Alfabet miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2015.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.

Wydanie pierwsze

Redakcja: Jolanta Pawlik-Świetlikowska, Patrycja Pacyniak

Korekta: zespół

Skład: Mirosław Tojza

Projekt okładki: Monika Pollak

Zdjęcie na okładce: © Larry Washburn/fstop/Corbis/FotoChannels

ISBN 978-83-7489-632-0

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Sp. z o.o.

ul. J. Bema 4/1a, 81–753 Sopot

e-mail:gwp@gwp.pl

www.gwp.pl

www.wydawnictwogwp.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

  Aby rozpocząć tę rozmowę…

  Altruizm

  Autonomia

  Bilans zysków i strat

  Bliskość

  Brunetki, blondynki

  Bycie w małżeństwie

  Co decyduje

  Co wspólne, co odmienne

  Decyzja

  Dobry związek

  Dowód miłości

  Egoiści

  Empatia

  Fajerwerki

  Flirt

  Gdy pokochasz siebie

  Hamletyzowanie

  Hojność

  Idealny partner

  Iluzje

  Intencje

  Jabłka dwie połówki

  Jedna z wielu

  Kolejność uczuć

  Konflikt

  Ludzkie gadanie

  Małżeństwo z rozsądku

  Mezalians

  Natura czy kultura

  Obiekt miłości

  Pieniądze i ich wpływ na szczęście

  Poliamoria

  Romantyczność

  Rozbieżności i zbieżności

  Rutyna

  Seksualny dostęp

  Seryjna monogamia

  Style przywiązania

  Śmierć miłości

  Tajemny kod

  To ten, to ta

  Udawanie

  Upodabnianie się

  Va banque

  Wierność

  Wybaczanie

  Zło jest silniejsze niż dobro

  Zobowiązanie

  Żona trofeum

  Życie bez miłości

  Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ABY ROZPOCZĄĆ TĘ ROZMOWĘ…

…warto zapoznać się z dwoma pomysłami współczesnej psychologii, na których opiera się rozumienie tego niezwykłego i fascynującego zjawiska, jakim jest miłość

Jaki jest pierwszy pomysł?

Pomysł pierwszy to trójskładnikowa koncepcja miłości zakładająca, że na miłość składają się intymność, namiętność i zobowiązanie1. Intymność to z grubsza tyle co przyjaźń. Wyraża się jednoznacznie pozytywnymi uczuciami bliskości i przywiązania, wzajemną troską i zaufaniem, zrozumieniem i niesieniem pomocy w potrzebie. Jest to najważniejszy składnik miłości – nie ma miłości bez intymności. Ten element znajdziemy w każdej miłości – do partnera, do dziecka, do rodziców czy psa lub przyjaciela, choć wcale nie musimy ich obdarzać namiętnością. Intymność jest najważniejsza także dlatego, że to głównie od niej (a nie od namiętności i zobowiązania) zależy nasza satysfakcja z bliskiego związku. Zmiany intymności w trakcie trwania związku są łagodne i powolne. Zwykle rośnie ona przez kilka lat, potem długo utrzymuje się na stałym poziomie, po czym (zwykle) opada przez wiele lat.

Drugi składnik miłości to namiętność, czyli pragnienie maksymalnego połączenia się z partnerem, czemu przeważnie towarzyszą silne emocje zarówno dodatnie – zachwyt, tkliwość, radość, jak i ujemne – tęsknota, zazdrość, ból. U dorosłych ludzi namiętność zwykle łączy się z seksem, jednak seks i namiętność to nie to samo, o czym mowa dalej. Namiętność słabo poddaje się ludzkiej kontroli – nie można się na rozkaz zakochać ani odkochać. Jej dynamika jest zwykle dramatyczna, namiętność gwałtownie rośnie (to kwestia dni lub tygodni), szybko osiągając swoje maksymalne natężenie, po czym również szybko opada, choć nieco wolniej niż rosła. Namiętność jest zjawiskiem krótkotrwałym (dwa do czterech lat), tajemniczym i irracjonalnym. Hormonalnym jej podłożem jest dopamina (zwana też hormonem szczęścia), podczas gdy hormonalnym podłożem intymności jest oksytocyna, czyli hormon więzi.

