.

Gdy znalazł się za progiem, skoczył na kilka metrów i poszybował do sterówki. Wylądował na fotelu nawigatora z wprawą nabytą przez wiele miesięcy spędzonych w niskiej grawitacji. Potem Danny wprowadził współrzędne następnego postoju – Sangre de Cristo, czwartej planety w układzie gwiezdnym San Martin. Była to niewielka kolonia. Około miliona fanatyków religijnych zmęczyło się rządami żelaznej ręki Zjednoczonej Ziemi oraz marionetkowym rządem na San Martin i postanowiło się odciąć. Zakłady Shovik-Orion z radością zaopatrzyły kolonistów w kopuły i przyjęły zlecenie na budowę reszty infrastruktury. A GKL miał bardzo bliskie powiązania z Shovik-Orion, więc umowy po każdej dostawie na pewno zasilą wiele portfeli na rozwijającej się kolonii.

Portfel Danny’ego też powinien się napełnić, więc dowódca jednostki nie miał prawa narzekać.

Główny silnik włączył się z ogłuszającym rykiem – denerwująca wada starych frachtowców – a reduktory inercji z trudem poradziły sobie z przyśpieszeniem 3 g. Danny mógłby oczywiście wykonać skok kwantowy i dotrzeć do celu o wiele szybciej, jednak klient jasno stwierdził: żadnych skoków. Nic dziwnego, ponieważ sygnatura skoku kwantowego była widoczna przez pół systemu nawet dla najprostszych detektorów.

Na szczęście Sangre de Cristo nie znajdowała się daleko od pasa asteroid. Statek dotrze tam za najwyżej cztery godziny, a Ridley i Taggert do tego czasu pewnie nawet się nie obudzą.

Danny zdrzemnął się po tym, jak ustawił komputer nawigacyjny na autopilota. Statek będzie przyśpieszał przez pół drogi, a potem zacznie automatycznie wytracać prędkość. Tylko podczas dokowania pilot musiał być przytomny i czujny – zbliżenie się do planety takim starym, rozklekotanym frachtowcem jak „Magdalena Issachar” przypominało wyciśnięcie po pijaku zniżki od zmutowanej dziwki z Rigela-3 – wymagało skupienia uwagi, ale nie na tyle, żeby uświadomić sobie, co też się wyprawia, do cholery.

Danny’emu zdawało się, że zamknął oczy tylko na chwilę, gdy w sterowni rozległ się alarm. Nie od razu do niego dotarło, co się dzieje, musiał kilka razy potrząsnąć głową, zanim zrozumiał, że to alarm zbliżeniowy. Detektory wykryły coś niedaleko.

Szlag, musiało być naprawdę blisko, skoro włączył się alarm.

Danny zerwał się, żeby włączyć zewnętrzne skanery wizualne i wyświetlić obraz na ekranie.

Frachtowiec dotarł już prawie do celu, Sangre de Cristo lśniła w dole, jej ogromne oceany odbijały promienie dalekiego słońca, które tworzyły bladą błękitną poświatę. Tylko wewnętrzne ciepło płaszcza planety utrzymywało wodę w stanie ciekłym. Ledwie dawało się dostrzec ogromne, wielokilometrowe, przejrzyste kopuły, wyrastające z rdzawego gruntu wschodniej wyspy. Izolowały one miasta od atmosfery składającej się z dwutlenku węgla i wpuszczały dość światła, aby umożliwić fotosyntezę genetycznie zmodyfikowanej roślinności.

Jednak wzrok Danny’ego przyciągnęła jednostka znajdująca się zaledwie o kilometr od „Magdaleny” i zbliżająca się bardzo szybko. Była mniejsza od frachtowca, ale za to uzbrojona po zęby. Danny nie dostrzegł z tej odległości żadnych znaków na kadłubie. Okręt bez wątpienia zbudowali ludzie, dało się to rozpoznać, bo jednostki Dolmasi albo Skiohra wyglądały po prostu obco. Jednak transponder przybysza milczał. Stanowiło to niewybaczalne pogwałcenie prawa Zjednoczonej Ziemi, a także praw Konfederacji Rosyjskiej. Cholera, każdy rząd ludzi wymagał, żeby jednostki latały z włączonymi transponderami. Bez wyjątku, nawet GKL. Niektórzy ze Zjednoczenia uznaliby Galaktyczny Kongres Ludzkości za organizację terrorystyczną.

