PłotkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płotka
Płotka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,80  59,84 
Płotka
Płotka
Płotka
Audiobook
Czyta Marta Król
34,90  30,01 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Hipisi

Linie życia

Spadajmy

Płotka

Uciekinierka

Mały kraj

Poszukiwane umiejętności

Lot

Koda

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: SMALL FRY

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, LIDIA TIMOFIEJCZYK, ANETA TKACZYK

Projekt okładki: © ALISON FORNER

Opracowanie okładki i stron tytułowych na podstawie oryginału (Grove Press, 2018): MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Lisa Brennan-Jobs, 2018

© Copyright for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06796-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.


Dla Billa

TRZECI RYBAK: (...) Rzecz to jednak dziwna, panie majstrze, jak ryby żyją w morzu.

PIERWSZY RYBAK: Jak ludzie na lądzie: wielkie jedzą małe. Z niczym nie mogę lepiej porównać naszych bogatych skąpców jak z wielorybem; igra i koziołkuje, pędząc przed sobą biedny drobiazg, który na koniec jednym kęsem pożera. Słyszałem ja o takich wielorybach na lądzie, które nie zamkną gęby, póki nie połkną całej parafii z kościołem, dzwonnicą, dzwonami i wszystkim.

WILLIAM SZEKSPIR, Perykles[1]

Było istotnie ciekawym przeżyciem stanowić nierozpoznane źródło tej publicznej atrakcji i stać tak w zimnym deszczu – człowiek czuł się jak widmo.

SAUL BELLOW, Dar Humboldta[2]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Trzy miesiące przed śmiercią mojego ojca zaczęłam kraść różne rzeczy z jego domu. Chodziłam boso po pokojach i wsuwałam przedmioty do kieszeni. Wzięłam róż, pastę do zębów, dwie wyszczerbione seledynowe ceramiczne miseczki, buteleczkę lakieru do paznokci, parę znoszonych skórzanych baletek i cztery poszewki na poduszki, kiedyś białe, teraz pożółkłe jak zęby starego człowieka.

Za każdym razem, kiedy ukradłam którąś z tych rzeczy, czułam się zaspokojona. Obiecywałam sobie, że to będzie ostatni raz. Przemożna jednak chęć wzięcia czegoś jeszcze szybko wracała, jak nieugaszone pragnienie.

Weszłam na palcach do pokoju ojca, uważając, żeby w progu nie nadepnąć na skrzypiącą deskę parkietu. Dawniej, kiedy jeszcze mógł wchodzić po schodach, miał tutaj swój gabinet, ale teraz tu spał. W pokoju panował bałagan, wszędzie pełno było książek, listów i buteleczek z lekami; szklanych jabłek, drewnianych jabłek; nagród, czasopism i stert papierów. Na ścianie koło niego rozciągała się smuga różowego światła.

Siedział w łóżku, oparty na poduszkach. Miał na sobie szorty, z których wystawały gołe nogi, chude jak przedramiona, zgięte niczym u konika polnego.

– Hej, Lis – powiedział.

Obok łóżka stał Segyu Rinpocze. Natykałam się na niego ostatnio, kiedy przychodziłam odwiedzić ojca. Był to niski Brazylijczyk o błyszczących ciemnych oczach i zachrypniętym głosie, buddyjski mnich w brązowych szatach przykrywających okrągły brzuch. Zwracaliśmy się do niego jego tytułem: Rinpocze. Tybetańscy święci mężowie czasami rodzili się teraz na Zachodzie, na przykład w Brazylii. Nie robił na mnie wrażenia świętego – nie był wyniosły ani nieprzenikniony. Z czarnej płóciennej torby koło nas dochodził szum silniczka i pompy tłoczącej substancje odżywcze przez rurkę, która znikała gdzieś pod pościelą.

– Dobrze jest dotykać jego stóp – oznajmił Rinpocze, obejmując dłońmi stopę chorego, leżącą na łóżku. – O tak.

Nie wiedziałam, czy miało to być dobre dla ojca, czy dla mnie, czy może dla nas obojga.

– Okej – odparłam i wzięłam w ręce drugą stopę w grubej skarpecie, chociaż czułam się dziwnie, obserwując twarz ojca, bo kiedy krzywił się z bólu lub złości, robił podobną minę jak wtedy, gdy zaczynał się uśmiechać.

– Przyjemne uczucie – powiedział ojciec, zamykając oczy. Zerknęłam na stojącą obok komodę i na półki na przeciwległej ścianie, szukając wzrokiem przedmiotów, które chciałabym zabrać, chociaż wiedziałam, że nie odważę się niczego ukraść mu tuż sprzed nosa.

