Obserwując EdieTekst

Autor:Camilla Way
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Camilla Way

Obserwując Edie


Tytuł oryginału

Watching Edie ISBN 978-83-8116-021-6 Copyright © Camilla Way, 2016 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redaktor Robert Cichowlas Projekt graficzny okładki Emily Osborne Jacket photo of woman © Mari / Alamy Jacket image of woman’s face © Fotoartak / Alamy Stock Photo Jacket photo of window frame © Stacey Newman / Shutterstock Skład i łamanie Witold Kowalczyk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

CZĘŚĆ CZWARTA

PODZIĘKOWANIA

dla Alexa

Nie miałoby sensu wracać do dnia wczorajszego, ponieważ byłam wtedy zupełnie inną osobą.

Alicja w Krainie Czarów, Lewis Carroll

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

CZĘŚĆ PIERWSZA
Potem

Za oknem mojej kuchni długie popołudnie zapada w zmierzch. Patrzę na rozpościerający się daleko w dole Londyn, trzymając nad zlewem ociekające wodą ręce. Słyszę przeciągły i przenikliwy dzwonek do drzwi. Zepsuty domofon brzęczy. Widok stąd, z tak wysoka, jest niewiarygodny — jak z lotu ptaka. Deptford i Greenwich, New Cross i Erith, potem rzeka, za nią Gherkin, a dalej Shard. Z mojego mieszkania na ostatnim piętrze budynku na Telegraph Hill można patrzeć nań bez końca, co jak zawsze mnie uspokaja i koi: jest taki wielki, a ja taka mała i tak daleko od miejsca, które opuściłam.

Dzwonek dzwoni natarczywiej — ktokolwiek naciska guzik, nie zdejmuje palca. Nadchodzi noc.

Z początku wszędzie widziałam Heather. I Connora, oczywiście. Kątem oka zauważałam jedno czy drugie z nich, czemu towarzyszył przeszywający, zimny dreszcz, który pozostawiał mnie obolałą i wstrząśniętą jeszcze długo po tym, jak uświadomiłam sobie, że to tylko złudzenie; ktoś obcy o podobnej fryzurze lub chodzący w taki sam sposób. Ilekroć się to zdarzało, szłam w jakieś ruchliwe miejsce i gubiłam się w tłumie, krążąc po ulicach południowo-wschodniego Londynu, dopóki nie upewniałam się, że wszystko to było bardzo dawno i daleko. W małym miasteczku w środkowo-zachodniej Anglii, milion kilometrów stąd. Teraz dzwonek do drzwi nie milknie, a ja zawsze wiedziałam, że pewnego dnia tak będzie.

Mieszkam na ostatnim piętrze dużej, brzydkiej wiktoriańskiej kamienicy i jest nas tu mnóstwo upchniętych obok siebie w tych ciasnych i pełnych przeciągów mieszkankach. Większość z nas zawdzięcza je Housing Association. A kiedy blokuję drzwi butem i idę otworzyć dzwoniącemu, schodząc cztery piętra z rzędami białych drzwi z mosiężnymi tabliczkami, zza każdych dobiegają dźwięki wczesnego wieczoru: płacz dziecka, śmiech z telewizora, sprzeczka jakiejś pary — odgłosy życia obcych ludzi.

Jestem kompletnie nieprzygotowana na to, co czeka mnie za ciężkimi frontowymi drzwiami, i kiedy je otwieram, świat zdaje się chwiać w posadach i muszę złapać się futryny, żeby nie upaść. Ponieważ ona tam jest, stoi w progu i patrzy na mnie. Po tak długim czasie jest tutaj.

Heather.

A ja wyobrażałam to sobie, śniłam o tym i bałam się tego setki razy przez tyle lat, że teraz rzeczywistość jest zarówno całkowicie surrealistyczna, jak i rozczarowująca. Jakby z bardzo daleka widzę i słyszę przejawy życia toczącego się wciąż na tej zwyczajnej londyńskiej ulicy w zwykłe popołudnie — samochody i przechodniów, dzieci bawiące się na ulicy, szczekającego psa — a gdy patrzę na jej twarz, na języku czuję nieprzyjemny posmak strachu. Otwieram usta, lecz nie wydobywają się z nich żadne słowa i przez chwilę stoimy w milczeniu, dwie trzydziestotrzyletnie wersje dziewczyn, którymi kiedyś byłyśmy.