 

„Ale my przynajmniej włączamy transpondery”.

– Do niezidentyfikowanego okrętu. Tu „Magdalena Issachar” z Brytanii, z misją kurierską na Sangre de Cristo. Cześć, chłopaki. Odpowiedzcie, proszę. Odbiór.

Danny starał się, żeby jego głos brzmiał spokojnie, choć wcale tak się nie czuł. Inne statki nigdy nie podlatywały tak blisko, że piloci mogliby sobie pomachać przez iluminatory. Chyba że zamierzali połączyć jednostki albo – i tego Danny obawiał się najbardziej – przystąpić do abordażu.

– Do niezidentyfikowanej jednostki, odpowiedzcie.

Nic. Nie dość, że nieznany okręt nie odpowiadał, to na dodatek znajdował się już niebezpiecznie blisko. Danny zaczął się zastanawiać, czy udałoby mu się uciec. Czy obcy przybysz ostrzelałby wtedy „Magdalenę”? Im bliżej intruz podchodził, tym bardziej Danny się niepokoił.

Pochylił się nad konsolą nawigacyjną i zaczął zmieniać kurs frachtowca. Okręt powtórzył jego manewry, a zaraz potem rozbłysnął kolejny alarm.

Nieznana jednostka wymierzyła w „Magdalenę” broń.

– No co wy, chłopaki, nie dajmy się zwariować…

Wiadomość była jasna: Danny miał się nie ruszać albo zginie. Sądząc po smukłej sylwetce kadłuba, ciężkim uzbrojeniu i ogólnym braku zadrapań lub śladów po uderzeniach mikrometeorów, nieznany okręt nie należał do piratów, którzy chcieliby zwyczajnie obrabować frachtowiec.

Ktoś wiedział o tajemniczej skrzyni w ładowni „Magdaleny” i uznał, że za to, co się tam znajduje, warto zestrzelić statek Danny’ego.

Warto zabić.

Z burty nieznanego okrętu wysunął się tunel dokujący. Danny instynktownie zerwał się z fotela, przemknął przez sterownię i wylądował w korytarzu. Bieg przy jednej dziesiątej normalnego ciążenia oznaczał, że wystarczyło robić długie susy. Zanim pilot dotarł do ładowni, dotknął podłogi tylko pięć razy.

Wcisnął się do pomocniczej śluzy powietrznej, gdy przez pokład przetoczył się dobrze znajomy zgrzyt metalu – tunel dokujący właśnie połączył się z głównym gniazdem dokującym na burcie „Magdaleny”. Danny zasunął gródź, zostawił tylko szparę, przez którą widać było jedynie część korytarza okrążającego ładownię.

W samą porę. Śluza gniazda rozsunęła się ze zgrzytem, bez wątpienia podważona. Przez szparę Danny dostrzegł kilka osób w próżniowych skafandrach bojowych. Wyszli ze śluzy z bronią w gotowości. To była duża broń. Jedna z osób wskazała reszcie wielką skrzynię na środku ładowni. Wyznaczony żołnierz przewiesił karabin przez ramię, wyciągnął podręczny terminal i ujął dźwignie sterownicze, podczas gdy pozostałych dwóch stanęło na straży.

– Hej, Danny, co się dzieje, cholera? Wydawało mi się, że sły…

Przez szparę Danny zobaczył, jak Matt Ridley, który chyba niedawno się obudził, wszedł boso na kładkę ciągnącą się wokół ładowni. Wciąż jeszcze przecierał oczy. Miał na sobie tylko koszulkę i slipy, które nie zasłaniały porannej erekcji. Fryzura na irokeza straciła nieco zwykłej sztywności, przypominała bardziej opadający na bok koguci grzebień.

Trzask rozniósł się echem po całej ładowni. Danny przycisnął pięść do ust, gdy dotarło do niego, co się właśnie stało. W czole Ridleya pojawiła się dziura, a z tyłu jego głowy trysnęła różowa mgła. Matt Ridley, nawet kiedy upadł, wciąż patrzył ze zdumieniem i bez zrozumienia.