Kiedy spał, chodziłam po domu, szukając sama nie wiem czego. Na kanapie w salonie siedziała pielęgniarka, z rękami na podołku, i nasłuchiwała, czy ojciec nie woła jej na pomoc. Dom był cichy, dźwięki przytłumione. Patrzyłam na ściany z białych cegieł przypominających poduszeczki. Pod stopami czułam chłód terakotowej podłogi, z wyjątkiem miejsc, które słońce ogrzało do temperatury skóry.

W szafce w toalecie koło kuchni, gdzie kiedyś leżał zaczytany egzemplarz Bhagawadgity, znalazłam butelkę drogiej różanej mgiełki do twarzy. Zamknęłam drzwi i przy zgaszonym świetle, siedząc na desce klozetowej, rozpyliłam ją do góry. Opadła wokół mnie, chłodna i święta, jak w lesie albo w starym kamiennym kościele.

Leżał tam też błyszczyk do ust w srebrnej obsadce, z pędzelkiem z jednej strony i mechanizmem do wykręcania z drugiej: po przekręceniu porcja kosmetyku wyciekała na środek pędzelka. Musiałam go mieć. Wetknęłam błyszczyk do kieszeni, żeby go zabrać do dwupokojowego mieszkania w Greenwich Village, które dzieliłam ze swoim chłopakiem. Wiedziałam, byłam pewna jak jeszcze nigdy dotąd, że ten błyszczyk dopełni moje życie. Chcąc odwiedzać chorego ojca w jego pokoju, musiałam unikać gosposi, mojego brata, sióstr i macochy, żeby nie przyłapali mnie na kradzieży ani nie sfrustrowali, udając, że mnie nie widzą albo nie odpowiadając na moje „cześć”. Spryskiwałam się różanym sprayem po ciemku w łazience, żeby zmniejszyć poczucie, że znikam – bo wewnątrz opadającej mgiełki czułam, iż odzyskuję kontury. Wizyty u ojca zaczynały być dla mnie ciężarem, uciążliwością.

W ciągu poprzedniego roku odwiedzałam go w weekendy mniej więcej raz na dwa miesiące.

Przestałam liczyć na wielkie pojednanie, takie jak na filmach, a jednak przyjeżdżałam nadal.

Między tymi wizytami widziałam mojego ojca wszędzie, w całym Nowym Jorku. Siedział na fotelu w kinie – dokładnie taki sam zarys szyi, szczęki i kości policzkowej. Na ławce nad rzeką Hudson, gdzie biegałam zimą, patrzył na przycumowane statki. Na peronie metra, kiedy jechałam do pracy, oddalał się w tłumie. Chudzi mężczyźni o oliwkowej cerze, długich palcach, szczupłych nadgarstkach, z kilkudniowym zarostem, którzy, oglądani pod pewnym kątem, wyglądali zupełnie jak on. Za każdym razem musiałam podejść bliżej, żeby sprawdzić, z sercem w gardle, chociaż wiedziałam, że to nie może być on, bo przecież leżał chory w łóżku w Kalifornii.

Wcześniej, w okresach, kiedy prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, wszędzie widziałam jego zdjęcia. Widok tych fotografii dziwnie mnie ożywiał. Podobnie się czułam, kiedy w lustrze na drugim końcu pokoju mignęło mi moje odbicie i myślałam, że to ktoś inny, a po chwili uświadamiałam sobie, że to moja własna twarz: spoglądał na mnie z czasopism, gazet i ekranów w każdym mieście, w jakim byłam. To jest mój ojciec, nikt o tym nie wie, ale to prawda.

Zanim się z nim pożegnałam, poszłam do łazienki, żeby jeszcze raz spryskać się mgiełką. To był naturalny spray, co oznaczało, że w ciągu kilku minut tracił ostry zapach róż i nabierał bagiennego fetoru, chociaż w tamtej chwili nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Kiedy weszłam do pokoju ojca, właśnie wstawał. Patrzyłam, jak jedną ręką obejmuje obie nogi, a drugą odpycha się od wezgłowia, żeby przekręcić się o dziewięćdziesiąt stopni, potem obiema rękami przenosi nogi nad krawędzią łóżka i stawia je na podłodze. Kiedy się uścisnęliśmy, poczułam jego żebra i kręgi. Od spoconego ciała bił stęchły zapach leków.

 

– Niedługo wrócę – powiedziałam.

