GenTekst

Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SIDDHARTHA MUKHERJEE

GEN

Ukryta historia

Przełożył Jan Dzierzgowski


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego

The Gene: An Intimate History

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2016, Siddhartha Mukherjee

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Jan Dzierzgowski, 2017

Redakcja Wojciech Górnaś / Redaktornia.com

Konsultacja merytoryczna dr Wawrzyniec Kofta

Korekta Gabriela Niemiec i Paulina Orłowska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Tłumacz pragnie gorąco podziękować Weronice Rokickiej

za podzielenie się wiedzą dotyczącą Indii i Bengalu

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-533-3

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog: rodziny

Część pierwsza „Brakująca nauka o dziedziczności”

Ogród za murem

„Tajemnica tajemnic”

„Ogromne puste połacie”

„Kwiaty wielce miłował”

„Niejaki Mendel”

Eugenika

„Trzy pokolenia imbecyli wystarczą”

Część druga „Po dodaniu części są tylko części”

„Abhed”

Prawdy i pojednania

Transformacja

Lebensunwertes Leben (Życie niewarte życia)

„Ta głupia cząsteczka”

„Ważne obiekty biologiczne zwykle występują w parach”

Ten szpetny, nieuchwytny zbój

Regulacja, replikacja, rekombinacja

Od genów do genezy

Część trzecia „Marzenia genetyków”

Crossing-over

Nowa muzyka

Einsteinowie na plaży

„Klonuj albo giń”

Część czwarta „Człowiek niech pozna, co w człowieku siedzi”

Nieszczęście ojca

Narodziny kliniki

„Ingerować, ingerować, ingerować”

Wioska tańczących, atlas piegów

„Dorwać genom”

Geografowie

Księga człowieka (w dwudziestu trzech tomach)

Część piąta Po drugiej stronie lustra

„Więc jesteśmy takie same”

Pierwsza pochodna tożsamości

Ostatnia mila

Głodowa zima

Część szósta Postgenom

Przyszłość przyszłości

Diagnoza genetyczna: „Prekonwalescenci”

Terapie genowe: postludzie

Zakończenie: Bhed, Abhed

Podziękowania

Słowniczek terminów

Kalendarium

Bibliografia

Przypisy

Przypisy końcowe

Kolofon

Dla Priyabali Mukherjee (1906–1985),

która znała niebezpieczeństwa

Dla Carrie Buck (1906–1983),

która sama ich doświadczyła

Dokładne poznanie praw dziedziczności zapewne bardziej zmieni ludzki sposób patrzenia na świat i panowania nad naturą niż jakiekolwiek inne wyobrażalne obecnie postępy w nauce1.

William Bateson

Człowiek jest w sumie jedynie nośnikiem genów, jest tylko czymś w rodzaju tunelu. A geny nie myślą o tym, co jest dobre, a co złe. Obojętne im, czy jesteśmy szczęśliwi, czy nie. Bo stanowimy dla nich jedynie środek do celu. Geny myślą tylko o tym, co jest dla nich najbardziej efektywne2.

Haruki Murakami, 1Q84

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog: rodziny

Znać po was szlachectwo rodziców3

Menelaos w Odysei Homera

Jebią ci życie mamcia z tatkiem,

Może i nie chcą, ale jebią,

Oprócz win własnych na dokładkę

Jeszcze ci kilka ekstra wrzepią4

Philip Larkin, To może taki wierszyk

Zimą roku 2012 pokonałem drogę z Delhi do Kalkuty, by odwiedzić kuzyna Moniego. Towarzyszył mi ojciec, kompan i zarazem przewodnik, pełen smutku i melancholii, pełen skrywanego bólu, którego mogłem się zaledwie domyślać. Mój ojciec jest najmłodszym z pięciu braci. Moni to jego pierwszy bratanek, syn najstarszego brata. Od 2004 roku, kiedy skończył czterdzieści lat, przebywa w zakładzie dla osób chorych umysłowo (w „domu wariatów”, mówi ojciec), zdiagnozowano bowiem u niego schizofrenię. Cały czas jest pod działaniem silnych farmaceutyków, unosi się na falach leków przeciwpsychotycznych i uspokajających. Opiekunowie pilnują go, myją i karmią.

