Nie powiem

Tekst
Autor:Clare Empson
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Piętnaście lat wcześniej

Po lunchu usiedliśmy przy kominku, żeby dokończyć wino, i wyznałam ci, że marzę o zostaniu dziennikarką. Właściwie to było coś więcej niż tylko marzenie; pracowałam na to, odkąd skończyłam dwanaście lat. Pisałam do szkolnej gazety i do magazynu parafialnego, a moim największym osiągnięciem była seria artykułów o życiu londyńskiej nastolatki, przyjęta do druku przez „The Independent”. Zaraz po rozpoczęciu studiów dołączyłam do zespołu gazety uniwersyteckiej i po cichu liczyłam na to, że pod koniec studiów zostanę naczelną. Następnie staż dla absolwentów w „Timesie” albo „Guardianie”, rok albo dwa w newsroomie, później awans na korespondentkę działu sztuki, aż w końcu przed trzydziestką osiągnę mój wymarzony cel: redagowanie jednego z dodatków weekendowych.

– Wszystko już sobie zaplanowałaś. Moi znajomi nie mają pojęcia, co będą robić w życiu. Nawet o tym nie rozmawiamy.

Pomyślałam, że twoi przyjaciele prawdopodobnie należą do grona ludzi, którzy po prostu nie muszą się zastanawiać nad takimi rzeczami – dla nich pieniądze naprawdę rosną na drzewach.

Z początku nie chciałeś rozmawiać o malarstwie. Zapytałam, czy planujesz zająć się sztuką zawodowo, ale ty tylko żachnąłeś się lekceważąco.

– Nigdy nie będę na to dość dobry.

Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam rysę na twoim gładkim pancerzu pewnego siebie chłopca z prywatnej szkoły.

– Już jesteś. Więcej niż dobry, jeśli miałabym oceniać po tym rysunku.

– Lepiej mi idzie, kiedy poświęcam na to cały czas – dzień i noc. Malowanie nie jest zajęciem, które dopasowuje się do rytmu życia. Żeby naprawdę do czegoś dojść, trzeba to robić bez przerwy.

– Co najczęściej malujesz?

– To zależy. Głównie krajobrazy, ale ostatnio zacząłem pracować nad portretami.

Opowiedziałeś mi o obrazie swojego ojca, który namalowałeś na podstawie starej fotografii.

– Przez chwilę czułem się, jakbym mógł przywrócić go do życia. Jego oczy, uśmiech. Nagle wszystko sobie przypomniałem. Nie tylko to, co widziałem na zdjęciu.

Zauważyłam, że kiedy o nim mówiłeś, zmienił ci się głos – stał się cichszy, łagodniejszy. Chciałam zapytać, jak umarł, ale nie miałam odwagi, jeszcze nie wtedy.

– Chciałbym cię narysować. Pozwolisz mi?

Pokręciłam głową.

– Może kiedyś?

– A dlaczego nie dziś?

Wzruszyłam ramionami. Wciąż jeszcze próbowałam ci się oprzeć, jakbym przeciągała linę sama ze sobą. Rodziła się we mnie tęsknota, która miała nigdy nie zgasnąć. Uśmiechnąłeś się lekko, tym swoim ćwierćuśmiechem.

– Nie zamierzasz ułatwiać mi zadania, co?

Cztery miesiące temu: Catherine

Pożegnanie z dziećmi prawie mnie złamało. Nie chciałam, żeby zauważyły napięcie między nami, więc skleciłam naprędce wymówkę.

– Ciocia Liv źle się czuje. Muszę zatrzymać się kilka dni w Londynie, żeby się nią zająć – wyjaśniłam, a dzieci popatrzyły na mnie z niedowierzaniem.

– Nie jedziesz z nami na wakacje?

Nie mogłam patrzeć na łzy wzbierające w oczach Daisy.

– Liv mnie potrzebuje, kochanie – odparłam, przytulając zesztywniałą z żalu córeczkę. – Będziecie mieli tatę, babcię i dziadka. To tylko kilka dni. Zleci, zanim się obejrzysz.