Odsunęliśmy się od siebie i zaczęłam iść w stronę wyjścia.

– Lis...

– Tak?

– Śmierdzisz kiblem.

HIPISI


.

Zanim skończyłam siedem lat, przeprowadzałyśmy się z matką trzynaście razy.

Zawsze dotąd wynajmowałyśmy coś nieformalnie, pomieszkiwałyśmy a to w umeblowanym pokoju u znajomych, a to w tymczasowo podnajętym lokum. Ostatnie miejsce przestało się nadawać do życia, kiedy ktoś bez ostrzeżenia sprzedał lodówkę. Następnego dnia matka zadzwoniła do mojego ojca, poprosiła go o więcej pieniędzy, a on podniósł alimenty o dwieście dolarów miesięcznie. Wtedy przeprowadziłyśmy się do mieszkania na parterze niewielkiego budynku na tyłach domu przy Channing Avenue w Palo Alto, pierwszego lokum, które matka wynajęła samodzielnie, a w umowie wpisane było jej nazwisko. Nowe mieszkanie miałyśmy tylko dla siebie.

Stojący na posesji dom był ciemnobrązowy, zbudowany w stylu rzemieślniczym. Zamiast trawnika po ziemi wił się zakurzony bluszcz. Rosły tam też dwa przygarbione karłowate dęby, konarami prawie dotykające ziemi. Między drzewami a bluszczem rozciągały się pajęczyny, zbierające pyłek, który świecił w słońcu na biało. Naszego bloku nie było widać z ulicy.

Wcześniej mieszkałyśmy w pobliskich miastach – Menlo Park, Los Altos, Portola Valley – ale to Palo Alto zaczęłyśmy nazywać domem.

Ziemia była tu czarna, mokra i wonna. Pod kamieniami odkrywałam czerwone żuczki, różowe i popielate robaki, cienkie wije i stalowoszare stonogi, które zwijały się w opancerzone kulki, kiedy je niepokoiłam. Powietrze pachniało eukaliptusem, nagrzaną słońcem ziemią, wilgocią, skoszoną trawą. Miasto przecinały tory kolejowe. W ich pobliżu mieści się Uniwersytet Stanforda, z trawiastym owalem kampusu i obramowaną złotem kaplicą na końcu wysadzanej palmami drogi.

W dniu, w którym się wprowadziłyśmy, matka zaparkowała samochód i wniosłyśmy do środka nasze rzeczy: sprzęty kuchenne, futon, biurko, fotel bujany, lampy, książki.

– To dlatego nomadom nie udaje się niczego zrobić – stwierdziła matka, dźwigając jeden z kartonów. Włosy miała potargane, a dłonie upstrzone białą farbą do gruntowania płótna. – Nie zatrzymują się w jednym miejscu na tyle długo, żeby zbudować coś trwałego.

Z dużego pokoju przesuwne szklane drzwi prowadziły na mały taras. Dalej widać było skrawek suchego trawnika z ostami, karłowaty dąb i figowiec – oba drzewa wyglądały rachitycznie – oraz rząd bambusów. Matka stwierdziła, że trudno się ich pozbyć, kiedy się ukorzenią.

Gdy skończyłyśmy się rozpakowywać, wzięła się pod boki i razem zlustrowałyśmy pokój bacznym wzrokiem: z całym naszym dobytkiem nadal wydawał się pusty.

Następnego dnia matka zadzwoniła do mojego ojca do biura, żeby poprosić o pomoc.

– Elaine weźmie furgonetkę i pojedziemy do domu twojego ojca po kanapę – oznajmiła matka kilka dni później. Ojciec mieszkał w Monte Sereno koło Saratogi, na przedmieściach, jakieś pół godziny drogi od nas. Nigdy nie byłam u niego w domu ani nie słyszałam o tym mieście – spotkałam się z nim tylko kilka razy.

Kiedy matka zadzwoniła do ojca, zaproponował, że odda nam niepotrzebną kanapę. Wiedziała jednak, że jeśli szybko jej nie odbierzemy, on wyrzuci mebel albo cofnie swoją ofertę. A kto wie, kiedy znów będziemy mieć dostęp do furgonetki Elaine?