To ona odzywa się pierwsza.

— Cześć, Edie — mówi.

A potem robi coś niewyobrażalnego. Przechodzi przez próg (serce staje mi w gardle, gdy ona jest tak blisko), bierze mnie w ramiona i obejmuje. Stoję zesztywniała w tym uścisku, czując falę napływających wspomnień: jej sprężyste włosy ocierające się o mój policzek, koszmarny zapach smażonej cebuli zawsze unoszący się z jej odzieży, jej wysoka i postawna sylwetka. Mam pustkę w głowie, czuję tylko serce pulsujące w gardle, a ona wchodzi za mną do sieni, nie, nie, nie, to tylko jeden z tych snów, i po schodach, mijając wszystkie te inne drzwi z mosiężnymi tabliczkami oraz obłażącą farbą i już jesteśmy na górze, i widzę moją rękę pchnięciem otwierającą drzwi, i jesteśmy tu w mojej kuchni, nie, nie, nie, nie, nie, siadamy przy stole i patrzę na twarz, której kiedyś miałam nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć.

Z początku żadna z nas się nie odzywa i przepełnia mnie tęsknota za tym spokojnym, samotnym życiem, które jeszcze przed chwilą wiodłam w trzech ciasnych pomieszczeniach. Woda kapie z kranu, mijają sekundy, zbrązowiałe liście mojej zielistki dygoczą na parapecie. Wstaję, żeby nie patrzeć na Heather, odwracam się i przytrzymuję blatu kuchennej szafki. Odwrócona do niej plecami, mogę coś powiedzieć.

— To jak mnie znalazłaś? — pytam, a kiedy nie odpowiada, odwracam się i widzę, że się rozgląda, patrzy przez korytarzyk na niewielki salon ze składanym łóżkiem.

— Hmm? — mamrocze. — Och. — Patrzy na mnie. — Twoja mama. Nadal mieszka w tym samym miejscu, no nie?

A ja kiwam głową, chociaż nie wiedziałam o tym, gdyż mama i ja nie rozmawiamy od lat i nagle znów tam jestem, w tym starym domu we Fremton. Siedzimy w kuchni, jarzeniówka mruga, ciemność na zewnątrz zmienia okna w lustra. Płaczę i mówię mamie o wszystkim, o wszystkim, co się zdarzyło tej nocy, jakbym, wyznając to, mogła uciszyć krzyk w mojej głowie, zetrzeć obrazy w pamięci. Mówię jej o Heather i Connorze, i o tym, co zrobili, ale to tak, jakbym opowiadała jej jakiś oglądany w kinie horror lub koszmarny sen. Słyszę wypowiadane przez siebie słowa i nie mogę uwierzyć, że to, co mówię, jest prawdą. Nie przestaję mówić, dopóki nie opowiem jej każdego najdrobniejszego szczegółu, a kiedy kończę, chcę się do niej przytulić, lecz mama jest odrętwiała, a jej twarz szara ze zgrozy. Odsuwa się ode mnie, a ja nie chcę, już nigdy w życiu nie chcę, żeby ktoś patrzył na mnie tak, jak ona wtedy.

Kiedy zaczyna mówić, jej słowa są jak kamienie.

„Idź spać, Edith. I już nigdy więcej mi o tym nie mów. Słyszysz? Nigdy więcej nie chcę o tym słyszeć”.

Potem odwraca się do mnie plecami, patrzy w okno i widzę jej ściągniętą, okropnie wykrzywioną twarz odbitą w szybie. Nazajutrz rano wstaję przed wschodem słońca, biorę trochę pieniędzy z jej portmonetki i jadę pociągiem do wuja Geoffa w Erith, żeby już nigdy nie wrócić do matki.