Nie czuję się dobrze z myślą, że okłamuję własne dzieci, ale prawda jest o wiele gorsza. Wasz ojciec mnie zdradził. Ta pani, która była u nas wczoraj, ta sama, która przyniosła wam kiedyś słodycze, ta z ciemną szminką i w sukienkach wiązanych na szyi, to jego kochanka.

Kiedy Sam odwiózł mnie na dworzec – podróż upłynęła nam bez słów, bez trzymania się za ręce i wspólnego zmieniania biegów – błagał, żebym zmieniła zdanie. Czekaliśmy, aż pociąg wjedzie na peron, torba podróżna leżała pod moimi nogami, patrzyliśmy sobie w oczy, a ja rozważałam wyjazd do Kornwalii i udawanie przed teściami, że wszystko jest w porządku. Bez przerwy jednak miałam przed oczami Julię, przyciśniętą do ściany ciałem mojego męża, widziałam ich dwoje splecionych w akcie zdrady. Sam twierdzi, że to nic nie znaczyło; jestem pewna, że to nieprawda. Nie możemy tego cofnąć ani zapomnieć. Sam był tak nieszczęśliwy, że postanowił się przespać z inną kobietą – czy on naprawdę nie uważa, że powinniśmy o tym porozmawiać? A może to przeze mnie, przez moją wieczną obsesję na twoim punkcie? Jeśli mamy uratować nasze małżeństwo, muszę jakoś zamknąć twój rozdział. Koniec z wycinkami. Koniec z listami. Koniec moich marzeń.

Liv odbiera mnie na stacji Clapham Junction i niesie moją torbę do pobliskiej kawiarni, a ja w tym czasie zdaję relację z ostatnich wydarzeń. Przyjaciółka okazuje wszystkie właściwe emocje, od niedowierzania po zdumienie tak nagłym obrotem spraw, szokującą niewiernością Sama, pojawieniem się Julii na progu naszego domu – ale to, o czym milczy, mówi najwięcej. Zawsze kiedy rozmawiam z Liv, twoje wspomnienie unosi się gdzieś na peryferiach naszych myśli.

– Myślę, że nadal mu na tobie zależy – oznajmiła po tym, jak niedawno spotkała cię na jakimś weselu.

– Wątpię – odparłam, dusząc dyskusję w zalążku.

Siadamy przy stoliku w udekorowanej na biało i niebiesko kawiarni, przed nami stoi imbryk z lapsang souchong i ciasto marchewkowe, którego żadna z nas nawet nie próbuje. Widzę myśli przebiegające przez głowę Liv. Prędzej czy później się podda i będzie musiała wspomnieć twoje imię. Więc nie mówię jej, że w tej chwili marzę tylko o tym, żeby leżeć na plaży w słoneczne sierpniowe popołudnie i patrzeć, jak Sam i Joe nurkują z molo do morza, albo klęczeć na piasku i tworzyć obrazek z wodorostów i muszelek, ku zachwytowi Daisy – syrenkę z zielonymi oczami z odłamków potłuczonych butelek, płaskim szarym noskiem i zębami z doskonale białych kamyków. Chciałabym siedzieć w swojej kuchni: żeby Sam smażył swoje popisowe niedzielne naleśniki. Popijałabym herbatę z naszego obtłuczonego brązowego imbryczka, a Daisy siedziałaby przy mnie nad rysunkiem albo książeczką. Może bawiłaby się swoim wózkiem pełnym małych szarych króliczków. Wybrałam Sama, bo czułam się przy nim bezpieczna. Był wysoki, silny, uwielbiał piłkę nożną i miał niewzruszony kręgosłup moralny. Jak to możliwe, że wszystko potoczyło się w takim kierunku?

– To była tylko kwestia czasu – mówi w końcu Liv. – Sama to powtarzałaś.

– Wiem, ale wcale nie jest mi z tym lżej.