W jednej dziesiątej g upadek martwego ciała zdawał się trwać wieki.

Danny’emu serce podeszło do gardła, z trudem zwalczył mdłości.

Musiał się stąd wydostać.

Natychmiast.

W szafce przy śluzie pomocniczej znajdował się skafander próżniowy. Wystarczy, że włoży go ostrożnie, nie przyciągając uwagi żołnierzy, a będzie mógł otworzyć zewnętrzną gródź i wyskoczyć. Proste. Da radę.

Musiał się wydostać.

Ale co potem? Nieważne. Ważne, żeby jak najszybciej oddalić się od tych uzbrojonych drani.

Musiał się wydostać.

Przed oczyma wciąż miał różowy rozbryzg krwi. Danny zdusił wspomnienie i falę mdłości, opanował myśli, a potem sięgnął po skafander.

Zasunął gródź wewnętrzną do końca, zablokował ją, a potem pośpiesznie zaczął wciągać kombinezon. Po minucie zatrzasnął już hełm. Na szczęście połączenie z „Magdaleną” działało, więc zgrał obrazy ze skanerów oraz dane z ładowni. Dwaj żołnierze zdjęli frontową ściankę skrzyni, trzeci wyjął coś z plecaka, jakieś urządzenie elektroniczne. Przyczepił je do ładunku w skrzyni przy pomocy magnetycznych uchwytów.

Ładunek w skrzyni. O kurwa… Był tam tylko jeden przedmiot, spoczywający na palecie.

Wyglądał dokładnie jak atmosferyczny pocisk atomowy. Zwłaszcza z tymi charakterystycznymi kwadratowymi lotkami na ogonie…

Pole grawitacyjne frachtowca zakołysało się łagodnie. Danny domyślił się, że silniki zostały wyłączone, a reduktory inercji wyrównywały wektory rozkładu sił na pokładzie. „Magdalena” dotarła do Sangre.

W samą porę. Danny jedną ręką starał się otworzyć zewnętrzną gródź, a drugą uruchomić połączenie z Taggert. Cisza. Albo wciąż spała, albo…

Zdusił emocje i wprowadził sekwencję odblokowującą śluzę. Powietrze zostało wessane i gródź się otworzyła. Danny wypłynął na zewnątrz.

Sangre de Cristo lśniła w dole, widział nawet jedną z kopuł na przylądku. Przytrzymał się uchwytów na kadłubie i zaczął się wspinać, aby przejść na drugą burtę frachtowca i zniknąć z oczu załodze niezidentyfikowanego okrętu.

I wtedy usłyszał szept.

– Matt? Gdzie jesteś? Matt? Danny? Słyszałam ludzi na korytarzu. Matt? Co…

Danny już miał odpowiedzieć, gdy rozległ się syk rozsuwanych drzwi i zduszone „o Boże”, a potem głośny trzask.

Danny próbował powstrzymać mdłości, ale nie zdołał. Kwaśny smród wypełnił mu nozdrza. Pilot zaklął, bo zawartość jego żołądka rozbryzgała się na szybie hełmu i zasłoniła pole widzenia.

Wyczuł drżenie kadłuba, gdy włączyły się silniki manewrowe frachtowca. Nie zaprogramował żadnych manewrów, więc to intruzi zmieniali kurs. „Magdalena Issachar” powoli zwróciła się dziobem ku planecie. Danny obejrzał się. Nieznany okręt wciągnął już tunel dokujący i odpalił własny napęd.

„Magdalena” przyśpieszała. Inercja omal nie wyrwała Danny’emu uchwytu z ręki.

Żołądek ścisnął mu się boleśnie, gdy uświadomił sobie, że musi dokonać wyboru. Żołnierze, kimkolwiek byli, ustawili frachtowiec na kursie kolizyjnym – miał spaść w atmosferę i rozbić się na Sangre de Cristo. Danny mógł się odepchnąć od kadłuba, mógł też wrócić na pokład, przejąć stery i skorygować kurs. A przynajmniej spróbować.