Jestem oszołomiona tym, co powiedziała mi Heather: że matka podała jej mój adres. Wuj nigdy się nie dowiedział, co nas poróżniło, i zawsze miał nadzieję, że pewnego dnia się pogodzimy, więc to żadna niespodzianka, że go jej podał. Natomiast zaskoczyło mnie to, że matka zapisała mój adres i nie wyrzuciła kartki.

Nagle poczułam ogarniające mnie znużenie, ale zmusiłam się i zapytałam:

— Czego chcesz, Heather? Po co tu teraz przyszłaś?

Ponieważ tak naprawdę zawsze wiedziałam, że ten moment nadejdzie. Czyż nie śniłam o tym noc po nocy, budząc się nad ranem chora ze strachu, nie zerkałam przez ramię pewna, że nadchodzi, jest gdzieś tam i wciąż się zbliża?

Ona nie odpowiada od razu. Na stole przed sobą kładzie torebkę: zrobioną na drutach z czarnej wełny, z obłamanym plastikowym guzikiem. Do wełny przywarły jakieś farfocle, okruchy i mnóstwo rudych włosków — być może kocich. Jej małe orzechowe oczy zerkają na mnie spod rzadkich jasnych rzęs; nie ma makijażu poza rażąco jaskrawą plamą różowej szminki, która wygląda jak pożyczona. W ciszy dobiega nas głos kobiety z ulicy na dole — Terry… Terry… Terrrrrrryyyyy… — a my słuchamy jak przycicha i milknie, i w tym momencie Londyn pogrąża się w mroku; to ta przygnębiająca chwila, w której gaśnie światło dnia, a światła miasta nagle stają się jaśniejsze. Słyszę lekkie drżenie urazy i nagany w głosie Heather, gdy mi odpowiada:

 

— Niczego. Nic od ciebie nie chcę. Chciałam cię tylko zobaczyć.

Usiłuję to zrozumieć i mój umysł rozpaczliwie szuka różnych możliwych wyjaśnień, ale wtedy ona znów zaczyna mówić i z jej słów wyziera samotność jak otwarta rana, tak okropna i znajoma, że muszę odwrócić od niej oczy.

— Byłaś moją najlepszą przyjaciółką.

— Tak — szepczę.

I ponieważ nie mam pojęcia, co robić, wstaję, żeby nastawić czajnik i zaparzyć herbatę, podczas gdy Heather mówi, tak jakby to była najzwyklejsza w świecie wizyta i rozmowa z dawno niewidzianą przyjaciółką: że teraz mieszka w Birmingham („przeprowadziliśmy się tam niedługo po twoim wyjeździe”) i pracuje na pół etatu w kiosku z gazetami.

Kiedy mówi, zerkam na nią ukradkiem. Taka zwyczajnie wyglądająca kobieta. Trochę tęgawa, opierająca splecione pulchne dłonie o blat stołu, mówiąca z miękkim walijskim akcentem, z włosami do ramion i szerokim uśmiechem.

— Nadal mieszkasz z rodzicami? — pytam, żeby coś powiedzieć, podejmując jej grę, jeśli to gra.

Ona kiwa głową. Tak, myślę sobie, trudno byłoby, nawet teraz, wyobrazić sobie, że poradziłaby sobie bez nich. Heather nigdy nie była głupia, opóźniona w rozwoju czy coś — właściwie zawsze dobrze radziła sobie w szkole. Jednak, pomimo dobrych wyników w nauce, zawsze jakby czegoś jej brakowało. Miała w sobie jakąś niewinność, zbytnią wrażliwość czyniącą ją łatwym celem. Siadam na krześle obok niej.

— Heather — mówię pospiesznie, zanim stracę odwagę. — Heather, czego chcesz?

Zamiast odpowiedzi wyciąga rękę i zaskakuje mnie, delikatnie chwytając w palce kosmyk moich włosów.

— Wciąż jesteś taka ładna, Edie — mówi sennie. — Nic się nie zmieniłaś.