Krążymy wokół siebie – bliskie przyjaciółki często się tak zachowują – zwlekamy, czekamy na właściwy moment do skoku. Liv chce znów rozgrzebać moją przeszłość, widzę to, czuję; mam ochotę uciekać w przeciwną stronę, najszybciej, jak potrafię.

Poznałam Liv pierwszego dnia na uczelni. Krążyła po pikniku dla pierwszorocznych, ubrana w wiktoriańską koszulę nocną i wielkie, klocowate buty. We włosy wetknęła papierowy kwiat. Zaczęłyśmy rozmawiać w kolejce do klubu debaty.

– Nie trzeba brać udziału w debatach – zapewnił sekretarz klubu, wykazując się wyjątkowym darem przekonywania. – I na spotkaniach zawsze są koktajle.

Obie zapłaciłyśmy pięć funtów wpisowego i przez kolejne trzy lata ani razu nie pojawiłyśmy się w klubie, ale rozmowa, którą wtedy zaczęłyśmy, nadal trwa, niemal pół życia później.

Atmosfera gęstnieje, kiedy Liv sięga po torebkę i stawia ją między nami na stole. Wyciąga ze środka poszarpany kawałek papieru, wyglądający jak strona z gazety, i przesuwa go po blacie w moją stronę.

– Widziałaś to?

Jej mina – niecierpliwa? zdenerwowana? – mówi mi, że to ma coś wspólnego z tobą.

– Co to takiego?

Prześlizguję się wzrokiem po rubryce z nekrologami i ogłoszeniami o ślubach, zaręczynach i chrzcinach z „Timesa”. Przez chwilę nie wiem, czego właściwie szukam; wszystko zlewa się w kakofonię gratulacji, kondolencji i imion nowo narodzonych dzieci, takich jak Otto Atticus czy Hebe Summer – nigdy nic normalnego, żadnej Sarah, Elizabeth czy żadnego Jamesa. Aż nagle jedno nazwisko, wydrukowane wielkimi literami, niemal staje w płomieniach.

WILKES Serena Elizabeth, zmarła spokojnie w swoim domu 1 sierpnia, w wieku 60 lat. Ukochana matka Emmy, Joanny i Luciana.

– Matka Luciana – szepczę po chwili ciszy. – Pamiętam, że nie byli w dobrych stosunkach.

– Nie widzieli się od lat. Ale jestem pewna, że pojawi się na pogrzebie. W ten piątek.

– Nie, Liv. – Nie musi mi mówić, jaki pomysł narodził się w jej głowie.

– Dlaczego? Ja się wybieram, mogłabyś pójść ze mną. Chyba już czas.

Serce trzepocze mi w piersi, mam sucho w ustach. Znów czytam nekrolog. Otwarte nabożeństwo odbędzie się w Chelsea, w kościele św. Łukasza, w piątek, siódmego sierpnia, o 15.00. Odsuwam od siebie wycinek, jakby był zainfekowany. Mogłabym wymienić dziesiątki powodów, dla których nie powinnam iść na ten pogrzeb, łącznie z faktem, że nigdy nie poznałam twojej matki. Nie widziałam cię od piętnastu lat, nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek mi wybaczyłeś, że tak nagle cię porzuciłam, tak okrutnie, bez słowa wyjaśnienia. No i będą tam wszyscy twoi przyjaciele, którzy znienawidzili mnie za to, że złamałam ci serce.

– Jack i Harry tam będą.

– Owszem, ale przecież pójdę razem z tobą. We dwie damy sobie radę. Zobaczysz, nie będzie tak źle.

– A dlaczego właściwie się tam wybierasz? Przecież nie znasz Luciana aż tak dobrze. Czy to nie będzie trochę dziwne, jeśli się pojawisz? Nawet nie znałaś jego matki.