Trzecim składnikiem miłości jest zobowiązanie, czyli podejmowane przez człowieka decyzje i wysiłki mające na celu przekształcenie relacji z partnerem w trwały związek (na początku) bądź (potem) chroniące taki związek przed rozpadem i podtrzymujące go w możliwie dobrej kondycji. Zobowiązanie jest najbardziej podatne na świadomą kontrolę partnerów, co stanowi o jego sile, jak i słabości. O sile, ponieważ cały związek może trwać tylko dzięki zobowiązaniu, nawet gdy już dawno zaniknęły wszelkie ślady po namiętności i intymności. O słabości, ponieważ zobowiązanie można wycofać w trybie natychmiastowym. Po prostu pewnego wtorku możemy powiedzieć sobie: „Nie, tak dalej być nie może, dość tego zaciskania zębów” i ogłosić w środę partnerowi, że to już koniec. Dynamika zobowiązania jest słaba – pojawia się ono i przyrasta na początku związku, spada na końcu, ale poza tym nie ulega większym zmianom.

A jaki jest drugi pomysł na zrozumienie miłości?

Drugi pomysł to idea, że miłość ulega naturalnym przemianom dlatego, że zmieniają się owe trzy jej składowe2. Załóżmy, że wszystkie trzy składniki miłości – namiętność, intymność i zobowiązanie – pojawiają się w tym samym momencie i że dla każdego z nich istnieje pewna wielkość progowa, czyli „kreska”. Jeżeli dany składnik ma niewielkie natężenie, jest pod kreską i można go zignorować, jako że jeszcze (albo już) nie liczy się przy orzekaniu o charakterze związku. Jeżeli składnik jest silny, nad kreską, to występuje on w danym związku jako jego ważna cecha. W ten sposób dochodzimy do pewnych etapów czy faz miłości, których jest sześć i których większość pojawia się w typowym bliskim związku.

 

Ponieważ namiętność rośnie najszybciej, ona właśnie jako pierwsza pojawia się nad kreską i przez pewien czas pozostaje jedyną liczącą się cechą związku. Jest to faza zakochania, która trwa niespełna rok. Istotą namiętności jest pragnienie jak najczęstszych kontaktów z uwielbianą osobą. Jeżeli ta ostatnia namiętność odwzajemni (lub przynajmniej jej nie odrzuci), to ten składnik miłości owocuje częstymi kontaktami partnerów, zwierzaniem się, wzajemnym wspieraniem się, świadczeniem sobie dobra i tak dalej. W ten sposób rodzi się intymność. Związek wchodzi wtedy w kolejną fazę – romantycznych początków (namiętność plus intymność). Faza romantycznych początków jest również krótkotrwała (kolejny rok), skoro mamy już bowiem i burzliwe rozkosze namiętności, i łagodne uroki intymności, pojawia się pragnienie zamiany związku w coś trwałego. Innymi słowy, jako trzecie z kolei wychodzi ponad kreskę zobowiązanie i związek wchodzi w kolejną fazę – miłości kompletnej, zwanej tak, bo obecne są wszystkie trzy składniki. Ta faza miłości jest bardzo satysfakcjonująca, jednak również jest nietrwała (trwa około czterech lat), ponieważ nadchodzi dość nieuchronny kres namiętności, opadającej pod kreskę, a miłość wchodzi w kolejną fazę – miłości przyjacielskiej, która opiera się na intymności i zobowiązaniu. Jest to najdłużej trwający spośród jeszcze zadowalających etapów miłości. Aż do tej fazy łącznie subiektywne zyski ze związku znacznie przeważają nad stratami, a na dalszych etapach pojawia się zależność odwrotna.

Potem już tylko straty?