Ojciec nigdy nie pogodził się z diagnozą. Przez wiele lat toczył samotną kampanię przeciwko psychiatrom zajmującym się bratankiem. Liczył, że wreszcie zdoła ich przekonać, jak wielki błąd popełnili – albo może że uszkodzona psychika Moniego sama się w jakiś cudowny sposób naprawi. Zakład w Kalkucie odwiedził dwukrotnie, z tego raz niezapowiedzianie, w nadziei, że zastanie Moniego w pełni zdrowia, prowadzącego w sekrecie normalne życie za zakratowanymi oknami.

 

Ale ojciec wiedział – i ja wiedziałem – że nie chodziło tu tylko o stryjowską miłość. Moni nie jest jedynym krewnym ojca dotkniętym chorobą psychiczną. Również dwaj inni stryjowie Moniego cierpieli na skutek zaburzeń umysłowych. Szaleństwo dotyka Mukherjeech co najmniej od dwóch pokoleń. Niezgoda ojca na diagnozę wynika więc z ponurej świadomości, że zatrute ziarno choroby może tkwić również w nim samym.

W roku 1946 Rajesh, trzeci z mych stryjów, umarł w Kalkucie nagłą śmiercią. Miał dwadzieścia dwa lata. Ponoć dostał zapalenia płuc po tym, jak przez dwie noce uprawiał gimnastykę w zimowym deszczu. Ale zapalenie płuc stanowiło w rzeczywistości skutek innej choroby. Rajesh był niegdyś najlepiej zapowiadającym się z braci – najbystrzejszym, najzwinniejszym, najbardziej charyzmatycznym, żywiołowym, najbardziej kochanym przez całą rodzinę.

Dziadek zmarł dekadę wcześniej, w roku 1936, zamordowany po kłótni o kopalnię miki. Rajesh bez trudu zajął jego miejsce, choć nie był najstarszy z rodzeństwa. Liczył sobie ledwie dwanaście lat, ale równie dobrze mógłby mieć dwadzieścia dwa. Jego lotną inteligencję studziła powaga. Nastoletnia krnąbrność krzepła już w dorosłą pewność siebie.

Tylko że, wspomina ojciec, latem 1946 roku Rajesh zaczął się dziwnie zachowywać, jak gdyby w jego mózgu doszło do zwarcia. Na wszystko reagował gwałtownie: dobre nowiny powodowały wybuchy niekontrolowanej radości, która często musiała znajdować ujście w coraz to wymyślniejszych ćwiczeniach fizycznych i gimnastyce. Natomiast zła wiadomość pchała Rajesha w nieutulony smutek. Uczucia same w sobie były najzupełniej normalne – czego jednak nie da się powiedzieć o ich natężeniu. Zimą tamtego roku zwiększyły się pulsacja i amplituda emocjonalnej sinusoidy Rajesha. Okresy szaleńczego pobudzenia, przechodzącego czasem w gniew i krzykliwość, zdarzały się coraz częściej, zasnuwająca wszystko mgła przygnębienia stawała się coraz gęstsza. Rajesh zapuszczał się w krainę okultyzmu. Próbował wywoływać duchy, organizował w domu seanse spirytystyczne z użyciem specjalnej planszy z literami, wieczorami chadzał do krematorium, by medytować tam w towarzystwie przyjaciół. Nie wiem, czy sięgał po jakieś środki psychoaktywne – w latach czterdziestych w chińskiej dzielnicy Kalkuty nie brakowało palarni, gdzie młody chłopak mógł ukoić nerwy birmańskim lub afgańskim opium – lecz ojciec wspomina, że jego brat stał się zupełnie innym człowiekiem, chwilami lękliwym, chwilami do przesady zuchwałym, emocjonalnie pnącym się w górę lub zsuwającym w dół po coraz bardziej stromych zboczach; jednego ranka drażliwym, drugiego – nadmiernie radosnym (po angielsku powiedziałoby się overjoyed. W potocznym użyciu słowo to jest całkiem niewinne, oznacza zachwyt, euforię. Zarazem jednak stanowi ostrzeżenie, wyznacza ostateczną granicę trzeźwości umysłu. Poza ową granicą nie ma już radości. Jest tylko szaleństwo i mania).

Na tydzień przed tym, jak zachorował na zapalenie płuc, Rajesh dowiedział się, że osiągnął niezwykle wysoki wynik w egzaminach na studia. Wpadł w euforyczny nastrój i zniknął – ponoć przez dwa dni „trenował” na obozie dla zapaśników. Kiedy wrócił do domu, miał wysoką gorączkę i omamy.