Chodziłam do tej samej pierwszej klasy co bliźniaki Elaine, chłopiec i dziewczynka. Elaine była starsza od mojej matki, czarnowłosa, a luźne kosmyki jej falowanych włosów w pewnym oświetleniu tworzyły wokół jej głowy aureolę. Moja matka była młoda, wrażliwa i promiennie piękna, bez męża, domu i rodziny, podczas gdy to wszystko miała Elaine. Za to matka miała mnie, a ja – dwa zadania: po pierwsze, chronić ją, tak by ona mogła chronić mnie; a po drugie – ukształtować ją, zahartować i „oszlifować”, aby umiała poradzić sobie ze światem, tak jak się szlifuje powierzchnię papierem ściernym, żeby farba się trzymała.

– W lewo czy w prawo? – pytała raz po raz Elaine. Śpieszyła się, musiała zdążyć na wizytę u lekarza. Matka była dyslektyczką, ale upierała się, że to nie dlatego nie korzysta z map. Miała mapy w głowie, twierdziła, potrafiła trafić wszędzie, gdzie już kiedyś była, nawet jeśli musiała parę razy skręcić, żeby zorientować się w otoczeniu. A jednak często się gubiłyśmy.

– W lewo – powiedziała. – Nie, w prawo. Czekaj. A, dobrze, w lewo.

Elaine była trochę poirytowana, ale matka nie przeprosiła. Zachowywała się, jakby była równa osobom, które ją ratują.

Słońce rysowało koronkowy wzór na moich nogach. Powietrze było wilgotne i gęste. Kręciło mnie w nosie od korzennego zapachu drzew laurowych i ziemi.

Wzgórza w miejscowościach wokół Palo Alto powstały w wyniku podziemnych przesunięć i wstrząsów, ocierania się płyt tektonicznych o siebie.

– Musimy być blisko linii uskoku – stwierdziła matka. – Gdyby teraz było trzęsienie ziemi, wleciałybyśmy w sam środek rozpadliny.

Znalazłyśmy właściwą drogę, a potem zadrzewiony podjazd z trawnikiem na końcu – kręgiem jasnozielonej trawy z cienkimi pędami, które wyglądały na miękkie w dotyku.

Dom był dwupiętrowy, z dwuspadowym dachem, pokrytym ciemnym gontem odcinającym się od białego tynku. W wysokich oknach załamywało się światło. Właśnie takie domy rysowałam na pustych kartkach.

Zadzwoniłyśmy do drzwi i czekałyśmy, ale nikt się nie zjawiał. Matka nacisnęła na klamkę.

– Zamknięte na klucz – stwierdziła. – Cholera. Założę się, że nie przyjdzie.

Obeszła dom dookoła, sprawdziła okna i tylne drzwi.

– Zamknięte! – wołała za każdym razem. Nie byłam przekonana, czy to rzeczywiście jego dom.

Matka wróciła przed frontowe drzwi i spojrzała na przesuwne okna. Były za wysoko, żeby ich dosięgnąć.

– Spróbuję tutaj – powiedziała.

Stanęła na głowicy zraszacza, potem na rynnie, złapała się krawędzi parapetu i przywarła do ściany. Znalazła nowe oparcie dla rąk i stóp, spojrzała do góry i podciągnęła się wyżej.

Przyglądałyśmy się temu z Elaine. Strasznie się bałam, że spadnie.

Ojciec miał podejść do drzwi i zaprosić nas do środka. Może pokazałby nam inne meble, których nie chciał, i powiedziałby, żebyśmy jeszcze kiedyś wpadły.

Tymczasem matka wchodziła do jego domu przez okno, jak złodziejka.

– Chodźmy stąd! – zawołałam. – Chyba nie powinno nas tu być.

– Mam nadzieję, że nie ma alarmu – odparła.

Wdrapała się na parapet. Wstrzymałam oddech, czekając na wycie syreny, ale wokół cały czas panowała cisza. Otworzyła zasuwkę, skrzydło okna z szurgotem podjechało do góry, a matka zniknęła w jego czeluści, noga za nogą, by po kilku sekundach pojawić się w blasku słońca w drzwiach frontowych.

– Jesteśmy w środku! – oznajmiła.

Zajrzałam przez próg: światło odbijające się od drewnianych podłóg, wysokie sufity. Chłodna, pusta przestrzeń. Tego dnia – i później – ojciec kojarzył mi się z kręgami odbitego światła padającego z dużych okien, cieniem w głębi pokoi, stęchłym, słodkim zapachem pleśni i kadzidła.

Matka i Elaine podniosły kanapę, wymanewrowały tak, żeby wynieść ją z pokoju i znieść po schodach.

– Nie waży dużo – powiedziała matka.