Choć namiętność zanika niemalże zawsze i niewiele na to można poradzić, licznym parom udaje się nie dopuścić do spadku intymności poniżej kreski. Faza miłości przyjacielskiej może więc trwać w nieskończoność, szczególnie gdy partnerzy razem robią różne rzeczy, które są dla nich ekscytujące. Przeważnie jednak nie trwa, większości par bowiem utrzymanie intymności się nie udaje i spada ona pod kreskę, a partnerzy wchodzą w fazę związku pustego, który opiera się na samym zobowiązaniu. Czy związek pusty będzie trwał, czy się rozpadnie, zależy od różnych czynników niezwiązanych bezpośrednio z uczuciami partnerów, takich na przykład jak to, czy związek jest sformalizowany, czy są dzieci, jak silne są naciski innych (krewnych, przyjaciół) na podtrzymanie związku, a przede wszystkim od tego, czy partnerzy mogą jeszcze liczyć na jakąś atrakcyjną alternatywę, czy też nie, co zależy między innymi od ich wieku. Jeżeli czynniki przeszkadzające opuszczeniu związku są słabe, a nadzieje na lepszą alternatywę duże, również zobowiązanie spada pod kreskę, a cały związek wchodzi w ostatnią już i zwykle krótkotrwałą fazę rozpadu, w której „nie ma już nic”.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej miłości – może i od nas zależy, jaka jest…

ALTRUIZM

Czyli o tym, czy jesteśmy dobrzy z natury, czy musimy mieć do tego sposobność i jaki to ma wpływ na charakter bliskich relacji

Warto się w miłości poświęcać? Dbanie o dobro partnera czy partnerki z czasem staje się przewidywalne, oczekiwane [zob. hasło Zło jest silniejsze niż dobro], a potem już nawet roszczeniowe.

Mnie się wydaje, że bliski związek bez altruizmu jest zupełnie niemożliwy. Altruizm w bliskim związku to jest traktowanie partnera jak siebie samego, a bez tego nie ma wspólnoty. Bez tego związek w ogóle nie może i nie mógłby istnieć.

Tak, zakładając wzajemność. Jednak wysiłek ukierunkowany na dobro bliskiej osoby i ponoszone przy tym koszty własne nie zawsze są odpłacane tym samym. Czytałam, że o ile kobiety zostają przy swoich ciężko chorych mężczyznach i się nimi z poświęceniem opiekują i zajmują, o tyle w odwrotnej sytuacji na życiowego partnera nie za bardzo mogą liczyć. Jesteśmy skłonni do poświęceń z miłości dla dobra drugiej osoby czy dobra związku – rzucamy wszystko, jedziemy do innego kraju, do innego świata albo przerywamy studia czy pracę, by się opiekować dziećmi, bo zakładamy, że w podobnej sytuacji też byśmy to dostali. A nie zawsze dostajemy.

Altruizm rzeczywiście naraża nas na eksploatację. Natomiast dopóki altruistyczne są obie strony, dopóty związek ma charakter wspólnoty. Wtedy nie rozróżniamy dobra własnego i dobra partnera, traktujemy jego dobro jak własne – i to jest idealna sytuacja.

Ludzie z natury są altruistami. Problem altruizmu i eksploatacji bardzo dobrze opisuje gra znana pod nazwą „Dylemat więźnia”, której struktura jest bardzo prosta: każdy może współpracować albo odmawiać współpracy. Dla uproszczenia pozostańmy przy dwóch osobach. Idea jest taka, że największe zyski łączne przynosi odwzajemniona współpraca. Ale istnieje ryzyko, że kiedy druga strona nie współpracuje, to strona współpracująca zostaje wykorzystana. Aby się nie dać wykorzystać, możemy zrezygnować ze współpracy, ale wtedy nasze zyski są mniejsze.

Czyli najlepsza sytuacja jest wówczas, gdy wszyscy współpracują. I tak jest w życiu, na przykład przy takim podziale prac w domu, że jedno z małżonków zarabia pieniądze, a drugie zajmuje się dzieckiem. Bez tego w ogóle trudno mówić o miłości, a bliski związek staje się kontraktem, jak z towarzystwem ubezpieczeniowym. Nie ma w nim wspólnoty, a większości ludzi nie o to przecież chodzi.

