Nie powiem

Tekst
Autor:Clare Empson
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Teraz

Lubią tu mierzyć moje postępy – cal po calu, a może milimetr po milimetrze? Ponieważ nie ma szans, że zacznę mówić, wszyscy to zaakceptowali i zaczęli nową kampanię w nadziei, że przekonają mnie do komunikacji na inne sposoby. Oczy są dobre, kiwnięcie głową – świetne. Jeszcze mi się to nie udało. Greg mówi – odbieram to jak zawoalowaną groźbę – że niedługo będę mogła wrócić do domu.

– Twoim dzieciom bardzo by pomogło, gdybyś zdołała jakoś się z nimi porozumieć. Nie chciałabyś tego, Catherine?

Podtekst: gówniana, samolubna matka. I ten gość uważa się za psychiatrę.

Oto, czego oni wszyscy nie rozumieją. Powstrzymywanie się od mówienia jest o wiele trudniejsze niż mówienie. Niereagowanie na ich słowa i bodźce wymaga nieludzkiego wysiłku. To wysysa ze mnie całą energię – a taki właśnie jest mój cel. Wiem, co sobie myślą: uparta, zawzięta, perfidna (choć oczywiście owijają to w inne określenia: załamana, oniemiała, przeżyła traumę). W pewnym sensie mają rację. Nie mówię, bo chcę z tobą zostać, i to jest dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego. Chcę wrócić do miejsca, w którym to przerwałam, do nowego początku, do ciała przy ciele, do twojej ręki w mojej.

Dziś Sam odwiedza mnie razem z Liv. Wprawdzie lekarze bez przerwy im powtarzają, że słyszę i rozumiem każde ich słowo, ale chyba znów o tym zapomnieli.

Chciałabym, żeby zostawili mnie samą. Żeby sobie poszli i pozwolili mi wrócić do rozmyślań o tobie, ale ich rozmowa przedziera się do świata moich marzeń, słowa odznaczają się jak brudny piach na śniegu.

– Uważam, że jesteś wspaniały. Przez cały ten czas jej nie opuściłeś.

– Oczywiście, że nie. To moja żona.

Ostatnimi czasy w Samie zawsze kryje się cicha furia, wrząca tuż pod powierzchnią. Kiedy Liv nie odpowiada, cała ta wściekłość, wzbierająca miesiącami – frustracja spowodowana moim milczeniem, rozpacz po utracie żony, matki jego dzieci – wylewa się z niego jak eksplozja lawy.

– Do kurwy nędzy, Liv, przestań się nade mną litować. Przynajmniej tego mi oszczędź. Przecież wiem, co sobie myślisz. „Po co on tu w ogóle przyłazi, skoro ona i tak kocha kogoś innego?” To ty ich znów ze sobą skontaktowałaś po tych wszystkich latach, nie? Może powinnaś wziąć za to odpowiedzialność? Zachciało ci się zabawy w Boga. I proszę bardzo, do czego to doprowadziło.

Sam wychodzi z pokoju, trzaskając drzwiami. Rozlega się pisk krzesła na szpitalnym linoleum, Liv zgina się wpół, opuszcza głowę na kolana, zanosi się szlochem. Jak nie zareagować na cierpienie Liv – mojej ukochanej, najbliższej przyjaciółki? Jak mam nie wyciągnąć ręki, nie położyć jej dłoni na ramieniu, nie powiedzieć: „To nie twoja wina”? To najtrudniejsze jak dotąd wyzwanie.

Piętnaście lat wcześniej

Każdego miesiąca po spotkaniu redakcji wybieraliśmy się na piwo do Criterionu, zapuszczonego starego pubu chętnie odwiedzanego przez studentów, którzy brali sobie takie rzeczy za punkt honoru: najostrzejsze curry, najobskurniejszy pub, najtańsza kawa w mieście. Naczelnym był wysoki chłopak, przypominający trochę Jarvisa Cockera, tylko bez okularów i charyzmy. Wyglądał, jakby funkcjonował w stanie permanentnej wściekłości – oburzały go wszystkie wielkie i małe niesprawiedliwości, nawet system kar w bibliotece. Liv i ja mówiłyśmy na niego Wściekły Jeff. Niespecjalnie lubiłam te wyjścia, ale zawsze dołączałam przynajmniej na jedno piwo – częściowo z grzeczności, a częściowo po to, żeby mieć na oku wymarzoną nagrodę: pozycję naczelnej przed końcem drugiego roku studiów.