Dopiero wiele lat później, studiując medycynę, zdałem sobie sprawę, że Rajesh przechodził zapewne poważny epizod manii, stanowiący niemal podręcznikowy objaw cyklofrenii – zaburzenia afektywnego dwubiegunowego.

*

Czwarty z braci ojca, Jagu, zamieszkał z nami w Delhi w roku 1975, kiedy miałem pięć lat. Jego umysł też chwiał się w posadach. Jagu był wysoki i chudy jak tyczka. W jego spojrzeniu dostrzegało się dzikość. Z grzywą potarganych, zbyt długich włosów przypominał bengalskiego Jima Morrisona. O ile choroba Rajesha ujawniła się na początku trzeciej dekady życia, o tyle Jagu już od dzieciństwa zmagał się z problemami. Był wycofany, niełatwo przychodziło mu nawiązywanie kontaktów i tylko przy mojej babci czuł się bezpieczny. Nie potrafił utrzymać pracy ani żyć sam. Z czasem doszły kolejne zaburzenia: wizje i omamy, głosy mówiące mu, co ma robić. Wszędzie węszył spiski: na przykład rzekomo śledził go sprzedawca bananów rozstawiający stragan przed naszym domem. Jagu często mówił do siebie, obsesyjnie recytował zmyślone plany podróży pociągiem („Z Shimli do Howrah pocztowym z Kalki, potem przesiadka w Howrah w ekspres Śri Jagannath do Puri”). Zdarzało mu się bywać niezwykle poczciwym – raz, gdy przypadkiem zbiłem ukochaną wenecką wazę mojej matki, ukrył mnie w pościeli i zapewnił matkę, że ma „całą górę pieniędzy”, więc odkupi jej „tysiąc” waz. Ale i ta anegdota jest wielce wymowna: nawet stryjowska miłość Jagu splatała się z psychozą i konfabulacją.

Rajesha nigdy nie zbadał psychiatra, za to u Jagu pod koniec lat siedemdziesiątych lekarz z Delhi stwierdził schizofrenię. Nie przepisał jednak żadnych lekarstw. Jagu nadal żył pod naszym dachem, przez większość czasu kryjąc się w pokoju babci (mieszkanie w kilka pokoleń to w Indiach rzecz powszechna). Babcia, znów dotknięta przez los, ze zdwojoną żarliwością broniła syna. Przez niemal dekadę między nią a moim ojcem panował kruchy rozejm. Jagu był pod jej opieką, jadł posiłki w jej pokoju, nosił ubrania, które mu szyła. Nocami, kiedy kręcił się niespokojny, nękany przez lęki i fantazje, układała go do łóżka jak dziecko, gładząc dłonią po czole. Babcia zmarła w roku 1985. Jagu uciekł z domu i nie dał się nakłonić do powrotu. Aż do śmierci w roku 1998 żył wśród członków jednej z sekt religijnych w Delhi.

*

Zarówno ojciec, jak i babcia sądzili, że choroby Jagu i Rajesha spotęgował – a może nawet spowodował – dziejowy kataklizm, a mianowicie podział Indii i niepodległość Pakistanu. Trauma polityczna przerodziła się w psychiczną. Podział rozszczepił nie tylko narody, ale i umysły. W opowiadaniu Toba Tek Singh autorstwa Saadata Hasana Manto bohater, uwięziony za drutem kolczastym na granicy między Indiami a Pakistanem, jest zarazem zawieszony między szaleństwem a zdrowiem. Babcia uważała, że zamęt oraz konieczność przenosin z Bengalu Wschodniego do Kalkuty odbiły się na umysłach Rajesha i Jagu, choć w zupełnie odmienny sposób.