Na dodatek był jeszcze ten pocisk. Danny nie miał wątpliwości, co nieznani żołnierze chcieli zrobić.

Podjął decyzję, przyciągnął się z powrotem do śluzy pomocniczej. Wciąż miał czas. Dotknął zewnętrznego panelu kontrolnego. Nie działał. Sięgnął do sterowania ręcznego, ale także bez skutku.

Frachtowiec został zablokowany. Żołnierze dysponowali technologią, która pozwoliła im odłączyć nawet awaryjne ręczne sterowanie. Danny sądził, że to niemożliwe.

Pozostało mu zatem tylko jedno. Przykucnął na burcie statku i z wysiłkiem odbił się tak, aby odskoczyć jak najdalej od kadłuba. Statek oddalił się i pomknął naprzeciw zagładzie. Danny, wolny od przyśpieszenia frachtowca, zawisł nad planetą. Zastanawiał się, czy oderwał się w porę, aby utrzymać się na orbicie, czy też spadnie na powierzchnię jak jego statek. Czy spłonie w atmosferze, czy choć przez kilka minut zazna uczucia swobodnego spadku? Czemu w ogóle o tym myślał? Niedawno na jego oczach zamordowano przyjaciela, a potem słyszał, jak zginęła przyjaciółka.

Miał przejebane.

„Danny! Licz się ze słowami!” – ze wspomnień powrócił ostry głos. W innych okolicznościach parsknąłby śmiechem, bo uznałby za absurdalne, że w obliczu śmierci przywołuje napomnienia ciotki.

Czas zdawał się zwalniać, rozciągać tak, że sekundy wydłużały się w minuty. Danny mógłby przysiąc, że przez chwilę spał. A może miał halucynacje? Tak czy inaczej, niewielka płonąca plamka „Magdaleny” zbliżała się coraz szybciej do powierzchni planety. Danny widział, jak odcina się na tle jednej z kopuł habitatów.

– Żegnaj, „Magdo” – szepnął.

I wtedy nastąpiła detonacja głowicy.

Danny odruchowo zamknął oczy i uniósł ręce, aby zasłonić twarz. Jednak mimo zaciśniętych powiek, zbryzganej wymiocinami szyby hełmu i dłoni radioaktywny błysk oślepił go boleśnie.

Niedługo potem nad powierzchnię planety uniósł się grzyb atomowy, a Danny poczuł nacisk na skafander. Wszedł w atmosferę.

Co jednak dziwne, zamiast skupić się na nadchodzącej śmierci, pilot wracał obsesyjnie do ładunku, tajemniczego klienta oraz równie tajemniczych żołnierzy, którzy dokonali abordażu i zabili załogę frachtowca. Zabili też Danny’ego. Jego przyszłość. Gdy nacisk zmienił się w ryk powietrza, a grzyb atomowy urósł w oczach, pilota uderzyła ostatnia myśl.

Kimkolwiek byli ci ludzie, próbowali wywołać wojnę.

ROZDZIAŁ 1


Brytania, Whitehaven

Uniwersytet Oxford Novum

Budynek im. Curie, audytorium numer 201

Profesor Shelby Proctor przerwała wykład, gdy ekran na katedrze błysnął. Pojawił się blok tekstowy, podświetlony na czerwono.

Najwyższy priorytet – Zjednoczone Siły Obronne, CENTCOM.

Najwyższy priorytet? Niech się walą. ZSO mogą chyba poczekać.

„Przeszłam w stan spoczynku dziesięć lat temu. Już nie jestem ich dziewczynką na posyłki”.

Machnięciem dłoni zamknęła wiadomość, a potem odwróciła się do tablicy. Zdaje się, że była jedynym wykładowcą, który używał tablicy – i to jedynym nie tylko na Uniwersytecie Oxford Novum, ale w ogóle na Brytanii. Jednak Shelby Proctor miała sześćdziesiąt osiem lat, była admirał z odznaczeniami, pieprzoną „bohaterką wojenną” i, co najważniejsze, ekspertem od ksenobiologii. Mogła robić, co jej się żywnie podobało.