Byłam w połowie piwa i już planowałam odejście, kiedy nagle drzwi się otworzyły i wszedłeś ty – w otoczeniu swoich przyjaciół. Znałam ich imiona: Jack, Harry, Rachel, Alexa. Serce zawirowało mi w piersi, szybko wbiłam wzrok w szklankę. Unikałam cię od czasu naszego lunchu nad morzem, choć nawet nie wiedziałam dlaczego. Pracowałam w pokoju zamiast w bibliotece, nawet opuściłam zajęcia z Miltona. Nie potrafiłabym wyjaśnić swojego zachowania – wiedziałam tylko, że sama myśl o natknięciu się na ciebie sprawiała, że czułam oszałamiający przypływ adrenaliny. Tak jak w tamtej chwili.

– A oni po co tu przyleźli? – zapytał Wściekły Jeff.

– Zaraz wyjdą, gdy tylko się zorientują, że nie sprzedają tu szampana ani Chablis – wtrąciła Melanie, studentka historii z drugiego roku. Zaczynałam ją lubić.

Ale wy nie wyszliście. Zajęliście stolik po przeciwnej stronie pomieszczenia. Twoje koleżanki nie mogły się bardziej wyróżniać na tle pozostałych gości, z tymi ich rozjaśnianymi włosami, kaszmirowymi szalikami i lśniącymi złotymi zegarkami na nadgarstkach.

Skoncentrowałam wzrok na jednym punkcie, poruszałam głową wyłącznie na linii od szklanki do moich prawdziwych znajomych po przeciwnej stronie stołu, więc nie zauważyłam, kiedy się do mnie zbliżyłeś.

– Szukałem cię.

– Uczyłam się w swoim pokoju. W bibliotece trudniej mi się skupić – odparłam, próbując zabrzmieć nonszalancko.

– A ćwiczenia?

– Zaspałam.

Z irytacją przewróciłeś oczami.

– Nie wydaje mi się. Zbyt poważnie traktujesz studia, żeby tak po prostu sobie zaspać.

Nachyliłeś się, opierając łokcie o blat, aż twoja twarz znalazła się tuż przy mojej. Mówiłeś głośno i wyraźnie. Jeszcze nawet nie doszliśmy do pierwszego dotyku, ale twoja bliskość już wyczyniała niebezpieczne rzeczy z moimi piersiami, brzuchem i tym ciemnym miejscem między moimi nogami.

– Nie mam ochoty grać z tobą w żadne gierki – oznajmiłeś z zaskakującą bezpośredniością, jakbyś nic sobie nie robił z grupki dziennikarzy ze studenckiej gazety, którzy otwarcie przysłuchiwali się naszej rozmowie.

– Ja też nie.

Przez chwilę patrzyłeś mi w oczy, po czym się wyprostowałeś.

– Idziemy później na imprezę. Dołączysz?

Pokręciłam głową. Nie mogłam znieść choćby myśli o wspólnym wyjściu z twoimi przyjaciółmi.

– Nie sądzę.

– Nie masz ochoty na imprezę? Czy nie chcesz spędzić ze mną wieczoru?

– To pierwsze – wykrztusiłam. Nie byłam w stanie posługiwać się pełnymi zdaniami; nawet oddychanie przychodziło mi z trudnością.

Tym razem twarz rozjaśnił ci szczery uśmiech, sięgający aż do oczu.

– W takim razie mam w domu butelkę bardzo dobrego wina. Czekało specjalnie na ciebie.

Cztery miesiące temu: Catherine

Umówiłam się na spotkanie z Liv w Serpentine Café w Hyde Parku – to zawsze było jedno z naszych ulubionych miejsc. Przychodziłyśmy tu w niedzielne poranki i nad słabym cappuccino opowiadałyśmy sobie historie z poprzedniej nocy. Za oknem biegali ludzie w obcisłych neonowych strojach, a my nie mogłyśmy się nadziwić, jak można mieć takiego świra na punkcie zdrowego trybu życia. Teraz to ona jest wariatką w legginsach – upiera się, że przed kawą pójdzie na siłownię. Liv trenuje z niemal religijnym zaangażowaniem – w weekendy biega półmaratony, o szóstej rano chodzi na basen.