Kiedy Rajesh zamieszkał w Kalkucie w 1946 roku, całe miasto szalało – miało nerwy w strzępach, niecierpliwiło się, nie potrafiło nikogo kochać. Potok ludzi z Bengalu Wschodniego, którzy odpowiednio wcześnie przeczuli polityczne konwulsje, zalewał niskie domy i kamienice w pobliżu dworca Sealdah. W owym nędznym tłumie znalazła się też moja babcia. Wynajęła maleńkie mieszkanie w alei Hayata Khana. Czynsz wynosił pięćdziesiąt pięć rupii miesięcznie – około dolara w przełożeniu na dzisiejsze pieniądze, lecz wówczas był to ogromny wydatek. Mieszkanie – a ściślej rzecz biorąc, trzy pokoje, jeden nad drugim – sąsiadowało z hałdą śmieci, lecz miało okna i wspólny dach, z którego chłopcy mogli oglądać nowe miasto i rodzący się nowy kraj. Niewiele było wówczas trzeba, by na ulicy wybuchły zamieszki. W sierpniu tamtego roku doszło do rzezi między hinduistami i muzułmanami. Pięć tysięcy ludzi straciło życie, sto tysięcy wypędzono z domów.

Rajesh przez całe lato napatrzył się na okrucieństwa. Hinduiści wywlekali muzułmanów ze sklepów i biur Lalbazaru, po czym patroszyli ich żywcem. Muzułmanie brali równie zapalczywy odwet, linczując ludzi na targach rybnych w Rajabazarze i na Harrison Road. Problemy psychiczne Rajesha zaczęły się krótko po zamieszkach. W mieście zapanował spokój, lecz mój stryj doznał nieuleczalnej traumy. Krótko po sierpniowych masakrach zaczęły go nękać paranoiczne halucynacje. Żył w narastającym strachu. Coraz częściej wybierał się wieczorami na salę sportową. Potem przyszły epizody manii, aż wreszcie nagły wybuch ostatniej choroby.

Zdaniem mojej babci, o ile szaleństwo Rajesha stanowiło skutek przeprowadzki do Kalkuty, o tyle Jagu wpadł w obłęd z powodu wyjazdu. W wiosce przodków w Dehergoti nieopodal Barisalu był bezpieczny, zakorzeniony w świecie przyjaciół i krewnych. Biegając pośród pól ryżowych czy kąpiąc się w gliniankach, zdawał się wesoły i beztroski jak inne dzieci – niemal normalny. W Kalkucie usechł niczym roślina przesadzona ze swego naturalnego otoczenia. Przerwał naukę, całymi dniami wysiadywał przy oknie i pustym spojrzeniem oglądał świat za szybą. Jego myśli się splątały, słowa stały się niezrozumiałe. Umysł Rajesha rozszerzał się aż do kruchych granic – umysł Jagu po cichu kurczył się w jego pokoju. Rajesh nocami błąkał się po mieście – Jagu nie wychodził z domu.

*

Ta osobliwa taksonomia choroby psychicznej (Rajesh jako „miejska mysz”, Jagu jako „mysz wiejska”) nawet się sprawdzała, póki nie przyszła kolej na Moniego. Moni, rzecz jasna, nie był „dzieckiem podziału”. Nie musiał opuścić rodzinnych stron: całe życie spędził w bezpiecznym domu w Kalkucie, lecz jego psychika zaczęła podążać tą samą trajektorią co psychika Jagu. W okresie dojrzewania pojawiły się wizje i głosy. Potrzeba samotności, wybujałe konfabulacje, zagubienie i dezorientacja – wszystko to przerażająco przypominało chorobę stryja. Kiedy Moni miał paręnaście lat, odwiedził nas w Delhi. Mieliśmy pójść razem do kina, ale on zamknął się w łazience na piętrze. Dopiero po godzinie pozwolił wejść babci. Gdy otworzyła drzwi, skulił się w kącie.

W roku 2004 Moniego pobiły jakieś zbiry – ponoć za oddawanie moczu w parku. (Opowiadał mi, że usłyszał wewnętrzny głos nakazujący mu: „Tu, sikaj tutaj”). Kilka tygodni później dopuścił się „zbrodni” tak niedorzecznej, że wręcz jednoznacznie świadczącej o utracie zmysłów: pod wpływem głosów próbował poderwać siostrę jednego ze zbirów. Znowu oberwał. Jego ojciec chciał powstrzymać napastników, ale na próżno. Moni, z pękniętą wargą i raną czoła, trafił do szpitala.

Pobicie miało go rzekomo uleczyć – sprawcy, przepytywani potem przez policję, utrzymywali, że chcieli „wypędzić z Moniego demony”. Ale patologiczny rozkazodawca w jego głowie stał się tylko śmielszy i bardziej wymagający. Zimą, po kolejnym załamaniu nerwowym, po kolejnych halucynacjach, Moni trafił do zakładu zamkniętego.