Lęk sączy w moje słowa jad. Obawa, przerażenie, nienawiść do samej siebie, wszystko jedno, jak to nazwać. Niczego tak w tej chwili nie pragnę, jak wymusić na Liv obietnicę, że przestanie się z tobą widywać i przypominać mi bez przerwy o tym bólu, o stracie, o twojej nieobecności. Wiem, że moja reakcja na emocjonalny chaos ostatnich dwudziestu czterech godzin jest dziwnie przytłumiona. Na myśl o niespodziewanej zdradzie Sama czułam się na wpół martwa w środku. Ale teraz jest inaczej. Smutek, który mnie ogarnia, jest natychmiastowy i oślepiający; jakby ktoś brutalnie wyrwał mnie ze snu.

 

– Na miłość boską, Liv. Błagam, nie każ mi myśleć o Lucianie. Ani o Jacku czy Harrym. I bez tego mam już dość zmartwień.

W kawiarni pełnej maluchów, wózków i młodych matek ze świeżo rozjaśnionymi włosami mój głos rozbrzmiewa o wiele za głośno. Wstydzę się łez, które zaczynają płynąć bez ostrzeżenia.

– Catherine.

Liv wyciąga do mnie rękę przez stół, ale już za późno. Teraz, kiedy zaczęłam płakać, nie będę w stanie przestać. Płaczę nad tobą, nad sobą, nad Samem i dziećmi. Nad tym przeklętym, smętnym rozdrożem, które nie daje mi spokoju, wiecznie przypominając o decyzji, którą podjęłam.

Cztery miesiące temu: Lucian

W trudnych chwilach często zwracam się do Jacka. Czeka ze mną przed kościołem na przyjazd karawanu. Tuż za nim jedzie samochód pogrzebowy, a w nim moje siostry i ich monstrualni mężowie. Oni zawsze nie znosili mnie najserdeczniej, chyba dlatego, że muszą wypruwać sobie żyły w swoich biurowcach w City od poniedziałku do piątku, a ja – wedle słów mojego szwagra – „opieprzam się całymi dniami w tym swoim małym imperium w Somerset”.

– Przywileje primogenitury – mogłem zaprotestować. – W takich rodzinach jak nasza trzeba się z tym liczyć.

Ale prościej było się po prostu odciąć.

Jack pomaga złagodzić zgrzyty przy tym spotkaniu. Za plecami mówi na moje siostry „wiedźmy”, ale prawda jest taka, że zawsze wolał moją rodzinę od własnej, bez względu na jej dysfunkcyjny charakter. Kiedy uruchamia swój urok – tak jak teraz, wciągając moje siostry w objęcia, jak odnalezione po latach krewne – kobiety się rozpływają, zwłaszcza te starsze. Gdy dochodzą do mnie, obie są już uśmiechnięte. Joanna – niższa, pulchniejsza i zawsze odrobinę milsza – wita mnie z otwartymi ramionami.

– Cześć, nieznajomy – mówi.

Przez chwilę łączy nas nawet ulotne poczucie więzi, kiedy we troje obserwujemy żałobników, jak ustawiają się przy trumnie i zakładają ją sobie na ramiona jednym wyćwiczonym ruchem. Martwi rodzice tak działają na ludzi. Odruchowy szok na widok trumny tak działa na ludzi. Przez kilka chwil stoimy zjednoczeni w obliczu nowej prawdy: kobieta, która nas urodziła, leży zamknięta w lakierowanym drewnianym pudle.

Kiedy idziemy przez nawę, rozglądam się po ławkach w poszukiwaniu przyjaciół: siedzą razem na tyłach. Jack w eleganckim czarnym garniturze, przy nim Celia w schludnym granatowym kostiumie. Kiedy przechodzimy, dostrzegam kątem oka Alexę. Włożyła wielkie błyszczące kolczyki – uwielbiam ją za to, że dodała do pogrzebu dyskotekowy akcent. Ja i siostry siadamy w pierwszej ławce. Trumna stoi nieprzyjemnie blisko, tuż po naszej lewej. Z całych sił staram się skoncentrować na słowach księdza, ale zanurzam się coraz głębiej w ponurym bagnie wspomnień, których tak bardzo chciałbym uniknąć.