Zawsze uwielbiałam ten park. Kocham go za leżaki w biało-zielone paski; za mamusie z eleganckiej dzielnicy Kensington, które przychodzą tu prosto od fryzjera i zapinają guziczki od sweterków swoim dzieciom, za rolkarzy śmigających wokół jeziora, beztroskim slalomem wymijających pieszych – są zbyt pewni siebie i zbyt szybcy, by przejmować się, że ktoś ich za to zgani. Uwielbiam drzewa Hyde Parku: dęby, kasztanowce, platany, lipy, całe palety zieleni i żółci, na wiosnę przeplatane różowymi kwiatami wiśni i dzikich jabłoni. Kiedy byłam mała, przychodziłam tu z rodzicami, oczywiście w granatowej kurteczce na guziki. Szliśmy we trójkę nad jezioro, trzymając się za ręce, i karmiliśmy kaczki resztkami chleba, które ojciec zbierał przez cały tydzień specjalnie w tym celu.

Nasze dzieci też uwielbiały to miejsce. Na zmianę bawiły się w baseniku i piaskownicy przy pływalni i na niewielkim placu zabaw od strony Knightsbridge. Zamierały bez ruchu przy drucianej siatce i jak zahipnotyzowane wpatrywały się w oddziały strażników jadące konno do Pałacu Buckingham – to widok, na który można się w Londynie natknąć codziennie, jeśli przyjdzie się tu o właściwej porze. W każdym zakątku parku widzę dziś Joego i Daisy. Chciałabym z nimi porozmawiać, ale są w Kornwalii. Surfują, łapią kraby, może łowią makrele albo wybrali się z babcią na wydmy na jeden z jej mamucich pikników.

– Dzwoń do dzieci, kiedy chcesz – oznajmił wczoraj Sam, jakbym nagle to ja była czemuś winna. – Ale muszę ci przyznać rację, potrzebujemy trochę czasu do namysłu. Może nie rozmawiajmy przez jakiś czas.

Kiedy myślę o alternatywnym rozwiązaniu – Sam tkwiący w jakimś obskurnym trzypokojowym mieszkaniu we Frome, dzieci jeżdżące do niego w co drugi weekend – pragnę tylko pobiec z powrotem do niego i zamknąć za nami drzwi. Wybrałam Sama – a właściwie wybrałam powrót do Sama po rozstaniu z tobą – i nauczyłam się kochać go z pasją, której nie dało się zakwestionować. Chowałam się w naszym małżeństwie przez trzynaście lat. I wprawdzie nadal szukam cię w internecie i w gazetach (jestem równie zawziętą prześladowczynią co Julia, z tym wyjątkiem, że robię to w sekrecie), ale robię to, by upewnić się, że jesteś szczęśliwy albo że chociaż odczuwasz jakąś mniej banalną wersję tego uczucia. Próbuję się przekonać, że dobrze zrobiłam, zrywając z tobą – oszczędziłam ci konieczności wyboru między mną a twoim najstarszym przyjacielem. Mój wybór był ostry i bezkompromisowy jak światy, które zamieszkujesz ty i Sam: jeden wydaje mi się podszyty niebezpieczeństwem, a drugi czysty i niewinny jak szklanka mleka.

 

Zbliżam się do kawiarni, ale nigdzie nie widzę Liv. W kącie siedzi para z dzieckiem w wysokim krzesełku: matka odrywa kawałki croissanta i podaje maluchowi, a on chwyta je i rzuca na podłogę. Dwie dziewczyny plotkują z zaangażowaniem, ignorując stygnące przed nimi kawy. Tuż przy wejściu troje rowerzystów popija wodę Evian. Już mam usiąść przy stoliku, kiedy kątem oka dostrzegam wysokiego mężczyznę opartego o drewniany płot okalający jezioro. Całe moje ciało natychmiast się podrywa, krew szybciej płynie mi w żyłach, kiedy rozpoznaję twoją twarz. Instynkt nakazuje mi uciekać, ale już za późno, za późno. Odwracasz się, widzisz mnie i machasz niezobowiązująco, swobodnie, gestem przypominającym mi o naszym początku. Zamieram, patrzę na ciebie, na twoją prawdziwą twarz, nie na jej dwuwymiarowy odpowiednik na fotografiach, które przez te wszystkie lata służyły mi za substytut.

Muszę mieć szok wypisany na twarzy, bo kiedy tylko podchodzisz dość blisko, mówisz:

– Liv cię nie uprzedziła, prawda?

– Wie, że bym nie przyszła.