A ja nie mogę się powstrzymać: wzdrygam się tak, że muszę wstać, i z brzękiem wstawiam filiżanki do zlewu, czując na plecach jej świdrujące spojrzenie.

— Mogę obejrzeć sobie twoje mieszkanie? — pyta, a kiedy kiwam głową, idzie i staje w drzwiach do mojego maleńkiego salonu. Podążam za nią i razem spoglądamy na tę ciasnotę, kurz i bałagan, składane łóżko, wieszak na ubrania i badziewny telewizor z drugiej ręki. — Jest śliczne — mówi zduszonym głosem. — Masz szczęście.

Z trudem powstrzymuję śmiech. Gdyby ktoś mnie pytał, kiedy miałam szesnaście lat, kim się stanę i jakie w przyszłości będę wiodła życie, nigdy nie opisałabym czegoś takiego.

Zdaję sobie sprawę z tego, że Heather musiała sama dojechać do Londynu, a potem przejechać przez całe miasto, żeby dostać się tutaj, co robi na mnie wrażenie, a jednocześnie przeraża. Uświadamiam sobie, że ona może zamierza zostać u mnie na noc, i ta myśl jest tak okropna, że wypalam:

— Heather, przykro mi, ale niedługo muszę wyjść i miło było cię znów zobaczyć, ale naprawdę muszę…

Robi smutną minę.

— Och. — Tęsknie rozgląda się po pokoju, z wyraźnie widocznym rozczarowaniem. — Może mogłabym tu zostać, dopóki nie wrócisz.

Z nadzieją spogląda na sofę, a ja usilnie staram się ukryć strach, kłamiąc:

— Właściwie wyjeżdżam na kilka dni z przyjaciółmi. — I zaczynam kierować ją z powrotem do kuchni. — Przykro mi.

Niechętnie kiwa głową i podąża za mną tam, gdzie zostawiła płaszcz i torebkę. Obserwuję ją z przygnębieniem, wiedząc, że powinnam się zgodzić. W końcu była tu tylko piętnaście minut. Jednak tylko stoję tam i nic nie mówię, gdy ona wkłada płaszcz.

— Możesz dać mi twój numer telefonu? — pyta. — Mogłabym zadzwonić do ciebie i następnym razem spędziłybyśmy ze sobą dzień, a może nawet weekend.

W oczach ma taką tęsknotę, że bezradnie kiwam głową, a ona pospiesznie grzebie w torebce. Obserwuję ją, stojąc z założonymi rękami, gdy powoli wprowadza moje imię do pamięci komórki.

Spogląda na mnie wyczekująco, lecz moja postawa lub kąt, pod jakim patrzy, coś jej zdradza, i uświadamiając to sobie, rozdziawia usta.

— Jesteś w ciąży! — mówi.

Przez najkrótszy z możliwych moment widzę w jej oczach coś, co przeszywa mnie dreszczem, chociaż nie wiem dlaczego — przez sekundę z jej orzechowych oczu wyziera coś innego. Obronnym ruchem przyciskam dłonie do brzucha i przed oczami przemyka mi widok twarzy Heriego, natychmiast znikając. Nie odpowiadam.

— Cóż — mówi po chwili milczenia. — Gratulacje. Jak uroczo.

Gdy wciąż na mnie patrzy, jej źrenice wyraźnie się zwężają, więc wyczuwając, że zaraz zada kolejne pytania, pospiesznie podaję jej mój numer i patrzę, jak go wstukuje, irytująco wolno, zanim w końcu otwieram drzwi, żegnam ją najcieplej, jak potrafię, a ona wreszcie odwraca się, żeby wyjść. Zanim jednak to robi, przystaje.

— Czy pamiętasz kamieniołom, Edie? — mówi bardzo cicho. — Jak chodziliśmy tam wszyscy razem?

Natychmiast czuję lekki zawrót głowy oraz przypływ mdłości i kiedy odpowiadam, mój głos jest niewiele głośniejszy niż szept:

— Tak.

Ona kiwa głową.

— Ja też. Myślę o tym cały czas.