Po śmierci ojca wziąłem na siebie całą żałobę. Snułem się samotnie po domu, w którym panowała atmosfera niepojętego zadowolenia. Matka i siostry zawsze trzymały się razem, ale teraz na stałe przykleiły się do siebie – przesiadywały godzinami w kuchni, plotkując i wybuchając śmiechem. Zawartość popielniczki piętrzyła się coraz wyżej, a puste butelki po winie za koszem na śmieci rozrastały się w szklaną armię. O posiłkach nikt nie myślał: moje nastoletnie siostry wiecznie były na jakiejś diecie, a matka rzadko cokolwiek jadła, a przynajmniej nie miałem okazji widzieć jej w takiej sytuacji. Kiedy ojciec żył, zaglądał do lodówki i stawiał na stole jajka, ser, szynkę i pomidory.

– No, synek, co dziś zrobimy do jedzenia?

Najczęściej jedliśmy omlety i zapiekanki z serem, ale zabrał ze sobą do grobu cały repertuar przekąsek, a ja od jego śmierci żyłem głównie na grzankach. Byłem otumaniony własną stratą i ogłuszającym, wściekłym bólem. Pasożytniczą samotnością. Wtedy zaczęło się szczypanie, coraz mocniejsze i mocniejsze, w bezpiecznym zaciszu błękitnego pokoju, aż całe przedramiona pokrył mi wzór z siniaków. To nie było wołanie o pomoc – wręcz przeciwnie. Jedyne, czego pragnąłem, to wymknąć się uwadze matki. Prędzej określiłbym to jako uzależnienie od fizycznego bólu, rozkoszne zadawanie sobie cierpienia, aż zaczynały mnie piec oczy i wszystkie inne myśli rozmywały się w nicość. Nawet teraz pamiętam to uczucie.

Prawdę o śmierci ojca odkryłem na kilka godzin przed powrotem do szkoły. Matka zaprosiła swoją przyjaciółkę Marianne na kolejny wielogodzinny lunch. Kiedy podszedłem pod drzwi kuchni, dobrze słyszałem ich głosy, śmiechy, brzęk szkła. „Salut!” – Marianne zawsze wznosiła taki toast, bez względu na to, czy piły akurat herbatę, czy wódkę.

Już miałem wejść do środka, kiedy nagle padło moje imię.

– Kochana – zaczęła Marianne, a ja przystanąłem na progu. – Martwię się nieco o Luciana. Taki jest szczuplutki. No i… cóż, tragicznie nieszczęśliwy.

– Oczywiście, że jest nieszczęśliwy. Dopiero co stracił ojca.

Rozlega się metaliczny trzask otwieranej zippo. Wyobraziłem sobie jej uszminkowane usta wciągające dym, jej zamknięte oczy.

– Wiem, to okropne dla was wszystkich. Ale Lucian był tak blisko z Henrym. Może poczułby się lepiej, gdyby z kimś porozmawiał. No wiesz, z profesjonalistą.

– I co mu niby powie jakiś konował? – Wściekłość w głosie matki aż promieniowała przez drzwi. – „Twój ojciec się zabił, jak się z tym czujesz?”

Szok był natychmiastowy i tak brutalny, jakby ktoś wsadził mi głowę do lodowatego strumienia. Ojca nie odebrał mi atak serca, jak dotąd wierzyłem, lecz jego własny wybór. Postanowił mnie opuścić. Teraz, dwie dekady później, kiedy siedzę między siostrami, uświadamiam sobie, że prawdopodobnie doskonale wiedziały, jak umarł ojciec, i postanowiły nie mówić o tym dziesięcioletniemu bratu w akcie życzliwości. Dociera też do mnie, że matka, która teraz leży kilka metrów dalej, wprawdzie przestała dla mnie istnieć, ale również cierpiała po śmierci ojca. Zapewne zdawała sobie sprawę, jaką rolę odegrała w jego decyzji, i może w pewien sposób się tego wstydziła.