Poprosiła, żebym się odsunęła. Gruby stelaż z rafii był obity lnianą tkaniną o luźnym splocie. Do tego kremowe poduszki w czerwone, pomarańczowe i niebieskie kwiaty. Później przez wiele lat skubałam krawędzie ich płatków, usiłując wbić paznokcie pod ich namalowane koniuszki.

Elaine i matka poruszały się szybko, z powagą, trochę tak, jakby się gniewały. Matce wypadł z kucyka kosmyk włosów. Kiedy wepchnęły kanapę na tył furgonetki, wróciły do środka i wyniosły jeszcze fotel oraz puf do kompletu.

– Dobra, jedziemy – zarządziła matka.

Z tyłu nie było już miejsca, więc usiadłam z przodu, u niej na kolanach.

Matka i Elaine były w szampańskim humorze. Zdobyły meble, a Elaine nie spóźni się do lekarza. To stąd mój wcześniejszy niepokój i czujność: czekałam na ten moment, chciałam zobaczyć moją matkę radosną i zadowoloną.

Elaine skręciła z podjazdu na dwupasmową szosę. Chwilę później minęły nas dwa radiowozy, jadące w przeciwnym kierunku.

– Może jadą po nas! – odezwała się Elaine.

– Mogli nas aresztować! – odparła matka, wybuchając śmiechem.

Nie rozumiałam, skąd u niej ten zaczepny ton. Przecież gdybyśmy trafiły do więzienia, toby nas rozdzielono. O ile mi było wiadomo, nie trzymano dzieci i dorosłych w tych samych celach.

Następnego dnia zatelefonował ojciec.

– Hej, to wy się włamałyście i zabrałyście kanapę? – zapytał.

Śmiał się. Oznajmił, że miał zainstalowany cichy alarm, który zadzwonił na lokalnym komisariacie, i do jego domu wysłano cztery radiowozy. Dotarły na miejsce zaraz po naszym odjeździe.

– Tak, to my – odparła matka z nutką przekory w głosie.

Przez całe lata prześladowała mnie myśl o cichym alarmie i o tym, jak blisko byłyśmy niebezpieczeństwa, w ogóle o tym nie wiedząc.


Moi rodzice poznali się w liceum Homestead w Cupertino w Kalifornii wiosną 1972 roku, kiedy on był w czwartej klasie, a ona w trzeciej.

W środy przez cały wieczór matka z grupą przyjaciół kręciła film animowany na szkolnym dziedzińcu. Któregoś wieczoru mój ojciec podszedł do niej, kiedy stała w świetle reflektorów i czekała, żeby przesunąć postacie z plasteliny, i wręczył jej stronę z przepisanym przez siebie na maszynie tekstem piosenki Boba Dylana Sad-Eyed Lady of the Lowlands.

– Oddaj mi, jak skończysz – powiedział.

Przychodził w każdą środę i trzymał świece, żeby mogła w ich świetle rysować między ujęciami.

Tego lata zamieszkali razem w domku na końcu Stevens Canyon Road. Ojciec zarabiał na czynsz, sprzedając tak zwane blue boxy, urządzenia, które robił razem ze swoim przyjacielem Wozem. Woz był inżynierem, kilka lat starszym od ojca, ciemnowłosym, nieśmiałym i pełnym pasji. Poznali się w klubie techników, zaprzyjaźnili, zaczęli współpracować, a później założyli razem Apple. Blue boxy emitowały sygnały umożliwiające darmowe rozmowy telefoniczne – nielegalnie. Woz z ojcem znaleźli w bibliotece książkę firmy telekomunikacyjnej, która wyjaśniała działanie tego systemu i podawała dokładną serię tych sygnałów. Trzeba było przytrzymać blue box przy słuchawce, a firma telekomunikacyjna łączyła dzwoniącego z dowolnym wybranym numerem na świecie. Sąsiedzi przy Stevens Canyon Road mieli agresywne kozy i kiedy rodzice przyjeżdżali do domu samochodem, ojciec odwracał uwagę kóz, a matka pędziła do drzwi, albo on obiegał auto i wynosił ją z niego na rękach.

Rodzice matki byli już wtedy rozwiedzeni, a ona tułała się między ich domami. Jej matka cierpiała na chorobę umysłową i stawała się coraz bardziej okrutna, a ojciec często wyjeżdżał służbowo. Nie pochwalał tego, że córka zamieszkała z chłopakiem, ale nie próbował ich powstrzymać. Ojciec mojego ojca, Paul, był ich planem oburzony, ale matka Clara potraktowała ich życzliwie i jako jedyna z rodziców przyszła któregoś wieczoru na kolację. Przygotowali dla niej zupę Campbella z puszki, spaghetti i sałatkę.