Tłumaczył mi później, że nawet trochę sam tego chciał. Nie liczył na wyleczenie – marzył o miejscu, gdzie poczuje się bezpiecznie. Dobrano mu leki przeciwpsychotyczne, jego stan nieco się poprawił, choć nie na tyle, by mógł wyjść ze szpitala. Kilka miesięcy później umarł jego ojciec. Matka nie żyła już od wielu lat, jedyna siostra mieszkała daleko. Moni postanowił więc zostać w zakładzie – wszak nie miał dokąd się udać. Po angielsku na szpital psychiatryczny mówiło się niegdyś asylum. Psychiatrzy krzywią się dziś na owo przestarzałe słowo, lecz w przypadku Moniego okazało się ono okrutnie trafne. Szpital dawał mu schronienie, zapewniał upragnione bezpieczeństwo. Mój stryjeczny brat postanowił żyć niczym ptak, który nie chce opuszczać klatki.

Kiedy w 2012 roku wybraliśmy się z ojcem w odwiedziny do Moniego, nie widziałem się z bratem stryjecznym już od blisko dwóch dekad; mimo to sądziłem, że go rozpoznam. Ale człowiek w sali odwiedzin ani trochę nie przypominał Moniego z mych wspomnień. Gdyby nie przyprowadził go opiekun, miałbym pewnie wątpliwości, czy aby nie rozmawiam z obcą osobą. Postarzał się ponad swój wiek. Miał czterdzieści osiem lat, wyglądał na sześćdziesiąt. Lekarstwa zmieniły jego ciało: stąpał niepewnie, chwiejnie niczym dziecko. Mowa, niegdyś płynna i wartka, stała się urywana. Słowa wybrzmiewały z nagłą, zaskakującą siłą, jak gdyby Moni wypluwał pestki dziwnego owocu, który ktoś włożył mu do ust. Kiedy wspomniałem moją siostrę, zapytał, czy się z nią ożeniłem. Rozmawiał ze mną jak z dziennikarzem, który zjawił się niespodziewanie, by przeprowadzić wywiad.

Najbardziej jednak uderzający był spokój jego oczu, a nie burza w głowie. Słowo moni po bengalsku oznacza „klejnot” lub, potocznie, coś niewymownie pięknego: błyszczące punkciki światła w oczach drugiej osoby. I właśnie tego światła zabrakło. Jego oczy pociemniały, zgasły, jakby pokryte warstewką szarej farby.

*

Odkąd pamiętam, Moni, Jagu i Rajesh zajmowali niespodziewanie dużo miejsca w myślach rodziny. Kiedy przez pół roku flirtowałem z nastoletnim buntem, przestałem rozmawiać z rodzicami i odrabiać prace domowe, a stare książki wyrzuciłem do śmieci, rozpaczliwie zaniepokojony ojciec zaciągnął mnie do tego samego lekarza, który zdiagnozował Jagu. Czyżby teraz również syn miał postradać rozum? Na początku lat osiemdziesiątych u babci zaczęły się kłopoty z pamięcią. Odtąd zdarzało się jej omyłkowo nazywać mnie Rajeshwarem. Z początku natychmiast się poprawiała i czerwieniła ze wstydu. Potem jednak, już po zerwaniu ostatnich więzi z rzeczywistością, wydawała się popełniać ów błąd niemal rozmyślnie, jak gdyby fantazja dawała jej zakazaną przyjemność. Mojej przyszłej żonie Sarze opowiedziałem o strzaskanych umysłach kuzyna i dwóch wujów już na czwartej lub piątej randce. Uczciwość nakazywała uprzedzić potencjalną partnerkę o ryzyku.

 

W rodzinnych rozmowach często powracały tematy choroby, normalności, dziedziczności, pokrewieństwa i tożsamości. Co prawda moi rodzice, jak większość Bengalczyków, podnieśli technikę wyparcia do rangi sztuki, lecz tej konkretnej historii nie dało się ignorować. Moni, Rajesh, Jagu. Trzy życia pochłonięte przez choroby psychiczne. Trudno nie wysnuć wniosku, że dziedziczność miała tu swój udział. Czy Moni odziedziczył gen albo zestaw genów – tych samych co w przypadku naszych stryjów – który naraził go na chorobę? Czy dwaj pozostali ucierpieli na skutek dwóch różnych zaburzeń, czy może innego wariantu tego samego zaburzenia? Ojciec przeżył w życiu co najmniej dwa krótkie zaniki pamięci, za każdym razem po spożyciu bhangu (jest to napój z kwiatów konopi rozpuszczonych w ghi, pity podczas świąt religijnych). Czy były one związane z tą samą blizną historii?