Stypa jest zabarwiona nutą surrealistycznego koszmaru: przesiąknięta szampanem impreza na czterysta osób w należącej do matki wąskiej czteropiętrowej kamienicy z brązowej cegły. Ostatni raz byłem tu w wieku szesnastu lat, ale wszystko wygląda tak znajomo, że aż odbiera mi dech. W powietrzu unosi się zapach Acqua di Parma, wsiąkającej razem z toksycznym jadem w miękkie meble niczym krew.

Stadko niby-przyjaciółek mojej matki, cała taśma produkcyjna wypierających się swojego wieku ponaciąganych kwok, tłoczy się, żeby mnie przywitać.

– Czarna owca wróciła – gdaczą jedna przez drugą, aż w końcu udaje mi się wyrwać do moich przyjaciół, zbitych ciasno w najdalszym kącie salonu.

– Jak się trzymasz? – pyta Jack, obejmując mnie dziś po raz drugi. – Ktoś już zdążył cię nazwać pizdą?

– Wszystko w porządku? – pyta Harry. Chwyta mnie za ramiona i odrobinę zbyt długo wpatruje się w moje oczy. Jest ubrany w czarny aksamitny garnitur i ręcznie robione buty z wężowej skóry – zawsze podśmiewaliśmy się, że to styl na alfonsa, ale teraz to porównanie wydaje się nie na miejscu.

Ling w wysokich szpilkach i dopasowanej czarnej sukience jest prawie nie do poznania.

– Pięknie wyglądasz – mówię i schylam się, żeby ją objąć.

– Przykro mi z powodu twojej matki, Lucianie – odpowiada cichym, oficjalnym tonem.

Już mam wygłosić standardową zgryźliwą uwagę – lepiej mi będzie bez niej – kiedy nagle ogarnia mnie fala żalu. Dociera do mnie, że to dom mojej matki, w którym też kiedyś mieszkałem. Wraca do mnie nieuniknione wspomnienie dnia, kiedy ostatni raz stałem w tym pokoju, wtedy pomalowanym na cytrynowożółty odcień.

Pijana matka chwiała się na obcasach, furia płonęła pod starannym, wyjściowym makijażem.

– Jak śmiesz obwiniać mnie o jego śmierć?

– Bo go zdradziłaś. To go zabiło – odparłem z niezachwianą pewnością właściwą szesnastolatkom.

Nigdy mi nie wybaczyła, a ja nigdy nie próbowałem jej zrozumieć.

– Mnie też, Ling – mówię zamiast tego. – Mnie też przykro.

Harry zachodzi drogę przechodzącej kelnerce i wyjmuje jej z rąk dwie butelki szampana.

– Mamy tu syna w żałobie – wyjaśnia, wskazując na mnie.

Napełnia nam kieliszki i następuje chwila wytchnienia, całe minuty mijają nam niemal tak samo jak każdego innego dnia. Oczywiście nadal działa ta sama dynamika napięć i niedopowiedzeń. Alexa wygląda zbyt atrakcyjnie, zbyt uwodzicielsko – kiedy zdejmuje żakiet, okazuje się, że jej sukienka ma wycięte plecy. Celia też jest ładna, ale ma skłonność do ubierania się jak własna matka. Za bardzo się stara zostać jedną z nas i właśnie ten nadmierny wysiłek separuje ją od reszty.

Teraz pyta Alexę o nową książkę – cała reszta wie, że to ostatnia rzecz, o jakiej nasza przyjaciółka ma ochotę rozmawiać.

– Idzie całkiem nieźle – mamrocze Alexa, starając się nie okazywać Celii niechęci, choć niespecjalnie jej to wychodzi. Jeszcze nie spotkałem pisarza, który miałby ochotę rozmawiać o procesie twórczym na przyjęciu.

– Ale jak wygląda twój dzień pracy? – Celia nie odpuszcza. – Ile zazwyczaj piszesz? Ustalasz sobie jakieś dzienne minimum czy coś takiego?

– Kotek. – Jack kładzie Celii rękę na ramieniu. Całuje ją w policzek. – Alexa zaraz nam tu zemdleje. Przypominasz jej o terminach, o których wolałaby zapomnieć.