Jesienią ojciec wyjechał na studia do Reed College w Oregonie, ale po mniej więcej sześciu miesiącach przerwał naukę. Rodzice się rozstali. Matka twierdziła, że wcześniej nie rozmawiali tak naprawdę o tych sprawach, o swoim związku ani o zerwaniu, a ona zaczęła spotykać się z kimś innym. Wspominała też, że kiedy ojciec zrozumiał, że go rzuciła, był tak zdenerwowany, że ledwie mógł chodzić i tylko snuł się przygarbiony.

Zaskoczyło mnie, że to ona z nim zerwała, i zastanawiałam się, czy to rozstanie nie spowodowało, że mścił się na niej po moim urodzeniu. Kiedy rzucił studia, błąkał się bez celu, twierdziła matka, i tęsknił za nią, nawet kiedy była przy nim.

Oboje pojechali do Indii, ale oddzielnie. On podróżował przez pół roku, a ona przez rok, już po jego powrocie. Powiedział mi później, że wybrał się tam specjalnie po to, by poznać guru Neema Karoli Babę, ale kiedy przyjechał, guru właśnie zmarł. Pozwolono mojemu ojcu zostać przez kilka dni w aśramie, w której mieszkał guru. Dali mu biały pokój, pusty, jeśli nie liczyć posłania na podłodze i książki pod tytułem Autobiography of a Yogi (Autobiografia jogina).

 

Dwa lata później, kiedy firma Apple, którą ojciec założył z Wozem, dopiero ruszała, moi rodzice znów byli parą i mieszkali w ciemnobrązowym domu w stylu ranczerskim w Cupertino, razem z Danielem, chłopakiem, który, tak jak oni, też pracował w Apple. Matka zajmowała się działem pakowania. Postanowiła jednak odłożyć pieniądze, żeby opuścić przedmieścia i mojego ojca, który wiecznie miał humory, i zatrudnić się w restauracji ze zdrową żywnością Good Earth w Palo Alto, na rogu University Avenue i Emerson Street. Miała założoną spiralę, która jej jednak wypadła (oczywiście się nie zorientowała), co się zdarza w rzadkich przypadkach niedługo po założeniu wkładki, i matka odkryła, że jest w ciąży.

Następnego dnia oznajmiła to mojemu ojcu. Stali na środku pokoju koło kuchni, w którym nie było żadnych mebli, tylko dywan. Kiedy mu powiedziała, był wściekły, zacisnął szczęki, a potem wybiegł z domu, trzaskając frontowymi drzwiami. Wsiadł do samochodu i odjechał. Uznała, że musiał porozumieć się z adwokatem, który zakazał mu z nią rozmawiać, bo nie odezwał się już do niej ani słowem.

Rzuciła pracę w dziale pakowania w Apple, zbyt skrępowana, żeby zostać w jego firmie, będąc z nim w niechcianej ciąży. Pomieszkiwała u różnych znajomych. Poszła na zasiłek – nie miała samochodu ani żadnych dochodów. Myślała o aborcji, ale odwiódł ją od tego powtarzający się sen o lampie lutowniczej między jej nogami. Rozważała adopcję, ale jedyną pracowniczkę ośrodka planowania rodziny, której ufała i czuła, że na jej pomoc może liczyć, przeniesiono do innego okręgu. Żeby zarobić, sprzątała domy, i przez jakiś czas mieszkała w przyczepie. Cztery razy podczas ciąży pojechała na warsztaty medytacyjne, częściowo dlatego, że było tam w bród jedzenia. Ojciec dalej mieszkał w Cupertino, aż kupił dom w Monte Sereno, ten, z którego później wyniosłyśmy kanapę.

Wiosną 1978 roku, kiedy moi rodzice mieli po dwadzieścia trzy lata, matka urodziła mnie na farmie ich znajomego Roberta w Oregonie, z pomocą dwóch położnych. Cały poród trwał zaledwie trzy godziny. Robert robił zdjęcia. Ojciec przyjechał kilka dni później. „To nie moje dziecko” – powtarzał każdemu na farmie, ale i tak przyleciał, żeby mnie zobaczyć. Miałam czarne włosy i duży nos, więc Robert odparł: „A jest do ciebie podobna”.

Rodzice zabrali mnie na pole, położyli na kocu i przerzucali strony książki z imionami dla dzieci. Ojciec chciał nazwać mnie Claire. Przymierzali się do różnych imion, ale nie mogli dojść do porozumienia. Nie chcieli niczego naśladowczego, krótszej wersji dłuższego imienia.