*

W roku 2009 szwedzcy uczeni opublikowali wyniki ogromnego międzynarodowego badania, przeprowadzonego na próbie kilku tysięcy rodzin. Dzięki analizie międzypokoleniowych przypadków choroby psychicznej udało się przedstawić wyraźne dowody, że zaburzenie afektywne dwubiegunowe i schizofrenia są ze sobą powiązane genetycznie. Część rodzin uczestniczących w badaniu miała krzyżującą się historię owych dwóch chorób, boleśnie podobną do historii moich krewnych: jedno z rodzeństwa dotknięte schizofrenią, drugie cyklofrenią oraz siostrzeniec lub bratanica również cierpiący na schizofrenię. Trzy lata później kilka kolejnych badań potwierdziło wstępne ustalenia co do powiązań między dziedzicznością i owymi odmianami choroby psychicznej, pogłębiając wiedzę o ich etiologii, epidemiologii oraz czynnikach wywołujących samą chorobę bądź jej kolejne rzuty5.

Publikacje na podstawie dwóch z tych badań czytałem zimowym rankiem w metrze w Nowym Jorku, kilka miesięcy po powrocie z Kalkuty. Naprzeciwko mnie facet w szarej futrzanej uszatce powtarzał synkowi, że on również powinien włożyć czapkę. Na stacji przy 59 Ulicy wsiadła matka, pchając wózek z bliźniętami drącymi się identycznym – jak na moje ucho – głosem.

Lektura przyniosła mi dziwną pociechę, dostarczyła odpowiedzi na część pytań, które nękały mojego ojca i babkę. Zarazem jednak mnożyły się nowe. Skoro choroba Moniego była dziedziczna, dlaczego oszczędziła jego ojca i siostrę? Jakie czynniki sprawiały, że predyspozycja przechodziła w zaburzenie? Na ile choroby Jagu lub Moniego wynikały z „natury” (czyli genetycznej predyspozycji), na ile zaś z „otoczenia” (czyli z czynników środowiskowych – migracji, konfliktów, traum)? Czy mój ojciec też jest narażony na zachorowanie? A ja? Co, gdybym mógł zgłębić naturę owej genetycznej skazy? Czy powinienem się przebadać? Czy powinienem przebadać swoje córki? A jeśli tak, czy pokazać im wyniki? Co, jeżeli okaże się, że tylko jedna z nich nosi piętno?

*

Rodzinna historia choroby psychicznej wbijała się czerwoną linią w mą świadomość. Również w pracy, zajmując się biologią nowotworów, podejmowałem temat normalnych i nienormalnych genów. Nowotwory to bodaj zaburzenie genetyczne par excellence: genom opętany patologiczną obsesją ciągłej samoreplikacji wykorzystuje do tego komórkę i jej fizjologię; skutkiem tego jest zmiennokształtna choroba, której – mimo znaczących osiągnięć nauki – wciąż nie potrafimy leczyć ani jej zapobiegać.

Badanie nowotworów to również badanie ich przeciwieństwa. Jaki jest kod normalności, zanim zepsują go kody raka? Co robi normalny genom? Jak zachowuje trwałość, której zawdzięczamy międzyludzkie podobieństwa, i zarazem zróżnicowanie, czyniące nas odmiennymi? Jak trwałość i różnorodność, normalność i nienormalność są zdefiniowane w naszym genomie? Jak są w niego wpisane?

I dalej: co, gdybyśmy nauczyli się celowo zmieniać naszą informację genetyczną? Gdyby odpowiednie technologie stały się dostępne, kto by je kontrolował? Kto by dbał o bezpieczeństwo, kto byłby panem, a kto ofiarą? W jaki sposób zdobycie tej wiedzy – oraz jej nieuchronne wkroczenie w nasze życie prywatne i publiczne – odmieniłoby wyobrażenia o społeczeństwie, o naszych dzieciach, o nas samych?