Jack jest mistrzem wydobywania istoty rzeczy.

– Wybacz, Alexo – mówi Celia i przenosi uwagę na Ling.

Myślę, że problem Celii tylko częściowo polega na braku umiejętności prowadzenia niezobowiązującej rozmowy – większym utrudnieniem wydaje się dyskomfort, który odczuwa w towarzystwie naszych przyjaciół.

– Często rozmawiasz z rodziną? – zwraca się do żony Harry’ego.

Rachel i Alexa zaczęły właśnie inną rozmowę, ale przerywają, żeby usłyszeć odpowiedź Ling. Chyba wszyscy jesteśmy tak samo zafascynowani przepaścią dzielącą świat Ling od naszego.

– Piszę do nich listy. A mój brat odpisuje w imieniu całej rodziny.

– Nie dzwonisz do nich? – dziwi się Celia. – Mogłabyś z nimi rozmawiać na Skypie.

Ling tylko śmieje się w odpowiedzi.

– Harry natychmiast kupił mi laptopa, żebym mogła utrzymywać z nimi kontakt. Musiałam mu wytłumaczyć, że potrzeba jeszcze stu lat, zanim ktoś doprowadzi tam internet. Moja rodzina mieszka w maleńkiej rolniczej wiosce, prawie zupełnie odciętej od cywilizacji. Nie mają telefonów, brakuje prądu, muszą gotować na otwartym ogniu i prać w rzece. – Wzrusza ramionami. – Nie oczekuję, że to zrozumiecie. Tam jest zupełnie inaczej.

– Prawie jak u amiszów – stwierdza Rachel. – Chociaż może nie wypada tak mówić?

– Daj spokój. Masz rację. Gdybyś odwiedziła moją rodzinę, nie uwierzyłabyś własnym oczom. Pomyślałabyś, że cofnęłaś się jakieś sto lat w czasie. To bardzo biedna część Tajlandii. Ludzie żyją bardzo prosto, ale cudownie było tam dorastać. Wszystko toczy się w innym rytmie. Powoli, spokojnie.

Zerkam na Harry’ego – patrzy na Ling z taką dumą, że coś we mnie pęka. Mój przyjaciel nawet nie próbuje ukrywać swoich uczuć, promieniują z niego jak fale ciepła. Co ciekawe, im lepiej poznajemy Ling, tym starsza się nam wydaje. A już na pewno dojrzalsza niż którekolwiek z nas.

Dostrzegam Emmę po drugiej stronie salonu. Sumienna najstarsza córka, otoczona wianuszkiem pełnych uwielbienia przyjaciółek matki. Joanna rozmawia z księdzem, a jej mąż czeka posłusznie u jej boku – to jeden z tych żałosnych typów, którzy ożenili się z własną matką i spędzają kolejne trzydzieści lat życia, czekając na pozwolenie, żeby pierdnąć. Przenoszę wzrok z jednej grupki na drugą, aż nagle serce podrywa mi się boleśnie w piersi, kiedy rozpoznaję najlepszą przyjaciółkę Catherine. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że przyszła? Utrzymuję z nią kontakt, ale nie na tyle bliski, żeby pozbyć się nieprzyjemnego wspomnienia tamtego dnia, kiedy siedzieliśmy razem w pubie w Bristolu niedługo po tym, jak Catherine się ze mną rozstała. Byłem pijany, nieszczęśliwy, niewykluczone, że płakałem. Liv pewnie rozpaczliwie szukała jakiejś wymówki, żeby sobie pójść.

– Dlaczego mnie zostawiła? – zapytałem. – Dlaczego kocha go bardziej ode mnie?

Nigdy nie zapomnę jej odpowiedzi.

 

– Wcale mi się tak nie wydaje – powiedziała w końcu. – Nie sądzę, że kiedykolwiek zdoła kogoś pokochać tak, jak ciebie.