Wracając do altruizmu: gra „Dylemat więźnia” bada, co ludzie robią w pierwszym odruchu – wyniki wskazują, że większość zachowuje się altruistycznie3. Nawet z nieznaną osobą, nawet z osobą, której już więcej nie zobaczą, raczej współpracują, narażając się na koszt eksploatacji.

Ludzką skłonność do altruizmu ilustrują też obserwacje małych dzieci, dwulatków, które ledwo chodzą. Gdy pani coś spadnie i uda pani, że nie może tego podnieść, to większość dwulatków spontanicznie pani pomoże i poda przedmiot, którego nie może pani dosięgnąć4. A zachowanie dwuletniego dziecka nie jest jeszcze rezultatem wychowania, dziecko pomaga z natury. Czyli w naturze człowieka leży altruizm. Oczywiście dużo rzeczy leży w naszej naturze, także i agresja, ale jest jednak pocieszające, że jesteśmy też i altruistami.

To ciekawe, co pan profesor mówi, bo ja czytałam niedawno o innych badaniach, w których dowiedziono, że altruizm występuje u człowieka w zależności od sytuacji. Testom poddawani byli zakonnicy, a więc ludzie niejako „z profesji” predestynowani do służenia innym. Gdy zakonnicy szli na mszę, a mieli trochę czasu, to nad bezdomnym się pochylali, ale gdy się spieszyli, to go mijali.

Tak. To jest klasyczne badanie Johna M. Darleya i C. Daniela Batsona, do którego zaproszono studentów teologii5. Mieli przygotować kazanie…

O miłosierdziu może?

O dobrym Samarytaninie. Tak to było pomyślane, by im jeszcze zaktywizować problem miłosierdzia i pomagania innym, ale okazało się właśnie, że gdy się spieszyli, by wygłosić kazanie, to nie reagowali na mijaną leżącą osobę, a jeśli mieli jeszcze czas, to w większości się zatrzymywali.

Czyli musimy mieć sposobność, by być altruistą? Odpowiednie warunki?

Tak. Najczęściej się mówi, że musimy mieć zasoby uwagi, żeby przetwarzać informacje. Bo jeżeli uwaga jest pochłonięta zupełnie czymś innym, wtedy w ogóle nie widzimy tego leżącego człowieka.

Ale też niedawny (maj 2014 roku) eksperyment z Nowego Jorku, tak zwany social experiment, przeprowadzony przez organizację New York Rescue Mission, pokazał, że nie poznajemy swoich bliskich przebranych za żebraków. Przechodzimy obok nich na ulicy obojętnie. To rzeczywiście porażające, że nie poznajemy członków własnej rodziny, gdy wyglądają jak ludzie żyjący na ulicy.

Tak. Identyfikujemy tylko, że są to żebracy i że to obiekty awersyjne, których należy unikać.

Bo konfrontacja zmusiłaby nas do tego, żeby coś zrobić? Zareagować? Pomóc? Podzielić się zasobami albo poświęcić czas?

Tak. Właśnie dlatego wolimy dokładnie nie patrzeć.

A czy postawa altruistyczna jest jakoś wynagradzana? Czy to nie jest też na przykład tak, że lepiej o sobie myślimy, gdy zrobimy coś dobrego dla innych?

Istnieje rozróżnienie pomiędzy nagrodami wewnętrznymi, które sobie sami dajemy (na przykład dobrze myślimy o sobie), a nagrodami zewnętrznymi (na przykład zarabiamy pieniądze). Ale mnie to raczej nie przekonuje, bo w ten sposób można powiedzieć, że celebryta, który zbija dużą kasę, jest takim samym egoistą jak Matka Teresa, która podwyższa sobie dobrą samoocenę, pomagając innym. Jeżeli to samo miałoby wyjaśniać tak bardzo różne sposoby postępowania, to owo wyjaśnienie wydaje mi się bez sensu. Nagrody wewnętrzne są przeważnie tylko domniemaniem patrzącego, a te zewnętrzne są faktem. I to jest różnica.

Dlaczego z czasem przestajemy być altruistyczni w związku?