*

Niniejsza książka to opowieść o narodzinach, rozwoju i przyszłości jednej z najpotężniejszych i najbardziej niebezpiecznych idei w dziejach nauki: o „genie”, podstawowej jednostce dziedziczenia, podstawowej jednostce informacji biologicznej.

Przymiotnika „niebezpieczny” użyłem najzupełniej celowo. Trzy wywrotowe idee naukowe odbijały się rykoszetem w XX wieku, dzieląc go na trzy nierówne okresy. Te idee to atom, bit, gen6. Każdą zapowiadało już poprzednie stulecie, ale właśnie w wieku XX osiągnęły dojrzałość. Każda zaczęła żywot jako abstrakcja, by ostatecznie przeniknąć niezliczone dyskursy, przekształcając kulturę, społeczeństwo, politykę i język. Zdecydowanie najważniejsza paralela między owymi trzema ideami ma jednak charakter koncepcyjny, każda reprezentuje bowiem niepodzielną jednostkę, podstawową składową większej całości. Atom i materia. Bit i cyfrowa informacja. Gen i dziedziczność lub też informacja biologiczna[1].

Czemu owa właściwość – bycie niepodzielną jednostką większej całości – daje trzem wspomnianym ideom tak ogromną siłę? Prosta odpowiedź brzmi następująco: materia, informacja i biologia są z natury uporządkowane hierarchicznie. Trzeba zatem zrozumieć najmniejszą cząstkę, by zrozumieć całość. Kiedy poeta Wallace Stevens pisze: „Po dodaniu części są tylko części”, nawiązuje do strukturalnej tajemnicy języka7. Znaczenie zdania poznamy, jeśli odszyfrujemy poszczególne słowa – ale przecież zdanie niesie więcej znaczenia niż każde z nich. Tak samo z genami. Organizm to, rzecz jasna, coś więcej niż tylko suma genów. By jednak rozwiązać jego zagadkę, musimy najpierw zrozumieć geny. Gdy holenderski biolog Hugo de Vries w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku spotkał się z pojęciem genu, szybko pojął, że idea ta całkowicie przekształci nasze postrzeganie świata naturalnego. „Cały świat organiczny to wynik niezliczonych kombinacji i permutacji względnie niewielu czynników. […] Podobnie jak fizycy i chemicy wracający do atomów i cząsteczek, nauki biologiczne winny zgłębić owe jednostki [geny] celem wyjaśnienia […] zjawisk świata ożywionego”8.

Atom, bit i gen doprowadziły do przełomów w myśleniu o nauce i technologii. Nie da się wyjaśnić zachowania materii – na przykład odpowiedzieć na pytania, czemu złoto się świeci, a wodór wchodzi w gwałtowną reakcję z tlenem – bez odwołania do atomów. Niepodobna zrozumieć działania komputerów – istoty algorytmów albo przechowywania danych – jeśli najpierw nie zrozumiemy strukturalnej anatomii informacji cyfrowej. „Alchemia nie mogła przerodzić się w chemię, póki nie poznano podstawowych składowych”, pisał dziewiętnastowieczny uczony9. Wedle tej samej logiki nie zrozumiemy biologii organizmu czy komórki ani ewolucji – a także ludzkiej patologii, zachowań, temperamentów, chorób, ras, tożsamości czy losów – jeśli wpierw nie uporamy się z genem.

Kryje się tu jednak drugie dno. Zrozumienie atomów było konieczne, by nauczyć się manipulowania materią, co z kolei umożliwiło budowę bomby atomowej. Dzięki naszej wiedzy na temat genów potrafimy z niezwykłą wręcz zręcznością manipulować organizmami. Zyskaliśmy ogromną władzę, kod genetyczny okazał się bowiem niezwykle prosty. Jest tylko jedna cząsteczka i jeden kod. „Podstawy dziedziczności są zdumiewająco nieskomplikowane, co daje nadzieję, że naturę uda się mimo wszystko zgłębić – pisał Thomas Morgan, wielka postać genetyki. – Jej niepoznawalność, powszechnie brana dotąd za pewnik, to zaledwie złudzenie”10.