Kiedy Liv zauważa, że się przyglądam, macha do mnie i podchodzi. Moi przyjaciele natychmiast rzucają się na nią z zachwytem, wciągając ją w serię objęć, pocałunków i rozżalonych deklaracji: „Za długo się nie widzieliśmy!”.

– Fenomenalna sukienka, Liv – mówi Jack i ma rację. Liv ma na sobie turkusową rozkloszowaną sukienkę, a ramiona okryte maleńkim sweterkiem. W połączeniu z utlenionymi włosami i kolczykami w kształcie błyskawic wygląda jak futurystyczna królowa balu, rockandrollowa Sandra Dee. Mam ochotę ją sfotografować i pozmieniać kolory na portrecie: neonowoniebieska sukienka, włosy promieniujące czerwienią jak z obrazów Egona Schielego.

Harry przedstawia ją Ling.

– Poznaj moją żonę – mówi.

Wprawdzie w oczach Liv pojawia się na chwilę zaskoczenie różnicą wieku, ale natychmiast zasypuje ich gratulacjami.

– Pokaż pierścionek – domaga się, a Ling wyciąga dłoń, ozdobioną diamentem rozmiarów przepiórczego jajka.

– Kupiony w Bangkoku. Podejrzewamy, że podróba – wyjaśnia Harry, dolewając jednocześnie Liv szampana.

Rozmowa przechodzi na moje letnie przyjęcie, które urządzam każdego roku, choć niespecjalnie wiem po co. Z czasem to wydarzenie zaczęło przybierać coraz bardziej absurdalny kształt – zawsze koncentruje się na jednym elemencie, przykuwającym uwagę wszystkich gości. Któregoś roku mieliśmy na horyzoncie całe stado wielobarwnych owiec – co za bzdura – a innym razem zatrudniłem grupę cyrkowców na trapezach rozwieszonych na siatkach wysoko nad parkietem. Tym razem zaplanowałem flotę łódek w jaskrawych kolorach, którymi będziemy pływać po jeziorze. Zawsze wysyłam Liv zaproszenie, ale rzadko z niego korzysta, więc byłem zaskoczony, kiedy dostałem od niej w zeszłym tygodniu maila z podziękowaniem i informacją, że się pojawi.

– Musisz się u mnie zatrzymać – nalegam.

– Dziękuję, ale umówiłam się już z przyjaciółką, że mnie przenocuje. Niedawno przeprowadziła się do Somerset. Jest teraz u mnie w Londynie.

Jej oczy próbują mi coś powiedzieć. Nie jestem pewien co, aż nagle dostrzegam pewną możliwość i na samą myśl czuję lekki ucisk w sercu.

– Wyjdziesz ze mną na papierosa? – proponuję i prowadzę ją za łokieć przez tłumy gości.

Wychodzimy drzwiami od kuchni – widzę, że matka zatrudniła dekoratora wnętrz po mojej wyprowadzce: ciemnoszare kamienne blaty i kasztanowe drewno, bardziej kojarzące się z nowojorską surowością niż z emerytką z Chelsea. Kiedy jesteśmy już na zewnątrz, stajemy pod rozłożystą wiśnią, gdzie jako nastolatek długie godziny się chowałem, dąsałem i popalałem niedozwolone papierosy.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci moja obecność – zaczyna Liv. – Nie znałam twojej matki… – Urywa i przepraszająco wzrusza ramionami.

– Bardzo się cieszę, że przyszłaś. To dla mnie ważne. Im więcej przyjaznych twarzy, tym lepiej.

Stoimy pod drzewem i mierzymy się wzrokiem. Odpalam papierosa i wydycham pierwszy obłok dymu. Zamierzam zapytać ją o Catherine – ja to wiem, ona to wie, pytanie wisi między nami, litery niemal już formują się w powietrzu.

– Co u niej? – pytam w końcu, a Liv kiwa głową raz, drugi, zanim wreszcie odpowiada.

– Tak mi przykro, że ci to robię, Lucianie, zwłaszcza na pogrzebie twojej matki. Ale właśnie dlatego tu jestem.