Może dlatego, że nie zadowala nas bilans zysków i strat, a może dlatego, że zło jest zawsze silniejsze niż dobro.

AUTONOMIA

Czyli o tym, że bliscy ludzie są nam niezbędni, a nasza miłość czyni ich wyjątkowymi i niezastąpionymi, oraz o tym, że w dobrym związku jest miejsce także na bycie osobnym

Nie da się ukryć, że w bliskiej relacji oddziałujemy na siebie wzajemnie. To od naszych działań często zależą działania partnera. I na odwrót. Nawzajem na siebie wpływamy. Wydaje mi się, że decyzji jednostkowych w gruncie rzeczy nie możemy podejmować. Konsekwencje naszych decyzji – źle albo dobrze – wpływają na oboje.

I w dodatku kluczowe dla tej współzależności jest to, że efekty moich działań nie zależą tylko od tych działań, ale też od partnera. W bliskim związku jest to nieuchronne. Mniej więcej tak jak z kucharzem i kelnerem: jeżeli kelner jest nieuprzejmy, to nawet gdy kucharz najlepiej ugotuje, restauracja upada. I odwrotnie. Jesteśmy w symbiozie – skutki naszych zamiarów i wysiłków są modyfikowane przez to, co robi partner, i dopiero wtedy, gdy on nas nie blokuje, ale wspomaga, nasze cele mogą zostać osiągnięte.

Ale ta współzależność, a raczej zależność, ma też negatywne skutki – do tego stopnia jesteśmy w symbiozie, tak się utożsamiamy w byciu w związku, iż niekiedy zatracamy własną tożsamość.

Myślę, że negatywny aspekt polega na tym, że przestajemy być samowystarczalni.

Tak, stajemy się zależni od partnera.

Jest tu jednak także i korzyść. To racja, że z jednej strony współzależność oznacza ni mniej, ni więcej tylko to, iż mogę osiągnąć więcej, będąc z partnerem, niż sam, ale z drugiej strony lubię się czuć rzeczywiście od niego zależny w tym sensie, że nie muszę radzić sobie sam. Ma to jeszcze i taką konsekwencję, że współzależność się autonomizuje i rozrasta. W takim sensie, że bycie z tym drugim człowiekiem staje się konieczne samo w sobie. Nawet jak relacja nie przynosi żadnych zysków, czy pomijając zyski, które przynosi, partner staje się nam niezbędny do życia. To jest obosieczne, bo z jednej strony współzależność trzyma nas przy życiu, a z drugiej strony – pozbawia samodzielności.

Myślę wręcz, że kiedy partnera zabraknie, rozpadamy się na milion kawałków.

Rzeczywiście, jak wskazują badania przeprowadzone na wielotysięcznej próbie dorosłych Niemców, większość ludzi nie może się pozbierać po śmierci partnera6. Oczywiście są i tacy, którzy od razu idą na tańce w następnym tygodniu, ale to jest niewielka mniejszość.

Może to też jest jakaś forma radzenia sobie z tą stratą? Ale większość wdów i wdowców bardzo idealizuje zmarłego partnera i trudno im się potem jeszcze z kimś związać. Żaden potencjalny partner nie jest w stanie go zastąpić. Oczywiście mówię o dobrych związkach, a nie o sytuacjach, w których śmierć partnera oznacza uwolnienie.

Cóż się dziwić… skoro my z żoną mamy podobny problem z psem. Jednym z powodów, dla którego nie jesteśmy zainteresowani innym, jest to, że poprzedni był taki wyjątkowy. Żaden nowy nie będzie w stanie go zastąpić.

 

Istnieje niebezpieczeństwo, że gdy scalamy się z partnerem w jedno, to wraz z jego stratą sami jakby też umieramy. Tracimy nie tylko związek, ale i siebie…

Myślę, że nie ma rady na niebezpieczeństwo utraty części tożsamości, kiedy tracimy partnera. Taka jest natura bliskiego związku, że on lub ona jest kawałkiem mnie, nie cały ja jestem nią czy nim, ale te Ja się nakładają. Dlatego jesteśmy wspólnotą, prawda?