I to są pierwsze słowa, jakie wypowiadam do ciebie po piętnastu latach. Patrzę, jak opuszczasz głowę. Dostrzegam w twoich oczach błysk rezygnacji.

– To nie miało tak zabrzmieć.

– Aż tak źle się czujesz na mój widok?

– Wręcz przeciwnie.

Uśmiechasz się, tym samym krzywym uśmiechem co dawniej.

– To może przynajmniej napijemy się kawy?

Chcę, tak bardzo chcę, ale boję się pytań, które mógłbyś mi zadać. Wyciągam przed siebie dłonie. Oboje patrzymy, jak się trzęsą.

– Nie jestem pewna, czy utrzymam filiżankę.

– Zaniosę ci ją do stolika.

Wchodzę za tobą do kawiarni, stajemy obok siebie w kolejce po kawę. Masz na sobie niebieską koszulę, czarne dżinsy i tenisówki, które kiedyś były białe. Kiedy odwracasz się do mnie plecami, mogę przyjrzeć się twoim opalonym dłoniom o długich, smukłych palcach, krótko przyciętych paznokciach. Włosy nadal opadają ci falami na kołnierz. Ile mamy czasu? Chcę ci się dobrze przyjrzeć, przeanalizować twoją twarz, odnotować wszystkie zmiany: wczorajszy zarost, niemal tak gęsty jak broda, nowe zmarszczki wokół oczu. Chyba myślimy o tym samym, bo odwracasz się i patrzysz prosto na mnie.

– Wyglądasz dokładnie tak samo.

– Na pewno nie czuję się tak samo.

– Dwójka dzieci – stwierdzasz, mylnie interpretując moje słowa. – Zrobiłaś się taka dorosła.

– Liv powiedziała ci, co się wydarzyło?

– Tak. Przykro mi.

Stawiasz nasze kawy na czarnej plastikowej tacy i niesiesz je na dwór, do stolika najbliżej jeziora. Na chwilę zapada cisza, oboje szukamy właściwych słów. Patrzę, jak unosisz filiżankę i odstawiasz ją z powrotem, nawet nie próbując kawy.

– Jesteś w rozsypce, co? Przepraszam, może nie należało tego robić.

– Nie jestem pewna. To znaczy nie jestem pewna, co czuję. Wydaje mi się, że gdzieś pod tym wszystkim jest jakaś ulga, że przynajmniej zaczęliśmy rozmawiać.

Nie dodaję, że między nami nigdy tak do końca się nie układało. Przecież nie było na to szans. Jak mogłoby mi się ułożyć z kimkolwiek po tobie?

Nachylasz się bliżej, tylko kilka centymetrów, ale to wystarcza, żebym poczuła przeszywające uderzenie prądu. Twoja twarz, owszem, trochę starsza, nadal jest absurdalnie przystojna, choć nigdy nie zależało mi akurat na tym. To nie do pomyślenia, ale mam ochotę dotknąć twojej dłoni.

– Nie mogę uwierzyć, że to ty – mówisz, jakbyś czytał mi w myślach. – Straciłem nadzieję, że jeszcze kiedyś cię zobaczę.

Serce łomocze mi w piersi jak oszalałe. Ledwo oddycham.

– Ja też.

Myślę, o ile łatwiej mi było śledzić twoje życie. Wystarczyło przejrzeć gazetę albo wpisać twoje imię w wyszukiwarkę – prawie zawsze znajdowałam nowe fotografie. Ja nie mam konta na Facebooku, Twitterze, Instagramie. Chciałam zniknąć i rzeczywiście mi się to udało.

Odsuwasz filiżankę na bok, jakbyś zamierzał przejść do interesów. Zwijam się w sobie, wyczuwam pytanie, odliczam sekundy do chwili, kiedy je zadasz. Wiem, że już nadchodzi. Widzę je. Widzę.

– Z całych sił starałem się o to nie pytać, ale nie dam rady. Muszę wiedzieć. Powiesz mi, co się stało? Dlaczego uciekłaś?

Natychmiast zalewa mnie fala zimna, to wrażenie, że nie mam dokąd uciec. W głowie tłoczą mi się niechciane wspomnienia.

Wstaję gwałtownie, moje krzesło z trzaskiem przewraca się na ziemię.

– Catherine?

Ty też podnosisz się z miejsca.

– Nie mogę tego zrobić.

Wyciągasz rękę i chwytasz moją dłoń. Stoimy tak po obu stronach stołu, połączeni tym dziwnym, rozciągniętym uściskiem.