– A może Lisa? – zapytała w końcu matka.

– Tak. Właśnie tak – odparł radośnie.

Następnego dnia wyjechał.

– Czy Lisa to nie jest zdrobnienie od Elizabeth? – spytałam matkę.

– Nie. Sprawdziliśmy. To oddzielne imię.

– A dlaczego pozwoliłaś mu uczestniczyć w wybieraniu imienia dla mnie, skoro udawał, że nie jest moim ojcem?

– Bo był twoim ojcem.

W akcie urodzenia matka podała nazwiska ich obojga, ale ja dostałam tylko jej: Brennan. Na okalających dokument marginesach narysowała gwiazdki, same kontury, z pustym środkiem.

Kilka tygodni później zamieszkałyśmy ze starszą siostrą matki, Kathy, w miasteczku Idyllwild w południowej Kalifornii. Matka wciąż była na zasiłku. Ojciec nas nie odwiedzał ani nie płacił alimentów. Po pięciu miesiącach wyjechałyśmy, rozpoczynając nasz ciąg przeprowadzek.

Kiedy matka była w ciąży, ojciec zaczął prace nad komputerem, który później nazwał Lisa. Był to prekursor Macintosha, pierwszy komputer przeznaczony na rynek masowy, z zewnętrzną myszką – dużą jak spory kawał sera – i dołączonym oprogramowaniem na dyskietkach opisanych „LisaCalc” i „LisaWrite”. Okazał się jednak komercyjną porażką, był za drogi. Ojciec najpierw pracował w zespole, który tworzył Lisę, ale potem przeszedł do konkurencyjnego zespołu Maca. Produkcję komputerów Lisa wstrzymano, a trzy tysiące niesprzedanych urządzeń trafiło później na wysypisko w Logan w Utah.

Przez pierwsze dwa lata mojego życia matka dorabiała do zasiłków, pracując jako sprzątaczka i kelnerka. Ojciec nam nie pomagał. Mój dziadek – ojciec matki – i jej siostry dorzucali się, kiedy mogli, ale nie były to duże sumy. Matka znalazła dla mnie opiekę w przykościelnym żłobku prowadzonym przez żonę pastora. Przez kilka miesięcy mieszkałyśmy w pokoju, o którym matka dowiedziała się z tablicy ogłoszeń dla kobiet w ciąży rozważających adopcję.

– Płakałaś, a ja płakałam z tobą. Byłam taka młoda, nie wiedziałam, co robić, i twój smutek sprawiał, że ja też robiłam się smutna – mówiła matka o tamtych latach.

Wydawało mi się, że to niedobrze. Zbyt silne połączenie, stapianie się w jedno. Mimo wszystko jednak jakoś mnie to ukształtowało – czasami wczuwałam się w innych tak mocno, jakby byli mną. Przez nieobecność ojca wybory matki sprawiały wrażenie bardziej dramatycznych, jakby dokonywała ich, stojąc na tle czarnej kotary.

Obwiniałam ją później o to, że mam trudności z zasypianiem w pomieszczeniu, w którym słychać jakiekolwiek odgłosy.

– Powinnaś była dopilnować, żebym spała też w głośnych miejscach – powiedziałam.

– Ale nikogo innego z nami nie było – odparła. – Co miałam robić, walić w garnki i patelnie?

Kiedy skończyłam rok, dostała pracę kelnerki w Varsity Theatre, restauracji w Palo Alto połączonej z artystycznym kinem. Znalazła w pobliżu dobry, niedrogi żłobek w Downtown Children’s Center.

W 1980 roku, kiedy miałam dwa lata, prokurator okręgowy San Mateo w Kalifornii pozwał mojego ojca o alimenty, a także o zwrot kosztów zasiłków wypłaconych dotąd ze stanowej kasy. Sprawę wniósł stan Kalifornia w imieniu mojej matki. W odpowiedzi ojciec wyparł się mnie, zeznając pod przysięgą, że jest bezpłodny i twierdząc, że jestem dzieckiem innego mężczyzny, którego nazwisko podał. Na wniosek sądu zbadano dokumentację medyczną i stomatologiczną tego człowieka, a kiedy okazała się niezgodna z moją, prawnicy ojca stwierdzili, że „między sierpniem 1977 roku a początkiem stycznia 1978 roku powódka odbywała stosunki seksualne z pewną osobą lub osobami, których nazwisk pozwany nie zna, ale powódka dobrze wie, o kogo chodzi”.