Ale autonomia w związku niewątpliwie jest problemem dosyć ważnym. Bo niektórzy chcą zawłaszczyć partnera.

Są jednak i tacy, co chcą być zawłaszczeni.

Chcą być zawłaszczeni, zgoda. Trochę takich par znam. Wszędzie idą razem. Na przykład na zakupy – nawet po chleb idą razem. Dla mnie to jest dziwne, ale dla nich nie. Ludzie bardzo się różnią ową skłonnością do zawłaszczania się nawzajem.

A jakie niebezpieczeństwo niesie zawłaszczenie? I dla kogo – dla związku czy dla nas?

Jeżeli jest rozbieżność co do stopnia zawłaszczania, to ta osoba, która mniej chce zawłaszczać i być zawłaszczana, czuje się jak ktoś, komu odbiera się wolność.

Albo powietrze.

Tak. I jeśli występuje różnica między partnerami w stopniu zawłaszczenia, rodzi się duży problem w utrzymaniu relacji. Taki związek prawie na pewno się rozpadnie. Bo jeszcze ta osoba, która zawłaszcza, często bywa też zazdrosna, prawda? Ona by chciała, żeby partner wszystko robił z nią. To rzeczywiście może przydusić.

A co gdy druga osoba też tego chce? I taki właśnie jest model relacji – chodzenie razem po chleb, ten sam program w telewizji, kurtki nawet mają takie same albo walizki? Jeśli oni się, że tak powiem, dogadali co do tego zawłaszczania i jest im z tym dobrze?

Jak oni się z tym zgadzają, no to ich wybór i szczęść im Panie Boże. Ja tylko bym nie chciał być blisko nich. Jeśli oboje tego chcą, nie jest to problem. Dla nich, oczywiście. Jest tylko dla innych [śmiech]. Może to być awersyjne.

Bo nie można się spotkać z żadnym z nich oddzielnie, zawsze muszą razem przyjść do nas, nie da się w ogóle pogadać z każdym z nich na osobności…

Tak. Albo na przykład niektórzy uważają, że ich partner nie powinien tańczyć z nikim innym niż oni. Zawłaszczenie prowadzi do tego, że wszystko się robi tylko z tym jednym partnerem, jest wyłączność niczym w seksie. Taka klauzula wyłączności na bardzo dużo czynności.

A autonomia przydaje się w związku? Jest zbiór „my”, ale oprócz tego jestem „ja” i jesteś „ty” i ja szanuję twoją autonomię…

Tutaj ludzie też się bardzo silnie różnią – zbyt duża autonomia bywa niedobra. Znam takie pary, w których oboje są bardzo autonomiczni, mają takie wzorce z domu, bo na przykład tata był marynarzem.

Nawet wolą, jak partnera w domu nie ma.

Tak. Wolą. I to jest kwestia doboru. Jeśli oboje mają potrzebę autonomii, to bez niej nie mogą żyć. Z kolei tym, którzy są possesive, pewnie się wydaje, że osoby autonomiczne się nie kochają, że tylko mieszkają razem.

Czy autonomia jest regulowana w zależności od tego, z kim tworzymy związek albo jak bardzo ważna jest dla drugiej osoby? Czy może wszystko zależy od siły uczuć, jakie żywimy do partnera?

Ludzie bardzo się różnią pod względem zapotrzebowania na kontrolę i wolność. Ci, którzy kochają wolność, nawet jak kochają drugiego człowieka, to nadal kochają swoją wolność. I nie chcą dać jej sobie odebrać. A reszta to jest kwestia tego, na co sobie można pozwolić w związku. Jest nawet zjawisko living apart together – mieszkamy niedaleko siebie, ale w odrębnych mieszkaniach. To jest rozwiązanie dla bardzo zamożnych ludzi ceniących sobie wolność.

Czyli autonomia w związku u różnych osób różnie jest realizowana?

To kwestia różnic indywidualnych. Nawet nie mogę powiedzieć, że wszystkie związki bez autonomii się rozpadają. Stają się trudne do zniesienia dla innych, ale niekoniecznie się rozpadają.