– Dlaczego nie? – pytasz, zacieśniając uchwyt. – Czy to jeszcze ma jakieś znaczenie po tylu latach? Wiem, że coś się wtedy stało. Coś, czego nie rozumiem.

– Nie mogę o tym rozmawiać.

Puszczasz. Moja ręka bez twojej wydaje się zimna i pozbawiona życia.

– Chcesz, żebym sobie poszedł? – pytasz.

Czuję, jak panika zaciska mi się na piersi jak ciasna obręcz.

Nie mogę znieść myśli, że miałbyś teraz odejść, po tak długim czasie spędzonym osobno.

– Moglibyśmy się przejść?

Zostawiamy kawę i ruszamy na powolny, milczący spacer wokół jeziora. Pragnę rzeczy niemożliwych. Chciałabym wybrać któreś drzewo, oprzeć się o nie i przycisnąć mocno do ciebie, nie po to, żeby cię pocałować, tylko poczuć twoje ciało tuż przy swoim, ciepło twojej skóry, twój zarost na mojej twarzy, oddech na policzku, a następnie zatrzymać tę chwilę na wieczność. Nie potrafię nie myśleć o naszym pierwszym pocałunku w twoim pokoju, tyle lat temu. Opadliśmy na łóżko, zacząłeś zasypywać pocałunkami każdy skrawek mojej twarzy: oczy, nos, szyję, wreszcie usta.

– Od dawna chciałem to zrobić.

– Naprawdę? Dlaczego?

– A jak myślisz? Bo jesteś piękna i nie mogłem przestać o tobie myśleć.

– Wcale nie jestem piękna – zaprotestowałam. Pamiętam twój śmiech.

Kiedy patrzyłam w lustro, zawsze widziałam bladość swojej skóry, odcinającą się ostro od ciemnych włosów. Sądziłam, że wyglądam na spraną, nijaką, nawiedzoną. Zaprowadziłeś mnie do wysokiego lustra stojącego w kącie pokoju.

– Nie widzisz, jaka jesteś śliczna?

Stanąłeś za mną, uniosłeś mi włosy i pocałowałeś w kark. Dotyk twoich ust na mojej skórze był niemal nie do zniesienia. Powoli przesunąłeś palcami po mojej twarzy, zaznaczając długi nos, szerokie wargi. Spojrzeliśmy sobie w oczy w lustrze. Rozpiąłeś mi górny guzik bluzki, potem jeszcze jeden i kolejny, aż materiał zsunął mi się z ramion, odsłaniając bladobłękitny stanik. Nie wypowiedzieliśmy ani słowa, słyszałam tylko huk własnej krwi w uszach, a ty zdejmowałeś ze mnie po kolei ubranie, niemal mnie nie dotykając, aż w końcu byłam zupełnie naga. Pamiętam ostre ukłucie erotyzmu, kiedy przycisnęłam nagą skórę do twojego ubranego ciała, twoje dłonie znalazły moje piersi, poczułam twoje ciepłe usta na szyi. Pierwszy posmak seksualnej przygody, a ja już byłam uzależniona.

Oślepia mnie tęsknota, odbiera mi oddech. Przypomina mi się Sam, a zaraz potem Julia, i już wiem, że to stanie się moją wymówką.

Jesteśmy już w połowie drogi wokół jeziora, kawiarnia jest po przeciwnej stronie. Starszy pan wstaje z ławki tuż przed nami. Biorę cię za rękę i ciągnę ku niej. Ten chwilowy dotyk wystarcza, żeby przez całe moje ciało przebiegł prąd. Siadamy i patrzymy sobie w oczy. To jest to. Moja szansa na odwrócenie piętnastu lat żalu.

– Myślę o tobie codziennie, odkąd odeszłam.

Cztery miesiące temu: Lucian

Mam kaca (częsta konsekwencja pogrzebów rodziców), jestem zdołowany (jak wyżej), a z wyrazu twarzy Catherine – czyste przerażenie, nie dałoby się tego inaczej opisać – wnioskuję, że całe to spotkanie zostało ustawione bez jej wiedzy. Dlaczego to sobie robię, skoro jest jasne, że jej uczucia w stosunku do mnie przez ostatnie piętnaście lat nie zmieniły się ani trochę? Bo jestem kretynem, oto dlaczego.