A potem odchodzi, stukając wygodnymi sznurowanymi bucikami na schodach, gdy schodzi coraz niżej. Opieram się o ścianę, osłabła z ulgi, aż daleko w dole słyszę trzask ciężkich frontowych drzwi, gdy zamyka je za sobą, jak więzienny strażnik.

Przedtem

Dzień jedenastoklasisty. Gdzie nie spojrzeć, dziewczęta piszą sobie flamastrami dedykacje na spódniczkach, popijają z puszek po coca-coli, które moim zdaniem napełniły czymś mocniejszym, i rzucają plastikowe woreczki z mąką z okien na najwyższym piętrze. Siedzę na ławce pod oknem biblioteki i patrzę. Później wszystkie pójdą do baru się upić — słyszałam, jak rozmawiały o tym w klopie. Nie zaprosiły mnie, ale to mi nie przeszkadza, ponieważ mama zawsze się martwi, kiedy późno wracam. Przy fontannie zauważam Nicolę Gates, ale odwraca się, kiedy do niej macham.

I wtedy po raz pierwszy widzę Edie. Idzie przez główny dziedziniec w kierunku frontowych drzwi. Patrzę, jak jej twarz to pojawia się, to znika w tłumie, zatrzymuje się i mrużąc oczy, spogląda na budynek, po czym znów wodzi wokół wzrokiem, żeby w końcu zatrzymać go na mnie. Wstrzymuję oddech. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek widziała kogoś tak ładnego, nigdy w życiu.

I nagle jest tutaj, stoi tuż przede mną i w pierwszej chwili jestem zbyt zaprzątnięta różnymi aspektami jej osoby, żeby zrozumieć, co mówi: zapachem skórzanej kurtki, którą niesie przerzuconą przez ramię, zmieszanym z czymś jeszcze, czymś łagodnym i jabłczanym, jej oczami, dużymi i złocistopiwnymi z mnóstwem tuszu, bladofiołkowym lakierem na jej paznokciach. W zagłębieniu pod jej obojczykiem spoczywa złoty wisiorek z zielonym klejnocikiem w środku. Gdyby wetknąć tam palec, poczułoby się puk, puk, puk jej pulsu.

— Przepraszam — mówię. — Co powiedziałaś?

Ona się uśmiecha.

— Sekretariat. Gdzie jest?

Mówi głośno i wyraźnie, z północnym akcentem — być może manchesterskim.

Z tłumu ludzi obecnych na dziedzińcu, których mogła o to zapytać, wybrała mnie. Wstaję.

— Ja też idę w tym kierunku — mówię jej, chociaż wcale nie zamierzałam. — Pójdę z tobą, jeśli chcesz.

Ona kiwa głową i wzrusza ramionami.

— Tak. W porządku.

Kiedy idziemy, widzę Sheridan Alsop i Amy Carter stojące przy fontannie. Milkną i obserwują nas, gdy je mijamy. Mam szaloną ochotę wziąć ją pod rękę, tę nieznajomą idącą obok mnie, i wyobrażam sobie, jak podążamy w ten sposób, ramię w ramię jak najlepsze przyjaciółki. Jakże zdziwione byłyby Amy i Sheridan! Oczywiście, nie robię tego. Przekonałam się, że ludzie nie lubią, kiedy robi się takie rzeczy.

— Mam na imię Heather — mówię jej zamiast tego.

— A ja Edie. No, tak naprawdę Edith. Co to za lamerskie miejsce? — Rozgląda się i kręci głową. — Cholernie.

— Tak — mówię. — Wiem! Kompletnie lamerskie, no nie? Będziesz chodziła do tej szkoły?

Ona kiwa głową.

— We wrześniu zaczynam zajęcia fakultatywne.

— Ja też! Jakie sobie wybrałaś? Ja będę chodzić na biologię, matematykę i chemię. Miałam jeszcze uczyć się języka, ale mama i tato powiedzieli, że to zbyteczne, bo nie będzie mi to potrzebne na medycynie. Lepiej skupić się tylko na tych trzech przedmiotach. A także na wolontariacie i wszystkim innym. Pewnego dnia zostanę lekarzem i…

Gwałtownie urywam. Mama zawsze twierdzi, że za dużo mówię. Przygryzam wargę, spodziewając się, że Edie popatrzy na mnie tak jak inne dziewczyny.