– Czyli, jak widać, sama obecność struktur mitochondrialnego DNA w ścianach komórek Skiohra wskazuje nie tylko na wzorzec ewolucyjny podobny do gatunków ziemskich, lecz także pozwala przypuszczać, że pierwotne łączenie się komórek prokariotycznych w struktury eukariotyczne jest jedną z podstawowych możliwości rozwijania się form żywych w organizmy wyższe, a może nawet jedyną. Zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę, że podobne struktury pojawiają się w komórkach Dolmasi i we wszystkich pozostałościach wymarłych cywilizacji, na które natykamy się w przestrzeni opuszczonej przez Rój…

– Profesor Proctor, czy to prawda, że walczyła pani z ostatnim krążownikiem Roju dwanaście lat temu? To pani go zniszczyła? Czy to była ostatnia żywa materia Roju w naszej Galaktyce? – przerwał jej jeden ze słuchaczy. Przeklęte dzieciaki.

Proctor odwróciła się od tablicy i spojrzała na licznie zgromadzonych studentów. Z roku na rok wydawali się młodsi. I, jak sądziła, głupsi. A może po prostu odezwała się w niej stara gderliwa admirał floty? Głupsi? Shelby Proctor niemal usłyszała napomnienia swojej matki, która nigdy nie pozwoliła sobie na uchybienie dobrym manierom.

– To nie tylko całkowicie nie na temat, młody człowieku, lecz także ściśle tajne. Mogłabym odpowiedzieć, ale potem od razu musiałabym cię zabić. – Posłała chłopakowi spojrzenie przenikliwe jak promienie gamma. Mina studenta zdradzała, że nie wiedział, czy wykładowczyni mówi poważnie. – I niech ci się nie wydaje, że żartuję.

Chłopak się zarumienił. Dobrze. Proctor z trudem opanowała złośliwy uśmiech.

– Och, no… To znaczy wszyscy o tym mówią, więc zakładałem… Znaczy pomyślałem, że skoro pani tam była, walczyła z Rojem nad Ziemią, nad Brytanią i w ogóle, to chyba mogłaby pani trochę nam opowiedzieć o… – Głos młodzieńca cichł z każdym słowem.

Proctor wbiła w niego świdrujący wzrok, aż zaczął się wiercić.

– Wiesz, co się dzieje, gdy przyjmuje się założenia? Wychodzi się na głupca. – Pokręciła głową. – Marny ze mnie nauczyciel, skoro jeszcze tego nie zrozumiałeś.

Większość widowni wybuchła śmiechem. Na użytek reszty Proctor dodała:

– Zwykle robienie założeń odbija się na obu stronach, ale dzisiaj uderza to wyłącznie w tego chłopca z ostatniego rzędu.

Studenci znów parsknęli śmiechem, a wskazany chłopak zarumienił się jeszcze bardziej.

– Ale… uch, znaczy… Myślałem tylko, że dobrze będzie porozmawiać o zagładzie Roju i…

– „Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie czują potrzeby ubrania tego w słowa”. To, że potrafisz otworzyć usta i wypluć jakieś wyrazy, które ledwie składasz w zrozumiałe zdania, nie sprawi, że wrażliwe i tajne informacje, o których tak lekkomyślnie wspomniałeś, staną się przez to jawne. Wróg nie powinien takich wiadomości usłyszeć, bo łatwo wykorzysta je przeciwko nam. Może nie jesteśmy na akademii wojskowej, młody człowieku, ale to nie znaczy, że można tu lekceważyć procedury bezpieczeństwa, zwłaszcza na moich wykładach.

 

Młodzieniec wyraźnie się zawstydził – twarz mu poczerwieniała, zaczął nerwowo bawić się kilkunastoma chyba kolczykami w uchu. Był jak inne dzieciaki z tego pokolenia, nie miał pojęcia o ofiarach poniesionych, zanim się urodził, ani o poświęceniu, w tym poświęceniu Shelby Proctor. Bezczelnie rzucał takimi słowami jak „zagłada”, choć ledwie rozumiał ich znaczenie. Proctor skrzywiła się, gdy dostrzegła, że chłopak znowu otwiera usta.

– Niech to, pani profesor, tylko zapytałem. Po co te nerwy i…

Nerwy?