Wygląda obłędnie pięknie i nieco smutno, tak jak ją zapamiętałem. Tyle czasu spędziłem, wpatrując się w ten szkic, który stał mi się bliższy niż cokolwiek, co w życiu narysowałem, a teraz ona stoi tuż przede mną. Piękna. Smutna. Wystraszona. Wygląda, jakby chciała rzucić się do ucieczki.

– Aż tak źle się czujesz na mój widok? – pytam, a ona uśmiecha się nagle.

– Wręcz przeciwnie – mówi. Można mnie uznać za idiotę, ale chciałbym tylko, żeby ten moment potrwał jeszcze chwilę.

– To może przynajmniej napijemy się kawy? – proponuję, a ona wchodzi za mną do nijakiej, białej kawiarni Serpentine. Marzę, żeby po prostu na nią popatrzeć. Przez te wszystkie lata zdążyłem zapomnieć, jak ciemne ma włosy, tak brązowe, że niemal czarne, barwy ziemi po deszczu. Jej oczy są większe i nieco okrąglejsze niż na moim rysunku, ale naprawdę stanowią prawdziwy klejnot w jej twarzy. Widzę, jak przygląda mi się ukradkiem, i nie mogę powstrzymać uśmiechu na myśl, że oboje jesteśmy tak zafascynowani duchami wspólnej przeszłości. Jak mogłoby być inaczej? Myślę o tamtej nocy, kiedy leżeliśmy oboje w moim łóżku i słuchaliśmy Stonesów – Black and Blue, jednej z moich ulubionych płyt. Kiedy zaczęła się Fool to Cry, podszedłem do okna i zapaliłem papierosa, wydmuchując obłoki dymu w wilgotne nocne powietrze. Ta piosenka zawsze przywodziła mi na myśl wspomnienie ojca i jego tragicznego końca. Nic nie powiedziałem, ale Catherine wiedziała, że o nim myślę.

– Dalej za nim tęsknisz, prawda? – odezwała się.

Przenikliwość jej pytania i łagodność, z jaką je zadała, odebrały mi równowagę. Niebezpiecznie wysoka fala smutku zaczęła wzbierać mi w piersi. Nie odwróciłem się, żeby na nią popatrzeć, kiedy opowiedziałem, jak umarł. Strzał z wiatrówki w głowę, nie atak serca, jak dawniej wierzyłem. Wreszcie wyrzuciłem z siebie słowa, których przez te wszystkie lata zbyt się wstydziłem, by pozwolić im wybrzmieć.

– Czuję się odpowiedzialny za to, że nie mogłem nadać jego życiu żadnej wartości.

– Miałeś dziesięć lat. To nie była twoja wina, nie możesz tak myśleć. To nie miało nic wspólnego z tobą.

– Ojciec i ja byliśmy drużyną, we dwóch przeciwko światu, a przynajmniej przeciwko matce i moim siostrom, temu ich trzyosobowemu klubowi. Ale on i tak mnie zostawił.

Catherine nic nie powiedziała, nie w tamtej chwili; tylko podeszła do okna, stanęła za mną i objęła mnie, chowając twarz między moimi łopatkami. Czekała, aż się odwrócę. Ale później, kiedy już zasypialiśmy, w ciemności rozległ się jej głos.

– Ja nigdy cię nie zostawię – powiedziała.

A kilka tygodni później właśnie to zrobiła.

Mam to pytanie wytatuowane pod skórą, nie opuściło mnie ani na chwilę. Wyrywa mi się, zanim zdążę je powstrzymać.

– Powiesz mi, co się stało? Dlaczego uciekłaś?

To oczywiste, że zadam to pytanie. Nawet teraz, po tylu latach, muszę wiedzieć, co poszło nie tak. Odeszła tak nagle, zostawiła za sobą tylko kilka słów w moim szkicowniku, żadnych wyjaśnień. „Zmieniłam zdanie. Nie dam rady. Nie mogę się z tobą dłużej spotykać”. Jej bezkompromisowa odmowa kontaktu – spotkania czy choćby rozmowy – nieomal doprowadziła mnie do szaleństwa. I od tamtej pory żyję w cieniu tego obłędu. Ale ta Catherine, która siedzi przede mną, która twierdzi, że się zmieniła – matka prawie nastoletniego chłopca – zrywa się z miejsca tak gwałtownie, że jej krzesło przewraca się na ziemię, i widzę na jej twarzy prawdziwy, zwierzęcy strach.

– Nie mogę o tym rozmawiać – mówi, a ja myślę tylko: Boże, znowu zamierza mnie zostawić.