Ona jednak nie robi tego, tylko znów się uśmiecha. Długie ciemnoblond włosy opadają jej na oczy i odgarnia je, zatykając za ucho.

— Ja wybieram plastykę — mówi mi. — I fotografię. Zamierzam studiować sztuki piękne w Londynie. Zapewne w Saint Martins — dodaje z niedbałą pewnością siebie. I wyjaśnia, że niedawno razem z mamą przeprowadziła się tu, do Fremton, z Manchesteru. Mówi w taki sposób, jakby była lekko znudzona, i z taką miną, jakby wszystko uważała za dobry żart, lecz co pewien czas spogląda na mnie tak, jakbym i ja uczestniczyła w tym żarcie. To miłe. Mogłabym patrzeć na nią godzinami.

Już doszłyśmy do sekretariatu, chociaż poprowadziłam ją okrężną drogą.

— To tutaj — mówię i zamierzam dodać, że na nią zaczekam i oprowadzę później po szkole, jeśli zechce, ale ona już odchodzi.

— W porządku. Dzięki — mówi. — To na razie.

Drzwi zamykają się za nią. Edie. Eediee. Powtarzam to imię w myślach, wracając do domu, smakując, chowając w pamięci jak śliczny wisiorek na złotym łańcuszku.

— Heather… Heather… HEATHER! — Gwałtownie podnoszę głowę i nieprzytomnie rozglądam się po moim pokoju. Jak długo tym razem? — Heather!

Głos wołającej mnie z kuchni matki i coraz głośniejsza w nim nuta irytacji podrywają mnie na równe nogi. Rozglądam się, zdezorientowana. Mam na sobie szkolny mundurek, a przy biurku stoi moja torba z książkami. Za oknem jest jasno, ale to zdecydowanie już wieczór. Powoli przypominam sobie wszystko. To ostatni dzień nauki, zanim zaczną się egzaminy. Wróciłam ze szkoły do domu i weszłam tu na górę, żeby powtórzyć sobie materiał, a potem… po prostu musiało się zdarzyć to, co czasem mi się przydarza, a ja nigdy nie wiem dlaczego. Niemal jakbym śniła na jawie. Zwykle dzieje się tak, kiedy jestem wzburzona lub zła, tak jak to było z Danielem Jonesem, chłopakiem, który dręczył mnie w podstawówce. Nawet nie wiedziałam, że go uderzyłam, dopóki nie zobaczyłam krwi. Zgiełk głosów uczniów z mojej klasy, tłumów z przeszłości i teraźniejszości, stapiający się w jeden przeciągły i drwiący syk. Co jest z tobą nie tak? Co się tak gapisz? Świruska. Pieprzony dziwoląg. Potrząsam głową, żeby go uciszyć.

Mój tato zbiera zegary i trzy setki ich w naszym domu tykają miarowo, jakby samo powietrze drżało i szczękało zębami. Nasłuchuję i, oczywiście, po chwili jest: brzęczące podzwanianie bim-bam, gdy wszystkie naraz wybijają godzinę. Siedem uderzeń. Zatem pora kolacji. Moja matka nigdy się nie spóźnia. Myśl o niej siedzącej przy kuchennym stole i czekającej, by rozpocząć modlitwę, podrywa mnie do działania.

— Idę! — wołam. — Już idę!

Na dole tato siedzi przy kuchennym stole, czytając na głos w gazecie artykuł o geologii. Mama kręci się po kuchni, nie słuchając go, przenosząc talerze z jedzeniem z kuchennego blatu na stół. Obserwuję ją, próbując odgadnąć, w jakim jest humorze, ale przestawia ostatni talerz, po czym nie patrząc na mnie, siada i zaczyna się modlić.