Nasza wiedza na temat genów stała się tak głęboka i szczegółowa, że nie badamy ich już i nie modyfikujemy wyłącznie w probówkach, lecz w naturalnym środowisku – w ludzkich komórkach. Geny znajdują się na chromosomach – długich, włóknowatych strukturach w ludzkich komórkach. Każdy chromosom zawiera setki genów połączonych w łańcuchy[2]. Człowiek ma łącznie czterdzieści sześć chromosomów – po dwadzieścia trzy od każdego z rodziców. Cały zestaw instrukcji genetycznych danego organizmu to genom. (Można go porównać do encyklopedii wszystkich genów, zawierającej przypisy, uwagi, polecenia i odniesienia). Ludzki genom liczy około dwudziestu jeden–dwudziestu trzech tysięcy genów. Łącznie składa się to na komplet planów budowy, funkcjonowania i naprawy człowieka. Przez ostatnie dwie dekady technologie genetyczne rozwijały się tak szybko, że potrafimy obecnie rozszyfrować działanie licznych genów i opisać ich złożone role. Niektóre geny i ich przeznaczenie udaje się celowo zmodyfikować, zmieniając tym samym ludzki organizm, jego fizjologię, jego istotę.

Właśnie przejście od wyjaśnienia do manipulowania sprawia, że genetyka odbija się echem daleko poza granicami nauki. Zrozumienie, jak geny wpływają na ludzką tożsamość, seksualność czy usposobienie, to jedno. Zupełnie czym innym są natomiast przymiarki do zmieniania tożsamości, seksualności albo zachowań. Pierwszym zajmują się uczeni, chociażby psychologowie czy neurolodzy. Druga refleksja, zarazem budząca nadzieję i straszliwie groźna, powinna interesować nas wszystkich.

*

Kiedy pisałem tę książkę, organizmy wyposażone w genomy uczyły się zmieniania dziedzicznych cech organizmów wyposażonych w genomy. Mówiąc prościej, między rokiem 2012 i 2016 wynaleźliśmy technologie, które pozwalają nam celowo i trwale zmieniać genom człowieka (chociaż bezpieczeństwo i precyzja tego rodzaju „inżynierii genetycznej” nie zostały jeszcze poddane stosownej ocenie). Bardzo rozwinęła się także zdolność przewidywania przyszłych losów konkretnej jednostki na podstawie jej genomu (choć faktyczny potencjał predykcyjny pozostaje nieznany). Potrafimy „pisać” ludzkie genomy i „czytać” je w stopniu niewyobrażalnym ledwie od trzech–czterech lat.

Nie trzeba dyplomu z biologii molekularnej, filozofii czy historii, by zrozumieć, że splot tych dwóch faktów jest potencjalnie groźny. Jeśli poznamy przeznaczenie zapisane w genomach konkretnych osób (choćby miało to oznaczać tylko oszacowanie prawdopodobieństwa pewnych zdarzeń), jeśli opracujemy technologie pozwalające wpływać na to przeznaczenie (choćby technologie te nie zawsze działały skutecznie), nasza przyszłość na zawsze się zmieni – zmieni się samo znaczenie słowa „człowiek”.

Idea atomu dała współczesnej fizyce zasadę organizującą i obudziła marzenia o panowaniu nad materią i energią. Gen dostarczył zasadę organizującą współczesnej biologii. W tym przypadku marzenie dotyczy kontrolowania naszych ciał i naszej przyszłości. Stałym wątkiem dziejów genu jest „poszukiwanie wiecznej młodości, faustowski mit nagłej odmiany losów oraz dwudziestowieczne flirty z doskonaleniem człowieka”11. A także marzenie, by rozszyfrować ludzki „podręcznik użytkownika”. Oto właśnie sedno mojej opowieści.

*

Książka ma porządek chronologiczny i tematyczny zarazem. Ogólna narracja biegnie historycznie. Zaczynamy od Mendla w roku 1864 i ogrodu w prowincjonalnym klasztorze na Morawach – tam właśnie „gen” został odkryty i zaraz potem zapomniany. (Samo słowo powstało kilka dekad później). Równolegle Darwin rozwija teorię ewolucji. Gen urzeka angielskich i amerykańskich reformatorów, pragnących dokonywać manipulacji genetycznych, by przyspieszyć ewolucję i emancypację człowieka. Makabryczny zenit zostaje osiągnięty w nazistowskich Niemczech w latach czterdziestych. Koncepcja eugeniki dostarcza pretekstu do potwornych eksperymentów, wyłączania jednostek ze społeczeństwa, przymusowej sterylizacji, eutanazji i masowych zbrodni.