Natychmiast uświadamiam sobie, że coś ukrywa, i nie mogę pojąć, dlaczego tyle trwało, zanim to zrozumiałem. Ale co to takiego? Co mogłoby być aż tak koszmarne, żeby nie mogła mi powiedzieć ani wtedy, ani nawet teraz? Przez piętnaście lat zadręczałem się tym pytaniem, a teraz, kiedy patrzę na jej przerażoną twarz i słyszę przesiąknięty cierpieniem głos, dociera do mnie, że Catherine nigdy nie powiedziała mi prawdy. Ale nie mogę dłużej naciskać; jeśli to zrobię, ona ucieknie, a to ostatnie, czego bym teraz chciał.

Bez słowa idziemy na drugą stronę jeziora. Rolkarze śmigają obok nas, biegacze truchtają we wszystkie strony, małe dzieci przykucają nad wodą, żeby wrzucić do niej pokruszone resztki chleba. Siadamy na pustej ławce. Ona patrzy na mnie i mówi:

– Myślę o tobie codziennie, odkąd odeszłam.

Rozumiem, jak trudno jej wypowiedzieć te słowa, wyrazić tę wersję przeprosin. Wiem, że tak naprawdę mówi: proszę, czy możemy zacząć od nowa? Więc postanawiam, że spędzę tu jeszcze trochę czasu, nacieszę się jej urokiem, tą dziewczyną, która złamała mi serce.

 

Rozmowa toczy się swobodniej. Pytam ją o dzieci; pokazuje mi na telefonie ich zdjęcia. Dziewczynka, Daisy, jest miniaturową wersją matki, z wyjątkiem burzy kręconych włosów. Zwisa do góry nogami z gałęzi, twarz ma rozciągniętą w szczerbatym uśmiechu.

– Wesołe dziecko. I odważne.

– Jest bardzo odważna. Czasami aż mnie to martwi. Nie boi się ryzyka, moje przeciwieństwo.

Tak, to prawda, myślę. Zaszyłaś się w swoim maleńkim życiu. Nie byłaś gotowa zaryzykować ze mną. Kiedy widzę zdjęcie chłopca, Joego, razem z ojcem, nagle tracę wątek. Grają w karty i piją z takich samych kubków w białe i niebieskie paski. Przypominam sobie Sama, jej męża, i przyglądam się jego starszej wersji na ekranie. Czasami chowałem się w cieniu i obserwowałem ich, jak chodzą razem po mieście, on obejmował ją ramieniem, jej długie włosy lekko kołysały się w rytm kroków. Zastanawiałem się, co on miał w sobie, że pokochała go bardziej ode mnie.

– Wygląda miło – stwierdzam.

– Jest miły – odpowiada Catherine, dostrzegając, że mówię o Samie, a nie o chłopcu.

– Jak to mogło pójść tak źle?

Catherine z początku nie odpowiada, ale kiedy zaczyna mówić, nie jest w stanie przerwać. Słowa, zdania, urywane myśli sypią się jedne po drugich, zdumiewając mnie swoją treścią.

– To wszystko tak naprawdę tylko moja wina.

Próbuję zaprotestować, ale ona ucisza mnie niecierpliwym gestem dłoni.

– Widzisz, źle zrobiłam, że za niego wyszłam, i oboje o tym wiedzieliśmy. On tak bardzo się starał przekonać samego siebie, przekonać nas oboje, że jesteśmy sobie przeznaczeni, ale ja wiedziałam, że nasz związek nigdy nie dorówna temu, co miałam z tobą. To go zżerało od środka, bez przerwy próbował udowodnić, że to jego kocham, chociaż wiedział, że to nieprawda. To znaczy, kochałam go, nadal go kocham, mamy dwoje dzieci, jesteśmy małżeństwem od trzynastu lat, ale to nie to samo, to nigdy nie będzie to samo. A ja tyle o tobie myślę, codziennie, że czasami mam wrażenie, że nie starcza mi energii na nic innego. To prawdziwa tortura – rozmyślanie i wspominanie bez nadziei, że jeszcze cię zobaczę. Kiedyś postanowiłam, że nigdy nie wymówię twojego imienia, ale czasami Sam widzi jakąś wzmiankę o tobie w gazecie, a kiedy mi ją pokazuje, muszę z całych sił się starać zachowywać normalnie, jakby to nie miało znaczenia, jakbyś nic nie znaczył, chociaż w głębi duszy przecież wiemy, że to nieprawda. Dlatego on w końcu poszedł do Julii, jestem tego pewna, i nawet nie mogę mieć do niego o to żalu. Sama go do tego popchnęłam.