Proctor upuściła kredę, która upadła i rozpękła się na kilka kawałków.

– Posłuchaj, młody człowieku. Zdaję sobie sprawę, że słuchanie z pełnym zrozumieniem jest całkowicie poza twoim zasięgiem przez te wszystkie nanowibratory wystające ci z uszu, więc pozwolę sobie powtórzyć jeszcze raz specjalnie dla ciebie. W tej sali nie rozmawiamy o militarnym gównie. Rozmawiamy o nauce. Rozumiesz?

W audytorium zapadła cisza jak w kosmicznej próżni. Student zaczął zbierać swoje rzeczy.

– To była mikroagresja, profesor Proctor. Pani słowa mnie zraniły i zamierzam złożyć skargę do komisji praw studenckich oraz zażądać upomnienia za tak brutalną reakcję na proste pytanie studenta…

– Och, błagam – prychnęła Proctor, po czym podniosła kawałek kredy. – Oboje wiemy, o co ci chodziło. Próbowałeś zasugerować, że zamordowałam z zimną krwią i zadowoleniem ostatnie niedobitki gatunku, który terroryzował naszą cywilizację przez dziesiątki lat. Pozwól, że coś ci powiem, chłopcze. Nie masz pojęcia, jak to było.

Nic nie wiedział. Wszyscy oni nie mieli pojęcia. Bo niby skąd? Jak ktokolwiek mógłby to zrozumieć? Jednak teraz, gdy tama pękła, Proctor ani myślała sobie żałować.

– Nie masz pojęcia, jak to jest, gdy się nie wie, czy kolejne starcie z Rojem będzie już ostatnim. Dlatego jeżeli nie chcesz przekonać się na własnej skórze, co to znaczy makroagresja, doradzam ci czym prędzej zabrać stąd tyłek.

Mina dzieciaka była bezcenna, warta oficjalnego upomnienia od administracji uczelni. Proctor wiedziała, że na pewno je dostanie. Podobnie jak poprzednim razem, gdy straciła nad sobą panowanie i napadła na innego bezradnego, lekkomyślnego studenta. W tamtym przypadku komisja nie przeprowadziła żadnych przesłuchań, tylko rektor wziął Proctor na stronę podczas spotkania kadry naukowej i surowo, ale z szacunkiem udzielił jej reprymendy. Bądź co bądź, była admirałem ZSO, a wcześniej walczyła u boku cholernego Bohatera Ziemi we własnej osobie, czyli kapitana Timothy’ego Grangera.

Dzieciak wstał i wyszedł oburzony, a pozostali studenci patrzyli na Proctor albo z czcią i umiłowaniem, albo ze świętoszkowatą urazą. Proctor jednak była już za stara, aby się przejmować, co ludzie powiedzą. Liczyła się dla niej teraz tylko nauka, wykłady i lampka dobrego caberneta wieczorem.

– Na czym skończyliśmy… A tak, mitochondrialne DNA. Jedna z bardziej ostatnio interesujących obserwacji, wynikająca z wymiany wiedzy na statku pokoleniowym Skiohra, „Dobroć”, udowodniła, że ich struktury komórkowe są…

Drzwi po prawej otworzyły się ze zgrzytem. W progu stanęło dwóch potężnych żandarmów w mundurach polowych ZSO – eskorta szychy z admiralskimi dystynkcjami i twarzą, którą Proctor pamiętała doskonale z dawnych czasów. Admirał wszedł do auli, jakby był u siebie. Biały mundur zalśnił w świetle sufitowych lamp, złote pagony rozbłysły na ramionach.

Skinął głową na powitanie, zerknął na rzędy studentów i oznajmił:

– Admirał Proctor, przykro mi, że przerywam, ale obawiam się, że sprawa jest pilna.

Dupek. Proctor dostrzegła złośliwy uśmieszek, gdy na audytorium rozległy się szmery i szepty. Wszyscy rozpoznali naczelnego dowódcę Zjednoczonych Sił Obronnych, międzygwiezdnej marynarki Zjednoczonej Ziemi. Ten drań zawsze lubił popisywać się przed chętną widownią, kochał przyciągać uwagę i pławić się w uwielbieniu cywilów.