Czasem mama przypomina mi to jezioro, nad którym zwykliśmy obozować, kiedy mieszkaliśmy w Walii. W upalne letnie dni wchodziłam w nie, czasami natrafiając na pasy niewytłumaczalnie lodowato zimnej wody, zanim nieco dalej natrafiłam na cieplejszą płyciznę. Zostawałam tam jak najdłużej, brodząc w nagrzanej słońcem wodzie, dopóki jakiś śliski wodorost albo myśl o węgorzach czy śniętych rybach dotykających kostek moich nóg nie przestraszyła mnie, każąc wejść głębiej. Z mamą też tak czasem jest: nigdy nie wiadomo, gdzie są te zimne miejsca ani co cię czeka w tych cieplejszych.

— Heather! — Matka przerywa modlitwę i za późno uświadamiam sobie, że machinalnie dziubię sałatkę z pomidorów.

— Przepraszam — mówię i czuję, że się czerwienię.

Czasem robię to, żeby zasnąć: udaję, że jest jak kiedyś, że znów mam sześć lat, a Lydia trzy, i wszystko jest z nami w porządku. Wyobrażam sobie, że trzymam Lydię za rękę i razem biegamy po ogrodzie naszego starego domu i, zasypiając, słyszę jej śmiech.

 

Jakby wybawiając mnie od tych myśli, przed oczami pojawia mi się twarz tej dziewczyny, którą poznałam tego popołudnia, i czuję coś w rodzaju ulgi, jakby ciężar spadł mi z serca. Edie.

Fremton to okropne miasto. Nie powinnam tak mówić, ale to prawda. Przeprowadziliśmy się tu z Walii, kiedy miałam dziesięć lat — żeby zacząć od nowa, jak mówiła mama. Po tym, co się stało, ludzie w naszej wiosce, których znałam całe życie, nagle zaczęli patrzeć na mnie inaczej, kiedy mijałam ich na ulicy, lub jak czarne wygłodniałe kruki rzucali się na moich rodziców, kracząc ze współczuciem, szukając wyjaśnień.

W końcu mama i tato przestali robić różne rzeczy. Powoli i stopniowo mama wycofała się z prób chóru, spotkań klubu książki, organizowania szkolnych zbaw. Nie licząc wyjść do kościoła w niedziele, prawie nie opuszczała domu. Tato nadal uczył w szkole dla chłopców po drugiej stronie doliny, ale w domu chronił się w swoim gabinecie, naprawiając swoje zegary i czytając książki. Zapewne mogło się wydawać, że zamykamy się przed światem, szukając pociechy w swoim kręgu, ale wcale tak nie było. Mama i tato byli jak dwie połowy rozłupanego drzewa, a ja jak przeskakująca między nimi zagubiona wiewiórka. Po tym, co się stało, tato już nigdy nie patrzył na mnie tak jak przedtem i mama też, ale z nią było trochę inaczej. W głębi serca wiedziałam, że wolałaby, aby to Lydia cała i zdrowa wróciła do domu tamtego dnia, a nie ja.

Tak więc kiedy pewnego wieczoru po kolacji powiedzieli mi, że tato dostał propozycję nowej pracy w angielskim miasteczku jakieś trzysta kilometrów dalej, co oznacza awans i większy dom, znałam prawdziwy powód przeprowadzki: mieliśmy przenieść się gdzieś, gdzie nikt nie wiedział nic o nas, o tym, co się stało i co to oznaczało. I miesiąc później zrobiliśmy to. Jednak tak naprawdę nic się nie zmieniło. Mama znalazła nowy kościół, do którego chodziła, ale poza tym prawie nie opuszczała domu. Całą uwagę skupiła na mnie. Na mojej nauce w szkole, mojej tuszy, mojej grze na pianinie, mojej przyszłości. Myślę, że próbuje uczynić mnie lepszą.