Catherine zaczyna płakać, ale nie ośmielam się jej przerwać ani wziąć ją za rękę, boję się jej przeszkodzić, bo każde słowo padające z jej ust to objawienie, na które tyle lat czekałem. Nie wierzę. To nie może być prawda. Zostawiła mnie tak okrutnie, tak ostatecznie, jakby mnie znienawidziła, jakbym zrobił coś niewybaczalnego. A teraz mówi mi, że rzeczywistość jest zupełnie inna – myślała o mnie, tęskniła za mną, pragnęła mnie tak samo jak ja jej. To wszystko zmienia.

– Wyszłam za Sama, bo mnie kochał. I tak bardzo mi pomógł po śmierci matki. Chciałam wtedy schować się w najciemniejszej kryjówce, zakopać pod ziemią, żeby nikt mnie nie znalazł. Ze wszystkich sił starałam się o tobie zapomnieć, ale oczywiście nie mogłam. Pamiętasz, jak się kochaliśmy, rozumieliśmy, porozumiewaliśmy się bez słów? Czytaliśmy sobie w myślach. Jakbyśmy mieszkali w dwóch ciałach jednocześnie. Jak mogłabym zapomnieć coś takiego?

Przytakuję, bo właśnie dlatego nie potrafiłem zaakceptować naszego rozstania. W jednej chwili ta dziewczyna – ta kobieta, która siedzi tuż obok – rozumiała mnie lepiej niż ktokolwiek na świecie; a w następnej już jej nie było. Nic dziwnego, że ogarnęła mnie taka rozpacz.

– Myślałem, że o mnie zapomniałaś – mówię, a ona przewraca oczami.

– Zapomniałam? Prawie codziennie szukam informacji na twój temat. To jak klątwa. W każdym mieście, w każdym sklepie i restauracji myślę: „Może on też tu jest”. Zawsze kiedy korzystam z internetu, przyłapuję się na szukaniu twoich zdjęć. I zawsze coś znajdę; nie mogłabym wyrzucić cię z pamięci, nawet gdybym chciała.

– Nie rozumiem. Skoro tak mnie kochałaś, to dlaczego odeszłaś?

Chyba jest bliska wyznania mi prawdy. Przez kilka sekund się waha, jakby ważyła tę decyzję: co się stanie, jeśli wyjaśnię mu swoje powody po tylu latach? Wpatruję się w jej piękną twarz. Dostrzegam w jej ciemnych oczach błysk przerażenia.

– Dlaczego, Catherine? Czy coś się stało? – pytam cicho.

Ale ona tylko wzdycha i kręci głową.

– Czy wystarczy, jeśli ci powiem, że popełniłam koszmarny błąd, którego nigdy nie przestałam żałować? Ani na chwilę.

Nie jestem pewien, kto robi pierwszy ruch, ale nagle ona jest w moich ramionach, jej włosy muskają mi twarz, nasze wargi odnajdują się po omacku. Całujemy się z coraz większą pasją, wiem, że ona nadal płacze, bo czuję wilgoć jej łez na policzku. Po chwili odsuwa się ode mnie.

– To jakiś obłęd. To się nie skończy dobrze – wzdycha głęboko. – Ale tak bardzo cię potrzebuję…

Znów pozwala mi się objąć, ale tym razem dociera do nas, że pocałunki w miejscu publicznym to bardzo zły pomysł. Musimy przestać, musimy…

– Czy możemy stąd pójść? – odzywa się Catherine.

Idziemy przez park, trzymając się za ręce. Droga jest długa, mijają nas biegacze, dzieci wracające ze szkoły i starsze pary, choć nikogo tak naprawdę nie dostrzegam, wychodzimy przez Queen’s Gate, niemal natychmiast łapię taksówkę, wsiadamy, nie rozmawiamy, nie dotykamy się, za oknem przelatują białe stiukowe fronty londyńskich domów, aż wreszcie dojeżdżamy na moją ulicę, do mojego mieszkania. Wchodzimy do środka, do tego oślepiająco białego wnętrza, nagle zapada absolutna cisza, jakaś siła przyciąga nas ku sobie i wreszcie możemy się dotknąć, poczuć skórę przy skórze, wargi na wargach, nasze ciała płoną żywym ogniem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?