– Koniec wykładu. – Proctor machnięciem ręki odprawiła studentów. Kiedy ostatni zebrał swoje rzeczy i zniknął za drzwiami, odwróciła się do niespodziewanego gościa.

– Admirale Oppenheimer, czemu zawdzięczam tę… przyjemność?

– Shelby. Dobrze cię widzieć. – Oppenheimer wyciągnął rękę.

Proctor udała, że tego nie zauważyła.

– Chciałabym powiedzieć to samo, Christianie. – Miała ochotę odgryźć się bardziej dosadnie, ale nawet na tak dyplomatyczne wyrażenie niechęci admirał się skrzywił. Był następcą Proctor na stanowisku naczelnego dowódcy ZSO i sprawował tę funkcję już od dziesięciu lat, a ich rozstanie nie należało do przyjacielskich. Nie polubili się od pierwszego spotkania podczas sytuacji kryzysowej w drugiej wojnie z Rojem. W jednej z ostatnich krwawych bitew tej wojny poświęcono „Konstytucję”, okręt Starej Floty, zaś „Wojownika” zniszczyły promienie antymaterii. Granger i Proctor przenieśli wtedy ocalałe załogi na pokład „Wiktorii”, na której Oppenheimer służył jako pierwszy oficer. Był wtedy opanowanym i rozsądnym mężczyzną, nie politykiem i pozerem jak obecnie. Jednak wiele w człowieku może się zmienić pod wpływem czasu, alkoholu i nieustannych potyczek z biurokracją, a Oppenheimer musiał się zmagać przynajmniej z dwoma z tych czynników.

– Mamy problem. – Admirał cofnął rękę i zaczął się przechadzać po katedrze. Żandarmi ruszyli za nim krok w krok, jakby zostało to wcześniej ustalone. – W sektorze Irigoyen coś się dzieje. Podobnie jak w sąsiednim, należącym do Dolmasi. Oczywiście Dolmasi niczego nam nie powiedzą, ale dane wywiadu są niepodważalne. Narasta tam napięcie i niepokoje.

Proctor przełknęła nerwowo.

– Rój?

– Nie.

Od razu odrobinę się rozluźniła, chociaż zastanowiła się sama, co oznacza taka reakcja. Proctor była odpowiedzialna za całkowite zniszczenie Roju wiele lat temu, a chociaż potrafiła sobie radzić z agresją studentów, którzy zarzucali jej odpowiedzialność za zagładę obcej rasy… Cóż, częściowo była to prawda. Proctor miała poczucie… winy? Czy była potworem? Nie. Wykonywała tylko rozkazy. Ocaliła Ziemię. Ocaliła cywilizację. I nie spędzało jej to snu z powiek. Jednak w rzeczy samej była to tylko częściowo prawda.

Oppenheimer znowu się odezwał:

– Na ile można stwierdzić, to nie Rój, ale wiadomo niewiele więcej. Sygnatury ataków na pewno nie odpowiadają tym z Roju. To coś innego. – Zatrzymał się i spojrzał Proctor w twarz. – Coś nowego. Coś… dużego.

Proctor wzruszyła ramionami.

– To już nie mój problem, Christianie. Daj starej kobiecie odpocząć na emeryturze. Czemu nie wyślesz tam „Chesapeake’a”? Kapitan Diaz na pewno sobie poradzi z każdym kryzysem. Służył ze mną na „Konstytucji”, „Wojowniku” i „Wiktorii”, a nawet na „Chesapeake’u”, gdy jeszcze nazywaliśmy ten stary wrak „Grangerem”. Przecież to cholerny okręt flagowy. Jeżeli ktoś może zapanować nad trudną sytuacją, to tylko Diaz.

Oppenheimer skinął głową, a potem potarł się po gładko ogolonym policzku.

– Tak by się wydawało. – Westchnął, oparł się o tablicę. Wyglądał, jakby nie miał ochoty mówić dalej. Szlag, Proctor domyśliła się, co chciał powiedzieć, zanim otworzył usta. – Rano dostaliśmy wiadomość, że kapitan Diaz nie żyje. „Chesapeake” został zniszczony.