Teraz, kiedy jest już po egzaminach, muszę wypełnić czymś siedem tygodni, więc gdy nie pomagam mamie w domu i nie chodzę na wolontariat, niewiele mam do roboty poza spacerowaniem. Fremton leży przy autostradzie, więc słyszysz ją, gdziekolwiek jesteś, ten nigdy nie cichnący szum zmierzających dokądś pojazdów. Całe miasteczko sprawia wrażenie zapomnianego, jakby wszyscy przed laty spakowali manatki i wynieśli się stąd. Kanał rzeczny przecina sam środek miasta, ale mało kto tam chodzi, a większość sklepów przy rynku jest pozamykana, od kiedy przy drodze do Wrexham otwarto supermarket. Na rynku stoi wielki pomnik górnika niosącego na plecach worki z węglem, ale ktoś sprayem namalował mu na głowie dużego pomarańczowego siusiaka. Poza tym są tu tylko ulice i rzędy czynszowych domów, aż do Pembroke Estate, trzech wieżowców upchniętych tuż przy autostradzie, jakby stojących na straży i odstraszających przybyszów.

Gdziekolwiek idę, wypatruję Edie, oglądając twarze mijanych ludzi w nadziei, że któregoś dnia jedna z nich będzie należała do niej. Myślę o jej uśmiechu, piwnych oczach i o tym, jaka była dla mnie miła, i zastanawiam się, co robi i gdzie mieszka, czy jest zanudzana, czy może pozostawiona sama sobie, tak jak ja. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, znów ją widzę. Wracam do domu przez rynek, gdy dostrzegam ją siedzącą na ławce przy pomniku i palącą papierosa. Przystaję w drzwiach do sklepu, żeby ją obserwować. Ma na sobie krótką dżinsową spódniczkę, a jej wyciągnięte przed siebie nogi są długie i opalone, ze srebrnym łańcuszkiem na jednej kostce. Włosy rozpuściła na ramiona i pali papierosa, sprawiając wrażenie głęboko zamyślonej. Wygląda pięknie. Jakby świeciła na tle szarzyzny tego miasta, myślę sobie, jakby wypełniał ją blask. Waham się, po czym zaczynam podnosić rękę i już mam zawołać ją po imieniu, gdy ktoś wyprzedza mnie i podchodzi do niej. Moja ręka opada, a jej imię utyka mi w gardle.

Nie widzę go dobrze, kimkolwiek jest ten, kto wszedł pomiędzy nas. Widzę tylko jej natychmiastową reakcję, pokrytą rumieńcem twarz i szyję, szeroko otwarte i błyszczące oczy. Słucha tego, co on mówi, śmieje się i odwraca wzrok, ale tylko na moment, jakby mimo woli powracając do niego spojrzeniem. Wtedy on siada obok niej, tak blisko, że dotykają się ramionami. Mówi coś, a ona kręci głową z uśmiechem, a ja nie wiem, co to takiego, ten dziwny żar trzaskający w zapierającej dech w piersi przestrzeni pomiędzy nimi, wiem tylko, że nie ma tam miejsca dla mnie.

To kończy się równie nagle, jak się zaczęło. On nachyla się i szepcze jej do ucha coś, co wywołuje ciemnoczerwone rumieńce na jej policzkach, po czym wstaje i odchodzi. Teraz mogę mu się przyjrzeć dokładniej. Ma na sobie spodnie od dresu i zapinaną na suwak bluzę z kapturem. Ma około dwudziestu lat i jest chyba bardzo przystojny, chociaż wcale nie podoba mi się jego twarz o topornych rysach i uśmiechu zdradzającym, że wie o tym, że ona wciąż na niego patrzy. Odczekuję jeszcze kilka chwil w cieniu wejścia do sklepu, zanim nabieram tchu i podchodzę do niej.

Gdy tam jestem, stojąc przed nią, wypowiadając jej imię, ona patrzy na mnie tak dziwnie, jakby nie całkiem wiedziała, gdzie jest, odrywa wzrok od pleców odchodzącego i mrugając, spogląda na mnie.

— Edie? — powtarzam i chwila przedłuża się, aż w końcu ona rozpromienia się, uśmiecha i mówi:

— Och, cześć! Heather, zgadza się?

Moje serce wywija koziołka z ulgi.