Kazano mi zrobić badanie DNA. Te testy były nowością, przeprowadzano je wtedy na próbkach krwi, a nie na wymazie z jamy ustnej. Matka wspominała, że pielęgniarka nie mogła znaleźć żyły i kłuła mnie igłą w przedramię, a ja wyłam. Ojciec też tam był, bo sąd kazał nam wszystkim stawić się w szpitalu o tej samej godzinie. W poczekalni matka i ojciec zachowywali się wobec siebie uprzejmie. Przyszły wyniki badania: prawdopodobieństwo, że jesteśmy spokrewnieni, wynosiło 94,4 procent – była to najwyższa wartość, jaką dawało się zmierzyć dostępnymi wtedy instrumentami. Sąd nakazał ojcu pokryć koszty zasiłków w wysokości około 6000 dolarów i płacić alimenty w kwocie 385 dolarów miesięcznie, którą on podniósł do 500 dolarów, a także ubezpieczenie medyczne do czasu, aż skończę osiemnaście lat.

Jest to sprawa numer 239 948 z powództwa okręgu San Mateo przeciwko pozwanemu w osobie mojego ojca, zarchiwizowana na mikrofiszach w sądzie okręgowym. Ojciec podpisał się na dokumentach małymi literami, mniej wyćwiczoną wersją autografu, którego będzie używał później. Podpis mojej matki jest ściśnięty i rozchwiany. Złożyła go dwa razy: na linii i pod spodem. Początek trzeciego podpisu skreśliła – gdyby go dokończyła, unosiłby się nad tamtymi dwoma.

Sprawa została sfinalizowana 8 grudnia 1980 roku. Adwokaci ojca naciskali, żeby ją zamknąć, a matka nie rozumiała, dlaczego tak nagle chcą skończyć proces, który ciągnął się miesiącami. Cztery dni później Apple weszło na giełdę i majątek mojego ojca zyskał wartość dwustu milionów dolarów.

Wcześniej jednak, tuż po zamknięciu sprawy w sądzie, ojciec przyjechał odwiedzić mnie u nas w domu przy Oak Grove Avenue w Menlo Park, gdzie wynajmowałyśmy kawalerkę. Nie pamiętam tej wizyty, ale widziałam go wtedy po raz pierwszy od czasu, kiedy byłam noworodkiem w Oregonie.

– Wiesz, kim jestem? – zapytał. Odgarnął włosy wpadające mu do oczu.

Miałam dwa i pół roku. Nie wiedziałam.

– Jestem twoim ojcem. – („Zupełnie jakby był Darthem Vaderem”, skomentowała później matka, kiedy mi to opowiadała). – Jestem jednym z najważniejszych ludzi, których będziesz znać w życiu.


Na naszej ulicy nasiona drzew pieprzowych w różowych osłonkach zwieszały się z gałęzi na tyle nisko, że mogłam ich dotknąć, i pękały z cichym trzaskiem, kiedy rozcierałam je w palcach. Liście, o kształcie podobnym do rybiego szkieletu, kołysały się w podmuchach bryzy. Krzyki gołębiaków przypominały dźwięki rozstrojonego oboju. Chodnik wokół niektórych pni wybrzuszał się i pękał. „To przez korzenie drzew – powiedziała matka. – Są na tyle silne, że wypychają cement”.

Stałam z matką pod prysznicem, po ścianie ściekały kropelki wody. Były jak zwierzątka: drgały i poruszały się po krętych ścieżkach, to wolniej, to szybciej, zostawiając za sobą ślad. Kabina prysznicowa była ciemna, z kafelkami i zasłonką. Kiedy matka odkręcała gorącą wodę, krzyczałyśmy: „Otwarte pory!”, a kiedy leciała zimna, wrzeszczałyśmy: „Zamknięte pory!”. Tłumaczyła mi, że pory to otworki w skórze, które się otwierają pod wpływem ciepła i zamykają, gdy jest zimno.

Obejmowała mnie pod prysznicem, a ja wtulałam się w nią i nie byłam pewna, gdzie kończy się ona, a zaczynam ja.

Chciała być dobrą matką i jednocześnie odnoszącą sukcesy artystką. Przy każdej przeprowadzce targała ze sobą dwa duże albumy: z fotografiami z mojego porodu i ze swoimi pracami, który nazywała swoim portfolio. Ten pierwszy wolałabym, żeby wyrzuciła, bo zdjęcia pokazywały nagość, a o ten drugi się martwiłam, że może go zgubić.